W niedzielę 2 sierpnia hala w Ningbo skandowała „MVP", kiedy Tomasz Fornal odbierał nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów Ligi Narodów. Chińscy kibice dopingowali Polaków, wiwatowali po zwycięstwie nad Amerykanami, wręczali prezenty. Tydzień później ci sami ludzie pisali, żeby nie przyjeżdżał już więcej do Chin.
Między jednym a drugim wydarzył się film. Fornal wrzucił na swój kanał vloga z wyjazdu i przez kilkadziesiąt sekund powiedział, co myśli o mieście, w którym był po raz trzeci. Że do kawiarni trzeba iść przez zaniedbaną dzielnicę. Że po zmroku pewnie się tam nie czuje. Że ludzie plują na ulicę. Że wszystko jest w internecie pozablokowane i bez chińskiej aplikacji płatniczej nie kupi się borówek. I że jego zdaniem Chiny są przereklamowane.
Trzeba to rozdzielić, bo w całej awanturze natychmiast zlano to w jedno.
Plucie na ulicy nie jest wymysłem Fornala ani uprzedzeniem. To zwyczaj na tyle powszechny, że władze ChRL same z nim przez lata walczyły, kampaniami społecznymi i mandatami, najintensywniej przed igrzyskami w Pekinie w 2008 roku, a potem podczas epidemii SARS i COVID-u. Chiński turysta piszący to samo o Chinach nie usłyszałby, że jest rasistą. Usłyszałby, że ma rację. To samo dotyczy zaniedbanej dzielnicy, odciętego internetu i przymusu płacenia lokalną aplikacją. Wszystko to jest prawdą i nikt tej prawdzie nie zaprzeczył.
Jedno zdanie jest jednak inne niż pozostałe. Uwaga o zapachu, poprzedzona zastrzeżeniem, że mówiący nie chce być rasistą, nie jest obserwacją zwyczaju, tylko sądem o ludziach przez ich ciała. Tu nie ma czego weryfikować, bo nie ma faktu do sprawdzenia. Fornal ma dwadzieścia osiem lat i kanał z setkami tysięcy widzów, więc powinien wyczuwać różnicę między opisem ulicy a opisem człowieka. To jedno zdanie dało stronie chińskiej dokładnie ten pretekst, którego potrzebowała, żeby całą resztę nazwać uprzedzeniem i nie odpowiedzieć na nic.
Lawina ruszyła jednak z zupełnie innego powodu.
Serwis news.qq.com odpowiedział rzeczowo, że Fornal nakręcił dzielnicę handlową w trakcie remontu i że to nie jest obraz całego Ningbo. To sensowny argument i pewnie prawdziwy. Zaraz potem jednak zmienił się ton. Dziennikarze z Ningbo pisali o dwulicowości człowieka, który przyjął owacje, a potem pokazał miasto w złym świetle. Użytkownicy portalu zhibo8 pytali, jak może tak mówić ktoś, kto dostał od chińskich fanów prezenty. Powtarzało się jedno zdanie w wielu wariantach: „niech tu więcej nie przyjeżdża”.
Zwróćmy uwagę na konstrukcję zarzutu. Nie brzmi on: pomyliłeś się co do faktów. Brzmi: byliśmy dla ciebie dobrzy, więc nie wolno ci było tego powiedzieć. Życzliwość zostaje przedstawiona jako zobowiązanie, a wyrażenie opinii jako złamanie umowy, której nikt nie podpisywał.
Najlepiej widać to po komentarzu, który pod chińskimi relacjami zebrał najwięcej polubień. Jego autor odpowiedział, że skoro Ningbo to slumsy, to slumsami Europy jest Polska. Nie ma tam ani słowa obrony Ningbo. Jest za to natychmiastowe przeniesienie sporu z miasta na kraj mówiącego, bo w tej logice nikt nie ocenia miejsca, tylko każdy reprezentuje naród i każdy sąd o miejscu jest ciosem wymierzonym w naród.
W chińskiej praktyce politycznej ten zabieg ma nawet własną nazwę. To 伤害中国人民感情, „zranienie uczuć narodu chińskiego", formuła używana przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych ChRL od dziesięcioleci wobec rządów, firm, gwiazd filmowych i marek odzieżowych. Jej funkcja jest zawsze taka sama: przenieść spór z poziomu faktów, gdzie można się kłócić, na poziom uczuć, gdzie kłócić się nie wypada. Kto raz na takie postawienie sprawy przystanie, ten przeprasza. A po przeprosinach nie wraca się już do pytania, czy tamta dzielnica rzeczywiście wyglądała tak, jak wyglądała.
Warto powiedzieć wprost, bo inaczej tekst byłby nieuczciwy: w sprawie Fornala nie zabrało głosu ani chińskie MSZ, ani ambasada, ani żadna instytucja państwowa. To nie była operacja. To był odruch. I właśnie dlatego jest ciekawszy niż operacja. Systemy propagandy buduje się po to, żeby w pewnym momencie przestały wymagać poleceń. Kiedy publiczność sama, bez sygnału z góry, rozpoznaje cudzą opinię jako atak na naród i sama wymierza karę w postaci wykluczenia, mechanizm działa już bez operatora.
Jest w tym jeszcze jedno dno, którego chyba nikt w tej awanturze nie zauważył. Fornal narzekał między innymi na to, że w Chinach wszystko jest pozablokowane. Ma rację i to jest akurat najpoważniejsza rzecz, jaką powiedział. Chińska publiczność, która się na niego obraziła, żyje za murem odcinającym ją od tego, co świat o niej pisze. Ludzie, którzy nie mogą przeczytać cudzej opinii na co dzień, reagują na każdą, która do nich dotrze, jak na napaść. Bariera, na którą narzekał, jest powodem, dla którego jego słowa zabrzmiały tam tak głośno.
Zaraz padnie zarzut, że robię z wpisów kibiców sprawę międzynarodową. Nie robię. Fornal nie stracił pracy, nie stracił kontraktu i za miesiąc zagra na mistrzostwach Europy. To najlżejszy kaliber z możliwych i trzeba to powiedzieć uczciwie, bo inaczej cała reszta traci wagę. Ale skala istnieje. W 2016 roku, podczas wizyty Xi Jinpinga w Warszawie, odebrano mi akredytację prasową po interwencji strony chińskiej. Nie napisałam wtedy niczego o zapachach ani o pluciu. Napisałam o polityce. W lipcu tego roku japoński dziennikarz Yaita Akio, od lat krytykujący Pekin, został uderzony w twarz w holu hotelu w tajwańskim mieście Taichungu, zaraz po wykładzie. Napastnika przywieziono z zewnątrz: przyleciał z Hongkongu cztery dni wcześniej, zmieniał hotele, a po ataku jechał już na lotnisko. Tajwańska prokuratura postawiła mu zarzut z ustawy o przeciwdziałaniu infiltracji, a Kancelaria Prezydenta nazwała sprawę pierwszym brutalnym przypadkiem represji transnarodowych od wejścia w życie chińskiej ustawy o jedności narodowej. Formalnie Pekin nie ma z tym nic wspólnego. Formalnie nigdy nie ma. To trzy zupełnie różne ciężary gatunkowe i nie zamierzam ich zrównywać. Łączy je natomiast jeden odruch: cudza wypowiedź o Chinach nie jest traktowana jako wypowiedź, lecz jako czyn, na który należy odpowiedzieć.
Polska siatkówka regularnie wraca do Chin, bo tam są pieniądze i turnieje. Wrócą też polskie firmy, uczelnie i samorządy. Wszyscy oni dostali w tym tygodniu lekcję poglądową na temat tego, jak wygląda cena wstępu. Nie jest nią wiza ani opłata rejestracyjna. Jest nią milczenie o tym, co się widziało.
Za to jedno wstydliwe zdanie odpowiada wyłącznie Fornal i nikt go z niego nie rozgrzeszy. Ale nikt nie obalił reszty jego relacji. Ją po prostu unieważniono. Nie odpowiedziano mu, że się myli. Odpowiedziano mu, że nie miał prawa.
To jest różnica, którą warto zapamiętać. Bo kiedy przyjdzie kolejny spór, poważniejszy niż siatkarski vlog, ta sama formuła zostanie wyjęta z tej samej szuflady. I znów nie będzie dotyczyć tego, czy mamy rację. Będzie dotyczyć tego, czy wolno nam mówić.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz