Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hong Kong. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hong Kong. Pokaż wszystkie posty

Wczoraj odbył się największy protest w historii Hongkongu.



Ogromne protesty zakończyły się użyciem przez policję gazu łzawiącego. Mieszkańcy sprzeciwiali się nowym przepisom, według których można będzie przekazać podejrzanych władzom Chin kontynentalnych.
Więcej TUTAJ

Mój wywiad z mieszkającym w Hongkongu pastorem Bobem Kraftem TUTAJ

Po wyborach: Walka o Hongkong trwa

Rekordowa frekwencja, a wśród zwycięzców kandydaci popierający większą autonomię Hongkongu, a nawet jego niepodległość – to rezultat niedzielnych wyborów do Rady Legislacyjnej (LEGCO) w byłej brytyjskiej kolonii. Nadzieje Pekinu na to, że blok prodemokratyczny (opozycja) nie zdobędzie jednej trzeciej miejsc w Radzie, co pozwoli na blokowanie przyjęcia ustaw, się nie ziściły.

Rada Legislacyjna (parlament) Honkongu to 70 deputowanych, ale tylko 40 z nich jest wybieranych w wyborach bezpośrednich. Pozostałych 30 kandydatów jest desygnowanych przez związki zawodowe, stowarzyszenia i organizacje pozarządowe – w większości są to osoby popierające władze komunistyczne w Pekinie.

W opinii komentatorów niedzielne wybory były najważniejszymi od 1997 r., gdy kontrolę nad byłą brytyjską kolonią przejęły Chiny. Wybory odbywały się w atmosferze ogromnego rozczarowania wobec polityki ChRL-u, zwłaszcza wśród młodego pokolenia. To właśnie młodzież dwa lata temu przez prawie 80 dni okupowała ulice Hongkongu, domagając się wolnych wyborów i protestując przeciwko ograniczaniu podstawowych wolności przez Pekin. Demonstracja ta przeszła do historii pod nazwą rewolucji parasoli, a niektórzy z jej czołowych uczestników walczyli o mandat w niedzielnych wyborach. Są oni dużo bardziej radykalni od swoich starszych prodemokratycznych kolegów. I mimo że Pekin i podporządkowane im władze Hongkongu robiły wiele, by nie dopuścić do ich wyboru, kilku z nich zasiądzie w nowej Radzie Legislacyjnej.

Komunistyczne władze szczególnie obawiały się wyboru polityków głoszących ideę niepodległości Hongkongu i dlatego na kilka tygodni przed głosowaniem uniemożliwiły kandydowanie w wyborach sześciu politykom proniepodległościowym. Jeszcze kilka lat temu postulat pełnej niezależności był nieobecny w kampaniach wyborczych w byłej kolonii brytyjskiej. Jednak zacieśniająca się kontrola Pekinu, rosnące represje i sama rewolucja parasoli spowodowały, że w ostatnich wyborach pojawili się kandydaci postulujący niezależność od Pekinu.

Jednym ze zwycięzców, najmłodszym zresztą w historii Hongkongu deputowanym, został 23-letni Nathan Law. Był on organizatorem rewolucji parasoli w 2014 r., a jego partia Demosisto domaga się referendum, które ma zdecydować o przyszłości Hongkongu, w tym kwestii niepodległości.

W poniedziałek rano było już wiadomo, że poza Nathanem Law, czterech innych z 10 czołowych uczestników protestu w 2014 r. zdobyło mandaty w nowym parlamencie.

Wybory pokazały też, że starsze pokolenie prodemokratycznych działaczy traci popularność wśród młodych wyborców na rzecz bardziej radykalnego młodego pokolenia polityków. W jednym z regionów wyborczych doszło do zaciętej walki pomiędzy 65-letnim prodemokratycznym doświadczonym politykiem Raymondem Wong Yuk-manem a 25-letnią Yau Waiching z ruchu Yongspiration, który postuluje prawo Hongkongu do samostanowienia. Yau ostatecznie zwyciężyła.

Oficjalne wyniki wyborów będą ogłoszone najwcześniej we wtorek, ale już wiadomo, że w wyborach wzięła udział rekordowa liczba mieszkańców Hongkogu – 2,2 mln osób, czyli 58 proc. upoważnionych do głosowania. Niedzielne wybory pokazały także, że nadzieje Pekinu, iż prodemokratyczni, w tym także proniepodległościowi kandydaci, nie zdobędą w parlamencie jednej trzeciej mandatów potrzebnych do blokowania ustaw, okazały się płonne.

Obecność w nowym parlamencie młodego pokolenia nastawionego antykomunistycznie, prezentującego lokalny patriotyzm i postulującego większą niezależność od Pekinu jest zdecydowanie nie po myśli komunistycznych władz ChRL-u. Pokazuje także, że toczy się walka o przyszłość byłej brytyjskiej kolonii. Jednak nawet występujący przeciwko represyjnym rządom Pekinu zwycięzcy niedzielnych wyborów zdają sobie sprawę, że władze Chin nie są gotowe na ustępstwa.

Prodemokratyczny aktywista 38-letni Eddie Chou Hoi-dick, który po raz pierwszy dostał się do Rady Legislacyjnej, mówił o groźbach, jakie otrzymywał w czasie kampanii od „sił niepochodzących z Hongkongu”.
Gazeta Polska Codziennie

Hongkong odrzuca plan Pekinu

Głosami prodemokratycznych deputowanych Rada Legislacyjna Hongkongu odrzuciła projekt zmian
prawa wyborczego przygotowany przez Pekin. Projekt reformy w kształcie proponowanym przez ChRL – niezezwalający na w pełni wolne wybory – doprowadził wcześniej do 79-dniowej okupacji części ulic Hongkongu, czyli tzw. rewolucji parasoli. 
17 czerwca w Radzie Legislacyjnej Hongkongu rozpoczęła się dyskusja, a następnego dnia w południe odbyło się głosowanie nad pakietem reform przygotowanych pod auspicjami komunistycznych władz w Pekinie. Główny punkt tych reform – sposób wybierania szefa administracji – zakładał, że wybór będzie możliwy tylko spośród dwóch lub trzech kandydatów zaakceptowanych przez komunistyczne władze Chin.
Pomimo ulicznych protestów Pekin nie chciał iść na ustępstwa i zgodzić się na całkowicie wolne wybory. Demokratyczna opozycja nazwała taki sposób elekcji kpiną z obietnicy przyznania Hongkongowi pełnej demokracji i zapowiadała, że będzie głosowała przeciwko projektowi. Od początku zakładano, że szanse na wprowadzenie nowego prawa na warunkach Pekinu są niewielkie, ponieważ aby weszło ono w życie, to spośród 70 parlamentarzystów musiałyby zagłosować za nim dwie trzecie.
W trakcie głosowania większości deputowanych z obozu popierającego Pekin nie było na sali obrad. W rezultacie za projektem zagłosowało tylko ośmiu deputowanych, a przeciwko było 28. Tym samym pekiński plan zmian prawa wyborczego w Hongkongu został odrzucony. Oznacza to, że w 2017 r. szef administracji Hongkongu zostanie wybrany na starych zasadach, czyli będzie wskazywany przez Komitet Elekcyjny. To ok. 1200 osób związanych z takimi sferami, jak biznes, przemysł, związki zawodowe, organizacje pozarządowe czy przedstawiciele organizacji religijnych. W rzeczywistości najsilniejsi w tej grupie są magnaci biznesowi. Wskazany lider ma chronić ich interesy, ale przede wszystkim musi być zaakceptowany przez Pekin. 
Prodemokratyczni deputowani twierdzą, że nie ma większej różnicy pomiędzy poprzednim sposobem wyboru lidera Hongkongu a zmianami proponowanymi przez Pekin. W każdym wypadku musi to być osoba zatwierdzona przez komunistyczne władze ChRL. Demokraci uważają, że Chiny powinny wypełnić swoje obietnice wprowadzenia całkowicie wolnych wyborów w Hongkongu w 2017 r. 
Wynik czwartkowego głosowania z pewnością nie zostanie dobrze przyjęty w Pekinie. Już kilka dni temu chińskie media ostrzegały, że weto to zagrożenie dla stabilności finansowego centrum, jakim jest Hongkong. Na spotkaniu z deputowanymi z Hongkongu, które odbyło się 31 maja w Shenzhen (miasto w Chinach bezpośrednio graniczące z Hongkongiem), jeden z chińskich urzędników uprzedził prodemokratycznych parlamentarzystów, że „jeśli zawetują reformy, to spotka ich kara”. 
Od kilku dni przed Radą Legislacyjną gromadzili się przeciwnicy i zwolennicy reformy. Aby nie dopuścić do takich demonstracji jak w zeszłym roku, policja przygotowała większą liczbę oddziałów i powołała do służby w dniach obrad Rady Legislacyjnej emerytowanych funkcjonariuszy. Łącznie w pogotowiu jest 8 tys. policjantów, czyli o 2 tys. więcej niż w okresie rewolucji parasoli.
Gazeta Polska Codziennie

