Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eksport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eksport. Pokaż wszystkie posty

Cicha wojna o chipy: Chiny odcinają surowce, Japonia może odciąć przyszłość

Tajwański "Liberty Times" opisuje narastający konflikt technologiczno-gospodarczy między Japonią a Chinami, którego stawką są fundamenty nowoczesnej cywilizacji technologicznej.

Wszystko zaczęło się od słów. Gdy japońska premier Sanae Takaichi publicznie wypowiedziała się na temat możliwego konfliktu zbrojnego w Cieśninie Tajwańskiej, Pekin uznał to za prowokację i odpowiedział tym, co ma najcenniejszego - kontrolą nad surowcami. Chiny wprowadziły zakaz eksportu metali ziem rzadkich do Japonii, wstrzymały dostawy potężnych magnesów wytwarzanych z tych pierwiastków i wszczęły dochodzenie antydumpingowe wymierzone w japońskie materiały dla przemysłu półprzewodników. To nie był przypadkowy ruch; to precyzyjnie wymierzony cios w serce japońskiej gospodarki.

Metale ziem rzadkich to jedna z najlepiej strzeżonych tajemnic współczesnego przemysłu. Są obecne w każdym smartfonie, każdym samochodzie elektrycznym, każdej turbinie wiatrowej i każdym nowoczesnym systemie uzbrojenia. Japonia, choć jest drugim po Chinach producentem magnesów z tych pierwiastków, surowce do ich wytwarzania sprowadza niemal wyłącznie z Chin. To klasyczna pułapka uzależnienia, którą Pekin postanowił teraz zacisnąć.

Tokio jednak nie zamierza kapitulować, bo dysponuje własną, równie potężną bronią. Japonia kontroluje około siedemdziesięciu dwóch procent światowego rynku fotorezystów, a w segmencie najbardziej zaawansowanych materiałów używanych do produkcji najnowocześniejszych chipów jej udział sięga ponad dziewięćdziesięciu procent. To złożone mieszaniny chemiczne zawierające polimery światłoczułe, rozpuszczalniki i fotoinicjatory, bez których dosłownie nie można wyprodukować żadnego nowoczesnego procesora. Brzmi tajemniczo, ale w praktyce oznacza jedno: bez japońskich fotorezystów chińskie fabryki chipów stają. Cztery japońskie koncerny: JSR, Tokyo Ohka Kogyo, Shin-Etsu Chemical i Fujifilm Electronics Materials, mają nad tym rynkiem kontrolę, która jest praktycznie absolutna. Chiny są w stanie samodzielnie wytworzyć zaledwie pięć procent potrzebnych im zaawansowanych fotorezystów, a według analityków dogonić Japonię w tej dziedzinie zajmie im wiele lat intensywnych inwestycji i badań.

Mamy więc sytuację, w której dwie największe gospodarki Azji wzajemnie trzymają się za gardło. Chiny mogą odciąć Japonię od surowców, Japonia może sparaliżować chińską produkcję chipów. Jednak w tej rozgrywce to Tokio wydaje się mieć lepsze karty — fotorezystor jest trudniejszy do zastąpienia niż metale ziem rzadkich, które można z czasem pozyskiwać z innych źródeł, choćby z Australii, Kanady czy Afryki. Japonia zbudowała przez dekady przewagę technologiczną, której nie da się skopiować w kilka lat, i Pekin doskonale o tym wie. Cicha wojna przemysłowa trwa.

Rząd kręci w sprawie jabłek

Wbrew zapewnieniom rządu i zaprzyjaźnionych z nim mediów Chińczycy i Arabowie nie uratują polskich sadowników. Procedury uzyskiwania chińskich zgód i innych pozwoleń są długotrwałe i z eksportem owoców trzeba poczekać nawet trzy lata, z kolei przepisów fitosanitarnych w Zjednoczonych Emiratach Arabskich agencja rządowa nawet nie zna.

Rząd twierdzi, że gorączkowo szuka nowych rynków zbytu dla polskich producentów jabłek. Zapewnia, że są szanse zwiększenia eksportu m.in. do Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Chin. – Sytuację mamy dobrą, bo Komisja Europejska przyznała 5 mln euro (ok. 21 mln zł) na promocję jabłek w tych krajach – przekonują władze. Lepiej będzie jednak, jeśli sadownicy porzucą marzenia o szybkim uruchomieniu eksportu i zajmą się robieniem soków z jabłek.
Okazuje się, że na wywiezienie owoców do Chin sadownicy będą musieli poczekać. Jak poinformował Główny Inspektorat Ochrony Roślin i Nasiennictwa (GIORiN), obowiązuje tam złożenie do służb ochrony roślin wniosku o przeprowadzenie tzw. testu analizy ryzyka. Takie dokumenty zostały już złożone, ale biorąc pod uwagę skomplikowane i długotrwałe procedury, uzyskanie zgód potrwa dwa–trzy lata. Oznacza to, że zapewnienia władz i mediów, iż sadownicy za pół roku rozpoczną eksport jabłek do Chin, to puste obietnice.
Jeśli zaś chodzi o sprzedaż tych owoców  do Emiratów Arabskich, to agencja rządowa nie wie nawet, jakie obowiązują tam przepisy fitosanitarne. – Te, którymi dysponujemy, mogą nie być aktualne. Czekamy na informacje – poinformowała Anna Filiks z Wydziału Nadzoru Fitosanitarnego GIORiN. Choć rząd nie ma wiedzy, jakie są wymogi, minister rolnictwa Marek Sawicki twierdzi, że są szanse na zwiększenie eksportu do Zjednoczonych Emiratów Arabskich i to nawet dziesięciokrotnie. Tyle że w zeszłym roku sprzedaliśmy w tym kraju zaledwie 345 ton jabłek, a w Arabii Saudyjskiej 37 ton. Nawet gdyby udało się skutecznie wypromować polskie jabłka i pokonać procedury, to nie damy rady upchnąć tam aż dwóch trzecich produkcji krajowej. Tyle jabłek sprzedawaliśmy bowiem do Rosji.
Minister rolnictwa Marek Sawicki wspomina też o Iranie. Rozmowy są jednak dopiero w fazie wstępnej, trudno zatem mówić o jakichkolwiek możliwościach zakupowych. Twierdzenie więc, że już w połowie 2015 r. może dojść do znaczącego eksportu do Iranu i Arabii Saudyjskiej, to zwyczajne bujanie w obłokach.
Autor: Dorota Skrobisz / współ.: Hanna Shen
Gazeta Polska Codziennie

Obrażone uczucia. Jak chińska maszyna wzięła się za polskiego siatkarza

W niedzielę 2 sierpnia hala w Ningbo skandowała „MVP", kiedy Tomasz Fornal odbierał nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów Ligi Naro...