Po 37 latach od masakry na placu Tiananmen Komunistyczna Partia Chin wciąż nie czuje się bezpieczna. Sam bunt stłumiono dawno temu, tysiące osób zabito, a tę datę wymazano z podręczników. Jednak pamięć nie dała się rozjechać czołgiem. Przez ponad trzy dekady nie udało się tego zrobić właśnie dzięki Hongkongowi, jedynemu miejscu pod chińską (ChRL) jurysdykcją, gdzie pamięć o ofiarach 4 czerwca 1989 roku przez lata była żywa i publicznie pielęgnowana.
Co roku 4 czerwca tysiące ludzi wypełniały Park Victoria, by przy zapalonych świecach przypomnieć światu o tym, co Pekin chciałby pogrzebać na zawsze. Tę tradycję stworzyli konkretni ludzie: Lee Cheuk-yan, Chow Hang-tung i Jimmy Lai. Wszyscy troje płacą dziś za nią najwyższą cenę.
69-letni Lee Cheuk-yan przez dziesięciolecia był jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy hongkońskiego ruchu prodemokratycznego. Jako przewodniczący Hong Kong Alliance współorganizował coroczne czuwania, wspierał chińskich dysydentów i podtrzymywał pamięć o wydarzeniach z 1989 roku. Chow Hang-tung, 41-letnia prawniczka młodszego pokolenia, przejęła tę rolę, gdy zaczęły się represje. Kiedy władze zdelegalizowały czuwania, nie ugięła się; wzywała Hongkończyków, by samodzielnie zapalali świece w oknach i na ulicach. Dziś oboje są sądzeni na podstawie ustawy o bezpieczeństwie narodowym, oskarżeni o „podżeganie do działalności wywrotowej", w istocie o podtrzymywanie pamięci o Tiananmen. To zarzut zagrożony karą do 10 lat więzienia. Proces zakończył się w maju 2026 roku; wyrok jest spodziewany w lipcu. Tak wygląda dzisiejszy Hongkong: można w nim trafić za kratki za wezwanie do zapalenia świeczki.
Najgłośniejszą ofiarą tej wojny z pamięcią jest jednak Jimmy Lai. To masakra na Tiananmen była dla niego politycznym przebudzeniem. Z bogatego przedsiębiorcy stał się jednym z najbardziej zdeterminowanych obrońców wolności słowa w mieście. W 1995 roku założył Apple Daily, gazetę, która przez ćwierć wieku nie pozwalała zapomnieć o 4 czerwca, publikując świadectwa ocalałych, wywiady z dysydentami oraz relacje z czuwań. Za to między innymi zapłacił. 78-letniego Lai'a uznano za winnego w grudniu 2025 roku, a 9 lutego 2026 roku skazano go na 20 lat więzienia za zmowę w celu kolaboracji z obcymi siłami i publikowanie materiałów wywrotowych. Jest to najsurowszy dotychczas wydany wyrok na podstawie ustawy o bezpieczeństwie narodowym. Dla człowieka w jego wieku to wyrok śmierci.
Reżim będący drugą gospodarce świata, mający armię liczącą miliony żołnierzy i najbardziej rozbudowany aparat cenzury w dziejach, wytacza cały swój majestat przeciwko staruszkowi, prawniczce i działaczowi związkowemu. Za co? Za świece. Za gazetowe teksty. Za odmowę zapomnienia. To nie jest siła. To strach.
Komuniści mogą kontrolować media, szkoły i internet. Mogą wymazać datę z kalendarza i usunąć wyniki wyszukiwania. Pamięci nie potrafią wymazać i to ona, a nie demonstracja, jest dla nich realnym zagrożeniem. Protest rozpędza się w jedno popołudnie. Pamięć trzeba ścigać dekadami, proces po procesie, i nigdy nie da się jej zamknąć ostatecznie.
---------------------------------------------------------------------------
Warto sięgnąć po dokument „The Hong Konger: Jimmy Lai's Extraordinary Struggle for Freedom" (2023) - historię człowieka, który mógł uciec z Hongkongu , a został i zapłacił za to wolnością.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz