Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chen Guangcheng. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chen Guangcheng. Pokaż wszystkie posty

Chińska Farsa

Zaledwie kilka tygodni po opuszczeniu Państwa Środka przez dysydenta Chena Guangchenga usłyszeliśmy o nowych ofiarach chińskiego reżimu.
Zgoda, jaką władze w Pekinie wydały na wyjazd chińskiego dysydenta Chen Guangchenga do Stanów Zjednoczonych, zakończyła dramat, który zaczął się od brawurowej ucieczki mężczyzny z aresztu domowego do Ambasady USA. Dysydent wraz z rodziną rozpoczyna nowe życie w Nowym Jorku i opowiada o pogarszającej się sytuacji w kwestiach praw człowieka i narastających represji w Chinach.

Powiesił się, stojąc
Na początku czerwca w Pekinie poinformowano o śmierci chińskiego dysydenta Li Wangyanga. Li został znaleziony martwy w jednym z pokoi w szpitalu w mieście Shaoyang (prowincja Hunan). 6 czerwca jego rodzina w rozmowie telefonicznej dowiedziała się, że mężczyzna powiesił się wczesnym rankiem. 4 czerwca w rocznicę masakry na Placu Niebiańskiego Spokoju pod pokojem szpitalnym Li pojawiła się tajna policja i nie opuszczała szpitala aż do momentu, kiedy znaleziono mężczyznę martwego. 5 czerwca Li odwiedziła siostra i, jak twierdzi, przeprowadziła z bratem normalną rozmowę. Nic nie wskazywało na to, że Li ma jakieś samobójcze plany: „Byliśmy zszokowani [...] Nigdy nie mówił o samobójstwie i zachowywał się bardzo normalnie” – powiedział w wywiadzie dla agencji AP szwagier Li, Zhao Baozhu. Rodzinie pozwolono zobaczyć zmarłego, ale policja szybko zabrała ciało. Nie zgodzono się także na zrobienie zdjęć. Mimo to w chińskim Internecie pojawiły się fotografie (prawdopodobnie wykonane przez kogoś z personelu szpitala) powieszonego Li z nogami spoczywającymi na podłodze (!). Prośba siostry, aby wykonać autopsję, została odrzucona. Policja robi wszystko, aby ograniczyć kontakt rodziny Li Wangyanga z prasą i innymi dysydentami; nikt nie miał wstępu do pokoju hotelowego, w którym zatrzymali się siostra zmarłego i jej mąż. Telefony komórkowe krewnych Li są cały czas zajęte. Policja twierdzi, że rodzina Li musi być odizolowana „dla własnego bezpieczeństwa”.

Marzył o chińskiej „Solidarności”
Li Wangyang spędził ponad 20 lat w chińskim więzieniu. Był zafascynowany polską „Solidarnością”. W 1989 r., w trakcie protestów studentów na Placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie, Li został skazany na 13 lat za próbę ustanowienia niezależnego związku zawodowego w rodzinnym mieście Shaoyang. Ze względu na problemy zdrowotne chiński opozycjonista opuścił więzienie w 2000 r., ale już rok później został ponownie skazany na 10 lat za „działalność wywrotową”. Tym razem prawdziwym powodem aresztowania Li były jego kontakty z zachodnimi dziennikarzami, którym opowiadał o warunkach, jakie panują w chińskich więzieniach. Opowiedział o torturach, jakim poddawani są polityczni skazańcy, także swojej siostrze Li Wangling. Ją więc również musiało spotkać więzienie. W 2001 r. skazana została na trzy lata w laogai (chiński obóz pracy) za „kontaktowanie się z wrogimi siłami obcymi”.
Po odbyciu wyroku Li Wangyang opuścił więzienie w maju 2011 r. W wyniku tortur więziennych stracił wzrok, prawie nie słyszał i miał kłopoty z chodzeniem. Miał też problemy z sercem i cukrzycę. Odsiadując wyrok, Li często przebywał w celi wielkości trumny. Według wydawanej w Hongkongu gazety „Minggpao” zdarzało się, że Li trzymany był w tym pomieszczeniu nawet przez trzy miesiące. Taka cela była zupełnie pozbawiona światła, wypełniona komarami i innymi insektami. Jeśli Li protestował przeciwko nieludzkiemu traktowaniu i na przykład rozpoczynał strajk głodowy, to przykuwano mu do nóg ciężary ważące około 45 kg każdy. Strażnicy używali także metalowych szczypiec do miażdżenia jego nadgarstków. Ściskali tak mocno, aż więzień mdlał.
Na 9 czerwca Li miał zaplanowany wywiad dla jednej ze stacji telewizyjnych z Hongkongu. Rozmowa miała dotyczyć wydarzeń z 1989 r. i konieczności rozliczenia władzy za masakrę i aresztowania, jakich dokonano w tym okresie. Do wywiadu nie doszło, bo według oficjalnej wersji Li powiesił się… i zrobił to, stojąc.

„To było morderstwo”
Organizacje zajmujące się prawami człowieka, np. Amnesty International, zwróciły się do władz w Pekinie z żądaniem dokładnego zbadania przyczyn śmierci Li. W odpowiedzi rzecznik ministerstwa spraw zagranicznych ChRL Liu Weimin stwierdził, że „osobnik Li Wangyang nie jest mu zbyt znany”.
Bliski przyjaciel Li, chiński opozycjonista Zhou Zhirong, wątpi, iż było to samobójstwo. Skoro Li spędził ponad dwie dekady w więzieniu i nigdy nie targnął się na swoje życie, dlaczego miałby dokonać tego właśnie teraz? Według Zhou Li Wangyang był pełen wiary, że dyktatura komunistów w Państwie Środka dobiega końca.
Grupa znajomych Li, m.in. dziennikarz Bei Feng, ekonomista Xia Yeliang i pisarz Wu Renhua, stworzyli tekst petycji zatytułowanej „Apel o zorganizowanie poważnego śledztwa w sprawie śmierci Li Wangyang”; 7 czerwca, zaledwie godzinę po opublikowaniu dokumentu w Internecie, petycję podpisało tysiąc osób.
Chińskojęzyczna prasa na Tajwanie i w Hongkongu poświęciła dużo uwagi tajemniczej śmierci chińskiego dysydenta. W wypowiedzi dla „Nowego Państwa” mieszkający obecnie na Tajwanie chiński opozycjonista i publicysta Lin Baohua twierdzi, że śmierć Li to z pewnością morderstwo dokonane na zlecenie Komunistycznej Partii Chin Ludowych. „W prowincji Hunan [skąd pochodził Li Wangyang – H.S.] władze komunistyczne słyną z okrucieństwa i stosują mafijne metody do rozwiązywania problemów natury politycznej” – twierdzi Lin.
W Hongkongu na wieść o śmierci Li Wangyanga zorganizowano marsz-protest, w którym wzięło udział 25 tys. osób (dwa dni wcześniej ulicami Hongkongu przeszła prawie 100-tysięczna demonstracja zorganizowana w celu upamiętnienia ofiar masakry na Placu Niebiańskiego Spokoju). „Mieszkańcy Hong Kongu bardzo przejęli się tą wiadomością i ze szczególną uwagą śledzą wszelkie informacje dotyczące śmierci Li” – stwierdził Ivan Choy, wykładowca na Chińskim Uniwersytecie w Hongkongu.

„Nie zamierzam się zabić”
Większość chińskich dysydentów podziela opinię Lin Baohua, że Li Wangyang został zamordowany. Na forach internetowych, na Twitterze i blogach zaczęły się pojawiać oświadczenia opozycjonistów, że jeśli cokolwiek im się przytrafi, to z pewnością nie będzie to samobójstwo, ale „morderstwo z rozkazu KPChL”. Hu Jia, laureat przyznawanej przez Parlament Europejski Nagrody im. A. Sacharowa, który nagłośnił m.in. sprawę masowych zakażeń HIV przez transfuzje w Chinach, oznajmił na Twitterze, że podpisał w biurze notarialnym dokument stwierdzający, że nie zamierza popełnić samobójstwa. „Namawiam innych, aby także udali się do notariusza i przygotowali takie oświadczenie. Mamy zbyt wiele przypadków śmierci, którym przykleja się etykietkę samobójstw” – napisał Hu. Xia Yelang, profesor pekińskiej Ekonomicznej Szkoły Wyższej, także opublikował podobne oświadczenie. „Poza totalitarnym reżimem nie mam żadnych innych wrogów” – kończy list Xia. Zapewnienia chińskich opozycjonistów, że nie planują się zabić, publikowane na chińskich stronach internetowych, są szybko usuwane przez władze. „Umieściłam oświadczenie, iż nie popełnię samobójstwa na stronie Sino.com i mój profil został prawie natychmiast usunięty” – opowiada walcząca o prawa człowieka w Chinach opozycjonistka Wang Lihong.

Inwigilacja i opresje – prosperujący biznes
Chen Gaungcheng po przybyciu do Nowego Jorku opowiadał dużo o warunkach, jakie panowały w czasie jego aresztu domowego, ale także o swoich „opiekunach”. Chen był więziony w domu w małej wiosce, ale mimo to obserwowało go około 100 policjantów i tajnych agentów. Pieniądze za informacje dotyczące tego, co robili jego matka, żona i dzieci, brali także jego sąsiedzi – miejscowi rolnicy. Nie tylko otrzymywali dziennie 100 yuanów (ok. 55 zł), ale bezkarnie kradli także zapasy żywnościowe z domu Chena. Tylko w 2008 r. władze chińskie wydały na inwigilację Chena 30 mln yuanów (ok. 16 mln zł); w zeszłym roku podobno podwoiły tę kwotę.
Według opozycjonisty Yao Lifa, chiński system inwigilacji opozycjonistów to całkiem dobrze prosperujący biznes, na który rząd chiński wydaje rocznie ok. 700 mld yuanów (ok. 375 mld zł); pieniądze przekazywane są do poszczególnych prowincji pod niewinnie brzmiącą nazwą: „fundusz na rzecz utrzymania stabilizacji”. John Kamm z fundacji Dui Hua zajmującej się prawami człowieka w Chinach uważa, że do inwigilowania „niebezpiecznych osobników” w komunistycznych Chinach zatrudnionych jest około 1,3 mln ludzi. Według Kamma, najbardziej monitorowani są byli więźniowie polityczni, prawnicy zajmujący się prawami człowieka i chrześcijanie.
Obserwowane są także ich rodziny, znajomi i sąsiedzi. Wspomniany wcześniej Yao Lifa nigdy nie został skazany żadnym oficjalnym wyrokiem; domagał się jedynie wolnych i demokratycznych wyborów w Chinach. Pomagał także rolnikom protestującym przeciwko wysokim podatkom. W odpowiedzi rozpoczęły się krótkoterminowe zatrzymania, a wreszcie 24-godzinna inwigilacja. Teraz Yao spędza połowę dnia w szkole, w której kiedyś uczył. Siedzi tu zamknięty w pokoju. Do toalety może się udać tylko w towarzystwie eskorty. W pokoju razem z nim przebywają przynajmniej trzy osoby; jeden z „opiekunów” poddaje Yao komunistycznej indoktrynacji, drugi obserwuje jego reakcje, a trzeci robi notatki. Po południu Yao przewożony jest do domu i tu następuje zmiana warty. „Opiekunowie” za każdym razem podpisują dokumenty o przejęciu osobnika . Przy monitorowaniu Yao dziennie zaangażowanych jest ok. 15 osób. Każdy otrzymuje 50 yuanów dziennie (ok. 26 zł). Według Yao Lifa pieniądze otrzymują także inni nauczyciele z jego szkoły, którzy donoszą o poszczególnych krokach Yao. „Dla nauczyciela szkoły podstawowej zarabiającego przeciętnie 1000 yuanów miesięcznie [ok. 535 zł], jest to dodatkowy dochód” – przyznał Yao w wypowiedzi telefonicznej udzielonej amerykańskiej gazecie „Times Standard”. Za pomoc w monitorowaniu dodatkowe fundusze w wysokości 300 tys. yuanów (ok. 160 tys. zł) otrzymała także szkoła, w której pracuje Yao.
Według Feng Zhenghu opresyjna inwigilacja została zaostrzona po ucieczce Chen Guangchenga z aresztu domowego w maju tego roku. 57-letni Feng, który też przebywa w areszcie domowym w swoim mieszkaniu w Szanghaju, spędził w 2009 r. trzy miesiące na lotnisku Narita w Tokio, ponieważ władze ChRL nie chciały zezwolić na jego powrót do kraju. Od maja pod jego mieszkaniem pojawiło się 12 „opiekunów”. Wcześniej było ich tylko czterech. Jeden z monitorujących został także postawiony na straży na dachu budynku. Obserwujący Fenga to m.in. robotnicy, którzy przybyli do Szanghaju z innych prowincji w poszukiwaniu pracy. Za inwigilowanie mogą otrzymać nawet 1700 yuanów miesięcznie (ok. 900 zł). „Wchodzą do mojego mieszkania, kiedy tylko chcą, bez uprzedzenia i zabierają, co tylko im się podoba” – powiedział w wypowiedzi telefonicznej dla CNN Feng. Opozycjonista może wychodzić codzienne wraz z eskortą na półgodzinny spacer, aby „zaczerpnąć świeżego powietrza”. „Wyobraźcie sobie, ile osób straciłoby pracę, gdybym uciekł” – nie traci humoru Feng. Ale nie każdy może wytrzymać takie warunki. Atmosfery ciągłej obserwacji, napięcia, najść nie wytrzymała żona Fenga i wyjechała do rodziny do Niemiec.

