Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TPP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TPP. Pokaż wszystkie posty

Tajwańska posłanka urodzona w Chinach wyrzucona z partii i parlamentu

Tajwańska Partia Ludowa (TPP) wyrzuciła ze swoich szeregów posłankę Li Chen-hsiu - pierwszą w
historii Tajwanu demokratycznie wybraną parlamentarzystkę urodzoną w Chinach. Wraz z wykluczeniem z partii automatycznie straciła ona mandat poselski.

Centralna Komisja Rewizyjna TPP stwierdziła, że Li dopuściła się szeregu działań szkodzących reputacji ugrupowania i podważających jedność partyjną. Konkretnych przewinień nie ujawniono w całości, jednak sprawa nabrała dramatycznego wymiaru 7 kwietnia, kiedy Li oświadczyła działaczom partyjnym, że zrezygnuje z mandatu wyłącznie w zamian za pieniądze. Przewodniczący TPP Huang Kuo-chang skomentował to krótko: posłanka z listy partyjnej powinna służyć wyborcom i dotrzymywać obietnic, a nie zabiegać o korzyści osobiste. Zapytany wprost, czy Li spełniła ten standard, odpowiedział jednym słowem: nie.

Li weszła do parlamentu dopiero w lutym 2026 roku. Od samego początku jej mandat był przedmiotem poważnych wątpliwości prawnych. Tajwańskie prawo wymaga od posłów formalnego zrzeczenia się obywatelstwa ChRL przed objęciem mandatu. Li twierdziła, że dopełniła tych formalności, jednak rząd miał w tej sprawie poważne zastrzeżenia. W efekcie ministrowie i urzędnicy pojawiający się w parlamencie konsekwentnie odmawiali odpowiadania na jej pytania, uznając jej mandat za pozbawiony podstaw prawnych. 

Sytuację dodatkowo skomplikowało głośne wystąpienie posłanki podczas transmisji na żywo, w której stwierdziła, że podczas rozprawy w procesie korupcyjnym założyciela TPP Ko Wen-je dowiedziała się, iż Ko przekazał 7 milionów dolarów tajwańskich z funduszy partyjnych burmistrzowi Hsinchu Kao Hung-an. Li później odwołała te słowa, tłumacząc się wzburzeniem emocjonalnym i „zamętem w głowie", jednak sprawa trafiła już do komisji dyscyplinarnej partii i stała się zapalnikiem całej sekwencji wydarzeń prowadzących do jej wyrzucenia.

Sprawa Li Chen-hsiu jest czymś więcej niż wewnętrznym skandalem partyjnym. Odsłania fundamentalne napięcie, z którym Tajwan zmaga się na co dzień: jak traktować obywateli ChRL, którzy przyjęli tajwańskie obywatelstwo? Z jednej strony Tajwan jest demokratycznym państwem prawa i trudno mu odmawiać praw politycznych osobom, które legalnie się naturalizowały. Z drugiej strony, Pekin oficjalnie nie uznaje możliwości zrzeczenia się chińskiego obywatelstwa, co oznacza, że w świetle prawa ChRL Li nadal pozostaje obywatelką Chin. To rodzi realne pytania o lojalność i bezpieczeństwo państwa, szczególnie w kontekście narastającego napięcia w Cieśninie Tajwańskiej i trwającej presji militarnej oraz politycznej ze strony Pekinu.

Nie każda „nowa jakość” okazuje się rzeczywistą zmianą


26 marca sąd na Tajwanie skazał byłego burmistrza Tajpej i lidera Tajwańskiej Partii Ludowej (TPP) na 17 lat więzienia oraz 6 lat pozbawienia praw publicznych. Choć wyrok nie jest prawomocny, już teraz uznawany jest za jeden z najważniejszych procesów politycznych ostatnich lat. Ko Wen-je został uznany za winnego przyjmowania łapówek, defraudacji środków politycznych oraz nadużycia władzy. Według sądu polityk wykorzystywał swoją pozycję do osiągania korzyści finansowych oraz nielegalnego zarządzania funduszami związanymi z działalnością publiczną.

Jeszcze niedawno Ko uchodził za symbol „trzeciej siły” – polityka, który miał stanowić alternatywę wobec dominujących ugrupowań: Demokratycznej Partii Postępu (DPP) oraz Kuomintang (KMT). Jego projekt polityczny przyciągał wyborców zmęczonych duopolem i szukających nowej jakości w życiu publicznym. Z czasem jednak ta „alternatywa” zaczęła tracić wiarygodność. Ko Wen-je nie tylko łagodził swoje stanowisko wobec Chin, ale również wszedł w polityczne układy z KMT, postrzeganym przez wielu wyborców jako ugrupowanie bardziej przychylne współpracy z Pekinem. Tym samym projekt, który miał przełamywać istniejący układ, zaczął w praktyce go współtworzyć.

Symboliczny pozostaje epizod z 2018 roku, kiedy Ko Wen-je – polityk często mówiący o swojej fascynacji Mao Zedongiem – spotkał się z Lechem Wałęsą. Rozmowa miała dotyczyć doświadczeń polskiej transformacji oraz sprawiedliwości okresu przejściowego, czyli rozliczenia poprzedniego systemu. Po spotkaniu Ko, zapytany o jego przebieg, odpowiedział jedynie, że musi „przemyśleć to, co usłyszał”. Dodał przy tym, że Wałęsa obiecał wesprzeć Tajwan na arenie międzynarodowej, jeśli będzie trzeba. Minęły lata – i to „wsparcie” przybrało zaskakującą formę, gdy kilka dni temu Wałęsa publicznie sugerował Tajwańczykom zjednoczenie z Chinami.

Dziś wyraźnie widać, że obaj politycy – każdy na swój sposób – zamiast być symbolami odpowiedzialności i wolności, stali się przykładami głębokiego rozczarowania i politycznej niespójności.

W debacie publicznej wokół Ko Wen-je regularnie powraca również wątek jego działalności lekarskiej i kontaktów z systemem transplantacyjnym w Chinach. Szczególne znaczenie mają ustalenia Ethana Gutmanna, autora książki "The Slaughter", opisującej proceder przymusowego pobierania organów od więźniów sumienia. Gutmann wskazywał, że w latach 2000. tajwańscy lekarze – w tym Ko – utrzymywali relacje z chińskimi ośrodkami transplantacyjnymi, a sam Ko miał odwiedzać te placówki i interesować się mechanizmami szybkiego pozyskiwania organów. Choć Ko Wen-je tłumaczył te kontakty jako element współpracy medycznej i zdobywania wiedzy, dla wielu obserwatorów te wyjaśnienia pozostają niewystarczające. W kontekście dobrze udokumentowanych zarzutów wobec chińskiego systemu transplantacyjnego, takie relacje budzą poważne wątpliwości natury etycznej. Krytycy podkreślają, że nawet jeśli nie ma dowodów na bezpośredni udział Ko w nielegalnych praktykach, to sam fakt utrzymywania kontaktów z systemem oskarżanym o wykorzystywanie więźniów sumienia stawia jego postawę w bardzo niekorzystnym świetle. Należy jednak zaznaczyć, że kwestie te nie były przedmiotem postępowania sądowego, które zakończyło się jego skazaniem za korupcję – pozostają one elementem ostrej debaty publicznej i politycznej oceny jego działalności.

Sprawa Ko Wen-je pokazuje, że polityk, który miał być alternatywą dla systemu, ostatecznie stał się jego częścią – a następnie poniósł konsekwencje swoich działań. To nie tylko koniec jednej kariery, ale także ważna lekcja dla wyborców – również w Polsce: nie każda „nowa jakość” okazuje się rzeczywistą zmianą.

Koniec umowy o wolnym handlu nie zamyka współpracy

Po wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z Transpacyficznej Umowy o Wolnym Handlu (TPP) amerykańscy sojusznicy w regionie Azji i Pacyfiku, m.in. Japonia i Tajwan, liczą na zawarcie z USA umów dwustronnych. Zakończona właśnie wizyta sekretarza obrony USA Jamesa Mattisa w Korei Południowej i Japonii odebrana została w tych krajach jako znak, że amerykańscy sojusznicy w Azji nie muszą obawiać się śmierci TPP

W artykule pt. „Dlaczego Azja nie powinna opłakiwać śmierci TPP (jeszcze)”, jaki ukazał się 24 stycznia na portalu Asia Times, ekspert ds. polityki obronnej z think tanku Center for the National Interest, Harry J. Kazanis, stwierdza, że cele TPP wykraczały daleko poza handel. Umowa  „miała wyraźnie wskazywać, że USA są i zawsze będą związane z przyszłością Azji, bez względu na to, ile sztucznych wysp Chiny wybudują albo jak bardzo będą zastraszać swoich sąsiadów”. Podpisanie w zeszłym tygodniu przez Donalda Trumpa dekretu formalnie rozpoczynającego proces wycofywania się Stanów Zjednoczonych z Transpacyficznej Umowy o Wolnym Handlu nie powinno oznaczać, że USA tracą zainteresowanie tym regionem Azji i Pacyfiku. Kazanis uważa, że administracja Trumpa musi szybko przedstawić alternatywne dla TPP rozwiązanie, które uspokoi tamtejszych sojuszników i zademonstruje, że Waszyngton będzie wspierać „wzajemną wymianę handlową, ale także, że podejmie zdecydowane kroki gwarantujące regionowi, iż nie będzie on zdominowany i naciskany przez Chiny.” Autor artykułu na Asia Times sugeruje, że takimi działaniami ze strony USA powinno być przede wszystkim zawarcie dwustronnych umów handlowych z krajami takimi jak Japonia, Tajwan i Wietnam, „ponieważ są one kluczem do  nowej strategii dla Azji, którą będzie wprowadzał prezydent Trump”.

Przed japońsko-amerykańskim szczytem
Gorącym orędownikiem porozumienia TPP był japoński premier Shinzo Abe. Liczył on, że uda się przekonać Donalda Trumpa, by nie wycofywał się z porozumienia. Dlatego kilka dni po wygranej prezydenta elekta Abe był pierwszym światowym przywódcą, który się z nim spotkał. Japoński premier był też jednym z pięciu przywódców innych państw, z którymi Trump przeprowadził rozmowy telefoniczne 29 stycznia. Prezydent USA miał w jej trakcie zapewnić o amerykańskim zaangażowaniu w celu zapewnienia bezpieczeństwa Japonii.
Strona amerykańska przyznaje, że japoński premier zainwestował ogromny polityczny kapitał w kraju w obronę TPP i że należy ten wysiłek wykorzystać w budowie alternatywy, czyli dwustronnej umowy o wolnym handlu pomiędzy oboma krajami. I to ma być główny temat ponownego spotkania Shinzo Abe z Donaldem Trumpem w lutym br. Japoński premier zasygnalizował, że jest otwarty na dwustronne porozumienie i powiedział, że chce pokazać, iż szczyt amerykańsko-japoński potwierdzi, że sojusz obu narodów jest niezachwiany. „Chcę, by podczas spotkania 10 lutego miała miejsce szczera wymiana poglądów na gospodarkę i bezpieczeństwo” – powiedział Abe.

Niewzruszone sojusze
Andrew Shearer, były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego premierów Australii Johna Howarda i Tony’ego Abbotta, a obecnie pracownik amerykańskiego think tanku Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS), uważa, że pomimo upadku TPP amerykańskie sojusze w Azji są i będą silne, „ponieważ są zdeterminowane zagrożeniami, a te nie znikają”.
O kontynuowaniu amerykańskiego zaangażowania i współpracy w regionie  świadczy fakt, że pierwszą  zagraniczną wizytę sekretarz obrony USA James Mattis odbył w zeszłym tygodniu właśnie do Japonii i  Korei Południowej. Na spotkaniu z koreańskim ministrem obrony Mattis zapewniał, że zaangażowanie USA na rzecz obrony Korei Południowej jest „niewzruszone”. Dla Seulu szczególnie istotne było uzyskanie od nowej administracji USA zapewnienia, że kontynuowane będzie, zapowiedziane jeszcze przez rząd Obamy, rozmieszczenie do końca 2017 r. na terenie Korei Południowej elementów amerykańskiego systemu obrony antybalistycznej THAAD. Przeciwko temu planowi Waszyngtonu i Seulu ostro wypowiada się Pekin, a wtóruje mu Moskwa. Na spotkaniu z Han Min-goo, szefem południowokoreańskiego MON, Mattis zapewnił, że Waszyngton nie wycofa się z programu instalacji THAAD.
Zarówno w Seulu, jak i w Tokio szef Pentagonu mówił o zagrożeniu ze strony Korei Północnej, która rozwija swój program nuklearny i rakietowy. Na spotkaniu w Tokio z japońskim premierem Shinzo Abe  Mattis odniósł się także do chińskiego zagrożenia. Sekretarz obrony USA zapewnił, że „artykuł 5 naszego traktatu o wzajemnej obronie jest dla nas dzisiaj równie aktualny, jak był rok czy pięć lat temu. I tak samo będzie za rok czy za 10 lat”. Artykuł 5 zobowiązuje Waszyngton do obrony terytorium znajdującego się pod kontrolą administracyjną Japonii. Według oświadczenia japońskiego rządu sekretarz obrony USA miał dodać, że artykuł 5 dotyczy także wysp Senkaku na Morzu Wschodniochińskim, które są przedmiotem sporu Japonii z Chinami. Szef Pentagonu powiedział, że Waszyngton będzie sprzeciwiał się jakimkolwiek jednostronnym działaniom, które mogłyby zaszkodzić japońskiemu administrowaniu tymi wyspami. Pekin coraz częściej wysyła w ten region swoje statki i samoloty patrolowe. Wielu analityków uważa, że taką agresywną postawę Pekinu ułatwiła pasywna polityka prezydenta USA Baracka Obamy. Ze względu na początkowo słabą obecność USA w regionie chińska ofensywa nabrała tu tempa.
Gazeta Polska

Nowe otwarcie w relacjach USA z azjatyckimi sojusznikami

Po wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z Transpacyficznej Umowy o Wolnym Handlu (TPP) sojusznicy USA w regionie Azji i Pacyfiku, m.in. Japonia i Tajwan, liczą na zawarcie z Waszyngtonem dwustronnych umów gospodarczo-handlowych. Eksperci wskazują, że administracja prezydenta Donalda Trumpa powinna także podpisać podobne porozumienie z Wietnamem.

W artykule pt. „Dlaczego Azja nie powinna opłakiwać śmierci TPP (jeszcze)”, który ukazał się 24 stycznia br. na portalu Asia Times, ekspert ds. polityki obronnej z ośrodka analitycznego Center for the National Interest Harry J. Kazanis stwierdza, że cele umowy TPP wykraczały znacznie poza obszar handlu. – Umowa miała wyraźnie wskazywać, że USA są i zawsze będą związane z przyszłością Azji: bez względu na to, ile sztucznych wysp wybudują w regionie Chiny oraz jak bardzo będą zastraszać swoich sąsiadów – przekonuje ekspert.

Podpisanie w ub. tygodniu przez prezydenta Donalda Trumpa dekretu rozpoczynającego proces wycofywania się Stanów Zjednoczonych z Transpacyficznej Umowy o Wolnym Handlu nie powinno oznaczać, że USA całkowicie zakończą swoje interesy w regionie Azji i Pacyfiku. Harry J. Kazanis uważa, że Waszyngton powinien przedstawić alternatywne rozwiązanie dla TPP, które uspokoi azjatycko-pacyficznych sojuszników, ale także powinien podjąć zdecydowane kroki gwarantujące regionowi, że nie będzie zdominowany i naciskany przez Chiny. – Takie działania to przede wszystkim szybkie zawarcie przez USA dwustronnych umów handlowych m.in. z Japonią, Tajwanem i Wietnamem, które będą kluczem do nowej amerykańskiej strategii dla Azji – stwierdził ekspert amerykańskiego think tanku.

Jednym z krajów, który nie był sygnatariuszem umowy TPP, jednak zgłaszał chęć przystąpienia do niej, był Tajwan. Po wycofaniu się z porozumienia USA tajwański MSZ zapowiedział, że bada możliwości zawarcia dwustronnej umowy o wolnym handlu z Waszyngtonem. Rzecznik Biura Prezydenta Tajwanu Alex Huang stwierdził też, że tajwański rząd będzie kontynuował wysiłki na rzecz rozszerzenia dwustronnych stosunków gospodarczych i handlowych z innymi krajami w regionie Azji i Pacyfiku. Od momentu dojścia do władzy w maju ub.r. również prezydent Tajwanu Tsai Ing-wen zapowiadała, że będzie dążyła do zakończenia silnej zależności gospodarczej jej państwa od Chin i skupi się na rozwoju relacji z państwami ASEAN (Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej) i Indiami.

Wycofanie się USA z umowy TPP spokojnie przyjęły również władze Wietnamu. W wypowiedzi dla agencji Bloomberga Nguyen Van Tuan, zastępca sekretarza generalnego wietnamskiego stowarzyszenia branży tekstylnej i odzieżowej, stwierdził, że jego kraj nie jest zaniepokojony końcem TPP, ponieważ zawarł wiele umów o wolnym handlu z innymi państwami. W ub.r. Wietnam przyciągnął inwestorów z takich państw, jak USA, Japonia, Korea Południowa i Tajwan. W Hanoi panuje także przekonanie, że ostra polityka prezydenta USA Donalda Trumpa wobec Chin będzie korzystna dla Wietnamu, bo zagraniczni przedsiębiorcy będą przenosili do tego kraju swoje inwestycje z Państwa Środka.

Na zacieśnieniu relacji handlowych i militarnych z Wietnamem zależy szczególnie Japonii. Stąd wizyta w połowie stycznia br. w Wietnamie japońskiego premiera Shinzō Abe. W jej trakcie polityk zapowiedział udzielenie Hanoi pożyczki w wysokości 120 mld jenów m.in. na zakup statków patrolowych, które mają wzmocnić wietnamskie siły na Morzu Południowochińskim.
Gazeta Polska Codziennie

Sukces USA i Japonii - Partnerstwo Transpacyficzne

Podczas gdy uzgodnienie warunków ratyfikacji Partnerstwa Transpacyficznego (TPP) powszechnie uważa się za sukces Waszyngtonu i Tokio, władze Chin Ludowych starają się zbagatelizować znaczenie umowy, która stworzy największą na świecie strefę wolnego handlu. Pekin przedstawia projekty swoich sojuszy jako przeciwwagę dla TPP. W tym tak reklamowaną w Polsce strategię „jednego pasa jednej drogi” (chodzi o nowy chiński Jedwabny Szlak).

