Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność słowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność słowa. Pokaż wszystkie posty

Połamać mu ręce i nogi. Chińskie zlecenie na tajwańskiego komika

Huang Yi-hao (黃逸豪) mówi, że kpił z Xi Jinpinga na scenie przez 2,5 minuty. Za te dwie i pół minuty ktoś najpierw obrzucił fekaliami klub, w którym występuje, a potem potrącił go samochodem pod domem.

21 października prokuratura okręgowa w Nowym Tajpej, mieście otaczającym stolicę Tajwanu, oskarżyła w tej drugiej sprawie pięciu mężczyzn: Cheng Po-hsuana, Yu Wei-chieha, Huang Chia-chinga, Fan Chung-hao i Liao Pen-chenga. Wszyscy są Tajwańczykami. Odpowiedzą za usiłowanie spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu oraz za naruszenie ustawy o ochronie danych osobowych. Pieniądze i polecenia szły od obywatela Chin, który posługiwał się pseudonimem „K” i wcześniej już był na Tajwanie.

Numer o Xi

Huang występuje w xiangsheng, tradycyjnej chińskiej komedii słownej, najczęściej w formie szybkiego dialogu między dwojgiem artystów. Organizuje cykl „相聲失控”, co można przetłumaczyć jako „Xiangsheng bez kontroli”. W grudniu ubiegłego roku w klubie Comedy Club (卡米地) w Tajpej wyrecytował jednym tchem prześmiewczy „hymn pochwalny” na cześć Xi. W tym krótkim numerze zmieścił się cały wykaz przewinień przywódcy ChRL.

Zaczął od wyglądu i porównania do Kubusia Puchatka, za co w Chinach cenzura usuwa wpisy z internetu. Potem wziął na warsztat oficjalne legendy o przywódcy: że jako młody chłopak niósł sto kilogramów pszenicy przez pięć kilometrów i ani razu nie zmienił ramienia, albo że z wykształceniem podstawowym zrobił doktorat z prawa. Dalej poszły czystki prowadzone pod hasłem walki z korupcją i zmiana konstytucji, dzięki której Xi może rządzić bez ograniczenia kadencji. Wspomniał o Hongkongu, trzech latach polityki „zero covid” oraz protestach, podczas których ludzie wychodzili na ulice z białymi kartkami. Wyśmiał nieukończone wielkie projekty, choćby Xiong'an, nowe miasto budowane na południe od Pekinu, które stoi puste, a także Nowy Jedwabny Szlak, w którym biedne kraje wpadają w długi u Chin, agresywną dyplomację „wilczych wojowników” i cenzurę. Na koniec nazwał Xi „pierwszym głupkiem” Chin, w oryginale znacznie dosadniej, a sala zaczęła skandować jego nazwisko.

Nagranie obiegło internet także poza Tajwanem. Organizatorzy chwalili się później w zapowiedziach, że „pewien kraj” zablokował numer w całości.

Najpierw fekalia

29 maja, kiedy w klubie trwała próba przed wieczornym występem, wszedł tam mężczyzna w maseczce i czerwonej czapce. Wyjął z torby worki z białą farbą zmieszaną z kałem i rzucił nimi w podłogę i szklane drzwi. Zatrzymany sprawca, Kuo, tłumaczył policji, że złościło go, że klub ciągle mówi o stosunkach z Chinami, a na dodatek trudno tam dostać bilety.

Prokuratura w Tajpej ustaliła co innego. 29 września oskarżyła Kuo i niejakiego Liu, który pracuje w branży pogrzebowej. To Liu miał wynająć Kuo i następnego dnia nad ranem zapłacić mu 50 tysięcy dolarów tajwańskich, a sam działać na polecenie nieustalonego obywatela Chin. Obaj odpowiadają za groźby karalne i zniszczenie mienia. Prokuratorzy chcą dla nich 22 i 20 miesięcy więzienia, a w uzasadnieniu napisali, że atak pozwolił Pekinowi ograniczać wolność słowa na Tajwanie. Liang Wen-chieh, wiceprzewodniczący tajwańskiej Rady do spraw Chin Kontynentalnych, uważa, że to o wiele za łagodnie jak na atak zamówiony z Chin. Obecne prawo nie dawało jednak podstaw do cięższych zarzutów, dlatego Liang apeluje o zmianę ustawy o bezpieczeństwie narodowym i ustawy przeciw infiltracji.

Nadajnik pod skuterem

Na 20 września Huang zapowiedział kolejny występ w Comedy Club, znowu z numerem o Xi. Chińczyk o pseudonimie „K”, któremu nie podobało się, że komik publicznie krytykuje KPCh, postanowił temu zapobiec. Zgłosił się do Cheng Po-hsuana, który wcześniej prowadził agencję detektywistyczną, i obiecał mu 450 tysięcy dolarów tajwańskich, czyli około 14 tysięcy dolarów amerykańskich. W zamian Cheng miał zebrać dane komika i tak go urządzić, żeby przed 20 września wylądował w szpitalu i nie mógł wyjść na scenę.

Od 25 lipca do końca sierpnia Cheng śledził Huanga. Przyczepił mu do skutera nadajnik GPS, spisywał jego rozkład dnia, ustalił adres i numer rejestracyjny. Gdy przekazał to wszystko „K”, dostał 250 tysięcy zaliczki.

Pomysł upozorowanego wypadku Cheng wymyślił razem z Yu Wei-chiehem. Yu oddał robotę za 100 tysięcy Huang Chia-chingowi, a ten wziął do pomocy Fan Chung-hao i Liao Pen-chenga. Każdy musiał się podzielić swoją działką z następnym.

8 września kupili samochód za 90 tysięcy. Przez następne dwa dni obserwowali okolice domu komika w dzielnicy Yonghe. Auto się zepsuło, więc wzięli inne. 11 września od rana czekali w pobliżu. Huang Chia-ching siedział za kierownicą, Fan pilnował wylotu uliczki, a Liao nagrywał wszystko z samochodu, bo zleceniodawca chciał dowodów. Kilka minut przed piątą po południu Fan zobaczył, że komik wraca skuterem, i zawiadomił kierowcę. Kiedy Huang parkował, czarny samochód przyspieszył i w niego uderzył.

Za mało połamany

Plan zakładał, że kierowca będzie go taranował, aż połamie mu ręce i nogi. Kiedy jednak Huang krzyknął z bólu, kierowca na tym poprzestał. Dzięki temu komik skończył ze stłuczoną prawą stroną miednicy, a nie w gipsie. Sprawcy musieli teraz udowodnić „K”, że wykonali zlecenie, bo inaczej nie dostaliby reszty pieniędzy. Udając, że pomagają załatwić odszkodowanie po wypadku, zdobyli zaświadczenie lekarskie z imieniem i nazwiskiem komika, datą urodzenia oraz numerem dowodu. Sfotografowali je i przez pośredników przesłali „K”. Ten uznał, że obrażenia są za lekkie, i nie zapłacił pozostałych 200 tysięcy.

Mówiąc wprost: „K” płacił za to, jak bardzo człowiek zostanie okaleczony. Za połamane ręce i nogi dałby całą sumę, za stłuczenie nie chciał zapłacić w całości.

Cała piątka odpowie za usiłowanie spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu i nielegalne zbieranie danych osobowych, a Cheng także za potajemne śledzenie cudzego życia prywatnego za pomocą urządzeń elektronicznych. Prokuratura nazywa sprawę transnarodowymi represjami, które mają zastraszyć krytyków reżimu, i domaga się surowych kar, najwyższa to pięć i pół roku więzienia. Śledczy przyznają, że obecne przepisy są na takie sprawy za słabe.

Pekin umywa ręce

Po ataku na klub chińskie Biuro do spraw Tajwanu oświadczyło, że nie zna szczegółów, zarzuty o transnarodowe represje nazwało bezpodstawnymi, a sam atak „wyrazem opinii publicznej”, jakby zrobili to zwykli ludzie oburzeni żartami z Xi. Tyle że sprawca dostał za to 50 tysięcy dolarów tajwańskich, a oburzeni obywatele raczej nie biorą pieniędzy za to, że są oburzeni. Zresztą, nawet gdyby ktoś naprawdę poczuł się urażony, nie daje mu to żadnego prawa, żeby obrzucać ludzi kałem ani wjeżdżać w nich samochodem.

Tajwański rząd przekazał sprawę międzyresortowemu zespołowi ds. transnarodowych represji i zapowiedział zmiany w prawie, które mają odstraszyć Tajwańczyków gotowych pracować dla KPCh. Atak potępił burmistrz Tajpej Chiang Wan-an z opozycyjnego Kuomintangu, który zadzwonił też do Huanga. Shen Po-yang, kandydat rządzącej Demokratycznej Partii Postępowej (DPP) w tegorocznych wyborach na burmistrza Tajpej, mówi, że transnarodowe represje trzeba traktować poważnie bez względu na to, kogo dotyczą, i zarzuca wielu politykom, że zajmują w tej sprawie mętne stanowisko. Shen zna to z własnego doświadczenia. Chiny grożą mu od dawna, a ostatnio ktoś zaczął śledzić jego córkę.

Huang podziękował śledczym i zaapelował do Kuomintangu, żeby poparł przepisy chroniące ludzi przed przemocą na tle politycznym.

Dalej będzie żartował

Po ogłoszeniu aktu oskarżenia Huang napisał w sieci: „老子解鎖了啦”, czyli mniej więcej „no to odblokowałem nowy poziom”. To nawiązanie do gier komputerowych: komik traktuje zamach zlecony z Chin jak trofeum, które zdobył za swoje żarty. Zapowiada, że nie przestanie występować, bo nie pozwoli, żeby druga strona uznała, że przemoc się opłaca. Dziennikarzom wyrecytował zresztą swój numer o Xi jeszcze raz.

Tak wygląda wojna, którą Pekin prowadzi z Tajwanem już dziś, bez jednego wystrzału. Nie potrzeba do niej czołgów ani nawet własnych agentów. Wystarczy zleceniodawca z Chin ukryty za pseudonimem, kilka przelewów i miejscowi, którzy za pieniądze przyczepią nadajnik, kupią auto i nagrają, jak potrąca człowieka. Cel jest prosty: każdy na Tajwanie, kto śmieje się z Xi albo krytykuje Komunistyczną Partię Chin, ma wiedzieć, że może za to zapłacić zdrowiem. Za kratki pójdą ci, których wynajęto. Ten, kto zamawiał, wciąż jest nieuchwytny.

Pekin testuje nowy model represji i ma już na to ustawę

6 lipca w Taichungu, w hotelowym holu, został zaatakowany Yaita Akio (矢板明夫), japoński komentator polityczny, wieloletni szef tajpejskiego biura dziennika „Sankei Shimbun”, a obecnie szef ośrodka analitycznego zajmującego się strategią w regionie Indo-Pacyfiku. Yaita właśnie skończył wykład dla fundacji edukacyjnej. Napastnik szedł za nim, zawołał „panie Yaita”, a gdy ten się odwrócił, uderzył go pięścią w twarz i uciekł. 

Trzy i pół godziny później policja zatrzymała sprawcę na lotnisku w Taichungu, dwadzieścia minut przed wejściem na pokład samolotu do Hongkongu. Trzydziestotrzyletni mężczyzna o nazwisku Liao miał już kupiony bilet powrotny. Do jego zidentyfikowania przyczynił się tatuaż na lewym przedramieniu, uchwycony przez kamery. To, co ustalono w ciągu następnych czterdziestu ośmiu godzin, układa się w obraz, który powinien zaniepokoić nie tylko Tajwańczyków. 

Anatomia zlecenia 

Liao urodził się w prowincji Guangdong w ChRL i dopiero później uzyskał status mieszkańca Hongkongu. Według informacji, które hongkońscy znajomi przekazali samemu Yaicie, od nastoletnich lat często trafiał do więzienia. Na Tajwan przyleciał 2 lipca; nie po raz pierwszy w tym roku. Przez cztery dni zmienił trzy hotele i poruszał się wyłącznie samochodami zamawianymi przez aplikację. Miał wspólnika, który opuścił wyspę dzień przed atakiem. 

Po analizie telefonu i korespondencji Liao tajwańska policja uznała, że działał na zlecenie „sił zagranicznych”, i przekazała go prokuraturze z zarzutami nie tylko o uszkodzenie ciała, ale i z ustawy antyinfiltracyjnej. Prokuratura w Taichungu zakwalifikowała sprawę jako zaplanowaną przemoc transgraniczną i uzyskała areszt z zakazem kontaktów. Tajwańskie Rada ds. Chin Kontynentalnych oraz MSZ mówią wprost: to pierwszy przypadek represji transgranicznej od wejścia w życie chińskiej ustawy o promowaniu jedności narodowej. Sam Yaita ujął to trzeźwo: człowiek z takim życiorysem nie ogląda programów publicystycznych. Nie przyleciał, bo oburzyły go czyjeś komentarze dotyczące polityki międzynarodowej. Przyleciał, bo ktoś mu zapłacił.

 „Uderz i uciekaj” 

Dzień po ataku Yaita opublikował oświadczenie, w którym nadał temu zjawisku nazwę: „wynajęte pięści z Hongkongu” (香港快閃打手, Xianggang kuaishan dashou) - dosłownie: hongkońscy bojówkarze działający metodą błyskawicznego wypadu: wpaść, uderzyć, zniknąć. Model jest prosty. Sprawca posiada hongkoński dokument tożsamości, który pozwala mu swobodnie wjechać na Tajwan. Wjeżdża na krótko, namierza cel, atakuje i natychmiast wylatuje. Zleceniodawca nie musi pokazywać twarzy ani ponosić ryzyka. Za stosunkowo niewielkie pieniądze można wywołać w społeczeństwie efekt mrożący: dziś pobity zostaje komentator, jutro może to być polityk, naukowiec albo każdy, kto publicznie wyraża poglądy niezgodne z linią Komunistycznej Partii Chin. Gdy ludzie zaczynają się bać, że jedno zdanie może skończyć się pobiciem, ofiarą nie jest już pojedynczy człowiek, lecz wolność słowa całego kraju. 

Yaita sformułował wobec rządu w Tajpej dwa postulaty. Po pierwsze, takich spraw nie wolno traktować jak zwykłe pobicie; jeśli przemoc ma zastraszyć debatę publiczną, państwo musi ścigać ją z całą surowością, także na drodze cywilnej, tak, by „uderzyć i uciec” przestało być opłacalną transakcją. Po drugie, należy zrewidować mechanizmy kontroli wjazdowej: ogromna większość Hongkongczyków to ludzie kochający wolność i cenni przyjaciele Tajwanu, ale osoby z poważną przeszłością kryminalną powinny podlegać ocenie ryzyka, zanim wykorzystają otwartość wyspy do zlecania przemocy. 

Pekin odpowiada według znanego scenariusza 

Reakcja chińskiego Biura ds. Tajwanu przy Radzie Państwa była do przewidzenia. Jego rzecznik Chen Binhua (陳斌華) oświadczył 8 lipca, że chodzi o „przypadkowy, zwykły incydent porządkowy”, a napastnik działał „z poczucia słusznego oburzenia”. Winną jest oczywiście rządząca na Tajwanie Demokratyczna Partia Postępu, która „politycznie manipuluje” sprawą, by „oczerniać” nową chińską ustawę i „podsycać wrogość”. 

Warto się przy tym zdaniu zatrzymać, bo ono mówi więcej, niż zamierzał powiedzieć autor. Rzecznik chińskiego urzędu, teoretycznie niemający ze sprawą nic wspólnego, zna motywację sprawcy zatrzymanego przez tajwańską policję i siedzącego w areszcie; i publicznie go usprawiedliwia. Zaprzeczenie połączone z moralnym rozgrzeszeniem wykonawcy to sekwencja znana każdemu, kto śledzi operacje wpływu KPCh. Celnie spuentowała to posłanka partii rządzącej na Tajwanie: skoro Pekin tak szybko zna motyw, to sam się zdradza. 

Nie jest to zresztą przypadek odosobniony. W listopadzie 2025 roku pracownia mieszkającego na Tajwanie hongkońskiego działacza Tanga Wai-hunga (湯偉雄), uczestnika protestów z 2019 roku, została oblana czerwoną farbą; sprawca również przyleciał z Hongkongu. Pod koniec maja tego roku najstarszy klub komediowy w Tajpej, Kamedi (卡米地), został obrzucony ładunkami z białej farby zmieszanej z fekaliami; tego wieczoru miał tam wystąpić Huang Yi-hao (黃逸豪), komik znany z głośnego numeru wyśmiewającego Xi Jinpinga. Sprawcami byli tym razem miejscowi, co pokazuje drugi kanał tej samej machiny: obok przyjezdnych wykonawców istnieje rekrutacja na miejscu; tajwańska Rada ds. Chin Kontynentalnych zapowiedziała ściganie „lokalnych kolaborantów”. 

Schemat się powtarza i doskonali , a jego adresatami są niezmiennie ludzie słowa: działacz, satyryk, komentator. 

Ustawa, która ściga cały świat 

Kontekst prawny tej sprawy jest nowy - dosłownie. 12 marca 2026 roku chiński parlament uchwalił ustawę o promowaniu jedności i postępu narodowego (民族团结进步促进法, minzu tuanjie jinbu cujin fa), podpisaną przez Xi Jinpinga i obowiązującą od 1 lipca 2026 roku. Atak na Yaitę nastąpił pięć dni po jej wejściu w życie. 

To nie jest zwykła legislacja. 

Ustawa liczy 65 artykułów i otwiera ją preambuła; zabieg ten w chińskim prawie jest wyjątkowy, bo od ponad trzydziestu lat preambułę miała tam wyłącznie konstytucja. Sięgnięto po nią celowo: preambuła nadaje aktowi rangę uroczystej deklaracji politycznej, a nie zwykłego zbioru przepisów. Jest to też pierwsza od lat dziewięćdziesiątych ustawa, której projekt rozpatrywało Biuro Polityczne KC KPCh. Normalnie partia kontroluje proces legislacyjny piętro niżej - przez swoje struktury w parlamencie i zatwierdzanie planów ustawodawczych; jeśli konkretny projekt trafia na posiedzenie ścisłego, dwudziestokilkuosobowego kierownictwa z Xi Jinpingiem na czele, znaczy to, że kształt nadał mu osobiście szczyt władzy. Oficjalna nota wyjaśniająca mówi wprost: celem jest przekształcenie „ważnych myśli sekretarza generalnego Xi Jinpinga o polityce narodowościowej” w wolę państwa. To partyjny manifest ubrany w formę prawa. Treść to w większości ideologiczna inżynieria tożsamości. Rodzice mają ustawowy obowiązek wychowywać dzieci w „miłości do Komunistycznej Partii Chin” i nie wolno im wpajać nieletnim idei „niesprzyjających jedności narodowej”. Osobne przepisy rozciągają tę logikę na Hongkong, Makau i Tajwan, u mieszkańców, których państwo chińskie zamierza wzmacniać „świadomość przynależności do narodu chińskiego i bycia Chińczykami”, oraz na całą diasporę. Innymi słowy: ustawa definiuje Tajwańczyków, Hongkończyków i chińską emigrację jako część „wspólnoty narodu chińskiego” z mocy prawa ChRL, bez pytania kogokolwiek o zdanie. 

Kluczem jest jednak artykuł 63: „Organizacje i osoby znajdujące się poza granicami ChRL, które podejmują wobec ChRL działania niszczące jedność i postęp narodowy lub wywołujące rozłam narodowy, ponoszą odpowiedzialność zgodnie z prawem”. Nota wyjaśniająca otwarcie przyznaje, że rozdział o odpowiedzialności prawnej „reguluje eksterytorialny zakres stosowania ustawy”. Ustawa nigdzie przy tym nie definiuje, czym jest „niszczenie jedności narodowej”; jak zauważa tajwańska Rada ds. Chin Kontynentalnych, pod takim szerokim pojęciem można podciągnąć wsparcie dla Tajwanu, krytykę polityki w Xinjiangu czy Tybecie, a nawet wypowiedzi zagranicznych polityków. Rada nazywa rzecz po imieniu: to „ustawa o zjednoczeniu” przebrana za ustawę o jedności narodowej, znaczący krok od „sprzeciwu wobec niepodległości Tajwanu” ku „przymusowemu zjednoczeniu”. Konstrukcja artykułu 63 jest zresztą kalką artykułu 38 hongkońskiej ustawy o bezpieczeństwie narodowym z 2020 roku, który również obejmuje czyny popełnione przez kogokolwiek, gdziekolwiek na świecie. Wiemy, jak to się skończyło: Hongkong wystawił listy gończe i wyznaczył nagrody za głowy działaczy mieszkających w Londynie i Waszyngtonie. 

Pekin najpierw testuje narzędzie na Hongkongu, potem uniwersalizuje je na cały świat. Na zarzut „jurysdykcji długiego ramienia” chińskie ministerstwo sprawiedliwości odpowiada, że taka krytyka jest „nieobiektywna”, a przepis jedynie podnosi do rangi ustawy „sprawdzone od dawna doświadczenia w zarządzaniu”. Trudno o mimowolnie szczersze zdanie: represje transgraniczne trwają od lat, ustawa je tylko legalizuje. 

Pierwszy tydzień obowiązywania nowego prawa przyniósł ponurą sekwencję. 1 lipca ustawa weszła w życie. 2 lipca tybetański działacz Loga Rangzen dokonał samospalenia przed siedzibą ONZ w Nowym Jorku w proteście przeciwko niej — zmarł tego samego wieczora. 6 lipca w Taichungu pobito Yaitę. Trzy zdarzenia w sześć dni i gotowa odpowiedź na pytanie, czy artykuł 63 jest przepisem martwym, czy doktryną operacyjną. 

Ostrzeżenie z Tajpej 

Dzień po ataku wiceprezydent Tajwanu Hsiao Bi-khim (蕭美琴), otwierając doroczną konferencję poświęconą chińskim sieciom wpływu, wymieniła jednym tchem oba wydarzenia: samospalenie przed ONZ i pobicie w Taichungu, jako te, które „nie pozwoliły jej zasnąć”. Ostrzegła, że nowa ustawa może stać się „kolejnym narzędziem w tym arsenale” chińskich represji transgranicznych: rozszerzeniem logiki tłumienia dysydentów poza granice Chin, wymierzonym w krytyków Pekinu i ich środowiska za granicą. Wskazała przy tym szerszy arsenał: sieci Zjednoczonego Frontu, naciski na diasporę i zagraniczne ośrodki akademickie oraz nieoficjalne posterunki policyjne w miastach na całym świecie. Prezydent Tajwanu Lai Ching-te (賴清德) dodał do tego diagnozę systemową: od ustawy antysecesyjnej z 2005 roku po obecną ustawę o jedności narodowej Pekin spina nacjonalizm, polityczne zjednoczenie i tłumienie odmiennych opinii w jedną całość, a eksportowanym produktem jest strach. 

Zagrożone są nie tylko prawa Tajwańczyków, lecz także obywateli innych państw. Mechanizmy nacisku są w zasadzie cztery. Pierwszy to zastraszanie prawne: samo istnienie eksterytorialnego przepisu bez definicji czynu wywołuje efekt mrożący - tybetański działacz w Warszawie, tajwański naukowiec na konferencji czy dziennikarz piszący o Xinjiangu muszą kalkulować, czy jeszcze kiedyś polecą przez Hongkong lub Bangkok i czy ich rodzina w Chinach nie zapłaci ceny. Drugi to instrumentarium formalne: wnioski o ekstradycję, czerwone noty Interpolu, listy gończe z nagrodami na wzór hongkoński. Trzeci to nacisk na diasporę, której ustawa wprost dotyczy - co daje „prawne” umocowanie pracy Zjednoczonego Frontu i szantażowi rodzinnemu. Czwarty, jak w Taichungu, to represje pozaprawne z prawnym listkiem figowym: pobicie krytyka rękami wynajętego bandyty, które propaganda następnie przedstawia jako „słuszne oburzenie” obrońcy jedności narodowej.

Reakcje międzynarodowe już są. 

Departament Stanu USA zadeklarował stanowczy sprzeciw wobec ustawy i obronę suwerenności przed represjami transgranicznymi. Senatorowie Lindsey Graham i Sheldon Whitehouse zażądali od Pekinu zmiany tej praktyki, ostrzegając, że przyspieszy ona przymusową asymilację Tybetańczyków i Ujgurów oraz że może zostać wykorzystana przeciwko osobom i organizacjom spoza Chin. Niemieckie MSZ wyraziło głębokie zaniepokojenie osłabieniem praw mniejszości i wzmocnieniem represji transgranicznych. 

Dlaczego to sprawa także dla Europy 

Ktoś w Polsce mógłby wzruszyć ramionami: pobicie w Taichungu, daleko od nas. To błąd perspektywy. Istota tej sprawy nie leży w geografii, lecz w metodzie. Pekin od lat zleca brudną robotę światu przestępczemu - od zastraszania diaspory przez nielegalne posterunki policyjne po ataki na demonstrantów w Europie i Ameryce. Wynajęty bandyta z kartoteką daje zleceniodawcy to, co w tym systemie jest najcenniejsze: możliwość wyparcia się wszystkiego. Państwo, które oficjalnie zabiega o „wymianę ludzi i kultur”, nieoficjalnie sprawdza, ile przemocy zniesie otwarte społeczeństwo, zanim zacznie się cenzurować samo. Nowa ustawa dostarcza tej praktyce ideologicznego i quasi-prawnego uzasadnienia. 

Tajwan jest tu poligonem, ale technologia represji, jak każda technologia w rękach KPCh, nie zna granic. Dokument podróżny wolnego niegdyś miasta staje się przepustką do zleconej przemocy; otwartość demokracji zostaje obrócona przeciwko niej samej. Jeśli ten model okaże się skuteczny i tani, nic nie stoi na przeszkodzie, by zastosować go wobec krytyków Pekinu w Warszawie, Berlinie lub Londynie. Tym bardziej, że zaplecze w Europie już istnieje, a artykuł 63 nie zna pojęcia „za daleko”.

 Yaita zakończył swoje oświadczenie deklaracją, że atak go nie zastraszy: będzie dalej pisał, wykładał i występował w obronie „wolności od strachu”. Odpowiedź tajwańskiego państwa była na razie wzorcowa: sprawca zatrzymany przed odlotem, zarzuty z ustawy antyinfiltracyjnej, areszt. Ale prawdziwy sprawdzian dopiero nadejdzie. Bo zleceniodawca, jak zwykle, siedzi bezpiecznie po drugiej stronie cieśniny i patrzy, czy rachunek mu się opłacił.

Papież z Chicago i Tajwan. Leon XIV to nie Franciszek

W maju ubiegłego roku, gdy kardynałowie wybrali na papieża Roberta Prevosta, Amerykanina z Chicago, w Tajpej sporo osób się niepokoiło. Bano...