W sytuacji gdy polskie zakłady naprawcze taboru kolejowego popadają w ruinę i plajtują, minister infrastruktury Cezary Grabarczyk udaje się do Chin, aby zaproponować stronie chińskiej zakup PKP Cargo, a także utworzenie spółki produkującej i naprawiającej wagony. W tym roku rząd chiński przeznaczył dodatkowo 2 mld USD na rozbudowę przemysłu kolejowego w Chinach. Wang Yongping, rzecznik ministerstwa kolejnictwa, uważa, że tak duże wsparcie doprowadzi do stworzenia 150 tys. miejsc pracy. Pekin traktuje przemysł kolejowy jako strategiczny element chińskiej gospodarki. - Dlatego też inwestujemy w nasze koleje, a nie kupujemy za granicą - stwierdził Wang Yongping w wypowiedzi dla "Wall Street Journal". Według Wanga, Chiny są otwarte na współpracę na zasadzie joint venture z firmami zagranicznymi i chodzi tu głównie o produkcję wagonów.Chińczykom bardzo zależy na najnowszych technologiach, a w zdobywaniu ich są gotowi posunąć się bardzo daleko. Na początku wykazują zainteresowanie współpracą z firmą zagraniczną - w tym momencie angażuje się rząd - poznają technologię i wycofują się ze współpracy, a następnie rząd chiński zauważa, że to przecież nie pomiędzy firmami były zawierane umowy. Tego doświadczył niemiecki gigant Siemens.W marcu tego roku Siemens ogłos ił, że wygrał przetarg o wartości 1 mld USD. Po niedługim czasie strona chińska stwierdziła jednak, że ostatecznie wybrała technologię chińską i kontrakt z Siemensem jest bezprzedmiotowy. Strony nadal toczą spór, ale rzecznik chińskiego ministerstwa kolejnictwa twierdzi, że Siemens, jeśli coś podpisywał, to nie z rządem chińskim. Doświadczenie niemieckiej firmy, a także polityka rozwoju przemysłu kolejowego prowadzona przez Chiny powinny zmusić rząd PO - PSL do zastanowienia się, co dalej z polskim przemysłem kolejowym i czy rzeczywiście potrzebujemy tak mało wiarygodnego partneraPolskie wagony "made in China"?
W sytuacji gdy polskie zakłady naprawcze taboru kolejowego popadają w ruinę i plajtują, minister infrastruktury Cezary Grabarczyk udaje się do Chin, aby zaproponować stronie chińskiej zakup PKP Cargo, a także utworzenie spółki produkującej i naprawiającej wagony. W tym roku rząd chiński przeznaczył dodatkowo 2 mld USD na rozbudowę przemysłu kolejowego w Chinach. Wang Yongping, rzecznik ministerstwa kolejnictwa, uważa, że tak duże wsparcie doprowadzi do stworzenia 150 tys. miejsc pracy. Pekin traktuje przemysł kolejowy jako strategiczny element chińskiej gospodarki. - Dlatego też inwestujemy w nasze koleje, a nie kupujemy za granicą - stwierdził Wang Yongping w wypowiedzi dla "Wall Street Journal". Według Wanga, Chiny są otwarte na współpracę na zasadzie joint venture z firmami zagranicznymi i chodzi tu głównie o produkcję wagonów.Chińczykom bardzo zależy na najnowszych technologiach, a w zdobywaniu ich są gotowi posunąć się bardzo daleko. Na początku wykazują zainteresowanie współpracą z firmą zagraniczną - w tym momencie angażuje się rząd - poznają technologię i wycofują się ze współpracy, a następnie rząd chiński zauważa, że to przecież nie pomiędzy firmami były zawierane umowy. Tego doświadczył niemiecki gigant Siemens.W marcu tego roku Siemens ogłos ił, że wygrał przetarg o wartości 1 mld USD. Po niedługim czasie strona chińska stwierdziła jednak, że ostatecznie wybrała technologię chińską i kontrakt z Siemensem jest bezprzedmiotowy. Strony nadal toczą spór, ale rzecznik chińskiego ministerstwa kolejnictwa twierdzi, że Siemens, jeśli coś podpisywał, to nie z rządem chińskim. Doświadczenie niemieckiej firmy, a także polityka rozwoju przemysłu kolejowego prowadzona przez Chiny powinny zmusić rząd PO - PSL do zastanowienia się, co dalej z polskim przemysłem kolejowym i czy rzeczywiście potrzebujemy tak mało wiarygodnego partnera20 lat po Tiananmen
Choć od wydarzeń na Placu Niebiańskiego Spokoju (Tiananmen) w Pekinie minęło już 20 lat, trudno zapomnieć o zbrodni, jakiej wtedy dokonano. W 1989 r. wielu Chińczyków miało nadzieje na zmiany: liczono na szybką śmierć Deng Xiaopinga (tego, który faktycznie wydał rozkaz użycia broni 4 czerwca) i na reformy; tymczasem Deng przetrwał następne osiem lat, a przed śmiercią na swego następcę wyznaczył Jiang Zemina, także despotę.Gdy17 kwietnia 1898 r. na Placu Niebiańskiego Spokoju rozpoczął się studencki wiec, nie przypuszczano, że jego koniec będzie tak tragiczny. Protestujący praktycznie nie wysuwali haseł bezpośrednio atakujących władzę KPCh. Domagano się reform i walki z korupcją. 3 czerwca chińskie kierownictwo postanowiło rozprawić się z protestującymi. O drugiej w nocy 4 czerwca 1989 r. na plac Tiananmen wjechały czołgi i opancerzone transportery. Według nieoficjalnych danych liczbę zabitych w czasie masakry szacuje się na ok. 5 tys., rannych na ok. 10 tys., a aresztowanych na ponad 2,5 tys. osób (w procesach politycznych kilkunastu skazano na karę śmierci).
Z przeszłością, ale bez przyszłości
Co dziś dzieje się z tymi którzy brali udział w protestach studenckich w Chinach w 1989 roku?
Według raportu przygotowanego przez amerykański Departament Stanu 20 lat po masakrze na Placu Niebiańskiego Spokoju w chińskich więzieniach przebywa nadal 50–200 uczestników tamtych protestów. Ale wyjście z więzienia to nie koniec gehenny. Napiętnowani jako „skazańcy” uczestnicy protestów, a także ci, którzy poparli studentów, mają kłopoty ze znalezieniem stałej pracy. Często schorowani żyją w biedzie.
41-letni Zhang spędził w więzieniu 14 lat. W momencie wybuchu protestów w 1989 r. Zhang pracował w Centrum Wystawowym w Pekinie; nie był studentem, nie brał udziału w organizowaniu demonstracji. 4 czerwca był na Placu Niebiańskiego Spokoju i widział, jak żołnierze filmowali protestujących. Zdając sobie sprawę, że dojdzie do aresztowań tych, których zarejestrowały kamery, ukradł i zniszczył jedną z taśm. Aresztowany został zwolniony warunkowo w 2003 r. z ostrzeżeniem, że jeśli będzie udzielać wywiadów mediom, publikować i podróżować po Chinach, to „wróci tam, skąd wyszedł”. Dziś Zhang bez możliwości stałego zatrudnienia mieszka w małym mieszkaniu razem z mamą i oboje utrzymują się z jej emerytury wynoszącej 1000 chińskich yuanów (ok. 460 zł).
Sun Chuanheng za podpalenie dwóch ciężarówek wojskowych spędził w więzieniu 18 lat. 20 lat po wydarzeniach na Placu Tiananmen jako sprzedawcy w sklepie z wyrobami żelaznymi starcza mu pieniędzy na jeden posiłek dziennie. Więcej „szczęścia” miał Sun Liyong, były policjant, który za krytykę poczynań władz wobec studentów skazany został na siedem lat więzieniu. Sun dziś mieszka w Australii, pracuje dla firmy zajmującej się przeprowadzkami i ustanowił fundusz, który ma pomagać byłym więźniom – uczestnikom protestu z 1898 r.
Także zagranicą mieszka wielu z czołowych organizatorów manifestacji na Placu Niebiańskiego Spokoju. Dla niektórych z nich schronieniem okazał się Tajwan.
Wuer Kaixi mówi, że ma szczęście, bo ma dom. Co prawda przez ostatnie 20 lat nie mógł spotkać się ze swoimi rodzicami – mają zakaz opuszczania Chin – ale jest dwójka synów i żona, Tajwanka. W 1989 r. Kaixi był studentem Uniwersytetu w Pekinie i zorganizował strajk głodowy wśród studentów. Znalazł się na liście najbardziej poszukiwanych przez reżim chiński, ale zdołał zbiec, przez Hong Kong trafił do Francji, do Stanów i wreszcie w połowie lat 90. na Tajwan. Dziś na wyspie publikuje artykuły w lokalnej prasie i występuje w mediach.
Kilka dni przed tegoroczną rocznicą masakry na Placu Niebiańskiego Spokoju na Tajwan przybył Wang Dan, główny organizator protestów studentów w 1989 r. Aresztowany po 4 czerwca 1989 r. spędził w więzieniu 10 lat; Wang twierdzi, że zainteresowanie jego osobą zachodnich mediów i polityków spowodowało, że nie był zbyt okrutnie traktowany w więzieniu. Wypuszczony w 1993 r. został ponownie schwytany i skazany, tym razem na 11 lat za krytykowanie rządu. W 1998 r. tuż przed wizytą ówczesnego prezydenta USA, Billa Clintona w Chinach, Wang został wypuszczony warunkowo ze względu na pogarszające się zdrowie. Władze zezwoliły na jego leczenie w Stanach. Wang studiował na Harvardzie, a następnie Oxfordzie. Często odwiedzał Tajwan, a w tym roku postanowił ubiegać się o pracę na jednej z tajwańskich uczelni. Będzie pracował na Wydziale Historii Tajwanu, bo, jak twierdzi, proces demokratyzacji wyspy, to cenne doświadczenie dla Chin. „Tajwan pokazuje nam, Chińczykom, że nie należy bać się wolności i demokracji” – mówi Wang.
O pamięć zabitych
Ale poza tymi, którzy przeżyli masakrę na Placu Niebiańskiego Spokoju 4 czerwca 1989 r., są jeszcze ofiary i pamięć o nich, którą zachowują ich najbliżsi. Nie jest to łatwe, bo władza komunistyczna nawet dziś, 20 lat po tragedii, nieprzychylnie patrzy na jakiekolwiek formy uczczenia pamięci zabitych – „kontrewolucjonistów”. W tym roku zgodzono się, aby rodzice 50 zabitych spotkali się w jednej z dzielnic Pekinu pod koniec maja. Policja ostrzegała jednak, że w spotkaniu mogą brać udział tylko najbliżsi krewni zabitych, nie można fotografować i pod żadnym pozorem zaprosić dziennikarzy. W spotkaniu będącym uczczeniem pamięci zamordowanych na Placu Niebiańskiego Spokoju miała wziąć udział prof. Ding Zilin, założycielka organizacji Matki Tiananmen. Policja nie pozwoliła jej jednak opuścić domu. Ta wątłą siedemdziesięcioparoletnia kobieta uznana jest przez partię komunistyczną za wroga Chin. W nocy z 3 na 4 czerwca 1989 r. policja naszła jej dom, zostawiając na podłodze przeszyte kulami ciało jej 17-letniego syna, Jiang Jielan. Profesor Ding była jednym z niewielu rodziców, którzy odzyskali ciała swoich dzieci zabitych na Placu. Ponieważ większość młodych zaginęła bez śladu, Ding Zilin i jej mąż przygotowali listę ofiar. Chcieli upamiętnić zmarłych i zaginionych, a także pomóc rodzicom pogodzić się ze stratą. W wyniku tego działania zaczęli być nękani przez bezpiekę, a wkrótce stracili pracę na uniwersytecie. Ding Zilin na wieść, że inni rodzice zostali pozbawieni podstawowych środków do życia tylko za stwierdzenie, że dziecko zaginęło na Placu Niebiańskiego Spokoju, próbowała zebrać pieniądze wśród Chińczyków mieszkających zagranicą. Partia oskarżyła ją o przemyt i wsadziła do więzienia. Ding Zilin nie poddaje się i zorganizowała stowarzyszenia rodzin ofiar zwane Matki Tiananmen. Zebrała imiona i nazwiska 600 osób, które uważane są za zmarłe. Co roku, gdy zbliża się rocznica 4 czerwca, Ding Zilin jest przetrzymywana w areszcie domowym. Tuż przed Olimpiadą w Pekinie w 2008 r. wysłano ją na przymusowe wakacje poza Pekin.„Nasi odważni, mądrzy synowie i córki. Minęło już 20 lat, ale my nigdy Was nie zapomnimy” – powiedziała na spotkaniu rodzin ofiar masakry na Palcu Niebiańskiego Spokoju, Tan Shuqin, matka jednej z zabitych. 20 lat po Tiananmen, w ChRL, państwie cudu gospodarczego, wielu nadal walczy o przetrwanie, o pamięć.
Wywiad
Całość na stronie Frondy TUTAJ
Hanna Shen: 20 lat temu upadł komunizm w Polsce i pozostałych państwach Europy Środkowej. Do transformacji doszło także na Tajwanie i w Korei Płd. Ale próba demokratyzacji Chiny się nie powiodła. Przywódcy Komunistycznej Partii Chin Ludowych użyli siły wobec studentów zgromadzonych na Placu Niebiańskiego Spokoju. Jak dziś z perspektywy 20 lat ocenia Pan to, co wydarzyło się w Chinach?
Cao Changqing: W 1989 władza w Chinach w brutalny sposób rozprawiła się ze studentami. Upłynie jeszcze wiele lat zanim ci, którzy powinni odpowiedzieć za tę i inne zbrodnie dokonane na moim narodzie, naprawdę za nie odpowiedzą. Jednak protest studentów w 1989 roku nie mógł się zakończyć inaczej. Niestety wtedy, ale także i teraz, Chińczycy, zwłaszcza chińscy intelektualiści, żyli w swego rodzaju złudzeniu, iż możliwe jest zreformowanie komunizmu. Dlatego też partia komunistyczna ma się tak dobrze w Chinach. 20 lat temu na Placu Niebiańskiego Spokoju studenci nie kwestionowali prawowitości władzy komunistów. Mówili o potrzebie miłości ojczyzny i walki z korupcją, ale nie żądano poszanowania praw jednostki, a więc minimum prawa do własności, prawa do wolnych wyborów czy wolności słowa i wyznania. Na sposobie działania i myślenia chińskiej inteligencji, a więc także tych którzy protestowali w 1989 roku cieniem kładzie się tradycyjna chińska wiara, że można upomnieć cesarza, gdy nadużył władzy, ale nie można poddawać w wątpliwość jego panowania. Możliwe, że władca wysłucha, a jak nie, pozostaje wiara w to, że złego cesarza zastąpi przynajmniej trochę lepszy władca. I tak chińskie pragnienie odnowy pozostaje tylko marzeniem.
Zupełnie co innego dokonało się w krajach Europy Środkowej gdzie protestujący zakwestionowali legalność władzy komunistów. W Polsce, Czechosłowacji, na Węgrzech powiedziano komunistom NIE i wreszcie tę władzę obalono
Tajwan: W Polsce zawyżają nam oceny
Szef tajwańskiego ministerstwa zdrowia przekonuje parlamentarzystów do wprowadzenia zmian w ustawie o zawodzie lekarza. Sprawa dotyczy zagranicznych uczelni medycznych, na których studiują Tajwańczycy. Jako główny argument zmian podawany jest jednak poziom nauczania i rekrutacji na uczelniach w Polsce.Do tej pory wracający ze studiów z Polski po zdanym egzaminie od razu mogli przystępować do pracy. Po zmianie proponowanej przez ministerstwo zdrowia absolwenci uczelni polskich po powrocie na Tajwan najpierw będą odbywali praktyki, nostryfikowali dyplomy i zdawali egzamin przed specjalnym organem władzy wykonawczej, zwanym Yuanem Egzaminacyjnym. Od kilku lat dość duża grupa studentów z Tajwanu kończy studia medyczne w Polsce, głównie na uczelniach w Katowicach, Łodzi i Poznaniu. Studiujący medycynę na Tajwanie traktują tę grupę studentów jako konkurencję i rozpoczęli kampanię dyskredytującą studia w Polsce.W miejscowej prasie pojawiło się ostatnio bardzo dużo artykułów, w których kwestionuje się poziom nauczania w naszym kraju.Podczas spotkania z parlamentarzystami minister zdrowia C.C. Yeh sugerował, że polskie uczelnie medycyny traktują studentów zagranicznych "w specjalny sposób", zawyżają oceny, co nie służy poziomowi kształcenia. Jednak argument, który zrobił największe wrażenie na posłach, to stwierdzenie ministra (cytowane przez prasę), że skoro polskie władze nie pozwalają Tajwańczykom po studiach pracować w Polsce, to dlaczego Tajwan ma się zgadzać, by absolwenci polskich uczelni po zakończeniu studiów pracowali na Tajwanie. Yeh nawet zażartował, że wygląda to tak, jakby "Polacy specjalnie dla nas otworzyli wydziały nauczania medycyny po angielsku w Polsce!". Sugestia Yeha nie jest jednak prawdziwa, albowiem dyplom uzyskany w Polsce jest ważny bez nostryfikacji w całej Unii Europejskiej i Norwegii. A jeśli Tajwańczyk chce praktykować w Polsce, musi tak jak Polacy zdać lekarski egzamin państwowy (może go zdawać po angielsku) i mieć prawo pobytu i pracy w naszym kraju.Szef tajwańskiego ministerstwa zdrowia zapowiedział, że w ciągu najbliższych dni przygotuje dokładne informacje dla posłów na temat warunków i poziomu nauczania w Polsce. Po zapoznaniu się z informacjami posłowie mają zająć się projektem zmian w ustawie. Zmian nie chcą natomiast rodzice tajwańskich studentów studiujących w Polsce. Przygotowują konferencje prasowe, dzwonią i piszą listy do posłów, wzywając ich do odrzucenia zmian w ustawie.Jak podaje tajwańska prasa, jeśli zmiany w ustawie o zawodzie lekarza zostaną zatwierdzone przez parlament tajwański, mieszkańcy tego kraju nie będą zainteresowani studiami w Polsce. Nie powstrzyma ich to jednak od studiów w Niemczech, Anglii, Japonii czy Szwajcarii, ponieważ kraje te prowadzą bardzo zdecydowaną politykę promocji swoich uczelni i od lat cieszą się dużym zaufaniem.Nasz Dziennik
Nowy tygodnik
Wyszło pierwsze wydanie „Formosa Weekly” (玉山周報). Jest to pierwsza publikacja powstałej w maju Formosa Media Group, której głównym założycielem jest Annette Lu (呂秀蓮), była wiceprezydent Tajwanu. Promując dziś nowy tygodnik Annette Lu zażartowała, że z pewnością nie znajdziemy tu tekstów w chińskich znakach uproszczonych (uproszczone znaki używane są w ChRL, Tajwan zachował tradycyjną pisownie chińskiego).W lipcu Formosa Media Group przygotuje internetowe wydanie codziennej gazety „Formosa Post”; papierowe wydanie gazety ukaże się w październiku.
Publikacje Formosa Media Group stawiają sobie za zadanie wzmocienie poczucia tożsamości tajwańskiej. Twórcy i publikujący w "Formosa Weekly" to zwolennicy niepodległości Tajwanu, nieukrywający swoich antykomunistycznych poglądów.
Redaktorem naczelnym „Formosa Weekly” jest Liu Zhicong, były szef Centralnej Agencji Prasowej(中央社). W pierwszym numerze można między innymi znaleźć artykuły przyjaciół : Ricka Chu (朱立熙) i chińskiego dysydenta Paula Lin (林保華) – obaj pisali dużo o Katyniu w prasie tajwańskiej.
Ciekawostka...chciałam dziś kupić tygodnik w 7-11 (w markecie), ale nie mogłam go znaleźć na półce z prasą. Gdy zapytałam sprzedawcę, wyciągnął kilka egzemplarzy schowanych pod plikiem zupełnie innego tytułu (nota bene pro-chińskiego)....sprzedawca tłumaczył się, że zapomniał wyłożyć tytuł.
Warto uczyć się.....
Niestety obawiam się, że sugerowana przez Zbigniewa Ziobrę analiza wyników, a zwłaszcza przekazu kampanii wyborczej, nie będzie miała miejsca.
Mieszkam zagranicą i głosowałam na listę warszawską. Oddałam głos na Arkadiusza Mularczyka; wahałam się, ale po obejrzeniu programu Tomasza Lisa, w którym wystąpili Kamiński i Huebner nie miałam wątpliwości; jedyne co kandydat PiS zaprezentował w tym programie, ale i niestety w innych swoich wystąpieniach, to peany pod adresem byłej pani komisarz. Michał Kamiński był właściwie częścią kampanii p. komisarz, za co ta powinna mu podziękować. Gdyby Michał Kamiński mówił to, co mówił, a jeszcze wstąpił do PO to pewnie dostałby nawet 15 %. Był to jednej z najbardziej niewyrazistych kandydatów PiS-u. Bezosobowy “polski europejski, Kamiński” oparł swoją kampanię na “słowach miłości” wobec Danuty Huebner. Fatalny przekaz.Nawet wyróżniającą się tylko i wyłącznie euroentuzjazmem i atakami na Zbigniewa Ziobro Roża Thun była bardziej rozpoznawalna niż wysoki urzędnik kancelarii prezydenta. I dostała 17%!
Troszkę ponad 10% wystarczyło Kamińskiemu, aby stać się europosłem; jeśli jednak wynik ten zestawi się z 40 % Danuty Huebner i fakt, że z PO w Warszawie do europarlametu dostali się także Rafał Trzaskowski (z bardzo dobrym pomysłem dotarcia do Polonii drogą e-mailową) i Paweł Zalewski to jest to porażka.
Możliwe ze przed nami następna: w wywiadzie dla BBC (http://news.bbc.co.uk/2/hi/europe/8088427.stm ) Radosław Sikorski stwierdził, że Platforma chciałaby współpracować z konserwatystami brytyjskimi w EPL. Sikorski przyznał, że PO jest w tej chwili dużo bardziej atrakcyjna dla torysów. Nie wiadomo więc czy czołowy projekt Michała Kamińskiego, stworzenia frakcji PiS min. z konserwatystami nie legnie w gruzach? Ma rację Jarosław Kaczyński przypominając, że trzeba szlifować języki. Warto uczyć się języków i warto uczyć się na błędach!
Nie jest źle...
Nie jest źle (a będzie jeszcze lepiej); w Wielkiej Brytanii wygrali przeciwnicy traktatu i dojdzie prawdopodobnie do referendum. Frekwencja coraz mniejsza, bo mieszkańcy Europy czują, że mało zależy od nich. Cieszę się z sukcesu Zbigniewa Ziobry, Beaty Kempy, Jacka Kurskiego i Marka Migalskiego, a także słabego wyniku lewicy w całej Europie (choć wynik zakamuflowanej lewicy typu p. Hübner nie cieszy).Ps. Posłanka Kempa jednak nie weszła; ale nic to...zostaje przecież w Sejmie.
Tajwański
Cudzoziemiec przechadzający sie ulicami Tajpej często może usłyszeć określenie „a-tok-á” (阿啄仔), co w języku tajwańskim (dialekt minnan) oznacza „długonosy” (odpowiednik gringo). Tak widzą nas, białych, Tajwańczycy...mamy duże nosy.Tajwański jest językiem bardzo żywym i dosadnym, czasami bardzo niepoprawnym politycznie; różni się od dialektu mandaryńskiego (popularnie nazywanego chińskim), który jest często zbyt eufemistyczny.
Kilka lat temu, gdy przedstawiciel Singapuru w ONZ w swojej wypowiedzi poparł politykę jednych Chin, i skrytykował niepodleglościowe dążenia Tajwanu, tajwański minister spraw zagranicznych stwierdził, że Singapur Chinczykom „pho lan-pha” (捧卵葩), czyli „podtrzymuje jaja” (cojones). Co po prostu znaczy, że Singapur włazi Chinom Ludowym w du...”
Ale nie tylko pikatności są interesujące w języku tajwańskim...niektóre stwierdzenia chwytają za serce. I tak na przykład „khan-chhiú” (牽手) to ktoś, kogo „trzymamy za rękę” czyli po tajwańsku "żona"…prawda, że pieknę?
Student z Tiananmen udaje się do Chin
Wuer Kaixi, uczestnik protestu na Placu Niebiańskiego Spokoju z 1989 r., postanowił po 20 latach przyjechać do Chin.W 1989 r. Wuer Kaixi był studentem Uniwersytetu w Pekinie i zorganizował strajk głodowy wśród swoich kolegów. Znalazł się na liście najbardziej poszukiwanych przez reżim chiński, ale zdołał zbiec. Przez Hong Kong trafił do Francji, Stanów i wreszcie na Tajwan. Dziś na wyspie publikuje artykuły i występuje w mediach. Kieruje także firmą inwestycyjną. Jego żona jest Tajwanką i mają dwójkę dzieci.
Chiński dysydent w środę z Tajwanu poleciał do Makau, skąd zamierzał udać się do Chin. W Makau, który jest specjalnym regionem administracyjnym ChRL-u, został zatrzymany przez służby imigracyjne i prawdopodobnie zostanie deportowany na Tajwan. W oświadczeniu wydanym przez opuszczeniem Tajwanu, Kaixi stwierdził, że gotowy jest stanąć przed chińskim sądem. „Będę żądał, aby oskarżono odpowiedzialnych za zbrodnie dokonaną 4 czerwca 1989 roku i aby rodziny ofiar otrzymały należne zadośćuczynienie" - stwierdził. Kaixi pragnie zobaczyć także swoich rodziców. Nie widział ich od 20 lat. Nigdy nie otrzymali oni prawa opuszczenia ChRL-u.
W wypowiedzi telefonicznej dla mediów tajwańskich, udzielonej już w Makau, Wuer Kaxi skrytykował tajwańskiego prezydenta Ma Yingjiu, który w wydanym dziś oświadczeniu chwali Chiny za „zwrócenie większej uwagi na prawa człowieka”. Kaxi dodał, że zupełnie nie rozumie co prezydent miał na myśli.
Przed przypadającą 4 czerwca 20 rocznicą masakry na Placu Tiananmen komunistyczne władze w Pekinie nie wpuściły do Hong Kongu i Chin kilkunastu chińskich dysydentów mieszkających zagranicą.
Przeszkody dla studiujących w Polsce
Blisko tysiąc tajwańskich studentów medycyny protestowało w Tajpej domagając się zmian w "Ustawie o zawodzie lekarza".Obecnie Tajwańczycy studiujący medycynę w Polsce mogą podejmować prace w szpitalach bezpośrednio po powrocie na wyspę. Protestujący domagali się, aby po powrocie na Tajwan absolwenci polskich uczelni najpierw odbywali praktyki, nostryfikowali dyplomy i zdawali egzamin przed specjalnym organem władzy wykonawczej, zwanym Yuanem Egzaminacyjnym.„Ponieważ studenci (po studiach w Polsce) nie odbywają praktyk i nie mają odpowiedniego doświadczenia pracy w tajwańskich szpitalach, zdarza się, że w szpitalach dochodzi do niebezpiecznych sytuacji i często muszą interweniować ich koledzy wykształceni na wyspie” - twierdzi Liu Tzu-hung, jeden z organizatorów demonstracji.Od kilku lat dość duża grupa studentów z Tajwanu kończy studia medyczne w Polsce, głównie na uczelniach w Katowicach, Łodzi i Poznaniu. W miejscowej prasie pojawiło się ostatnio bardzo dużo artykułów, w których kwestionuje się poziom nauczania w naszym kraju. Grupa studentów medycyny na Tajwanie rozpoczęła kampanię dyskredytującą studia w Polsce. Kilka tygodni temu na stronie internetowej nopopo.blogspot.com umieszczono artykuł stwierdzający m.in., że studia w Polsce są dużo łatwiejsze niż te na Tajwanie i że nie stawia się ostrych wymogów tajwańskim studentom wybierającym się na studia do Polski.
Fot. Wang Yi-sung
Niezalezna.pl
„Człowiek Pekinu". Szefowa Kuomintangu w USA
Szefowa Kuomintangu, Cheng Li-wun, największej partii opozycyjnej w tajwańskim parlamencie, przebywa z dwutygodniową wizytą w Stanach Zjed...
-
Na koncie UnveiledChina na X ukazał się bardzo ciekawy wpi s na temat sytuacji gospodarczej Chin. Pretekstem jest informacja, że Honda zamk...
-
Na Tajwanie głośno zrobiło się o relacji, którą trudno czytać bez wstrząsu. Tajwanka występująca pod pseudonimem „MG" opowiedziała w em...
-
“10 lat” to film po obejrzeniu, którego wychodzi się z sali kinowej w dość posępnym nastroju. Czy możliwe, że za niecałe 10 lat była br...