Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Taiwan Travelogue. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Taiwan Travelogue. Pokaż wszystkie posty

Tajwan mówi własnym głosem. Booker dla „Taiwan Travelogue" to coś więcej niż nagroda literacka

19 maja 2026 roku, w Tate Modern w Londynie, Yang Shuang-zi (楊双子) i jej tłumaczka Lin King (金翎) odebrały Międzynarodową Nagrodę Bookera za powieść Taiwan Travelogue (臺灣漫遊錄). To pierwsza w historii książka przetłumaczona z chińskiego, która zdobyła to wyróżnienie, i pierwsza nagroda Bookera dla autorki z Tajwanu. Pięćdziesiąt tysięcy funtów po połowie dla pisarki i tłumaczki - ale stawka w tej historii jest znacznie większa niż czek.

Na Tajwanie ten sukces odebrano nie tylko jako wydarzenie literackie. To moment, w którym wyspa, zwykle obecna w światowych nagłówkach w kontekście półprzewodników, napięć w Cieśninie Tajwańskiej i geopolityki, przebiła się globalnie własnym głosem. I to głosem, który opowiada jej historię inaczej niż chciałby Pekin.

O czym właściwie jest ta książka?

Taiwan Travelogue udaje coś, czym nie jest. Powieść stylizowana jest na odnaleziony japoński pamiętnik z podróży z 1938 roku, z fikcyjnymi posłowiami, fikcyjnymi tłumaczami, przypisami od tłumaczy prawdziwych i nieprawdziwych. Yang Shuang-zi buduje matrioszkę narracyjną, w której pytanie „czyj głos słyszymy?" jest tak samo ważne jak sama opowieść.

Akcja toczy się na Tajwanie pod japońskim panowaniem, w latach 30. XX wieku. Aoyama Chizuko, japońska pisarka zaproszona przez kolonialne władze na tournée po wyspie, podróżuje koleją wzdłuż i wszerz „Krainy Południa" w towarzystwie Ō Chizuru (po tajwańsku: Ông Tshian-ho̍h), tajwańskiej tłumaczki, która okazuje się też wybitną kucharką. Każdy rozdział nosi nazwę posiłku, który dzielą razem. Pod warstwą zachwytu nad kuchnią, tajwańskim bah-sò (ryż z wieprzowym farszem) i Bí-Thai-Bk (ryżowe kluseczki-igiełki), japońskim sashimi i sukiyaki, toczy się powolne, niewygodne badanie tego, kto kogo widzi, kto kogo słyszy, i czego empatia nie potrafi przekroczyć.

Jurorzy Bookera podkreślali, że książce udaje się rzecz rzadka: funkcjonować jednocześnie jako romans i jako przenikliwa powieść postkolonialna. To powieść, która zdobyła już wcześniej amerykański National Book Award za przekład w 2024 roku oraz Golden Tripod Award, najwyższe tajwańskie wyróżnienie literackie, po pierwotnej publikacji w 2020 roku.

Dlaczego to coś więcej niż literatura

Tu zaczyna się ta druga, polityczna warstwa, która na Tajwanie wybrzmiewa wyjątkowo mocno.

Oficjalna narracja Pekinu o okresie japońskim na Tajwanie (1895–1945) jest prosta i jednowymiarowa: pięćdziesiąt lat okupacji, cierpienia, wyzysku - wspólne doświadczenie wszystkich Chińczyków, w tym mieszkańców Tajwanu, który Pekin uważa za nieodłączną część Chin. W tym schemacie kolonialne doświadczenie Tajwanu jest częścią szerszej, „chińskiej" historii zmagań z japońskim imperializmem, a nie czymś odrębnym. Tajwańska pamięć ma być pamięcią chińską, z tych samych źródeł, o tych samych emocjach, prowadzącą do tych samych wniosków politycznych.

Yang Shuang-zi nie pisze powieści zaangażowanej politycznie, ale jej powieść jest polityczna już przez sam wybór języka emocjonalnego. W rozmowie z fundacją Bookera autorka zauważyła, że stosunek Tajwańczyków do okresu japońskiego jest zupełnie inny niż w Korei, gdzie pamięć o kolonializmie jest, jej zdaniem, jednolicie negatywna. Tajwan, jak to ujęła Yang, „patrzy na tę historię z dużo bardziej rozdartą mieszanką niechęci i nostalgii". To zdanie jest dla tajwańskiego czytelnika znaczące, bo opisuje doświadczenie, którego oficjalna chińska wersja w ogóle nie dopuszcza: że pamięć o okresie japońskim jest na wyspie skomplikowana, że obok wyzysku zostały także koleje, edukacja, modernizacja, własna kuchnia w nowych formach, własne miasta. I że tę pamięć Tajwańczycy noszą jako swoją, nie jako rozdział historii Chin kontynentalnych.

W komentarzach po przyznaniu nagrody pojawia się jeszcze jeden wątek. Po odebraniu trofeum Yang powiedziała, że ma nadzieję, iż książka kiedyś dotrze do czytelników w Chinach kontynentalnych i pomoże im „zrozumieć, jakiej przyszłości chcą Tajwańczycy - która nie jest tym, co wielu w Chinach sobie wyobraża".

Strategia tłumaczki: widoczność, nie niewidzialność

Lin King, pisarka i tłumaczka mieszkająca między Tajpej a Nowym Jorkiem, wybrała w przekładzie strategię, która sama w sobie jest stwierdzeniem. Tłumacze są zwykle chwaleni za niewidzialność, za to, że tekst „brzmi, jakby był napisany po angielsku". King zrobiła odwrotnie. Zostawiła w tekście trzy różne transliteracje tych samych dźwięków, japońską, mandaryńską i tajwańską, i opatrzyła książkę przypisami, które przypominają czytelnikowi, że ma do czynienia z aktem przekładu, negocjacji między kulturami, nie z gładkim szkłem.

To decyzja, która ma sens dokładnie dlatego, że Taiwan Travelogue opowiada o tłumaczeniu. Chizuru jest tłumaczką Chizuko  i mimo bliskości, jaka między nimi rośnie, jej własne myśli o Tajwanie nigdy do końca nie docierają do Chizuko. King, tłumacząc książkę o tłumaczeniu, nie chciała udawać, że jej własna praca jest przezroczysta. Zauważyła też, że dla literatury tajwańskiej, w przeciwieństwie do, powiedzmy, hongkońskiej, droga do anglojęzycznego wydawcy była dotąd „walką pod górkę". Sukces Bookera może to zmienić.

„Wreszcie przebiliśmy się jak półprzewodniki"

Tajwańskie media nie ukrywały dumy. W komentarzach prasowych przewijała się powtarzająca się myśl: kino tajwańskie zaistniało globalnie dziesiątki lat temu (Hou Hsiao-hsien, Edward Yang, Ang Lee), półprzewodniki TSMC są dziś infrastrukturą krytyczną świata, ale literatura tajwańska pozostawała znana niemal wyłącznie sinologom. Booker dla Taiwan Travelogue to pierwszy moment, w którym tajwańska proza znalazła się na tej samej półce co Han Kang czy Olga Tokarczuk. I to jako reprezentantka konkretnego, lokalnego doświadczenia, a nie jako „literatura chińska" rozumiana jako jedna całość.

Prawa do przekładu Taiwan Travelogue sprzedano już do ponad dwudziestu języków, w tym do angielskiego, japońskiego, koreańskiego, niemieckiego i niderlandzkiego.

Co z tego zostaje

Yang w swoim przemówieniu w Tate Modern powiedziała coś, co warto zapamiętać: że literatura „nie może być oderwana od gleby, w której wyrosła", i że tajwańscy pisarze od stulecia zadają to samo pytanie: jakiej przyszłości chcą ludzie z Tajwanu? Jej powieść nie odpowiada na to pytanie. Robi coś innego: pokazuje, że odpowiedź musi wyjść od samych Tajwańczyków, z ich własnej historii, w tym z tej części historii, której Pekin chciałby nie widzieć.

Z perspektywy europejskiego czytelnika można to potraktować jako kolejną dobrą powieść postkolonialną o jedzeniu i miłości. I tak też zadziała. Ale wśród tajwańskich czytelników książka i nagroda znaczą coś dodatkowego: że ich opowieść o sobie samych, niegładka, dwuznaczna, niepasująca do żadnej z wygodnych narracji, wreszcie ma swoją scenę na arenie światowej. 

Obrażone uczucia. Jak chińska maszyna wzięła się za polskiego siatkarza

W niedzielę 2 sierpnia hala w Ningbo skandowała „MVP", kiedy Tomasz Fornal odbierał nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów Ligi Naro...