Gdy tylko w ubiegłym tygodniu ogłoszono, że po pięciu latach negocjacji 12 państw, w tym: USA, Japonia, Kanada, Meksyk, Australia, Wietnam Malezja i Singapur, osiągnęło porozumienie dotyczące Partnerstwa Transpacyficznego, rzecznik chińskiego ministerstwa handlu marginalizował znaczenie tego wydarzenia. Stwierdził, że TPP jest jednym z wielu porozumień, jakie zostały lub będą zawarte w regionie.
Pekin buduje narrację, według której Partnerstwo Transpacyficzne nie będzie miało większego wpływu na Chiny. Komunistyczny dziennik „Global Times” w komentarzu redakcyjnym stwierdza, że choć USA „starają się przedstawić umowę jako wymierzoną w Chiny”, to w rzeczywistości TPP w niewielkim stopniu odciśnie piętno na chińskiej gospodarce. Autor komentarza z jednej strony przypomina, że w ramach porozumienia funkcjonować będzie 40 proc. światowego handlu, a z drugiej – określa umowę jako regionalną i mającą mieć „ograniczoną żywotność bez udziału drugiej gospodarki na świecie”, czyli ChRL u.
„Global Times” nie wróży porozumieniu sukcesu, bo państwa, których ono dotyczy, są także ekonomicznie powiązane z Państwem Środka. „Chiny są ważnym partnerem handlowym Japonii, Singapuru i Australii, a drugim partnerem handlowym USA. To jest więc plan, którego nie można nazwać perfekcyjnym bez udziału Chin” – czytamy na łamach komunistycznego dziennika.
Pekin przekonuje, że znaczenie Partnerstwa Transpacyficznego dla gospodarki Państwa Środka będzie ograniczone, bo Chiny także zawierają lub dążą do zawarcia umów o wolnym handlu (FTA) z wieloma państwami. Agencja prasowa Xinhua przypomina, że ChRL podpisała już porozumienia o wolnym handlu z Koreą Południową i Australią, a także prowadzi negocjacje w sprawie Regionalnego Kompleksowego Partnerstwa Gospodarczego (RCEP) i strategii „jednego pasa jednej drogi”. Oba te plany wydają się jednak dalekie od realizacji.
Promowana w Polsce m.in. przez Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych (PAIiIZ) strategia „jednego pasa jednej drogi”, zwana inaczej Nowym Jedwabnym Szlakiem, a będąca planem rozbudowy sieci infrastruktury łączącej ze sobą Chiny, kraje Azji Środkowej, Bliskiego Wschodu i Europę, ma powstać nie wcześniej niż w 2040 r. Przy obecnych problemach gospodarki chińskiej pojawia się jednak coraz więcej głosów powątpiewających w realizację tego modelu współpracy.
Utknęły także w miejscu rozpoczęte w maju 2013 r. negocjacje umowy RCEP między Stowarzyszeniem Narodów Azji Południowo-Wschodniej (ASEAN) a sześcioma państwami regionu, które mają ze Stowarzyszeniem dwustronne umowy o wolnym handlu (FTA) – Chinami, Japonią, Koreą Południową, Indiami, Australią i Nową Zelandią.
Pekin co prawda wznowił rozmowy po ogłoszeniu porozumienia dotyczącego TPP, ale nawet jeśli umowa RCEP, zwana też chińskim porozumieniem o wolnym handlu, zostanie zawarta, to według Joshuy P. Melzera, eksperta od prawa i umów międzynarodowych z amerykańskiego think tanku Brookings Institution, „ani na poziomie ambicji, ani zasięgu nie będzie ona realną alternatywą dla TPP”.
Mimo bagatelizowania przez Pekin znaczenia Partnerstwa Transpacyficznego de facto jest to wyraz obaw przed negatywnym wpływem porozumienia na chińską gospodarkę. Amerykański think tank Peterson Institute for International Economics szacuje, że po ratyfikacji TPP ChRL każdego roku będzie traciła blisko 35 mld dolarów.
Agencja Xinhua informuje, że nie należy wykluczyć, iż „w odpowiednim czasie” Chiny przystąpią do Partnerstwa. Jednak na łamach czasopisma „The National Interest” Gordon G. Chang, amerykański prawnik, często występujący jako ekspert w sprawach Chin i Korei Północnej w programach amerykańskich stacji, twierdzi, że „Chiny muszą pozostać poza TPP, ponieważ nie są w stanie sprostać wysokim standardom zawartym w pakcie”. Chang uważa, że nawet jeśli Chiny wypełniłyby wymogi co do prawa pracy, bezpieczeństwa żywności oraz zasad ochrony środowiska, to fakt, że będą musiały „wprowadzić ograniczenia w działalności gospodarczej dla przedsiębiorstw państwowych, oznaczałby zasadniczą zmianę w chińskim modelu gospodarczym i pozwalałby na szerszy dostęp do internetu dla obywateli, co znowu uderzyłoby w serce quasi-monopolu partii komunistycznej w sferze informacji”.
Gazeta Polska Codziennie

Papież z Chicago i Tajwan. Leon XIV to nie Franciszek

W maju ubiegłego roku, gdy kardynałowie wybrali na papieża Roberta Prevosta, Amerykanina z Chicago, w Tajpej sporo osób się niepokoiło. Bano...