Skandal, który właśnie wstrząsnął tajwańską sceną polityczną, ma w sobie wszystko: spór o pieniądze, podejrzenia o demencję, próbę częściowego ubezwłasnowolnienia i publiczną wojnę byłego prezydenta z najbliższą rodziną. A w tle, ironia historii, której sam bohater zdaje się nie dostrzegać.
Kim jest Ma Ying-jeou?
Dla polskiego czytelnika potrzebne jest krótkie wprowadzenie. Ma Ying-jeou (馬英九), urodzony w 1950 roku w Hongkongu w rodzinie uchodźców z Chin kontynentalnych, to jedna z najważniejszych postaci tajwańskiej polityki w ostatnich dwóch dekadach. Prawnik wykształcony na Tajwanie i w USA (magisterium na New York University w 1976 r., doktorat na Harvardzie w 1981 r.), długoletni działacz Kuomintangu (KMT), partii, która w 1949 roku uciekła z kontynentu na Tajwan po przegranej wojnie domowej z komunistami Mao Zedonga. W latach 1998–2006 był burmistrzem Tajpej, a w 2008 roku wygrał wybory prezydenckie, obejmując urząd głowy państwa do 2016 roku.
Jego prezydentura zapisała się przede wszystkim bezprecedensowym zbliżeniem z Pekinem. Podpisał z Chinami umowy gospodarcze (ECFA), otworzył wyspę chińskim turystom, a w listopadzie 2015 roku doprowadził do historycznego spotkania z Xi Jinpingiem w Singapurze, pierwszego szczytu przywódców obu stron Cieśniny Tajwańskiej od 1949 roku. Już po zakończeniu prezydentury wielokrotnie odwiedzał Chiny i otwarcie popierał tzw. "konsensus z 1992 roku" oraz formułę "jednych Chin, różnych interpretacji" (一個中國,各自表述).
To właśnie ta formuła stanie się, jak za chwilę zobaczymy, nieoczekiwaną puentą obecnego skandalu.
Iskra: spór o pieniądze fundacji
Wszystko zaczęło się od konfliktu w Fundacji Ma Ying-jeou. Były prezydent publicznie oskarżył dwoje swoich najbliższych współpracowników, byłego dyrektora wykonawczego Hsiao Hsu-tsena (蕭旭岑) oraz Wang Kuang-tzu (王光慈), o "łamanie dyscypliny finansowej". W tajwańskim kontekście politycznym to dyplomatyczny sposób na powiedzenie: „defraudacja”.
Sprawa nabrała jednak zupełnie innego wymiaru, gdy Hsiao, broniąc się przed zwolnieniem, publicznie stwierdził, że "Ma wiele zapomina". To była pierwsza otwarta sugestia ze strony osoby z najbliższego otoczenia byłego prezydenta, że może on mieć problemy z pamięcią. Od tego momentu plotki o demencji zaczęły żyć własnym życiem i to one stały się prawdziwym katalizatorem rodzinnego dramatu, który nastąpił.
Zwrot akcji: rodzina się buntuje
Tu następuje moment, który nadał całej sprawie zupełnie nowy wymiar. Żona Ma, Chow Mei-ching (周美青), znana z tego, że przez całą prezydenturę męża unikała pierwszoplanowej roli, wraz ze starszą siostrą Ma Ying-jeou, Ma Yi-nan (馬以南), wydała wspólne, niezwykłe oświadczenie publiczne.
Kobiety napisały, że „w celu zapewnienia właściwej organizacji przyszłych potrzeb medycznych i opieki nad Ma Ying-jeou siostra obejmuje rolę osoby odpowiedzialnej za jego sprawy zdrowotne”. Wyraziły też nadzieję, że Ma przejdzie na emeryturę i będzie "spokojnie cieszyć się resztą życia".
W kolejnych dniach wyszło na jaw, że rodzina złożyła w Sądzie Okręgowym w Tajpej wniosek o "zarządzenie wspomagające" (輔助宣告), tajwański odpowiednik częściowego ubezwłasnowolnienia, stosowany wobec osób, których zdolności poznawcze uległy osłabieniu, ale które nie są jeszcze całkowicie pozbawione zdolności do czynności prawnych. W praktyce oznacza to, że rodzina publicznie zasygnalizowała przekonanie, że Ma nie jest już w pełni władz umysłowych.
Kontratak: nagranie, które miało wszystko wyjaśnić
Ma Ying-jeou odpowiedział szybko i z wielkim hukiem. Nagrał wideo w towarzystwie Kinga Pu-tsunga (金溥聰), byłego sekretarza Rady Bezpieczeństwa Narodowego i swojego wieloletniego, bliskiego współpracownika, oraz dwóch prawników. W nagraniu były prezydent:
- zaprzeczył plotkom o demencji, mówiąc, że choć ma 76 lat, codziennie czyta gazety, książki i uprawia sport;
- oznajmił, że oświadczenie żony i siostry wydano bez jego wiedzy i zgody;
- nazwał Hsiao "przestępcą korupcyjnym" i ostrzegł, by "ci skorumpowani ludzie nie próbowali używać demencji jako wymówki";
- własnoręcznie spisał oświadczenie przed kamerą.
I tu zaczynają się problemy. W trakcie nagrania Ma zwrócił się do jednego z prawników słowami: "Pan mecenas Chien?" – tyle że jego rozmówcą był mecenas Huang. Pismo odręczne z oświadczenia internauci zaczęli porównywać z dawnymi listami Ma, na przykład tym wysłanym przed laty do byłego lidera DPP Lin Yi-hsionga, i orzekli, że jest napisane "jakby przez dwie różne osoby".
Psychiatrzy zaproszeni do komentowania nagrania wskazali na "siedem nietypowych zachowań”, sugerujących pogorszenie funkcji poznawczych. Inny ekspert zauważył gorzko: "Wygląd normalny nie oznacza braku demencji".
Kolejne odsłony skandalu
Gdy emocje miały opadać, pojawiły się nowe rewelacje. Anonimowe źródła doniosły, że podczas wizyty w Chinach w czerwcu zeszłego roku, na bankiecie z okazji Forum Cieśniny w prowincji Fujian, Ma miał stracić panowanie nad sobą z powodu kaligrafii na tabliczce z nazwiskiem i fizycznie zaatakować Wang Kuang-tzu, chwytając ją za szyję. Ma stanowczo zaprzeczył.
Pojawiły się też zarzuty, że na nagraniu, na którym Ma "własnoręcznie" pisze oświadczenie, w rzeczywistości King Pu-tsung dyktował mu zdanie za zdaniem, a były prezydent służył jedynie jako marionetka. Fundacja odpowiedziała, że nagranie zostało wykonane "jednym ujęciem" i nikt nie podpowiadał Ma, co ma pisać.
Weterani środowiska KMT zaczęli publicznie apelować do otoczenia byłego prezydenta. Dziennikarka Wang Chien-chiu napisała z bólem: "Te nagrania dowodzą tylko jednego: to nie jest ten Ma Ying-jeou, którego znaliśmy. Proszę, zostawcie go w spokoju". Pisarz Yang Du użył ostrzejszych słów, mówiąc o "złych sługach manipulujących człowiekiem dotkniętym demencją, fałszujących dekrety i rozbijających rodzinę".
Ironia historii: "jeden Ma, różne interpretacje"
I tu dochodzimy do najsmakowitszego elementu całej afery; elementu, który tajwańscy internauci wychwycili w mgnieniu oka.
Przez całą swoją karierę polityczną Ma Ying-jeou bronił formuły "jedne Chiny, różne interpretacje", dyplomatycznej fikcji, według której Tajpej i Pekin zgadzają się, że istnieją "jedne Chiny", a każda strona może je interpretować po swojemu. Krytycy na Tajwanie zawsze wskazywali, że to konstrukcja, która zaciera niezależną podmiotowość Tajwanu.
Teraz, gdy żona i siostra wydają oświadczenia w jego imieniu, a on sam musi przed kamerą zaprzeczać, że są jego głosem, internauci ukuli złośliwy, parafrazujący slogan: "Jeden Ma Ying-jeou, różne interpretacje" (一個英九,各自表述).
Radny z Tainanu Chou Chia-wei zażartował: "Ma w końcu zrozumiał, jak trudno walczyć o suwerenność". Wpis zebrał morze polubień. Pisarka Lee Ping-yao dopytywała się: "Czy Ma właśnie zaczyna sobie uświadamiać, jak cenna jest podmiotowość?"
Z perspektywy obserwatora trudno nie poczuć pewnej dwuznaczności wobec tego, co dzieje się wokół Ma Ying-jeou. Z jednej strony, to historia uniwersalna i bardzo ludzka: starzejący się człowiek, jego rodzina, która martwi się o jego stan, otoczenie polityczne, które ma interes w utrzymaniu go w grze.
Z drugiej strony, jeśli ktokolwiek na tajwańskiej scenie politycznej zasłużył sobie na tę szczególną, gorzką ironię losu, to chyba właśnie Ma. Przez lata bagatelizował realne zagrożenie ze strony Pekinu, traktował suwerenność jako negocjowalną i przyjmował role w chińskich rytuałach politycznych, które dla wielu Tajwańczyków były upokarzające. Teraz, gdy najbliżsi próbują decydować za niego o jego życiu, a on protestuje, że "to nie jest jego głos", przeciwnicy polityczni mają prawo zauważyć: właśnie tak czuje się demokracja, której odmawia się prawa do mówienia własnym głosem.
Niezależnie od tego, czy diagnoza demencji się potwierdzi, czy nie, cała ta sprawa jest też przestrogą dla polityków, którzy zbyt długo trzymają się sceny. KMT od dawna ma problem z wymianą pokoleniową i z odnalezieniem własnej tożsamości. Obraz schorowanego byłego prezydenta walczącego o własną podmiotowość z otoczeniem fundacji i z rodziną to symbol, którego ta partia naprawdę nie potrzebowała.
A dla nas, obserwujących Tajwan z Polski, to przypomnienie, że demokracja na tej wyspie jest żywa, brutalna, czasem okrutna, ale właśnie dlatego prawdziwa.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz