Chińczycy budzą się z letargu


Na początku stycznia dziennikarze chińskiego tygodnika „Southern Weekly”, uważanego za jedną z bardziej liberalnych gazet w Państwie Środka, protestowali przeciwko ingerencji cenzury. W ciągu ostatnich 20 lat władze komunistyczne ChRL nie zmierzyły się jeszcze z protestem dziennikarzy tak wpływowego tytułu. Co więcej, do strajkującej redakcji z dużo odważniejszymi hasłami dołączyli czytelnicy.
W Nowy Rok na pierwszej stronie „Southern Weekly”, zamiast tekstu przygotowanego przez dziennikarzy tygodnika, ukazał się materiał cenzorów zachwalający rządy przywódców ChRL. Pod artykułem znalazła się także informacja, że nowy tekst był napisany przez dziennikarzy tygodnika. Oryginał miał nosić tytuł „Marzenie o Chinach, marzenie o konstytucjonalizmie”, a jego głównym przesłaniem było stwierdzenie, że Chiny wtedy będą prawdziwie silnym i wolnym krajem, kiedy w państwie będzie przestrzegana konstytucja, gdy władze wykonawcza, ustawodawcza i sądownicza będą się wzajemnie uzupełniać, ale też ograniczać, i gdy obywatele będą mieli prawo krytykować władzę. Redaktor naczelny po przesłaniu tekstu cenzorom otrzymał wskazówki dotyczące małych korekt w tekście i zmiany tytułu na „Chińskie marzenie, trudne marzenie”. Dziennikarze pewni, że nie będzie już problemów z wydaniem tygodnika, rozjechali się do domów świętować Nowy Rok. Ku ich zdumieniu, 1 stycznia pismo ukazało się w zupełnie innej formie, a główny artykuł nosił tytuł „Marzenie o ojczyźnie” i był peanem na cześć władz partii komunistycznej pod przewodnictwem nowego sekretarza Xi Jinpinga, który w marcu 2013 r. oficjalnie stanie się prezydentem ChRL.
Oni się nie przyznają
Według dziennikarzy tygodnika decyzję o zmianie tekstu podjął osobiście Tuo Zhen, szef Departamentu Propagandy południowej prowincji Guangdong, gdzie mieści się główna siedziba gazety. Z pewnością nowy artykuł był pisany w pośpiechu, bo zawierał wiele podstawowych błędów w pisowni znaków chińskich.
Publicyści „Southern Weekly” w liście do władz prowincji określili całe zamieszanie z artykułem mianem manipulacji, domagali się dymisji Tuo Zhena, a także publicznego wyjaśnienia, dlaczego doszło do ocenzurowania publikacji. Apel dziennikarzy poparło kilku chińskich naukowców, min. Mao Yushi, ubiegłoroczny laureat nagrody im. Miltona Friedmana za promocję wolności. Mao to poważany na świecie ekonomista i autor petycji, w której domagano się przeprosin za masakrę na placu Niebiańskiego Spokoju (4 czerwca 1989 r.). Publikacja petycji spowodowała, że Mao Yushi stracił pracę na uniwersytecie, a z czasem zastosowano wobec niego areszt domowy. Naukowiec został pozbawiony środków do życia. – Zapomniałem, że obecne władze nie różnią się od tych w 1989 r.: oni się nie przyznają do błędów – powiedział po zwolnieniu z pracy Mao. Mimo tak ponurych doświadczeń ekonomista ponownie zabrał głos i poparł żądania redaktorów tygodnika „Southern Weekly”.
Dziennikarze na bieżąco publikowali informacje na temat tego, co dzieje się w redakcji, na swoich prywatnych blogach. Teksty te jednak zaczęły znikać z internetu. 7 stycznia redakcja podjęła decyzję o strajku. Jednak już 9 stycznia okazało się, że wśród pracowników redakcji doszło do rozłamu i do głosu doszła grupa dziennikarzy przeciwna kontynuowaniu protestu. 10 stycznia strajk zakończono, co większość komentatorów odebrała jako ostateczne zwycięstwo Departamentu Propagandy. Oczekuje się, że w gazecie przeprowadzone zostaną czystki (grupa ok. 15 dziennikarzy już zrezygnowała z pracy w piśmie). Wang Dan, chiński dysydent, jeden z przywódców protestów na placu Niebiańskiego Spokoju, a dziś wykładowca na tajwańskiej uczelni National Tsing Hua University, twierdzi, że była to pierwsza poważna próba sił dla nowego przywódcy Chińskiej Partii Komunistycznej Xi Jinpinga, który po dojściu do władzy w listopadzie zeszłego roku mówił o konieczności reform. – O tym, że są to tylko puste słowa, świadczy sposób, w jaki potraktowano „Southern Weekly” i jego dziennikarzy. Nie wierzę, że w Chinach dojdzie w najbliższym czasie do rozluźnienia cenzury – mówi Wang.
