2012/01/22

Tybet – rozpaczliwe wołanie o wolność

Okupacja klasztorów i brutalne traktowanie mnichów doprowadziła do powstania pewnej formy oporu – samopalenia. Ta forma protestu stała się dla buddyjskich mnichów i mniszek ostatecznym wyrazem sprzeciwu wobec chińskiej dominacji. Tymczasem władze komunistyczne określają akty samospalenia mianem „terrorystycznych”.

Zanim w 1949 r. oddziały Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej wkroczyły do Tybetu, był on niepodległym państwem. Miał swoje własne: rząd, język, walutę i system prawny. Komunistyczne władze chińskie natychmiast rozpoczęły działania w celu zmiany tradycyjnych struktur społeczno-gospodarczych w Tybecie. I tak doszło do sekularyzacji dóbr klasztornych i kolektywizacji. To doprowadziło do wybuchu antychińskiego powstania, krwawo stłumionego przez Chińczyków (zamordowano wtedy prawie 90 tys. Tybetańczyków) i ucieczki Dalajlamy XIV do Indii, gdzie powstał emigracyjny rząd Tybetu.
Od tego czasu w Tybecie zamordowano ponad 1,2 mln jego mieszkańców, a tysiące są więzione i poddawane torturom. Utworzony przez Pekin Tybetański Region Autonomiczny jest niezależny tylko z nazwy. Chińskie władze robią wszystko, aby zanikła tożsamość tybetańska. Ponad 6 tys. klasztorów zostało zniszczonych w obszarach miejskich i części wiejskich, dużą liczbę mieszkańców stanowią chińscy koloniści, czyniąc z Tybetańczyków mniejszość w swoim własnym kraju. Pekin twierdzi, iż przyczynia się do rozwoju Tybetu. Jednak większość stanowisk pracy przyznawana jest Chińczykom. Wydawane są ogromne sumy na rozwój dróg i zakładów przemysłowych, co służy rosnącej militaryzacji Tybetu. Całkowicie zaniedbany jest rozwój edukacji i systemu opieki zdrowotnej. Komuniści stopniowo niszczą środowisko naturalne Tybetu. Działalność kopalni odkrywkowych, zaśmiecanie odpadami nuklearnymi i wycinka lasów na olbrzymią skalę doprowadzają do degradacji regionu nazywanego dachem świata.

Niebezpieczni mnisi i intelektualiści
Największym represjom poddani są buddyjscy mnisi i intelektualiści. Pod koniec października tego roku władze chińskie skazały na trzy lata pozbawienia wolności tybetańskiego nauczyciela Jolepa Dawa. Sąd nie uznał za stosowne podania zarzutów, na podstawie jakich go skazano. Dawe był także redaktorem naczelnym tybetańskiego czasopisma „Durab Kyi Nga” i często organizował spotkania i imprezy promujące kulturę tybetańską. Po aresztowaniu mógł raz spotkać się z żoną i dziećmi, ale obu stronom zakazano jakichkolwiek rozmów. Podobny los spotkał Tashi Rabten, wydawcę tybetańskiego magazynu „Shar Dungri”. Czasopismo uznane zostało za wywrotowe, a Rabten otrzymał wyrok czterech lat pozbawienia wolności.
Według raportu Amerykańskiego Departamentu Stanu wobec wielu tybetańskich mnichów i mniszek przebywających w chińskich więzieniach „stosowane są takie kary, jak bicie, pozbawienie jedzenia, picia czy snu przez długi okres”.
7 września tego roku kilka dni po opuszczeniu więzienia w rejonie Nagchu zmarł mnich Yeshe Tenzin. Skazany został w 2001 r. za drukowanie i kolportowanie plakatów o tematyce niepodległościowej. Według rodziny w momencie zwolnienia mnich był w stanie totalnego wyczerpania. Nie mógł chodzić, a na jego ciele były liczne oznaki pobicia. Według Radia Wolna Azja nawet jeśli buddyjscy mnisi opuszczają więzienia o własnych siłach i wydają się być w dość dobrym stanie, to często przed zwolnieniem podawana jest im trucizna, „aby zmarli jak najszybciej”.

Protesty i płonące pragnienie wolności
Mimo represji, aresztowań i tortur Tybetańczycy wołają o wolność. Walczą o zachowanie tożsamości i o prawo do samostanowienia. Co roku w rocznicę antychińskiego powstania z 1959 r. odbywają się demonstracje. W 2008 r. protesty doprowadziły do kilkudniowych zamieszek. Tylko w ciągu jednego dnia, 14 marca, na ulicach Lhasy zgromadziło się 20 tys. protestantów. Z danych opublikowanych przez tybetańskie władze na uchodźstwie podczas antychińskich wystąpień zostało rannych ponad tysiąc osób. Tylko w okresie od 10 marca do 20 marca zginęło 220 Tybetańczyków. W wyniku protestów władze w Pekinie rozpoczęły tzw. kampanię edukacji patriotycznej, tj. masowe aresztowania mnichów i mniszek, rewizje i okupowanie klasztorów. Podczas rewizji policjanci niszczyli ołtarze, wizerunki Dalajlamy i innych buddyjskich mistrzów. Zamknięto wiele przyklasztornych szkół. Komuniści twierdzą, że kampania ma na celu „zwalczanie separatyzmu, strzeżenie stabilizacji i promowanie rozwoju”.
Ale protesty trwają i wykraczają poza Tybetański Region Autonomiczny. Pod koniec września tego roku w Seda w prowincji Sichuan (środkowo-zachodnie Chiny) doszło do demonstracji po tym, jak lokalna policja zdjęła z jednego z budynków fotografię Dalajlamy i flagę tybetańską. Protestujący w Seda domagali się powrotu Dalajlamy i wolności Tybetu. Policja usiłowała interweniować, ale wycofała się w miarę, jak narastał tłum. Kilka dni później, gdy doszło do ponownej demonstracji, policja użyła już broni. Postrzelono dwie osoby i aresztowano siedem.
Okupacja klasztorów i brutalne traktowanie mnichów doprowadziła do powstania innej formy oporu – samopalenia. 7 października tego roku dwóch mnichów Chopel (lat 19) i Khayang (lat 17) podpalili się w mieście Ngaba w prowincji Sichuan. Chopel został wcześniej usunięty z klasztoru w Kirti po tym, jak 16 marca podpalił się tam innych mnich. W połowie października aktu samospalenia dokonał następny mnich, 19-letni Norbu Damdul. Przed podpaleniem młody Tybetańczyk wznosił okrzyki: „Wolny Tybet” i „Powrót Dalajlamy do Tybetu”. Na miejsce natychmiast przybyła policja. Ugasiła ogień i zabrała żywego jeszcze Damdula do samochodu. Trzy dni później 20-letnia mniszka Tenzin Wangmo podpaliła się u wrót konwentu Dechen Chokorling w prowincji Sichuan. Tenzin także wznosiła okrzyki niepodległościowe i domagała się wolności religijnej. Ciało zmarłej mniszki chińskie władze zgodziły się wydać konwentowi pod warunkiem, że ceremonia pogrzebowa odbędzie się natychmiast. Od marca do listopada tego roku doszło do 10 przypadków samopodpalenia się przez Tybetańczyków. Ta forma protestu stała się dla buddyjskich mnichów i mniszek ostatecznym wyrazem sprzeciwu wobec chińskiej dominacji. Tymczasem władze komunistyczne określają akty samospalenia mianem „terrorystycznych”.

Ucieczka do wolności
Granice Chin z Indiami i Nepalem coraz bardziej zaczynają przypominać twierdzę. Armia indyjska od dawna zwraca uwagę na dynamiczny rozwój chińskiej infrastruktury komunikacyjnej i wojskowej w Tybecie w pobliżu granicy z Indiami. Długość dróg wiodących w stronę granicy sięga niemal 60 tys. kilometrów. Rozwój sieci kolejowej ma połączyć Tybet z Nepalem, Birmą, Bhutanem, Pakistanem, a także krajami Azji Centralnej. Tak rozbudowana infrastruktura ma ułatwić przerzucanie wojsk w rejon graniczny.
W takich warunkach i w wyniku wprowadzenia przez władze chińskie nadzwyczajnych środków bezpieczeństwa i zaostrzenia kontroli na granicy z Indiami i Nepalem po demonstracjach w 2008 r. - spada liczba uchodźców. Wcześniej niemal 3 tys. osób rocznie uciekało z Tybetu do Nepalu i Indii; obecnie jest to ledwie kilkaset osób. Wśród tych, którym powiodła się ucieczka, jest trzech mnichów: Lobsan Norbu, Khedup Gyatso i Kung Rinchen. Po zorganizowaniu protestu w jednym z miast prowincji Sichuan mnisi byli poszukiwani przez policję. Władze wyznaczyły nagrodę 50 tys. yuan (ok. 27,5 tys. zł) za wskazanie miejsca pobytu niepokornych Tybetańczyków. W tej sytuacji mnisi zdecydowali się na ucieczkę w październiku 2010 r. Po 23 dniach marszu dotarli do granicy tybetańsko-nepalskiej, a po dwóch tygodniach byli już w Indiach. Nie zawsze jednak ucieczka przebiega tak pomyślnie.
30 września 2006 r. trzej alpiniści z Wielkiej Brytanii i Australii byli świadkami strzelaniny po chińskiej stronie Himalajów w okolicy Nangpa La. Żołnierze chińscy strzelali do grupy Tybetańczyków. Radio Free Asia podało, że zabito siedmiu z nich. Jeden z alpinistów stwierdził, że ponad 10 Tybetańczyków zostało aresztowanych. „Byliśmy zszokowani, ponieważ wybraliśmy się w góry na wspinaczkę, a byliśmy świadkami strzelaniny do ludzi” - stwierdził Steve Lawes, brytyjski alpinista. Według Lawesa żołnierze chińscy strzelali do grupy 20-30 Tybetańczyków, którzy próbowali przekroczyć granicę z Nepalem. „Najpierw usłyszałem dwa strzały. Potem było ich dużo więcej, jeden za drugim - dodał. Widział, że jeden z Tybetańczyków upadł, a następnie wstał i po przejściu kilku metrów został ponownie postrzelony i upadł. Australijski alpinista, który pragnął zachować anonimowość, widział przez teleskop ciało leżące na lodowcu przez 28 godzin, zanim zostało zabrane przez żołnierzy chińskich. Grupy uchodźców Tybetańskich, a także londyńska Akcja na Rzecz Tybetu stwierdziły, że w wyniku strzelaniny zginęła jedna z mniszek i prawdopodobnie młody chłopiec. Lawes potwierdził, że w grupie Tybetańczyków były dzieci w wieku około 12 lat.

Gniewni Tybetańczycy i zindoktrynowani Chińczycy
Według raportu Freedom House pt. „Najgorsi z najgorszych 2011: Najbardziej represyjne społeczeństwa” Tybet to jedno z najgorszych miejsc pod względem braku wolności. Brak swobód obywatelskich, wolności religijnej i możliwości wpływania na przyszłość własnego kraju doprowadził do powstania silnego gniewu wobec Chińczyków wśród młodego pokolenia Tybetańczyków. Cao Changqing, chiński dysydent, pisarz i twórca portalu internetowego Youpai (Prawica) twierdzi, że ta nienawiść nie jest bezpodstawna. Większość Chińczyków popiera chińską okupację Tybetu; ich poglądy nie różnią się więc od stanowiska komunistycznego rządu chińskiego. Chińczyk wychowany w państwie, w którym nie ma wolności słowa, wolnych mediów, gdzie rząd decyduje, jak interpretowana jest historia, wierzy, że Tybet niemal od zawsze był chiński, a Dalajlama to terrorysta.
Wydana w maju 1993 r. przez pekińskie wydawnictwo Huaqiao książka pt. „Zapis niebywałych zmian w Tybecie” stwierdza m.in., że „zdławienie rebelii” w 1959 r. przyniosło „raj, jakiego wcześniej Tybetańczycy nie znali” i że „w Tybecie dokonała się tak duża zmiana, że można to nazwać cudem”. Uznawany w ChRL za czołowego badacza Tybetu, Ya Hanzhang, przyznał, że pisał książki na zamówienie „z góry”, które miały służyć „walce ideologicznej”. Rząd stoi na straży, aby żadne niepoprawne wiadomości nie zaśmieciły umysłów obywateli. A błędy popełniał nawet sam wielki wódz Mao. W wydanej w 1945 r. książce „Rząd koalicyjny” Mao Zedong stwierdził, że Tybet ma prawo do „do samostanowienia”, ale ten fragment w późniejszym wydaniu publikacji partia wykreśliła. W Hong Kongu można jeszcze kupić pierwotne wydanie „Rządu Koalicyjnego”.
Poddani praniu mózgów Chińczycy mają tylko taką wiedzę na temat Tybetu, jaką przekazuje im rząd. Cao Changqing podaje przykład swojej znajomej – członkini władz centralnych KPChL, która odwiedziła go w w Nowym Yorku. Cao podarował jej książkę Dalajlamy „O współczuciu”. Jaka zareagowała? „Dziwne, jego uśmiech wydaje się szczery i pełen miłości” - rzekła, patrząc na zdjęcie Dalajlamy umieszczone na okładce i przyznała, że nigdy nie widziała jego żadnej podobizny, ale to zdjęcie zupełnie nie pasowało do wizerunku, jaki utrwaliła w jej głowie propaganda komunistyczna – nie tak miał wyglądać „separatystyczny terrorysta i zdrajca”. Po lekturze znajoma Cao zabrała dodatkową kopię książki Dalajlamy do Pekinu, aby podarować ją znajomej. Doświadczenie Cao Changqing jest bardzo podobne; w Chinach pracował jako dziennikarz; jego wiedza na temat Tybetu ograniczała się do tego, co powiedział rząd.
„Chociaż wydawało mi się, że Tybet to odległy i obcy ląd, to nigdy nie wątpiłem, że jest to część Chin. Dopiero kiedy przyjechałem do Stanów Zjednoczonych i zacząłem czytać prace opublikowane przez zachodnich i tybetańskich naukowców, zrozumiałem, że poglądy na temat Tybetu przedstawiane przez komunistów są jednostronne, a wiele z nich to po prostu nieprawda”.
„Może rzeczywiście powinniśmy się zacząć zastanawiać, dlaczego Tybetańczycy tak nas, Chińczyków nienawidzą? Czy gdyby nie pogarda rządu komunistycznego i Chińczyków okazywana Tybetańczykom, to uczucie byłoby tak silne? [...]
Jestem święcie przekonany, że w Chinach, w których panowałby wolny przepływ informacji, większość Chińczyków uszanowałaby wybór Tybetańczyków, bo z głębi serca Chińczyków i Tybetańczyków wychodzi ten sam głos: wołanie o wolność!” - twierdzi Cao. Uważa, że problemu Tybetu nie należy sprowadzać tylko do polityki wobec mniejszości czy nawet kwestii niepodległości. Tu chodzi o wartości. „Jeśli wolność człowieka nie będzie traktowana jako najwyższa wartość, to Chiny nigdy nie staną się wolnym i demokratycznym państwem i nigdy nie będą w stanie sprostać żadnym problemom etnicznym czy sporom terytorialnym”.
Nowe Panstwo

Etykiety: ,

2012/01/18

Apel o zwolnienie chińskich duchownych

Redakcja katolickiego magazynu internetowego Asia News w specjalnym liście do prezydenta Chińskiej Republiki Ludowej Hu Jintao prosi o uwolnienie 3 biskupów i 6 księży aresztowanych przez chińską policję. Los dziewięciu duchownych jest nieznany.

W liście przekazanym na ręce chińskiego ambasadora w Rzymie czytamy m.in., że uwolnienie księży byłoby "gestem przyjaźni wobec katolików i aktywistów działających na rzecz praw człowieka, a także oznaką prawdziwej nadziei na nadchodzący Nowy Rok Chiński (23 stycznia)".
Wszyscy zatrzymani są księżmi tzw. kościoła podziemnego i żadnemu nie przedstawiono konkretnych zarzutów. W więzieniu przebywają już wiele lat. Wśród aresztowanych i wymienionych w liście jest m.in. osiemdziesięcioletni ks. bp James Su Zhimin (diecezja Baoding, prowincja Hebei) - zatrzymany 8 października 1997 roku; wiadomo, że w listopadzie 2003 r. pod obstawą policji biskup przebywał w szpitalu. Przed aresztowaniem w 1997 r. zakonnik spędził 26 lat w więzieniach i obozach pracy. Innym osadzonym jest dziewięćdziesięcioletni ks. bp Cosma Shi Enxiang (diecezja Yixian, prowincja Hebei) - aresztowany 13 kwietnia 2001 r. (Wielki Piątek); w latach 1957-1980 przebywał w więzieniu, a w 1983 r. został skazany na 3 lata aresztu domowego; biskup Shi spędził w więzieniach 51 lat. W więzieniu przebywa także ks. Joseph Lu Genjun (diecezja Baoding, prowincja Hebei) zatrzymany 17 lutego 2006 roku. W 2001 r. był już skazany na 3 lata robót w obozie pracy. Podobnie ks. Zhang Jianlin (diecezja Xuanhua, prowincja Hebei) został aresztowany 22 czerwca 2011 roku. Zatrzymano go w 2008 r., gdy próbował udać się do bazyliki Matki Bożej z Sheshan w Szanghaju.
W Chinach do tzw. Kościoła podziemnego - wiernego Papieżowi - należy ponad 8 mln katolików. Około 5 mln osób to członkowie Katolickiego Stowarzyszenia Patriotycznego kontrolowanego przez rząd.
Nasz Dziennik

Etykiety: ,

2012/01/10

Chińczycy na wyborach na Tajwanie

Tylko na jeden dzień - 13 stycznia - zapowiedziano 78 nowych lotów z Chin na Tajwan. Powód? Obywatele komunistycznej ChRL chcą być obecni na Tajwanie 14 stycznia, kiedy to na wyspie odbędą się wybory prezydenckie i parlamentarne. Większość odwiedzających chce doświadczyć atmosfery wyborczej, której z racji braku prawa do wolnych wyborów w Państwie Środka są pozbawieni.

Chińczycy bardzo uważnie obserwują wybory na Tajwanie. Mimo jasnych preferencji władz w Pekinie (wsparcie dla prozjednoczeniowego i ubiegającego się o reelekcję prezydenta Tajwanu Ma Yingjiu) dyskusje na forach internetowych czy na spotkaniach z chińskimi dysydentami skupiają się nie na tym, kto zostanie przyszłym przywódcą Tajwanu, ale wokół samego systemu i kultury wyborów na wyspie. Chińczycy przyznają, że zazdroszczą Tajwańczykom, że ci mogą sami decydować, kto będzie reprezentował ich kraj.
- Chińczycy są pod dużym wrażeniem systemu wyborczego na wyspie, faktu, że kandydaci muszą jeździć po całej wyspie, brać udział w wiecach i zabiegać o głosy wyborców. Tajwańskie określenie "Dong Suan" ("zostań wybrany") często słyszane na wiecach wyborczych na Tajwanie stało się także popularne w Chinach - twierdzi chiński dysydent Cao Changqing.
Nasz Dziennik

Etykiety: ,

2011/12/30

Co Komorowski załatwił w Chinach?

Chińscy dysydenci z rozczarowaniem przyjęli wizytę prezydenta Bronisława Komorowskiego w Chinach. Ich zdaniem, była ona sukcesem chińskich komunistów, którzy otwarcie mówią o tym, iż zyskali teraz "sojusznika na podwórku NATO".

Przede wszystkim zdumienie wśród antykomunistów wywołuje fakt, iż prezydent pochodzący z kraju, który pierwszy w 1989 roku obalił komunizm, ani razu na spotkaniu z władzami chińskimi nie wspomniał o problemie łamania praw człowieka w ChRL. W prasie polskiej pisano co prawda o spotkaniu Bronisława Komorowskiego z chińskimi dysydentami, ale ci na temat takiego spotkania nie mają żadnej wiedzy. Jeden z bardziej znanych opozycjonistów, Cao Changqing, chiński pisarz i publicysta, powiedział "Naszemu Dziennikowi", że może to oznaczać, iż polski prezydent ugiął się pod presją władz chińskich i zgodził się "na jakieś anonimowe spotkanie nie wiadomo z kim", być może tylko na potrzeby polskich mediów.
Według Cao, wizyta Komorowskiego jasno pokazała Chińczykom, ale przede wszystkim chińskim dysydentom, na czym polega różnica pomiędzy rządami braci Kaczyńskich a rządami liberałów. Kaczyńscy, ale także wcześniej Lech Wałęsa, nigdy nie wybrali się do komunistycznych Chin i spotykali się z Dalajlamą, pokazując w ten sposób Pekinowi, że dla Polaków godność ludzka to jedna z największych wartości.
Oczywiście Polska, kontynuuje Cao, powinna zabiegać o rozwój stosunków gospodarczych z Chinami (drugą gospodarką na świecie), zwłaszcza że wymiana handlowa pomiędzy krajami jest niezrównoważona. Polska importuje z Chin 10 razy więcej, niż eksportuje do Państwa Środka. Ale rozwiązanie tego problemu nie wymaga wizyty polskiego prezydenta. Nawet chińscy oficjele i ekonomiści otwarcie przyznają, że rozwiązanie jest tylko i wyłącznie po stronie polskiej. - Polska powinna produkować towary konkurencyjne na rynku chińskim, a z Chin sprowadzać półprodukty, które następnie będzie sprzedawać jako gotowe produkty do pozostałych krajów europejskich - radzi prof. Kong Tianping z Chińskiej Akademii Badań nad Europą Wschodnią, jednego z czołowych think tanków w ChRL.
Po co więc prezydent Komorowski przybył do Chin i podpisał deklarację dotyczącą nawiązania między Polską a Chinami stosunków strategicznego partnerstwa? Według Cao Changqinga, wizytę i deklarację komuniści chińscy chcieli po prostu wykorzystać propagandowo. Oto lider dużego europejskiego państwa przechadza się z małżonką po Wielkim Murze w ośmiostopniowym mrozie, twierdząc, że widok muru spowodował, iż nie czuje zimna. To, jak określił chiński dysydent, show, na który właśnie czekali aparatczycy w Pekinie i co chwila pokazywali go w komunistycznych mediach.
Chińczycy otrzymali jasny przekaz: skończyły się problemy z Polakami. Do tej pory dla chińskich dysydentów Polacy to jeden z najbardziej antykomunistycznych narodów w Europie. Ale teraz, co podkreślają chińskie oficjalne media, polskim przywódcą nie jest już prozachodni Lech Kaczyński; przy władzy są liberałowie i Komorowski, którzy są otwarci na Wschód: na Rosję i na Chiny. Podpisanie przez stronę polską deklaracji o strategicznym partnerstwie z Chinami to według Pekinu dobry znak, że Polska nie będzie np. przeszkodą przy zakupie zachodniej broni przez Chiny, czemu Warszawa do tej pory się konsekwentnie sprzeciwiała. Co więcej, w deklaracji znalazło się stwierdzenie, że Polska popiera proces integracji w rejonie Azji Wschodniej - a właśnie to pod pozorem owej "integracji" Chiny próbują osiągnąć hegemonię w tym regionie świata. Teraz będzie się to działo także za zgodą Polski. ChRL zdobyła sojusznika "na podwórku NATO", jak to określiły chińskie media. A dziennikarze mogą pisać o "wspaniałym sukcesie dyplomacji chińskiej".
Cao Changqing stwierdził, że ta wizyta to rzeczywiście wielki sukces chińskiej partii komunistycznej i jej propagandy. - W czasie swojej wizyty prezydent Komorowski przypomniał, że smok to chiński symbol szczęścia i sukcesu. Dla ludzi zachodu smok to potwór, który ma pazury i potrafi być wściekłym tyranem - przypomniał Cao. I podkreślił, że zachodni eksperci często opisują relacje pomiędzy Chinami a Tybetem za pomocą porównania dużego smoka - tyrana, i białego delfina.

Etykiety: , , ,

2011/12/26

Boże Narodzenie 2011

Niech Nowonarodzony
oświeca drogi codziennego życia,
obdarza błogosławieństwem
i pomaga życie czynić szczęśliwym.
Wesołych i ciepłych świąt życzą
Hania i Paul Shen

Etykiety:

2011/12/18

Świąteczny prezent z Polski

Świąteczny prezent z Polski dla tajwańskich dzieci! Właśnie ukazały się po chińsku 3 książeczki dla dzieci polskiego wydawnictwa Edycja Św. Pawła.
Wydane tytyły to:
Tajwańskim wydawcą książek jest Wisdom Press - katolickie wydawnictwo prowadzone przez siostry paulistki. Wisdom Press nawiazało współpracę z Edycja Św. Pawła na Międzynarodowych Targach Książki w Tajpej w 2007 (TIBE). Coroczna obecność pulsing wydawnictwa na targach w Tajpej i kilkuletnia już współpraca z tajwańskim wydawcą zaowocowały licznymi publikacjami polskich tytułów na Tajwanie

Etykiety: , , , , ,

2011/12/10

Chińskie więzienia: tortury i interes



Oficjalnie władze w Pekinie przy każdej okazji podkreślają, iż w chińskich więzieniach panują humanitarne warunki. Tymczasem organizacje zajmujące się obroną praw człowieka alarmują: bicie, chłosta, kopanie, stosowanie elektrowstrząsów, zakuwanie w kajdany oraz wieszanie za ręce, nierzadko połączone z biciem - to często stosowane praktyki w chiński systemie penitencjarnym.

W 2004 r. były strażnik w więzieniu Chishan w prowincji Hunan opowiedział dziennikarzom internetowego portalu Minghui, jakim torturom poddawani są więźniowie w Chinach. „Zeng Haiqi został umieszczony na Oddziale Specjalnej Kontroli”, opisuje losy jednego z uwięzionych, wyznawcy ruchu Falun Gong. „Skuto mu ręce i powieszono tak, aby stopy prawie dotykały podłogi. Zeng wisiał tak 18 godzin każdego dnia”. Strażnik przyznał także, że władze więzienia kazały straży więziennej korzystać z rożnych narzędzi tortur, tak „aby na ciele zostało jak najmniej śladów”.
15 gram ryżu dziennie
Więźniowie skazani „za zbrodnie natury politycznej” mają często zmniejszane porcje jedzenia. Dziennie może to być np. 15 gram ryżu i odrobina warzyw. Do nękania skazańców wykorzystywani są także inni więźniowie – z reguły recydywiści. W przypadku Zeng Haiqi strażnicy wybrali grupę ośmiu kryminalistów. Ich zadaniem było pozbawienie Zenga snu. Mogli do tego wykorzystywać narzędzia tortur. Strażnik z więzienia Chisan opisał także tzw. małe cele, w których zamykani są niepokorni więźniowie, np. Ci, którzy nie chcą się poddać samokrytyce albo publicznie potępić współwięźniów. Trafiają oni do pomieszczeń zupełnie pozbawionych światła i tak małych, że praktycznie nie mogą się poruszać. Więźniowie stoją więc we własnych fekaliach, a w nocy biegają po nich szczury.
O podobnych praktykach, ale widzianych z drugiej strony, oczami więźnia, pisze w opublikowanych właśnie w Niemczech wspomnieniach chiński poeta Liao Yiwu. Aresztowany za publikacje wiersza pt. „Masakra” poświęconego ofiarom protestów na Placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 r., Liao trafił natychmiast do więzienia. Tu w dużej sali na oczach innych więźniów zerwano z niego ubranie, a następnie dokonano inspekcji całego ciała, zakończonej wsadzeniem bambusowego kija w odbyt. „Trwało to może siedem minut, ale dla mnie to była wieczność” - wyznaje poeta.
Liao opisuje przesłuchania, w czasie których strażnik bił go elektryczną pałką: „za jednym razem około 100 uderzeń”. Czasami skuwano mu ręce w tyle kajdankami na kilka tygodni. Kajdanki były za małe, więc skóra wokół nich puchła, a metal wbijał się w ciało. W przypadku Liao katami byli nie tylko strażnicy. Także wśród skazanych znaleźli się tacy, którzy specjalizowali się w zadawaniu bólu współwięźniom. Mieli oni swoje „menu” 45 tortur, np. „podwójne pieczone mięso podawane na stalowym talerzu” wymaga, aby ofiara została rozebrana, a w jej ciało wbite bambusowe igły. Następnie całość posypuje się solą i obwija bandażami. Liao Yiwu przyznaje, że opuścił więzienie jako całkowicie zniszczony człowiek. Miał jednak „szczęście”, bo wyszedł żywy.
Są tacy, którzy tortur więziennych nie wytrzymują. W sierpniu 2008 r. strażnik więzienia Dongling w mieście Shengyang powiadomił telefonicznie rodzinę więźnia Shoujun Zhenga, że ten zmarł z przyczyn naturalnych. Według władz więzienia  znaleźli go martwego w celi współwięźniowie. W szpitalu początkowo nie chciano pokazać bliskim zwłok. Gdy w końcu rodzina ujrzała ciało, nie byli w stanie go rozpoznać. „Ciało ojca było zupełnie nagie. Głowa była opuchnięta i zniekształcona, twarz pełna siniaków, brzuch powiększony, a ręce zaciśnięte” - opowiedziała gazecie „Epoch Times” córka ofiary. „Mówiliście, że mój ojciec zmarł z przyczyn naturalnych i że próbowaliście uratować mu życie,ale dlaczego na całym ciele było pełno ukłuć?”, pytania kobiety spotkały się z milczeniem pracowników więzienia.
Indoktrynacja po godzinach pracy
Większość skazańców trafia do obozów pracy (Laogai). Pracują tu głównie w fabrykach, kopalniach i gospodarstwach rolnych. Mimo że prawo chińskie gwarantuje ośmiogodzinny dzień pracy, w więzieniach Laogai pracuje się siedem dni w tygodniu, nawet po 16 godzin na dobę. Obozy są przeludnione i często na dwóch więźniów przypada jedno łóżko. Na porządku dziennym jest widok nagich skazańców walczących o dostęp do pryszniców, których jest tam wyjątkowo mało.
Więźniowie pracujący z materiałami toksycznymi nie mają żadnych zabezpieczeń. Po pracy następuje tzw. czas szkolenia, kiedy poddaje się ich komunistycznej indoktrynacji. Skazani zmuszani są wówczas do samokrytyki i potępiania współwięźniów. Czasem organizowane są tzw. sesje walki, podczas których więźniowie się biją. To wszystko zwiększa wzajemną nieufność i stwarza poczucie izolacji.
Ci, którzy przy reedukacji wykazują opór, są bici i często wydłuża im się okres uwięzienia. Według Harry’ego Wu, byłego więźnia Laogai, wierzący i wykonujący posługę religijną, tak jak księża czy zakonnice, „konsekwentnie otrzymują najdłuższe wyroki spośród wszystkich więźniów w obozach”.
Złe traktowanie więźniów nie dotyczy tylko mężczyzn; często od ich losu gorszy jest los uwięzionych kobiet i dzieci. Kobiety muszą wykonywać te same prace, co przedstawiciele płci przeciwnej. Są też bite i torturowane, a nawet gwałcone zbiorowo przez strażników lub więźniów kryminalnych pełniących w laogai obowiązki tzw. więźniów funkcyjnych. Także dzieci więzione w obozach pracy nie mogą liczyć na lepsze traktowanie.
Prawo chińskie zezwala karać dzieci powyżej 14. roku życia, ale w więzieniach przebywają i młodsze. Wiele z nich nie jest w stanie znieść ciężkich warunków i tortur i umiera z głodu oraz chorób.
Złoty interes
Władze więzień i obozów pracy znalazły sposób na dodatkowe „zarobki”: handlują organami. Nieznane są oficjalne dane dotyczące wykonywania kary śmierci, gdyż władze ChRL określają je jako ściśle tajne. Wielu ekspertów twierdzi jednak, że dochodzi do ok. 10 tys. egzekucji rocznie. Więźniowie otrzymują tzw. wstępny wyrok śmierci i z reguły po upływie 20 dni tzw. ostateczny. Skazani na śmierć, a raczej ich organy, są źródłem dochodu.
Od skazańca pobiera się krew, którą poddaje się testom medycznym. Egzekucja odbywa się za pomocą strzału w tył głowy; lekarze natychmiast pobierają organy, które są transportowane do szpitali, gdzie oczekują na nie „turyści” z Tajwanu, Hong Kongu, Makao, Japonii czy Malezji. Władze chińskie oficjalnie zakazały handlu organami ludzkimi pochodzącymi od więźniów i ofiar wypadków. „Byłbym zdziwiony, gdyby to prawo miało jakiekolwiek znaczenie” - twierdzi David Kilgour, były parlamentarzysta z Kanady badający Laogai. Według Kilgoura zbyt wielu - głównie policjanci, strażnicy więzienni i lekarze - czerpie z tego „interesu” zyski, aby nagle z tego zrezygnować.
Chińskie więzienia idą z duchem czasu, a przedsiębiorczy strażnicy zarabiają nie tylko na handlu organami. Znaleźli dodatkowe źródło dochodu: gry MMO (gry rozgrywane jednocześnie przez miliony graczy w Internecie). W maju tego roku brytyjski „Guardian” opublikował wyznania byłego więźnia ukrywającego się pod pseudonimem Liu Dali. Liu trafił do jednego z obozów w północno-wschodnich Chinach za „nielegalne” informowanie o korupcji władz centralnych. W obozie w ciągu dnia pracował w kopalni złota, a w nocy przed komputerem zarabiając wirtualną gotówkę.
„W obozie było 300 więźniów zmuszanych do gry. Pracowaliśmy po 12 godzin przed komputerem. Słyszałem, że dziennie obóz zarabiał na grze od 5 do 6 tysięcy yuanów [ok. 2,5-3 tys. zł – przyp. aut.]. Nigdy nie zobaczyliśmy nawet grosza, a komputery pracowały non stop” - opowiada Liu. Jeśli skazańcy-„gracze” nie są w stanie wyrobić dziennej normy, są poddawani torturom. Jedna z kar to stanie z podniesionymi rękami, podczas gdy strażnicy wymierzają baty plastikową pałką.
Czarne więzienia
Chińscy oficjałowie zapytani o „czarne więzienia” (heijianyu) zaprzeczają ich istnieniu. To tu trafiają ofiary nadużyć urzędników; domagają się sprawiedliwości, a tymczasem po złożeniu oficjalnej skargi zostają nagle porwani. Za pomocą przemocy próbuje się ich przekonać, aby wycofali skargi. Za porwanie i przetrzymywanie petentów płacą firmom ochroniarskim urzędnicy, członkowie partii, którzy twierdzą, że wszelkie zażalenie na ich działania to „szkodzenie partii”. Jak stwierdza raport przygotowany przez organizację Human Rights Watch także w czarnych więzieniach bicie, głodzenie i gwałty to codzienność. I dodaje, że stanowią one dochodowy interes, z którego zyski czerpią porywacze, wyspecjalizowane gangi i właściciele lokali przekształconych w więzienia. Porwanie i uwiezienie autora skargi to koszt w granicach 22-44 dolarów.  To także pewny sposób na zamknięcie ust walczącym o swoje obywatelom.
Mimo licznych raportów i relacji na temat nieludzkiego traktowania uwięzionych, wersja, jaką światu przekazuje od lat Pekin, jest niezmienna: chińscy więźniowie są traktowani humanitarnie, a pobyt w więzieniu czy obozie pracy to szansa na „zreformowanie wszystkich kontrrewolucjonistów i innych kryminalistów”.

Wyimki:
„Chcę, aby ludzie byli świadomi, ile kobiet i mężczyzn jest w więzieniach w Chinach, że produkty, których używają, mogą pochodzić z obozów pracy: zabawki, piłki, rękawice chirurgiczne; żeby byli świadomi, jak wygląda życie w obozach. I to nie jest problem importu czy eksportu - to sprawa praw ludzkich” - Harry Wu, były wiezień Laogai, katolik, twórca Fundacji Badającej Laogai.


Etykiety: ,

2011/10/13

Problemy w procesie Czerwonych Khmerów

Niemiecki sędzia biorący udział w procesie przywódców Czerwonych Khmerów, jaki toczy się przed Trybunałem ONZ ds. osądzenia zbrodni popełnionych przez Czerwonych Khmerów (ECCC) zrezygnował z udziału w dalszym procesie.

Siegfried Blunk powiedział, iż jest to jego protest przeciwko naciskom jakie rząd Kambodży stara się wywierać na śledztwo i proces.
W ostatnich tygodniach rząd nie dopuścił do postawienia przed sądem dwóch byłych oficjałów reżimu Pol Pota twierdząc, ze byli to urzędnicy niskiego szczebla i nie mogą być uznawani za 'najbardziej odpowiedzialnych za zbrodnie". Sprzeciw wobec postawienia przed sądem obu urzędników osobiście wyraził premier Kambodży Hun Sen,były członek Czerwonych Khmerów. Human Rights Watch, pozarządowa organizacja zajmująca się ochroną praw człowieka, w wydanym oświadczeniu potępiła wtrącenie się w prace sędziów przez rząd a zwłaszcza jego lidera.
- Poprzez jego naciski członkowie Trybunału nie mogą w należyty sposób badać spraw, a nawet rezygnują z dalszej pracy - czytamy w oświadczeniu.
Rząd broni się twierdząc, że proces jest „sprawą Kambodży” i dlatego, jak stwierdził Minsietr Informacji Hor Namhong, decyzje w jego sprawie może podejmować rząd Kambodży.
Proces czołowych członków reżimu Czerwonych Khmerow, jednej z najbardziej krwawych tyranii komunistycznych, rozpoczął się w 2009 roku. W chwili obecnej Trybunał zajmuje się sprawą Nuon Chea, głównego ideologa komunistycznego reżimu, nazywanego „Bratem Numer Dwa”. 84 letni obecnie zbrodniarz wyraził w trakcie rozprawy skruchę w dość specyficzny sposób stwierdzając , że „żałuje śmierci nie tylko ludzi, ale i zwierząt, które zginęły podczas wojny”.
Sędziowie badają także udział w zbrodniach Ieng Sary, odpowiedzialnego za czystki w kierowanym przez siebie MSZ ,jego żony, a jednocześnie szwagierki Pol Pota - Ieng Thirith i Khieu Samphan, byłego prezydenta Demokratycznej Kampuczy. Byłego prezydenta reprezentuje francuski prawnik Jacques Verges, który wcześniej bronił niemieckiego zbrodniarza Klausa Barbiego i terrorystę „Carlosa”.
W zeszłym roku Trybunał skazał na 35 lat wiezienia Kaing'a Guek Eav, alias „Duch”. Wyrok został zmieniony na 19 lat jako, że Duch przebywał wcześniej w więzieniu w latach 1999 -2007. Duch to były nauczyciel matematyki . W latach 1975-1979 kierował niesławnym więzieniem Tuol Sleng (S-21) . Wprowadzony przez Ducha system tortur miał zapewnić przyznanie się więźniów do wszystkich postawionych im zarzutów. Z 17 tys. przetrzymywanych w Tuol Sleng przeżyło tylko 12 osób (w chwili obecnej żyją już tylko 4 osoby).
Efekty rządów Czerwonych Khmerów w latach 1975-78 to prawie 2 mln ofiar. Główny sprawca tej tragedii Pol Pot, uczeń Jean Paul Sartre'a, umarł nieosądzony.
Dr. John Ciorciari z Uniwersytetu Stanford, jeden z doradców Ośrodka Dokumentacji Kambodży, podkreśla, że aby prace trybunału odniosły sukces, to musi on „pracować szybko i czysto”. Szybko, bo oskarżeni to osoby już niemłode i powoli schodzą z tego świata.
Niezalezna.pl

Etykiety: ,

2011/10/11

Prezydent wzywa do zjednoczenia

Hu Jintao, prezydent Chin Ludowych, wezwał Tajwan do szybkiego zjednoczenia z ChRL i współpracy na rzecz promocji chińskiej kultury, budowania narodowej tożsamości i wzrostu konkurencji chińskiej gospodarki. Ten apel został wygłoszony z okazji 100. rocznicy wybuchu rewolucji Xinhai, która doprowadziła do zniesienia w Chinach monarchii.
- Zjednoczenie na drodze pokojowej służy podstawowym interesom wszystkich Chińczyków, także naszym rodakom na Tajwanie - stwierdził Hu Jintao, pełniący też funkcję sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin Ludowych. Chiński przywódca dodał, że obie strony powinny wspólnie zwalczać wszelkie dążenia do niepodległości wyspy. W przemówieniu wygłoszonym w chińskim parlamencie Hu Jintao powiedział również, że tylko partia komunistyczna może zapewnić Chinom "prawdziwe narodowe odrodzenie". W tym roku rocznica wybuchu rewolucji Xinhai jest obchodzona na Tajwanie także jako setna rocznica ustanowienia Republiki Chińskiej. Z okazji święta tajwański prezydent Ma Yingjiu odpowiedział chińskiemu przywódcy, że o przyszłości Tajwanu mogą decydować tylko jego obywatele. Tajwański przywódca zapewnił, że jego rząd pragnie pokojowych stosunków z Chinami i dlatego Tajwan nie ogłosi formalnie niepodległości. Ma on jednak nadzieję, że ChRL będzie szanowała prawo wyspy do samostanowienia. Ma Yingjiu wezwał Pekin do polityki zmierzającej do wprowadzenia demokracji w Chinach. Rewolucja Xinhai doprowadziła w 1911 r. do obalenia dynastii Qing i powstania Republiki Chińskiej. Po przegranej wojnie domowej z Narodową Armią Wyzwoleńczą, dowodzoną przez komunistów i Mao Tse-tunga, rząd Republiki Chińskiej schronił się na Tajwanie. Pekin uznaje Tajwan za "zbuntowaną prowincję" Chin. Ocieplenie stosunków nastąpiło, gdy wybory prezydenckie na Tajwanie w 2008 r. wygrał Ma Yingjiu, głoszący między innymi program naprawy tajwańskiej gospodarki na bazie zbliżenia z Chinami.
NaszDziennik

Etykiety: , , , ,

2011/10/06

Stay hungry, stay foolish

Etykiety: ,

2011/10/04

Chiny dążą do wojny?

Long Tao, wpływowy analityk Komitetu ds. Funduszy Energetycznych, a także członek działającego na uniwersytecie w Zhejiang Centrum Badań nad Pokojem i Bezpieczeństwem, wezwał chiński rząd do wypowiedzenia wojny Wietnamowi i Filipinom. Celem akcji miałoby być przejęcie pełnej kontroli nad rejonem Wysp Paracelskich i Wysp Spratly na Morzu Południowochińskim, gdzie znajdują się duże złoża ropy naftowej.

Long Tao zamieścił swój komentarz na łamach "Global Times" ("Huanqiu"), gazety wydawanej przez Komunistyczną Partię Chin Ludowych. Analityk wskazuje, że atak na Wietnam i Filipiny, które to państwa określa jako "najgłośniejszych wichrzycieli w rejonie", odstraszy innych potencjalnych, i to większych, wrogów ChRL. W wyniku działań wojennych - jak uważa Long Tao - Chiny przekształcą Morze Południowochińskie w "morze ognia", jako że w rejonie Wysp Spratlay znajduje się około tysiąca platform wiertniczych i lotnisk, z których jednak żadne nie należy do Chin. Jego zdaniem, Pekin nie powinien obawiać się interwencji międzynarodowej. "USA zajęte są wojną z terroryzmem i Bliskim Wschodem (...) a więc nie mogą pozwolić sobie na nową wojnę na Morzu Południowochińskim. Nieustępliwe stanowisko USA będzie tylko blefem" - wyjaśnia chiński ekspert. Podkreśla on, że z czasem i tak zostanie osiągnięta stabilizacja w tym regionie "w wyniku strategicznej ugody".
Specjaliści podkreślają, że ten tekst można traktować jako swego rodzaju test dla USA i opinii międzynarodowej ze strony chińskich władz, bo przecież artykuł nie ukazałby się bez przyzwolenia rządu. I może chodzić tu nie tyle o grożenie dwóm krajom, z którymi Chiny toczą spór, ale jest to forma nacisku na Wietnam i Filipiny, aby uwzględniły chińskie interesy gospodarcze w rejonie Morza Południowochińskiego. Pekinowi zależy przede wszystkim na dostępie do złóż ropy naftowej i gazu ziemnego.
NaszDziennik

2011/09/28

Czerwony Konfucjanizm

W jednej z reklam wyborczych prezydent Ma Ying-jiu (ubiegający si o reelekcję z ramienia KMT) zapewnia, iż zrobi wszystko co możliwe, aby promować chińską kulturę. W spocie wyborczym umieszczono wywiady z dziećmi na Tajwanie i w Chinach Ludowych. Dzieciaki dzielą się wrażeniami z lekcji poświęconym nauce klasycznych tekstów żródłowych szkoły konfucjańskiej: Czteroksiąg i Pięcioksiąg (四書五經).

Nauczanie tych ksiąg wśród dzieci rozpoczęto 12 lat temu w Światyni Konfucjusza w Tajpej, a z czasem lekcje stały się popularne na całym Tajwanie, a także w Chinach.
Spot wyborczy ukazał się w tym samym czasie kiedy opozycyjna partia DPP zarzuca rządowi, że propagowanie chińskiej kultury odbywa się kosztem promocji kultury tajwańskiej . Głos w sprawie zabrał także były prezydent Tajwanu Lee Deng-hui. Prezydent Lee w komentarzu (który ukazał na stronie prezydenta na Facebook) mówi o konieczności studiowania chińskiej klasyki. Czteroksiąg i Pięcioksiąg uczą takich cnót jak "nabożność synowska: miłość, szacunek i posłuszeństwo wobec rodziców, przodków i krewnych. Jednak prezydent Lee wskazal na niebezpieczeństwo wykorzystywania chińskiej klasyki w celach politycznej idoktrynacji - z czym mamy miejsce w komunistycznych Chinach. Partia komunistyczna przedstawia się jako kontynuator szkoły konfucjańskiej, a klasyczne teksty wykorzystuje do kontrolowania społeczeństwa.
"Chińska partia komunistyczna nie promuje teraz komunizm, ale właśnie Czteroksiag i Pięcioksiąg czyli neokonfucjanizm i próbuje manipulować społeczeństem powołując się na idee Konfucjusza: prawomocność władzy, monarchizm i konieczność jedności", ostrzega Lee Deng-hui.

Etykiety: , ,

2011/09/27

Obama odda Tajwan czerwonym Chinom?

Komentarz wysokiego urzędnika administracji amerykańskiej, jaki ukazał się w zeszłym tygodniu w "Financial Times", dotyczący kandydatki na stanowisko prezydenta Tajwanu, Tsai Ing-wen, wywołał fale krytyki zarówno w USA, jak i na Tajwanie.
Urzędnik Białego Domu stwierdził, że wybór Tsai, kandydatki opozycyjnej Demokratycznej Partii Postępu, doprowadzi do wzrostu napięcia na lini Tajwan - Chiny.
"Mamy wątpliwości co do tego, czy ona (Tsai Ing-wen) chce i potrafi kontynuować politykę stabilizacji, jaka panuje w rejonie od kilu lat" - stwierdził przedstawiciel administracji Obamy .
"Financial Times" określił wypowiedź jako bezceremonialną, a komentatorzy i publicyści mówią o pogwałceniu protokołu i próbie ingerencji w wynik wyborów prezydenckich na Tajwanie.
Gordon G. Chang, prawnik i felietonista „Forbes”, w komentarzu, jaki ukazał się na stronach niezależnej gazety internetowej „The Daily”, twierdzi, że wypowiedź przedstawiciela administracji Obamy dotycząca Tsai Ing-wen nie służy rozwojowi demokracji w Azji.
"Administracja Obamy lubi przeciwnika Tsai, Ma (Ma Ying- jiu obecny prezydent), ponieważ doprowadził on do zmniejszenia napięcia pomiędzy wyspą a komunistycznymi Chinami" - pisze Chang. Jednak Ma Ying-jiu dąży do zjednoczenia z Chinami, a to według Changa oznacza wchłonięcie Tajwanu przez Czerwone Chiny i koniec demokracji dla 23 mln mieszkańców wyspy.
Od 1949 r., kiedy chińscy nacjonaliści (Kuomintang) pokonani przez komunistów osiedlili się na Tajwanie, Chiny i Tajwan są w stanie ciągłej konfrontacji. Pekin nie uznaje suwerenności wyspy i traktuje ją jako zbuntowaną prowincję.
Wybory prezydenckie na Tajwanie odbędą się w styczniu 2012 r. Kandydatem rządzącej partii KMT jest obecny prezydent Ma Ying-jiu. Ma i nacjonaliści widzą Tajwan jako część Republiki Chińskiej i dążą do zjednoczenia z Chinami. Opozycyjna partia DPP określa Tajwan jako niezależne państwo i oskarża KMT, że robi wszystko, „aby suwerenne państwo tajwańskie stało się jedną z prowincji Chin Ludowych”.



Etykiety: , , ,

2011/08/24

Czym żyje Tajwan czyli Diane Lee wraca

Znowu głośno na Tajwanie o byłej poslance KMT Diane Lee (李慶安). W 2009 Lee została oskarżona o posiadanie podwójnego obywatelstwa: tajwańskiego i amerykańskiego. Diane Lee powinna sie zrzec amerykańskiego obywatelstwa gdy zostal radną Tajpej; przez 14 swojej kariery politycznej Lee miała podwójne obywatelsto, co “biedna”tlumaczyła tym, że myślała "iż jej amerykańskie obywatelstwo wygasło". Sąd nie uwierzył zapłakanej posłance. Oskarżona o defraudację (przez 14 lat pobierała pensję najpierw radnej, apotem posłanki) i fałszerstwo (celowe zatajenie podwójnego obywatelstwa), Lee została skazana wyrokiem sądu pierwszej instancji na dwa lata pozbawienia wolności i zwrot 100 mln TWD (ok 10.4 mln PLN) .
Tymczasem wczoraj sąd drugiej instancji uchylił wyrok uznając, że Diane Lee jest niewinna. Sąd uznał, że to Państwowa Komisja Wyborcza, Rada m. Tajpej i Parlament powinny sprawdzić czy Lee posiadała obywatelstwo innego kraju. Skoro wyżej wymienione urzędy pozwoliły jej pracować, to Diane Lee otrzymywała swoje wynagrodzenie legalnie. Prokuratorzy zapowiadają odwołanie się do Sądu Najwyższego.
Wczorajszy wyrok wzbudził duże kontrowersje. Ponieważ jest to pierwsza sprawa dotycząca urzędnika posiadającego podwójne obywatelstwo (co jest zakazane na mocy "Ustawy o Obywatelstwie" 國籍法) uważa się, że wyrok może stworzyć niebezpieczny precedens.
W ankiecie przeprowadzonej przez gazetę "Apple Daily" 59% respondentów uznało wczorajszy wyrok za niesprawiedliwy jako, że zatajenie podwójnego obywatelstwa jest falszerstwem. 28% uznało wyrok za słuszny.
Diane Lee, z zawodu dziennikarka, wywodzi się z prominentej rodziny. Jest córką byłego premiera Tajwanu, Lee Huan (李煥), który ustąpił w 1990, po roku sprawowania urzędu, w wyniku konfliktu z ówczesnym prezydentem Tajwanu, Lee Deng-hui. Prezydent Lee, przez wielu nazywany "ojcem Tajwanu", był pierwszym demokratycznie wybranym przywódcą wyspy i zwolennikiem reform mających na celu demokratyzację wyspy. Ojciec Diane Lee należał do grupy tzw. twardogłowych, sprzeciwiających się jakimkolwiek zmianom. Brat Diane Lee, Lee Qing-hua (李慶華), jest obecnie posłem KMT.

Etykiety: , ,

2011/08/19

Zawalił - wysyłają go do Polski!

Skompromitowany rzecznik chińskiego ministerstwa kolejnictwa Wang Yongping dostał pracę w Polsce.

Jeszcze 16 sierpnia chińskie media podawały, że Wang zostanie zwolniony w związku ze swoimi komentarzami po katastrofie jaka wydarzyła się 23 lipca we wschodnich Chinach. W wyniku zderzenia superszybkich pociągów zginęło wtedy 40 osób. Rzecznik ministerstwa kolejnictwa gubił się tłumaczeniu przyczyn katastrofy, a kwestionującym jego argumentację dziennikarzom odpowiedział w końcu "Wierzycie lub nie; ja wierzę". Swymi wypowiedziami Wang wywołał wściekłość Chińczyków. Władze jednak uznały, że zamiast zwalniać urzędnika, lepiej przesunąć go na inne stanowisko. Wang Yongping udaje się do Warszawy, aby reprezentować Chiny w Komitecie Organizacji Współpracy Kolei. Chińska agencja Xinhua pisze, że jest to zwykły transfer, a nie karne przeniesienie na niższe stanowisko.
Ta decyzja wywołała burzę w chińskim internecie, gdzie pojawiło się wiele krytycznych komentarzy. "Miał być zwolniony, a teraz jedzie zagranicę! Żeby skrzywdzić więcej ludzi?" - pisze internauta o pseudonimie xx2c. "Ten kraj jest beznadziejny. Jak ludzie tacy jak on mają prawo kontynuować swoją pracę"- dodaje inny internauta.
Sieć superszybkich kolei w Chinach rozwija się w błyskawicznym tempie i ma ma już 8358 km. Chińczycy są także zainteresowani budową linii szybkich kolei w Polsce.

Etykiety: ,