Szefowa Kuomintangu, Cheng Li-wun, największej partii opozycyjnej w tajwańskim parlamencie, przebywa z dwutygodniową wizytą w Stanach Zjednoczonych. Ma odwiedzić pięć miast, spotkać się z kongresmenami, przedstawicielami think tanków i biznesu. Już na samym początku jej wizyty padło zdanie, które wywołało burzę.
圖由國民黨提供
W San Francisco Cheng powiedziała, że gdyby nie spotkała się wcześniej z Xi Jinpingiem, byłaby „nic nieznaczącą", wręcz „pomijalną" szefową partii. Cała jej waga polityczna bierze się więc, wedle jej własnych słów, z tego, że odwiedziła Pekin i uścisnęła dłoń przywódcy Komunistycznej Partii Chin. To nie zarzut przeciwników, wyrwany z kontekstu. To autodefinicja.
Oba brzegi należą do narodu chińskiego"
Na bankiecie dla diaspory w Nowym Jorku Cheng oświadczyła wprost: „oba brzegi cieśniny należą do jednego narodu chińskiego i nie będziemy tworzyć trwałego podziału". To już nie zawoalowany „dialog"; to dosłownie pekińska teza o jednych Chinach, wygłoszona przez liderkę tajwańskiej opozycji na amerykańskiej ziemi.
Reszta była rozwinięciem tej samej melodii: powrót do konsensusu z 1992 roku, odrzucenie niepodległości Tajwanu, osobiste powołanie się na Xi Jinpinga jako orędownika „pokoju". I ostrzeżenie, że Tajwan nie może stać się „drugą Ukrainą". Brzmi jak troska, a jest argumentem za kapitulacją: skoro opór grozi zniszczeniem, lepiej się nie opierać.
Wymowne jest też to, czego nie powiedziała. Ani słowa o tym, że to Pekin grozi Tajwanowi siłą. Cała wina za napięcia spada na rządzącą partię i prezydenta Lai Ching-te. Sprawca i ofiara zamieniają się miejscami; znak firmowy każdej dobrze wykonanej propagandy.
Amerykanie nazwali rzecz po imieniu
Najostrzejszą diagnozę tej wizycie wystawiła nie strona tajwańska, lecz amerykańska.
„Wall Street Journal" opatrzył relację z jej podróży nagłówkiem: „Liderka tajwańskiej opozycji przyjeżdża do USA z przekazem prosto z Pekinu". Stacja Fox News poszła dalej i nazwała ją wprost: „człowiekiem Pekinu" na Tajwanie. To nie był margines, lecz główny nurt amerykańskich mediów, czytany przez tych samych polityków, z którymi Cheng miała się spotykać.
A potem padły słowa najcięższego kalibru; nie z gazety, lecz z ust dyplomaty. Raymond Greene, dyrektor Amerykańskiego Instytutu na Tajwanie, czyli de facto ambasador Stanów Zjednoczonych, stwierdził, że w mediach międzynarodowych utrwaliło się wrażenie, iż Kuomintang zaczął przejmować i naśladować stanowiska Komunistycznej Partii Chin w kluczowych kwestiach dyplomacji i bezpieczeństwa, pomijając interesy Ameryki i Japonii. Dodał, dyplomatycznie, że wizyta Cheng „powinna być okazją", by te obawy rozwiać.
Kiedy ambasador państwa sojuszniczego publicznie sygnalizuje, że największa partia opozycyjna dryfuje w stronę linii wrogiego mocarstwa, to nie jest komentarz. To ostrzeżenie.
Cisza, która krzyczy najgłośniej
Najbardziej wymowny w całej tej historii nie jest jednak żaden głos. Jest milczenie.
Wizyta Cheng wypadła dokładnie w 37. rocznicę masakry na placu Tiananmen. Czwartego czerwca 1989 roku chińskie czołgi i karabiny maszynowe rozjechały i rozstrzelały bezbronnych studentów i robotników, którzy domagali się wolności słowa i końca korupcji. Reżim ChRL wymazał to wydarzenie z własnej historii.
I właśnie tego dnia centrala Kuomintangu pod kierownictwem Cheng nie powiedziała ani słowa. Jak zauważył Wang Dan, jeden z przywódców studentów z 1989 roku, to prawdopodobnie pierwszy raz od samego 1989 roku, gdy ani centrala KMT, ani jej przewodniczący nie wydali żadnego oświadczenia upamiętniającego ofiary. Wang ujął to gorzko: „Już nawet nie chce im się udawać".
Co więcej, pod wpisami Cheng na Facebooku komentarze zawierające słowa „Tiananmen" czy „4 czerwca" zaczęły znikać, a piszących je użytkowników blokowano. Tajwańska polityk stosująca u siebie tę samą cenzurę słów-kluczy, którą reżim stosuje w Chinach kontynentalnych - trudno o bardziej dosłowny symbol.
I tu detal, który zamyka sprawę. To nie znaczy, że w całym Kuomintangu nie odezwał się nikt. Odezwał się były przewodniczący Eric Chu prywatnym wpisem: wobec historii trzeba mieć pamięć, wobec przyszłości odwagę. Ale aparat partii i jej obecna szefowa milczeli. Weteran spoza dzisiejszego kierownictwa potrafił. Cheng i kierowana przez nią centrala nie potrafiły. A skoro stać na to było poprzednika, a nie stać następczyni, milczenie przestaje być luką w kalendarzu. Staje się deklaracją.
Most. Ale dla kogo?
Cheng broni się eleganckim słowem. Mówi, że Kuomintang ma być „budowniczym mostów" między Tajwanem, Pekinem a Waszyngtonem.
Most to piękna metafora. Tyle że most jest konstrukcją, po której ruch odbywa się w obie strony. Pytanie, które zadaje tajwańska opozycja, jest więc proste: most, ale dla kogo? Czy po to, by chronić Tajwan? Czy raczej po to, by wpływy Pekinu mogły wygodnie przejść na drugą stronę cieśniny?
W tym samym czasie, gdy Cheng mówiła o mostach w Ameryce, w tajwańskim parlamencie szef klubu jej partii zgłaszał poprawkę do ustawy o obywatelstwie, taką, która pozwoliłaby osobom posiadającym obywatelstwo Chińskiej Republiki Ludowej startować w wyborach na Tajwanie bez rezygnacji z chińskiego paszportu. To wpuściłoby do tajwańskiej polityki ludzi z paszportami państwa, które jawnie dąży do przejęcia wyspy.
Cheng Li-wun przyjechała do Stanów Zjednoczonych, by przekonać Amerykę, że Kuomintang jest najbardziej odpowiedzialną siłą zdolną utrzymać pokój w cieśninie. Jak na razie ma za sobą nagłówek o „człowieku Pekinu", ostrzeżenie amerykańskiego ambasadora i ciszę w rocznicę masakry.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz