Pekin od lat operuje zestawem magicznych zaklęć: „wspólna krew", „jedna rodzina", „potomkowie Żółtego Cesarza". Brzmią jak czuła troska wujka przy świątecznym stole, ale przekaz jest jednoznaczny: skoro jesteśmy jedną rodziną, to głowa rodziny decyduje. A głową rodziny jest Pekin.
Lee Hsien Loong rozłożył te zaklęcia na części. Kultura to kultura. Gospodarka to gospodarka. Interes narodowy to interes narodowy. To, że i my, i wy jemy ciasteczka księżycowe podczas Święta Księżycowego, nie oznacza naszej politycznej lojalności wobec KPCh.
Singapur przez sześćdziesiąt lat mozolnie budował tożsamość obywatelską odporną na chiński magnetyzm. Kraj, w którym 75% mieszkańców to etniczni Chińczycy, celowo wybrał angielski jako język administracji i edukacji; nie z kompleksów, lecz z zimnej kalkulacji. Żaden sąsiad nie miał mieć powodu, żeby nazywać Singapur chińską forpocztą w Azji Południowo-Wschodniej.
Lee Kuan Yew wiedział, że państwo zbudowane na etnicznej chińskości byłoby z góry skazane, albo na polityczne wchłonięcie przez Pekin, albo na permanentną podejrzliwość ze strony malajskiego i indonezyjskiego sąsiedztwa. Singapurska tożsamość od początku była więc projektem inżynieryjnym: Chińczycy, Malajowie, Tamilowie - razem Singapurczycy.
Warto jednak powiedzieć tu wprost: Singapur nie jest demokracją. Rządząca PAP od dekad ogranicza wolność prasy, opozycję traktuje instrumentalnie, a kontrola społeczna bywa tam dusząca. Singapur zbudował swoją tożsamość obywatelską metodami, które w demokratycznym państwie byłyby nie do przyjęcia. To nie jest model do naśladowania.
Pekin gra dokładnie tę samą kartą wobec Tajwanu: kto mówi po chińsku i świętuje te same święta, ten należy do wielkiej chińskiej rodziny i powinien słuchać Pekinu.
Dlatego słowa Lee mają dla Tajwanu szczególny ciężar. Singapur, kraj chińskiej większości, gospodarczo spleciony z Chinami, geograficznie otoczony przez muzułmańskich sąsiadów, powiedział Pekinowi wprost i na jego własnym terytorium: kultura jest w dużym stopniu wspólna, suwerenność jest osobna. Jeśli może to powiedzieć Singapur, tym bardziej może to powiedzieć Tajwan.
Tajwan nie potrzebuje do tego odgórnej inżynierii społecznej ani jednopartyjnej dyscypliny. Ma coś, czego nie mają ani Pekin, ani Singapur: demokrację, która dobrze działa. Wolne wybory, wolną prasę, obywateli, którzy mogą powiedzieć władzom „nie". To właśnie jest ich odpowiedź na chiński magnetyzm; nie dekret, lecz świadomy wybór.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz