Według „Wall Street Journal” chińska delegacja przed szczytem z Trumpem postawiła Amerykanom nietypowe warunki. Xi dostał w Zachodnim Skrzydle Białego Domu osobny pokój do odpoczynku, do którego wolno było wejść tylko jego żonie, Peng Liyuan. Nie miał tam wstępu nawet Cai Qi, szef jego kancelarii i jeden z jego najbliższych współpracowników. Pekin nie zgodził się na roboczy obiad obu przywódców, a w programie jedynego pełnego dnia wizyty zaplanowano mniej więcej pięciogodzinną przerwę. Właściwe rozmowy Xi z Trumpem trwały od około południa do wczesnego popołudnia. W Archiwum Narodowym Xi spędził niespełna kwadrans. Na nagraniach widać, jak schodząc z samolotu i wchodząc po schodach Archiwum, wspiera się na żonie. Chińska telewizja wycięła te ujęcia z głównego wydania wiadomości. Dennis Wilder, który w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego USA przygotowywał wizyty państwowe, mówi, że nigdy wcześniej nie robiono niczego takiego. We wrześniu, jak wcześniej podał „Wall Street Journal”, Xi opuścił też uroczystą kolację podczas szczytu BRICS w Indiach z powodu złego samopoczucia.
Dlaczego to ważne? Bo zdrowie Xi nie jest jego prywatną sprawą. Ma 73 lata, skupił w swoich rękach więcej władzy niż ktokolwiek od czasów Mao i nie wskazał następcy. Jest jednocześnie sekretarzem generalnym partii, przewodniczącym ChRL i szefem Centralnej Komisji Wojskowej, a Chiny nie mają żadnej ustalonej procedury przekazania tych trzech funkcji. W Komunistycznej Partii Chin stan zdrowia przywódcy jest tajemnicą państwową, bo każda oznaka słabości na szczycie zachęca frakcje do walki. Minxin Pei, politolog z Claremont McKenna College, który bada chińskie elity władzy, ostrzega, że w takiej walce pretendenci mogą licytować się na twardy kurs, by zyskać przewagę. Dla Tajwanu oznacza to jedno: niepewność w Pekinie wcale nie musi przynieść spokoju w Cieśninie Tajwańskiej. Może przynieść większe zagrożenie. Specjaliści od chińskiej polityki nie widzą u Xi oznak, że umysłowo słabnie, ale reżim zbudowany wokół jednego człowieka jest tak trwały jak zdrowie tego człowieka.
A co to znaczy dla Polski? Nie brakuje u nas głosów, że trzeba „otworzyć się na Chiny”, bo to stabilny i przewidywalny partner, z którym można robić interesy na lata. Ta historia pokazuje, ile ta przewidywalność jest warta. W państwie, w którym zdrowie przywódcy jest tajemnicą, a nikt nie wie, kto i w jaki sposób przejmie po nim władzę, nie ma gwarancji ani na dziesięć, ani na dwadzieścia lat. Kto wiąże się z Pekinem przez inwestycje, technologie czy infrastrukturę, stawia na system, którego przyszłości nie zna nawet sama partia. A jeśli walka o schedę po Xi wyniesie ludzi, którzy będą chcieli pokazać siłę, zapłacą za to także ci w Europie, którzy uzależnili się od chińskich dostaw i dobrej woli Pekinu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz