Konferencja prasowa, którą 25 maja zorganizowało otoczenie byłego prezydenta Tajwanu Ma Ying-jeou, przekształciła pozornie wewnętrzny spór w fundacji w coś znacznie poważniejszego: w publiczne ujawnienie tego, jak głęboko Komunistyczna Partia Chin sięgnęła do KMT; do mocno prochińskiej frakcji, której Ma był od lat ojcem chrzestnym.
Konferencja, na której Ma się nie pojawił
W poniedziałek o 10:30 w NTU Alumni Hall w Tajpej wystąpili: dyrektor wykonawcza Fundacji Ma Ying-jeou Tai Hsia-ling (戴遐齡), były sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego King Pu-tsung (金溥聰), prawnik Huang Yi-hua oraz biegły rewident Chou Chih-cheng. Cel: obalić ustalenia trzyosobowej komisji, która dzień wcześniej stwierdziła, że nie ma "konkretnych dowodów", by Hsiao Hsu-tsen i Wang Kuang-tzu naruszyli dyscyplinę finansową fundacji. O kulisach całej sprawy pisałam TUTAJ.
Konferencja okazała się polityczną bombą.
Pierwsza bomba: wizyta u Song Tao
Tai ujawniła, że w zeszłym roku, zaraz po tym, jak Hsiao Hsu-tsen został mianowany wiceprzewodniczącym KMT, wybrał się do Pekinu, by spotkać się z Song Tao (宋濤), szefem chińskiego Biura ds. Tajwanu (TAO), urzędu, który ze strony Pekinu zarządza polityką wobec Tajwanu i nadzoruje kontakty z tajwańskimi partiami.
Nie pojechał sam. Razem z nim do Pekinu wybrała się cała grupa zarządzająca fundacją byłego prezydenta:
- Wang Kuang-tzu – dyrektor finansowa fundacji, druga oskarżona w sprawie defraudacji,
- Hsueh Hsiang-chuan (薛香川) – członek zarządu fundacji i jeden z trzech członków komisji śledczej, która właśnie oczyściła Hsiao i Wang z zarzutów,
-Lee Te-wei (李德維) – również członek tej komisji i jej rzecznik.
Ma Ying-jeou, formalny przewodniczący fundacji noszącej jego imię, nie wiedział o tej wizycie.
Dlaczego to ważne? Po pierwsze: do chińskiego urzędu, który prowadzi politykę wobec Tajwanu, pojechała w komplecie grupa zarządzająca tajwańską organizacją non-profit, łącznie z ludźmi, którzy mieli niezależnie skontrolować jej finanse. Po drugie: pojechali tam bez wiedzy swojego formalnego szefa. W każdym normalnym państwie demokratycznym byłaby to sprawa kontrwywiadu. I po trzecie, najważniejsze: trudno traktować poważnie "śledztwo" prowadzone przez ludzi, którzy razem z oskarżonymi byli na audiencji u chińskiego mocodawcy.
Druga bomba: pieniądze z Xiamen
King Pu-tsung pokazał na konferencji zdjęcie z października 2023 r., znalezione na dysku komputera Wang Kuang-tzu. Widać na nim Hsiao Hsu-tsena obok Han Ying-huana (韓螢煥) – szefa stowarzyszenia tajwańskich biznesmenów w Xiamen i kandydata na przewodniczącego ogólnochińskiej federacji tego środowiska, czyli organizacji nadzorowanej przez to samo TAO, do którego Hsiao pojechał z delegacją. Han trzyma w dłoniach gruby plik banknotów.
Hsiao przez całą sprawę powtarzał: "Nigdy nie miałem do czynienia z darowiznami od biznesmenów, nigdy nie dotknąłem pieniędzy". Zdjęcie temu zaprzecza. Audytorzy fundacji sprawdzili księgi: żadnego wpływu, który odpowiadałby gotówce widocznej na zdjęciu, nigdy nie odnotowano na kontach fundacji. Skoro pieniądze nie weszły do fundacji, trafiły gdzie indziej; do prywatnych kieszeni? Do nieformalnej "kasy frakcyjnej"? Han Ying-huan zapytany przez dziennikarzy, co to były za pieniądze, odpowiedział: "Nie wiem".
A było więcej pieniędzy
W lutym 2026 r., podczas bankietu fundacji w pięciogwiazdkowym hotelu, na który Ma nie został zaproszony i o którym nie wiedział, Wang wręczyła pracownikom fundacji 1,46 mln TWD (ok. 190 tys. zł) w gotówce jako "premie roczne", plus dodatkowe "premie za wyniki" (jeden z pracowników dostał 140 tys.). Łącznie: 1,7–2 mln TWD niezaksięgowanej gotówki. Wang miała mówić, że pieniądze pochodzą "od tajwańskich biznesmenów" i że "od gotówki nie trzeba płacić podatku".
Wcześniej, na przełomie 2025 i 2026 r., Wang dwukrotnie wręczyła jednemu z pracowników fundacji łącznie 1,2 mln TWD w gotówce, z prośbą o "przechowanie". Pracownik, zaniepokojony pochodzeniem pieniędzy, sfotografował banknoty na dowód i po jakimś czasie złożył rezygnację. Wang błyskawicznie zażądała zwrotu pieniędzy.
Audytor fundacji potwierdził: w latach 2018–2024 premie były zawsze wypłacane przelewem i zgłaszane do skarbówki. Dopiero w 2025/2026 r. nagle zaczęły płynąć gotówką, nieodnotowane.
Według nieoficjalnych przecieków darczyńcy "nie chcieli zostawiać danych", więc Wang ewidencjonowała ich bez nazwisk. Tylko, że to nie są darowizny w sensie prawnym. To kanał finansowy o ukrytym pochodzeniu, biegnący z chińskiego kontynentu.
A dlaczego to ważne?
Trzy powody.
Po pierwsze – komu naprawdę miały służyć te pieniądze. Han Ying-huan nie jest zwykłym biznesmenem. Jest szefem organizacji nadzorowanej przez chińskie TAO. Przewodniczący takiej organizacji nie rozdaje politykom z innego państwa milionowych prezentów z sympatii. Pieniądze idą z konkretną kalkulacją po stronie chińskiego nadawcy: zbudować lojalność, zaciągnąć dług, kupić wpływ.
Po drugie – kto ten kanał obsługiwał. Dyrektor wykonawczy fundacji byłego prezydenta Tajwanu (potem wiceprzewodniczący KMT) i jego dyrektor finansowa, dokładnie ci sami ludzie, którzy potem pojechali do Pekinu na spotkanie z TAO. Nie ma tu przypadku. To jest jedna struktura: wizyty u chińskiego nadzorcy, gotówka z chińskiego stowarzyszenia, premie wypłacane na boku.
Po trzecie – co Pekin za to dostawał? To wymaga śledztwa. Nie tylko prokuratorskiego w sprawie sprzeniewierzenia; to King już zapowiedział. Wymaga śledztwa kontrwywiadowczego, prowadzonego przez tajwańskie Biuro Śledcze Ministerstwa Sprawiedliwości (調查局) i Biuro Bezpieczeństwa Narodowego (國安局).
To oznacza, że nie jest to zwykła afera księgowa. To sprawa dot. bezpieczeństwa narodowego Tajwanu.
Co mówi Hsiao
Hsiao Hsu-tsen odrzucił wszystkie zarzuty. Twierdzi, że każdą wizytę w Chinach raportował Ma, że nigdy nie dotykał pieniędzy, a zdjęcie z Han Ying-huanem to "spotkanie towarzyskie". Zapowiedział pozew przeciwko Kingowi Pu-tsungowi za "rozsiewanie nieprawdziwych informacji" i oskarżył go o wykorzystywanie chorego człowieka w wewnętrznej rozgrywce, sugerując, że Ma cierpi na demencję, a King manipuluje nim, by przeprowadzić frakcyjny przewrót. W tle pojawiają się również anonimowe doniesienia , że dyrektor finansowa fundacji, Wang Kuang-tzu, cierpi na ciężką depresję i miała w przeszłości próby samobójcze. Tych informacji nie potwierdziło żadne oficjalne źródło.
Frakcja, której Ma jest ojcem chrzestnym
Prochińska frakcja w KMT, która właśnie próbuje uciszyć Ma, nie powstała wbrew niemu. Powstała wokół niego, z jego osobistego namaszczenia, i przez dwie dekady realizowała jego linię.
- Hsiao Hsu-tsen był rzecznikiem Ma od czasów jego burmistrzowania Tajpej, towarzyszył mu w obu kampaniach prezydenckich, a w listopadzie 2025 r. awansował na wiceprzewodniczącego KMT.
- Wang Kuang-tzu była przy Ma podczas jego najważniejszych wizyt w Chinach.
- Wszyscy uczestnicy wizyty u Song Tao to ludzie, których Ma osobiście wprowadzał na tajwańską scenę.
To była próba wrogiego przejęcia przez pokolenie wyszkolone przez Ma, które uznało, że marka "Ma Ying-jeou" jest cenniejsza niż sam Ma i że warto przejąć kontrolę, zanim staruszek zacznie pytać o pieniądze z Xiamen i wizyty u Song Tao. A metoda jest podręcznikowa; żywcem wyjęta z chińskiego repertuaru wewnątrzpartyjnych rozgrywek. Liu Shaoqi, drugi człowiek w państwie i wskazany następca Mao, został podczas rewolucji kulturalnej oskarżony o "zdradę", odcięty od opieki medycznej i zmarł w 1969 r. w odosobnieniu, sam, w celi, bez nazwiska. A Hu Jintao został w 2022 r. na oczach kamer całego świata wyprowadzony z sali XX zjazdu KPCh pod kuratorską asystą na polecenie Xi Jinpinga.
Schemat za każdym razem prawie taki sam:
- przejmujesz aparat (fundację, finanse, ludzi);
- ogłaszasz patriarchę za "niezdolnego";
- otaczasz go opieką tych, którzy go "kochają", formalnie szanując, faktycznie ubezwłasnowalniając;
- ogłaszasz się prawowitym spadkobiercą.
Dla Ma, niezależnie od stanu zdrowia, sytuacja jest tragiczna w sposób, na jaki sobie sam zapracował: został zdradzony przez ludzi, których sam wyhodował, w sposób, którego nauczył ich Pekin. Trudno o gorszą puentę kariery zbudowanej na haśle "dialogu z Pekinem".
A King Pu-tsung? Na konferencji powtarzał: „To sprawa fundacji, nie partii." "Co można zabrać małej fundacji?". Ma rację co do faktów księgowych, ale jego optyka kończy się tam, gdzie zaczyna się prawdziwy problem. Bo to nie była zwykła defraudacja: to było wykorzystanie tajwańskiej organizacji jako kanału ukrytego finansowania politycznego z Chin. I jeśli tajwańscy wyborcy zaczną tak patrzeć na tę sprawę, KMT może mieć duże problemy w wyborach samorządowych w 2026 r. jak i prezydenckich w 2028 r.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz