Buddyjska świątynia, która stała się chińską placówką propagandową, ale w końcu wróciła do prawowitych właścicielek



W centrum Tajwanu, w powiecie Changhua, stoi świątynia Biyun (碧雲禪寺). Z pozoru - jeden z setek buddyjskich klasztorów wtopionych w tajwański krajobraz. W rzeczywistości - bohaterka jednej z najdziwniejszych historii ostatniej dekady, w której splatają się religia, długi, polityczna prowokacja i chińska wojna informacyjna. Jak donosi "Liberty Times" historia ta doczekała się szczęśliwego finału.

Sto lat spokoju

Świątynia powstała w 1921 roku,  gdy Tajwan był kolonią Japonii. Architektonicznie to ciekawa hybryda - tradycyjny chiński klasztor buddyjski z japońskimi elementami stylistycznymi. Przez kolejne dziesięciolecia mieszkały tam mniszki i miejsce żyło spokojnym rytmem medytacji i modlitwy.

Kłopoty zaczęły się prozaicznie - od pieniędzy. W 2002 roku świątynia rozpoczęła budowę nowej sali ofiarnej. Koszty wymknęły się spod kontroli, dodatkowe rachunki przerosły możliwości wspólnoty. Zadłużona nieruchomość trafiła w stronę licytacji komorniczej.

Wkracza pan Wei

W tym momencie na scenie pojawia się Wei Mingren (魏明仁) - tajwański deweloper o jawnie prokomunistycznych, prochińskich poglądach. Przejmuje prawo własności do świątyni i robi coś, co wstrząsa Tajwanem: zamienia stuletni buddyjski klasztor w filię Komunistycznej Partii Chin.

Nad świątynią wciągnięto czerwoną flagę z pięcioma gwiazdami, symbol Chińskiej Republiki Ludowej. Z głośników od rana do wieczora rozbrzmiewał „Marsz Ochotników", hymn ChRL. Ściany pokryły plakaty propagandowe, portrety Mao i hasła partyjne. Buddyjska świątynia stała się, jak ironicznie nazwała ją tajwańska prasa, „pięciogwiazdkową komunistyczną świątynią" (五星共產廟).

Mniszki, które mieszkały tam od dekad, zostały siłą wyrzucone z głównego budynku. Schroniły się w prymitywnym blaszanym baraku obok. Według relacji były zastraszane, grożono im, niektóre fizycznie napastowano. Mimo to, nie odeszły. Łapały deszczówkę do picia, modliły się przy świecach, ale nie ustąpiły ze swojej ziemi.

Sprawa, która obiegła świat

To, co działo się w Changhua, przestało być tajwańską ciekawostką. Sprawa stała się symbolem, modelowym przykładem tego, jak Pekin (lub sympatyzujące z nim osoby) wykorzystuje luki prawne, długi i własność prywatną do tworzenia ideologicznych przyczółków na terytorium, które uważa za swoje. „New York Times" poświęcił sprawie głośny materiał reporterski, który obiegł świat, opisując świątynię jako studium przypadku chińskich wpływów w skali mikro.

Pod naciskiem mediów, opinii publicznej i służb zajmujących się bezpieczeństwem narodowym władze powiatu Changhua w październiku 2018 roku w końcu zadziałały. Wykorzystując fakt, że spora część zabudowań była samowolą budowlaną, wysłano ekipy rozbiórkowe. Komunistyczna nadbudowa świątyni została zrównana z ziemią. Czerwona flaga opadła.

Powrót właścicielek

Wei Mingren tymczasem, zadłużony i ścigany przez wierzycieli, uciekł i prawdopodobnie przebywa obecnie w Chinach. Sąd skierował grunt do licytacji.

I tu zaczyna się część, którą opisał na Facebooku Chen Wenbin - reżyser, aktor, były szef Departamentu Kultury powiatu Changhua, a w czasach wiceprezydentury Lai Ching-te (obecnego prezydenta Tajwanu) szef jego biura. Chen odwiedził świątynię z paczką żywności dla mniszek. Cztery siostry, które przetrwały całą tę gehennę, rozpoznały go natychmiast. Najstarsza, przeorysza, ma dziś 86 lat.

Najważniejsza wiadomość: dzięki zbiórce wśród wiernych i darczyńców mniszki odkupiły ziemię na licytacji. Świątynia formalnie wróciła w ręce wspólnoty buddyjskiej, której zabrano ją ponad dwie dekady temu.

Teraz przed nimi kolejny etap: odbudowa zniszczonego klasztoru i sali medytacyjnej. Cztery starsze mniszki ponownie apelują o wsparcie. Jak napisał Chen Wenbin, parafrazując buddyjską maksymę: „Siej dobre ziarno, nie porzucaj praktyki, a na końcu z pewnością zbierzesz dobre owoce."

Dlaczego to ważne także dla nas

Historia świątyni Biyun to nie tylko ciekawostka z Dalekiego Wschodu. To bardzo konkretna ilustracja tego, jak działa współczesna wojna hybrydowa, bez czołgów, bez wojska, za to z umiejętnym wykorzystaniem długów, prawa własności i symboli. Wystarczyły jedna nieruchomość i jeden zmotywowany ideologicznie inwestor, by stuletni klasztor zamienił się w propagandową placówkę obcego mocarstwa.

I druga lekcja, mniej geopolityczna, bardziej ludzka: cztery starsze kobiety, które przez dwadzieścia lat nie odeszły z baraku obok własnej, zagrabionej świątyni  i w końcu ją odzyskały. Czasem upór wygrywa nawet z wielką polityką

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Buddyjska świątynia, która stała się chińską placówką propagandową, ale w końcu wróciła do prawowitych właścicielek

W centrum Tajwanu, w powiecie Changhua, stoi świątynia Biyun (碧雲禪寺). Z pozoru - jeden z setek buddyjskich klasztorów wtopionych w tajwański ...