Imperium cenzury
W komentarzu dla ukazującego się w Hongkongu chińskojęzycznego tygodnika „iSunAffair” chiński publicysta i dysydent Mo Zhixu stwierdził, że incydent z „Southern Weekly” pokazuje tylko rosnącą potęgę Departamentu Propagandy KPChL. Wydawany w południowej prowincji Guangdong tygodnik „Southern Weekly” jest ogromnie popularny wśród Chińczyków w kraju i za granicą. Czyta go wielu z opozycjonistów, ponieważ często porusza tematy, o których trudno przeczytać w innych mediach w ChRL. Odnosząc się do konkretnych problemów w Państwie Środka, pisze o braku rządów prawa, o tym, jak ważna jest gospodarka rynkowa, i o potrzebie reform. Tygodnik odniósł także sukces komercyjny – sprzedaje się w liczbie 1,6 mln egz. Po problemach z noworocznym wydaniem pisma wyszło na jaw, że gazeta znajduje się pod wielką presją Departamentu Propagandy. Tylko w 2012 r. redakcji nakazano wstrzymanie 1034 artykułów. Jeśli wziąć pod uwagę, że tygodnik publikuje ich w jednym wydaniu ok. 40, to oznacza, że w ciągu roku połowa materiałów padła ofiarą cenzury. Konflikt zaostrzył się, gdy nowym szefem Departamentu Propagandy w prowincji Guandong został Tuo Zhen, były wiceszef Xinhua – państwowej agencji prasowej i czołowego narzędzia komunistycznej propagandy w Chinach. Tuo wsławił się w Xinhua rozbudowaniem systemu cenzury, czym zdobył sobie uznanie kierownictwa KPChL.
W marcu 2012 r. Tuo Zhen został szefem lokalnego Departamentu Propagandy. Władza w Pekinie poczuła, że prasa na południu Chin za dużo sobie pozwala. Nowy szef otrzymał nakaz rozprawienia się z Grupą Nanfang Media, której podlega m.in. „Southern Weekly”.
Do pierwszego poważnego starcia z nowym szefem Departamentu Propagandy doszło, gdy redakcja „Southern Weekly” poświęciła jedno z zeszłorocznych lipcowych wydań pisma powodzi, jaka wydarzyła się w Pekinie. Dziennikarze udali się na miejsce tragedii i przeprowadzili wywiady z ofiarami żywiołu. Zniszczenia na przedmieściach stolicy były ogromne m.in. ze względu na zbyt pośpieszne budowanie wałów przeciwpowodziowych i słabe ich konstrukcje, wykonane przed Olimpiadą w 2008 r. Dziennikarze ustalili też, że liczba ofiar śmiertelnych podawana przez władze – 37 osób (później zmieniono to na 77) jest dużo wyższa i wynosi ok. 1000. Tuo Zhen wstrzymał artykuł i nakazał publikację nowego, o „efektywnej pomocy władz w rejonie dotkniętym powodzią”.
Zwolniony z pracy w „Southern Weekly”, a piszący obecnie dla „iSunAffair” Chang Ping twierdzi, że redakcja tygodnika codziennie otrzymuje listę tematów, których nie wolno poruszać. Dotyczą one zarówno wydarzeń lokalnych, jak i zagranicznych. Pojawiają się też dokładne zalecenia, gdzie dany temat może się ukazać. I tak np. w połowie grudnia w prowincji Henan mężczyzna zaatakował nożem 6- i 7-letnich uczniów lokalnej szkoły podstawowej, ranił 22 dzieci. Departament Propagandy nakazał, by gazeta – jeśli zdecyduje się publikować tę informację – nie robiła tego na pierwszej stronie. W tym samym czasie doszło bowiem do masakry w szkole w Connecticut w USA i to ta wiadomość miała być na czołówkach gazet. Gdy w listopadzie zeszłego roku w alkoholu produkowanym w Chinach wykryto plastyfikatory (środki zmiękczające wykorzystywane w przemyśle chemicznym), otrzymano instrukcję, aby marginalizować temat, o którym już „niestety” było głośno wśród internautów.
Cała nadzieja poza systemem
„Southern Weekly” poniósł klęskę w starciu z chińską cenzurą, Jest jednak również optymistyczna strona tej historii. Kiedy bowiem informacja o strajku dziennikarzy dotarła do obywateli za pomocą Weibo (chińskiego odpowiednika Twittera), zaczęli się oni gromadzić pod redakcją w ramach poparcia dla tygodnika. Ich postulaty brzmiały odważniej niż te głoszone przez dziennikarzy czy naukowców. Podczas gdy media domagały się wyjaśnienia ingerencji cenzury „bez uszczerbku dla obowiązującego systemu” i „przy pełnym szacunku dla prawa partii do kontroli nad mediami”, to protestujący na ulicy, głównie młodzi ludzie, nieśli plakaty z hasłami: „Chcemy wolności wypowiedzi”, „Znieście cenzurę”, „Wolność prasy”, „Demokracja”. „Tu chodzi nie tylko o »Southern Weekly«. Tu chodzi o nasze pragnienie, o prawo Chińczyków do wolności wypowiedzi” – przekonywał obecny na wiecu pod redakcją poeta, dysydent Ye Du, który został siłą zabrany z miejsca demonstracji przez agentów bezpieki i odwieziony do domu.
Noworoczne starcie z cenzurą pokazało, że dużo jeszcze czasu musi upłynąć, aby Chiny mogły cieszyć się wolnością słowa. Nic nie wskazuje na to, by nowe władze KPChL zgodziły się na złagodzenie cenzury. Śmiałe wystąpienie czytelników w 2013 r. pod budynkiem redakcji „Southern Weekly” pokazało, że chiński dysydent Mo Zhixu może mieć rację twierdząc, że „wolne Chiny narodzą wśród ludzi, którzy są poza systemem”.
Gazeta Polska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Po włamaniu: Pekin odcina się od....... siebie

Jakiś czas temu pisałam o włamaniu hakerów do chińskiego Centrum Superkomputerowego w Tianjinie. Sprawa ma ciąg dalszy, bo chińskie władze...