"Tajwan oszalał, Pekin zgłupiał, Hongkong się cieszy"

Rewelacyjny tytuł w hongkońskim wydaniu Apple Daily:
"Tajwan oszalał, Pekin zgłupiał, Hongkong się cieszy"


Wynik wyborów na Tajwanie, a zwłaszcza wielka przegrana namaszczonego przez Pekin kandydata na stanowisko burmistrza Tajpej, będzie miała konsekwencje nie tylko dla wyspy. W sobote Tajwańczycy odrzucili politykę rządu prowadząca do uzależnienia wyspy od ChRLu i przynoszącą korzyści tylko dużym grupom biznesowym. Pekin musi się liczyć z tym, że wygrana proniepodległościowej DPP w tych wyborach, wróży zwycięstwo tej partii w 2016 roku, a więc pertraktowanie z KMT i kręgami biznesowym już nie wystarczy, żeby zdobyć serca Tajwańczyków. I wreszczie wielka nadzieja dla Hongkongu - nie byłoby porażki prochińskiej KMT gdyby nie Rewolucja Słoneczników, zryw nieposłuszeństwa obywatelskiego na przełomie marca i kwietnia tego roku na wyspie; dziś to samo robią obywatele Hongkongu (Rewolucja Parasoli).

Chińska profilaktyka


Chiński rząd profilaktycznie zakłóca porządek. Nie może (jeszcze) wysłać armii i strzelać do np. protestujących mieszkańców Hong Kongu, ale może tworzyć grupy bojówkarzy o dumnie brzmiących nazwach: “Młodzież Hong Kongu” czy “Troska o Hong Kong”. Członkowie tych grup maszerują po ulicach Hong Kongu z transparentami z prokomunistycznymi hasłami i zastraszają np. członków zakazanego w ChRL ruchu Falun Gong; zwrócenie im uwagi może się spotkać z groźbą i wymachiwaniem nożem (takim jak ten na zdjęciu ), za co normalnie przeciętny obywatel Hong Kongu trafiłby do więzienia…policja w Hongu Kongu oczywiście nie zauważa grożących nożem.

Noworoczne protesty z Pekinem w tle


Nowy rok rozpoczął się pod znakiem protestów w Hongkongu i na Tajwanie. Mimo że wiece odbywały się w dwóch różnych miejscach i miały odmienne hasła, to jednak łatwo znaleźć wspólny mianownik: obawy przed coraz większymi wpływami i kontrolą ze strony komunistycznych Chin.
1 stycznia ulicami Hongkongu przeszedł marsz, którego uczestnicy wyrażali niezadowolenie z rządów szefa administracji regionu Leung Chun-yinga. Będącemu u władzy od lipca zeszłego roku Leungowi zarzuca się, że jest marionetką w rękach Pekinu.
Mieszkańcy Hongkongu mają dość, twierdzą, że w ciągu ostatnich sześciu miesięcy pogorszył się ich standard życia. Ceny nieruchomości rosną w niesamowitym tempie, a masowy napływ Chińczyków powoduje chaos. Nic więc dziwnego, że coraz częściej można także usłyszeć głosy, iż „obce diabły” – jak określają Hongkończycy Brytyjczyków – zarządzały bardziej efektywnie.
Wilkołak nigdy syty
Leung obiecał obywatelom Hongkongu, że powstrzyma nielegalne budownictwo, na co pozwalają sobie VIP-y, często powiązane z komunistycznymi oficjałami w Pekinie. Leung Chun-ying krytykował swego czasu kontrkandydata na stanowisko lidera regionu Henry’ego Tanga właśnie za owe nielegalne budowle. Tymczasem ze zdumieniem odkryto, że Leung po dojściu do władzy sam przyjął podobne praktyki i zaczął bez stosownych zezwoleń rozbudowywać swoje rezydencje. Dla przeciętnego młodego Hongkończyka, który ma coraz większe kłopoty ze znalezieniem pracy i z trudem może sobie pozwolić na niewielkie mieszkanie, jest to niewybaczalne wykroczenie.

Mieszkańcy Hongkongu nie mogą też zapomnieć Leungowi, nazywanemu wilkołakiem ze względu na ambicje i przebiegłość w interesach, że na polecenie Pekinu próbował wprowadzić obowiązkowe tzw. lekcje patriotyzmu. Celem owej edukacji miało być nie uczczenie miłości do ojczyzny, ale gloryfikowanie partii komunistycznej. W Pekinie przygotowano nawet specjalny podręcznik patriotyzmu dla uczniów w Hongkongu. Ogromne protesty i demonstracje w lecie zeszłego roku pod hasłami „Komunistyczne Chiny, ręce precz od naszych dzieci” czy „NIE dla prania mózgów” zmusiły Pekin i Leunga „do odroczenia planu”. W mediach pojawiają się także informacje, że Leung nie tylko cieszy się zaufaniem władz ChRL, lecz także jest członkiem Chińskiej Partii Komunistycznej. Na noworocznym wiecu, poza transparentami ze zdjęciami Leunga z długim nosem à la Pinokio i napisami „Leung, podaj się do dymisji”, pojawiły się żądania powszechnych wyborów. Wybory lidera Hongkongu są głosowaniem tylko z nazwy; administrator regionu nie jest bowiem wybierany przez większość mieszkańców, lecz zostaje wskazany przez ok. 1200 osób związanych z takimi sferami jak biznes, przemysł, związki zawodowe, organizacje pozarządowe czy organizacje religijne. W rzeczywistości najsilniejsi w tej grupie są magnaci biznesowi. Wskazany lider ma chronić ich interesy, ale przede wszystkim musi być zaakceptowany przez Pekin. Taka forma wyborów zupełnie nie odpowiada mieszkańcom Hongkongu; domagają się oni wyborów powszechnych. W komentarzu dot. noworocznego protestu w wychodzącej w Hongkongu gazecie „South China Morning Post” pisano m.in.: „Marsz miał jasny przekaz: bardzo wielu obywateli jest po prostu niezadowolonych z działań władz (…) I tak długo, jak nie będziemy mogli sami wybierać, kto nami rządzi, protesty takie jak ten 1 stycznia będą jedynym sposobem, w jaki owo niezadowolenie możemy wyrazić”. Hongkoński przywódca próbował ratować swój image, organizując także 1 stycznia manifestację popierającą jego rządy. Wzięło w niej udział ok. 8 tys. osób, które za wiecowanie otrzymały po 250 dolarów HK (ok. 100 zł) na głowę. Antychiński i skierowany przeciwko Leungowi protest zgromadził, według organizatorów, 130 tys. ludzi (policja twierdzi, że było ok. 30 tys. manifestujących).
Zaciskanie pętli wokół wolnych mediów
W nocy z 31 grudnia na 1 stycznia studenci na Tajwanie zorganizowali siedzący protest na placu Wolności w Tajpej (gdzie znajduje się m.in. Narodowa Hala Pamięci Czang Kaj-szeka). Do zgromadzonej w centrum miasta młodzieży dołączyli Tajwańczycy studiujący w USA i w Europie, przesyłając krótkie filmiki z wyrazami poparcia. Młodzież krytykowała coraz większe wpływy Pekinu na media na wyspie, a także naciski na tajwańskich dziennikarzy krytykujących komunistyczne władze Chin. Domagano się też regulacji prawnych, które powstrzymałyby chińską inwazję na tajwańskie media. Coraz częściej gazety i stacje telewizyjne na Tajwanie kupowane są bowiem przez prochińskich biznesmanów. I tak w lipcu tego roku zgodzono się, aby głównego operatora telewizji kablowej na wyspie, CNS, kupił tajwański przedsiębiorca Tsai Eng-meng. Tsai prowadzi biznes w Państwie Środka – jego firma Want Want Group to czołowy producent napojów i żywności w ChRL. W 2008 r. Tsai stał się właścicielem drugiej co do poczytności gazety tajwańskiej „China Times”, która od tego czasu publikuje wyłącznie pozytywne artykuły na temat Chin i korzyści, jakie Tajwan może odnieść ze ścisłej współpracy z komunistycznym reżimem. Gazeta przyjmuje także reklamy od chińskich firm.
Tsai wyraził również zainteresowanie zakupem grupy medialnej Next Media, będącej właścicielem dwóch czołowych periodyków tajwańskiego wydania „Apple Daily” i tygodnika „Next Media”. Wielu ekspertów ds. środków przekazu na wyspie twierdzi, że taka transakcja oznaczałaby monopolizację mediów.

Dziennikarka trzaska drzwiami
Niełatwo mają także tajwańscy dziennikarze broniący niezależności i pozwalający sobie na krytykę chińskiej partii komunistycznej i władz w Pekinie. W maju tego roku Cheng Hung-yi został zwolniony ze stanowiska prowadzącego bardzo popularny program publicystyczny, w którym politycy i dziennikarze komentowali najważniejsze wydarzenia na wyspie i na świecie. Szefostwo stacji SET TV nadającej program najpierw nakazało Chengowi stonować krytykę wobec Chin, jako że stacja „ma kontakty biznesowe z ChRL”. W połowie grudnia z prowadzenia programu, który zastąpił audycję Chenga, zrezygnowała jego główna prowadzącą Grace Liao. Na dziennikarce wywierano presję, aby nie zapraszała gości, którzy mogą głosić tezy nieprzychylne Pekinowi. „Spotkamy się innego dnia, w innym miejscu, a na razie walczmy o ten kraj zwany Tajwanem” – pożegnała się na Facebooku z widzami programu Grace Liao.
Protestujących w Nowy Rok tajwańskich studentów poparli politycy opozycyjnych, proniepodległościowych partii: Demokratycznej Partii Postępu (DPP) i Związku Solidarności Tajwanu (TSU). Politycy podkreślali, że na wyspie następuje stopniowa sinizacja prasy i telewizji, a media głównego nurtu powtarzają wszystko za chińskimi tubami komunistycznej propagandy: agencją Xinhua czy gazetą „People’s Daily”.
Do młodych demonstrantów zwrócił się także w komentarzu na Facebooku Wang Dan, chiński dysydent, jeden z przywódców protestów na placu Niebiańskiego Spokoju w Peknie w czerwcu 1989 r. „Trzeba, aby na Tajwanie nagłaśniano fakty i uświadamiano społeczeństwu inwigilację, jaką stosuje ten potwór [chińscy komuniści – red.]. Ta odpowiedzialność spadła dziś na barki młodych studentów (…). Chylę czoło przed wami, ponieważ stoicie dziś na pierwszej linii obrony wolności”. Wang porównał także sytuację na Tajwanie do tej w Hongkongu w 1997 r., kiedy to wiele czołowych mediów zostało zakupionych przez prochińskie korporacje. „To samo teraz dzieje się na Tajwanie” – uważa Wang.

Gazeta Polska
zdj. Liao Jia-rui

Mądrości Jackie Chana


Jackie Chan (成龍), pochodzącą z Hong Kongu gwiazda kina akcji, znowu dzieli sie swoimi przemyśleniami. Tym razem nie podoba mu się rodzimy Hong Kong bo stał się miejscem gdzie wszyscy protestują. “Besztają Chiny, besztają ich przywodców, narzekają na wszystko, protestują przeciwko wszystkiemu”, stwierdził aktor w wywiadzie dla wydawanego w Chinach Ludowych czasopisma “Southern People Weekly”.
Gwiazdor zasugerował  też, że władza powinna ograniczyć możliwość organizowania manifestacji. Na te stwirdzenia pojawiła w internecie odpowiedź w formie rysunku przedstawiającego Jackiego na smyczy z napisem “ Nie bójcie się. Przyzwyczaicie się i będzie w porządku.”

W ostatnich miesiącach dochodziło do często demonstracji w Hong Kongu albowiem jego mieszkańcy nie są zadowoleni z rządów popieranego przez ChRL Leung Chun-ying, z braku demokracji i coraz większego wpływu Pekinu.
Jakiś czas temu Jackie Chan wywołał burzę refleksją na temat wolności: “Nie jestem pewien, czy dobrze jest mieć wolność, czy nie. Jeśli jest się zbyt wolnym, jest się na drodze, którą podąża teraz Hongkong. Ona jest bardzo chaotyczna. Tajwan jest również chaotyczny”, stwierdzil gwiazdor. Chan dodał także, że jeśli Chińczycy nie są kontrolowani, robią, co chcą. „Stopniowo zaczynam sądzić, że my Chińczycy musimy być kontrolowani.”

Komunista rządzi Hongkongiem

Leung Cheng-yin został nowym szefem administracji Hongkongu - w głosowaniu 1200 elektorów zdobył 689 głosów. Lokalne media twierdzą, że jest on członkiem Komunistycznej Partii Chin Ludowych.

Wybory lidera Hongkongu są głosowaniem tylko z nazwy, bo administrator regionu nie jest wybierany przez mieszkańców, ale wskazywany przez 1200 osób związanych głównie z biznesem. Szef administracji musi być też zaakceptowany przez Pekin.
Poza Leungiem do wyborów stanął także kandydat Partii Demokratycznej, prawnik Albet Ho, nieakceptowany jednak przez Pekin i prochińskich magnatów biznesowych w Hongkongu. Kandydowł również miliarder Henry Tang, który mógł liczyć na poparcie chińskiego rządu, ale skandale obyczajowe z jego udziałem, niepłacenie podatków i inne nadużycia spowodowały, że jego szanse na zwycięstwo gwałtownie zmalały, bo Tang jest wręcz znienawidzony przez mieszkańców Hongkongu.
Leung Cheng-yin od dawna współpracował z władzami komunistycznych Chin. Został wybrany przez Pekin jako jeden z członków komisji, która stworzyła dokument konstytucyjny, tzw. Podstawowe Prawo, obowiązujący w Hongkongu od lipca 1997 roku. Pekin musiał mieć gwarancję, że ta mała konstytucja nie podważy władzy komunistów i nie wprowadzi zbyt dużej demokracji; stąd do tworzenia dokumentu wybrał zaufanych ludzi. W mediach pojawiły się także informacje, że Leung nie tylko cieszy się zaufaniem władz ChRL, ale jest wręcz członkiem chińskiej partii komunistycznej. Informację te potwierdza mieszkający na Tajwanie, a wcześniej przez 20 lat w Hongkongu, chiński dysydent, historyk Lin Baohua.
Przed wyborami na ulicach Hongkongu doszło do demonstracji zorganizowanej przez Front na rzecz Praw Człowieka (CHRF). Wzięli w niej udział przedstawiciele różnych partii politycznych, grup społecznych, a także reprezentanci organizacji religijnych. Uczestnicy domagali się wprowadzenia powszechny wyborów. "Koniec z pseudowyborami", "Dajcie nam głos" - można było przeczytać na transparentach niesionych przez protestujących.
Pekin zapowiada, że zgodzi się na demokratyczny wybór szefa administracji w Hongkongu w 2017 roku. Obecny lider Donald Tseng odchodzi w aurze skandali. Pod koniec lutego Biuro Antykorupcyjne rozpoczęło dochodzenie przeciwko politykowi oskarżonemu o przyjmowanie drogich prezentów (np. mieszkanie w Chinach czy podróże na jachtach) od biznesmenów z Chin i Hongkongu.

Przemyślenia Jacky Chana

Jak wiadomo gwiazdy lubią dzielić się swoimi głębokimi przemyśleniami. Robi to także od czasu do czasu Jacky Chan, pochodzącą z Hong Kongu gwiazda kina akcji. Ostatnia z jego wypowiedzi dotyczy wolności i Chińczyków.
“Nie jestem pewien, czy dobrze jest mieć wolność, czy nie. Jeśli jest się zbyt wolnym, jest się na drodze, którą podąża teraz Hongkong. Ona jest bardzo chaotyczna. Tajwan jest również chaotyczny”, stwierdzil gwiazdor. Chan dodał także, że jeśli Chińczycy nie są kontrolowani, robią, co chcą. „Stopniowo zaczynam sądzić, że my Chińczycy musimy być kontrolowani”.
Komentarz Chana wygłoszony na spotkaniu z chińskimi biznesmenami w Boao na wyspie Hajnan wywołał burzę oklasków!
Pisały o tej wypowiedzi liczne agencje i gazety, ale tylko w kilku można znaleźć dalszą część wywodu Jacky Chena. Otóż gwiazda kina akcji stwierdziła, że chińskie produkty są niebezpieczne. „ Jeśli muszę kupić telewizor, to z pewnością kupię ten wyprodukowany w Japonii; chiński mógłby wybuchnąć”, stwierdził mistrz kina akcji. (tu już nie było oklasków)
A propos przemyśleń Chana na temat wolności: Jacky Chan urodził i wychował się w Hong Kongu; tam nikt nie cenzurował jego wypowiedzi, filmów; co więcej mógł swobodnie podróżować po świecie i robić karierę min. w Hollywood... mieszkańcy ChRL nie mieli i większość nadal nie ma takiego luksusu.
Najlepiej słowa Chana skomentowano w jego rodzinnym Hong Kong’u. Gazeta „South China Morning Post” opublikowała taki oto rysunek (dość wymowny):


Na Tajwanie też nie pozostawiono na Chanie suchej nitki; „(Chan) cieszy się wolnością, demokracją i ekonomicznymi korzyściami jakie oferuje kapitalizm, ale sam niestety jeszcze nie bardzo zrozumiał czym jest wolność i demokracja”, stwierdził tajwański parlamentarzysta Huang Wei-che.
Po wyborach prezydenckich na Tajwanie w 2004 roku i wygranej niepodległościowego kandydata Chen Shui-biana, Jacky podzielił się inną swoją mądrością. Stwierdził, że wolne wybory na wyspie to żart, co oczywiście chętnie cytowały media w ChRL. Gdy później gwiazdor przybył na wyspę, niestety okazało się, że Tajwańczycy mają słabe poczucie humoru. Przywitały go transparenty z napisami „Jacky wynoś się!”; wszędzie tam gdzie się pojawił, odbywały się protesty; otoczony ochroną Jacky Chan opuszczał wyspę z ulgą....wolność (zgromadzeń) może być uciążliwa.
Coś mi się wydaje, że po sobotniej wypowiedzi Jacky Chan będzie przez jakiś czas omijał Tajwan.
Blogmedia24 Niezalezna.pl

W Hong Kongu po wyborach

Pro-demokratyczne partie zdobyły 23 miejsca w 60 osobowym Radzie Legislacyjnej - parlamencie Hong Kongu. Jest to liczba pozwalająca zawetować jakiekolwiek zmiany konstytucyjne proponowane przez delegatów popierających politykę Pekinu. Porażkę poniosła popierająca władze Chińskiej Republiki Ludowej Partia Liberalna nie zdobywając żadnego miejsca. Po ogłoszeniu wyników przewodniczący partii James Tien ogłosił swoją rezygnację. Na wieść o wynikach w obozie pro-demokratyczny zapanowała radość. Początkowo prognozowano, iż demokraci zdobędą mniej niż 21 miejsc. Z jednej strony w kampanii wyborczej zwolennicy polityki Pekinu wykorzystywali m. in. Olimpiadę do podgrzewania uczuć nacjonalistycznych, a z drugiej mało było informacji na temat wyborów. Emily Lau, jedna z czołowych postaci ruchu demokratycznego w Hong Kongu stwierdziła, że “władze w Pekinie robiły wszystko co możliwe, aby zniechęcić mieszkańców Hong Kongu do udziału w wyborach”. Frekwencja wyborcza wyniosła 45%. Mimo, że ruch demokratyczny cieszy się z osiągniętego wyniku to jego członkowie zdają sobie sprawę, iż jakiekolwiek zmiany pro-demokratyczne nie będą możliwe, aż do 2017 kiedy to odbędą się bezpośrednie wybory.
W wyborach do Rady Legislacyjnej mieszkańcy Hongkongu mogą wybierać jedynie połowę z 60 deputowanych. Pozostali członkowie Rady wskazywani są przez grupy interesów cieszących się dużym poparciem władz w Pekinie. Pekin zgodził się aby w 2017 odbyły się bezpośrednie wybory szefa administracji, do tej pory mianowanego przez Pekin. W 2020 r. mieszkańcy Hong Kongu będą mieć prawo do wyboru pełnego składu Rady Legislacyjnej.
Tzw. Mini-konstytucja Hong Kong-u zawiera zapis o wprowadzeniu wyborów powszechnych "jako ostatecznego celu". Przedstawiciele ruchu demokratycznego w Hong Kongu mają nadzieję, że władze chińskie dotrzymają tego zobowiązania.
Na zdjęciu ciesząca się z wyniku wyborów Emily Lau.

Wolność słowa w Hong Kongu

W dniach 1-2 maja odbyło się w Hong Kongu seminarium poświęcone wolności słowa w Hong Kong i Chinach; przed rozpoczęciem seminarium władze w Hong Kongu pod naciskiem Pekinu odmówiły prawa przyjazdu do tej prowincji chińskiemu pisarzowi mieszkającemu w Szwecji, Zhang Yu, i duńskiemu artyście Jensowi Galschiot
Zhang Yu jest członkiem chińskiego Niezależnego PEN clubu, a Galschiot autorem rzeźby „Kolumna Wstydu” upamiętniającej krwawe wydarzenia na Placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 roku (rzeźba znajduje się na University of Hong Kong). Na przyjazd do Kong Kongu nie otrzymał także zgody chiński pisarz Zhao Dagong mieszkający w Shenzhen (Chiny).
Przybyły na seminarium prof. Yu Ying-shih, jeden z najbardziej znanych historyków chińskiego pochodzenia pracujący na uniwersytetach Harvard, Yale i Princeton stwierdził w czasie ceremonii otwarcia seminarium, że wolność słowa w Hong Kongu powinna odgrywać kluczową role w procesie przemian w Chinach, a tymczasem to prawo do wolnej wypowiedzi w Hong Kongu jest zagrożone. „ Reakcja władz Hong konu i cenzura powodują, iż obawiamy sie że ataki na wolność słowa w Chinach rozszerzą sie na Hong Kong i że Chiny nie pragną wywiązać się ze swoich obietnic” , stwierdził Prof. Yu. Ubiegając się o prawo do organizacji Igrzysk w Pekinie władze chińskie obiecały poprawę sytuacji w zakresie wolności wypowiedzi. Jednak na 100 dni przed Olimpiadą uległa ona żadnej poprawie. Reporterzy pracujący w Chinach mówią o przypadkach nagłych rozłączeń ich rozmów telefonicznych ze „źródłami” informacji i szkalowaniu osób dostarczających informacji mediom; reporterzy mają ograniczane prawa podróży; dochodzi nawet do napadów na dziennikarzy.
W tej chwili w więzieniach chińskich znajduje się 39 pisarzy pochodzenia chińskiego, tybetańskiego i ujgurskiego.
Pomimo problemów stwarzanych przez władze seminarium dot. wolności słowa w Hong Kongu i Chinach toczy się; na 3 maja zaplanowano także część artystyczną (wystawy) i wystosowanie petycji do władz Hong Kongu.

„My mali prawicowcy”

Tegoroczną nagrodę Stowarzyszenia Dziennikarzy w Hong Kongu i Stowarzyszenia Zagranicznych Dzennikarzy w Hong Kongu otrzymała chińska pisarka mieszkająca w USA, Emily Wu (巫一毛). Nagrodę przyznano za artykuł pt. „My mali prawicowcy” (Open/開放, marzec 2007) opisującym skutki tzw. kampanii antyprawicowej (反右派運動) rozpoczętej przez Mao Zedonga w latach 50-tych. W 1957 roku ojciec Emily Wu, tlumacz literatury angielskojęzycznej, powrócił ze studiów w Stanach Zjednoczonych. Komunistyczne władze szybko odkryły w nim “zakonspirowanego kontrewolucjonistę”. Gdy Emily przyszła na świat, ojciec jako „prawicowiec i wróg ludu” był już więźniem Laogai (chiński obóz pracy wzorowany na sowieckim Gułagu). Do Emily i jej brata przylgneło określenie „mali prawicowcy” – uważani za wyrzutki społeczeństwa, doświadczyli przemocy fizycznej i psychologicznej. Gwałt, widok ojca bitego przez własnych studentów i wreszcie zsyłka do ciężkiej pracy na wsi w prowincji Anhui w ramch reedukacji, to tylko część doświadczeń Emily Wu, ale i wielu jej rówieśników. Pisarka twierdzi, że mających podobne doświadczenia jak ona, „małych prawicowców”, było w ChRL ponad 15 milionów. „Prawicowi przestępcy” mieli zmniejszone racje żywności, pozbawieni byli prawa do opieki medycznej. W szkole dzieci ("mali prawicowcy") były publicznie ośmieszane i bite przez rówieśników. .

Emily Wu opisała swoje przeżycia także w książce “Feather in the Storm – A Child Lost in Chaos” wydanej w USA.

Obrażone uczucia. Jak chińska maszyna wzięła się za polskiego siatkarza

W niedzielę 2 sierpnia hala w Ningbo skandowała „MVP", kiedy Tomasz Fornal odbierał nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów Ligi Naro...