Tym razem Pekin dostał, na co zasłużył: odpowiedź ich własnym językiem


Będąc w Chinach, Trump zapowiedział, że polityka Stanów Zjednoczonych wobec Pekinu będzie oparta na zasadzie wzajemności i, jak deklaruje, słowa dotrzymuje. Sprawa wydalonej korespondentki "New York Timesa" stała się okazją, by tę deklarację sprawdzić.

Chiny nakazały Vivian Wang, korespondentce gazety w Chinach od 2020 roku, opuszczenie kraju. Powód sięga grudniowego szczytu DealBook Summit 2025. Zaprezentowano na nim nagrany wywiad z prezydentem Tajwanu Lai Ching-te, przeprowadzony przez Andrew Rossa Sorkina. Sorkin nazwał Tajwan państwem, a Lai ostrzegł przed agresywnym zachowaniem Pekinu w Cieśninie Tajwańskiej i zadeklarował, że Tajwan zrobi wszystko, by się obronić. Wang nie odgrywała w tym wydarzeniu żadnej roli, ani w jego organizacji, ani w programie. W lutym nakazano jej jednak wyjazd.

Trzeba to powiedzieć wprost: nie było absolutnie powodu, by karać. DealBook jest imprezą "New York Timesa", a wolne medium ma prawo zaprosić, kogo zechce, i pozwolić mu mówić, co uzna za stosowne; to nie przywilej, lecz fundament istnienia niezależnej prasy. Pekin uznał jednak słowa wypowiedziane na cudzej konferencji za prowokację i zemścił się na reporterce, która nie miała wpływu na żadną z tych decyzji. Jest to logika gangstera, a nie państwa: skoro nie można dosięgnąć tych, którzy zaprosili Lai i nazwali Tajwan państwem, uderza się w kogoś, kto akurat jest pod ręką. Wang stała się zakładniczką urażonej dumy autorytarnego reżimu.

Tym razem Waszyngton nie przełknął tego w milczeniu. Pod koniec maja administracja Trumpa cofnęła wizę obywatelowi Chin pracującemu w USA dla państwowej agencji Xinhua. Nazwiska dziennikarza nie ujawniono; wiadomo jedynie, że jest to chiński obywatel zatrudniony przez państwową agencję. Bezpośrednia odpowiedź na wyrzucenie amerykańskiego reportera była rzadkością. Cios okazał się przy tym celny: wielu urzędników administracji oraz niezależnych analityków uważa Xinhua nie za redakcję, lecz za propagandowy organ chińskiego rządu. Pekin stracił zatem nie dziennikarza, lecz urzędnika aparatu propagandy.

Ta sprawa obnaża prostą prawdę. Pekin od lat traktuje wizy i akredytacje jako narzędzie usuwania reporterów, których relacje uznaje za politycznie niewygodne. Próba dyktowania wolnym mediom, kogo wolno im zapraszać, nie broni żadnej zasady; to zwykły szantaż. A na szantaż odpowiedź oparta na wzajemności bywa jedynym językiem, który tego rodzaju reżim rozumie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Tym razem Pekin dostał, na co zasłużył: odpowiedź ich własnym językiem

Będąc w Chinach, Trump zapowiedział, że polityka Stanów Zjednoczonych wobec Pekinu będzie oparta na zasadzie wzajemności i, jak deklaruje, s...