Brak już słów i łez
Czasami jedyną ucieczką okazuje się być samobójstwo. 25 maja tego roku powiesił się 73-letni Ya Weilin, członek organizacji „Matki Tiananmen” skupiającej ofiary i rodziny ofiar masakry na Placu Niebiańskiego Spokoju (placu Tiananmen) w 1989 r. Ya był ojcem Ya Aiguo postrzelonego 3 czerwca 1989 r. przez wojsko na ulicach Pekinu. 22-letni Aiguo zmarł tego samego dnia w szpitalu. Ojciec zamordowanego i jego mama Zhang Zhenxia byli aktywnymi członkami „Matek Tiananmen” i domagali się pociągnięcia do odpowiedzialności tych osób z władz, które dopuściły do tragedii z 1989 r. Rodzice Aiguo często byli nachodzeni i zatrzymywani przez policję i tajnych agentów. Ya Welin co roku zbierał podpisy pod petycją adresowaną do władz ChRL żądającej ukarania winnych. Robił tak przez ponad 20 lat, aż w końcu, jak twierdzi żona, stracił nadzieję. Ya zostawił list pożegnalny, który jednak policja skonfiskowała i do dnia dzisiejszego nie oddała rodzinie. W oświadczeniu, jakie organizacja „Matki Tiananmen” wydała na wieść o samobójstwie jednego ze swoich członków, czytamy m.in.: „Wiadomość o śmierci Ya zszokowała nas, Matki Tiananmen; jak miecz przeszyła nasze serca. Chcemy płakać, ale brak nam łez; chcemy o tym powiedzieć światu, ale brak nam słów”.

O prawach człowieka tylko ogólnie
Pekin zaostrza represje, ale ma także dość bycia upominanym za gwałcenie praw człowieka. Kilka tygodni temu władze chińskie dość dobitnie dały znać szefowej unijnej dyplomacji baronessie Catherine Ashton, że nie zamierzają brać udziału w rozmowach z Unią dotyczących praw człowieka. Unia nalegała na takie spotkania przynajmniej dwa razy w roku. Pekin poinformował, że będzie się pojawiać najwyżej raz do roku, bo nie chce tracić czasu na „indywidualne sprawy”. „Jeśli już, to oczekujemy raczej rozmów na temat polityki ochrony praw człowieka na bardziej ogólnym poziomie. Moim zdaniem tracimy zbyt dużo czasu i energii na jakieś indywidualne przypadki” – stwierdził Wang Xining, rzecznik chińskiego przedstawicielstwa w EU. Tymczasem organizacje zajmujące się ochroną praw człowieka, np. Human Rights Watch, zarzucają Unii, że spotkania z chińskimi oficjelami w sprawie praw człowieka to zwykły teatr, udawanie, bo Unia jest skoncentrowana na robieniu biznesu z Chińską Republiką Ludową.
Wyjazd Chen Guangchenga do Stanów Zjednoczonych przez moment stworzył nadzieję, że władze chińskie zmienią swój stosunek (zmniejszą opresje) wobec więźniów politycznych. Jednak tajemnicza śmierć Li Wangyanga kilka tygodni temu, presja i nadzór, jakim poddawani są inni dysydenci, pokazują, że dzieje się gorzej. Przyjaciel Li Wangyanga, mieszkający w USA chiński opozycjonista Tang Baiqiao, utworzył Komitet Badający Przyczyny Śmierci Li Wangyanga, bo, jak twierdzi w wypowiedzi dla „Nowego Państwa”, pragnie „uzmysłowić światu, jak bardzo się myli, twierdząc, że mamy do czynienia z bardziej cywilizowanym, mniej brutalnym reżimem Komunistycznej Partii Chin Ludowych”.
Nowe Panstwo

















































„Nie jestem bohaterem”

Dramatyczna ucieczka Chen Guangchenga, niewidomego chińskiego dysydenta, z aresztu domowego i jego schronienie się w amerykańskiej Ambasadzie w Pekinie doprowadziło do kryzysu dyplomatycznego na linii Pekin–Waszyngton tuż przed wizytą amerykańskiej sekretarz stanu Hillary Clinton w Państwie Środka. Fakt, że administracja Obamy uległa ostatecznie Pekinowi i nie zapewniła Chenowi bezpieczeństwa – został zmuszony do opuszczenia placówki – wywołał falę krytyki zarówno w USA, jak i wśród chińskich dysydentów na całym świecie. Niewidomy prawnik samouk stał się niewygodny i dla Pekinu, i dla Waszyngtonu.

Urodzony w 1971 r. Chen Guangcheng stracił wzrok w wyniku przebytej w dzieciństwie choroby. Studiując chińską medycynę na Uniwersytecie w Nanjing, zainteresował się prawem. Jego pierwszy „prawniczy sukces” przyszedł jeszcze na studiach, gdy złożył w Pekinie skargę na lokalne władze wymuszające na jego rodzicach płacenie za niego podatku, mimo że według chińskiego prawa jako osoba niepełnosprawna był z tego obowiązku zwolniony. Ku zdumieniu Chena w odpowiedzi na jego pisma władze w końcu zwróciły pobrane kwoty. Chen zrozumiał, że to często władza sama nie zna obowiązującego prawa albo przekonana, że tej wiedzy nie mają obywatele, dopuszcza się łamania przepisów. Od tej pory misją prawnika samouka stało się niesienie pomocy prawnej tym, którzy prawa nie znają i są często na przegranej pozycji w starciu z lokalnymi władzami. Po studiach i powrocie do rodzinnej wioski Dongshigu (prowincja Shandong) Chen często pomagał rolnikom, pisząc petycje do władz lokalnych czy reprezentując mieszkańców wiosek w sądach.

Areszt za obronę życia
Chen od lat dokumentował także przymusowe aborcje i sterylizacje będące częścią chińskiej polityki jednego dziecka. To dzięki niemu światło dzienne ujrzały przerażające historie, takie jak ta dotycząca kobiet z miasta Linyi (prowincja Shandong). Gdy okazało się, że miejscowa ludność nie przestrzega „polityki planowania rodziny”, grupa odpowiedzialna za jej wdrażanie w prowincji Shandong porwała 17 tys. kobiet. Te, które były w ciąży, zostały poddane aborcji, pozostałe – sterylizacji. Guy Sorman, francuski politolog, po spotkaniu z Chenem Guangchengiem pisze w swojej książce „Rok koguta – imperium kłamstw”, iż „w niektórych przypadkach 7-, 8-miesięczny płód był zanurzany we wrzącej wodzie”. Gdy tylko Chen Guangcheng złożył pozew przeciw władzom prowincji Shandong, oskarżając je o nadmierną egzekutywę polityki jednego dziecka, zamknięto go najpierw w areszcie domowym, a następnie skazano na cztery lata i trzy miesiące za „niszczenie cudzej własności i zakłócanie ruchu drogowego”. Po odbyciu kary, od 2010 r. Chen przebywał w areszcie domowym w rodzinnej wiosce Dongshigu.
Niewidomy dysydent, jego żona i dzieci* byli zupełnie odcięci od świata. Gdy próbowali się kontaktować z innymi pisemnie lub poprzez nagrania wideo, byli bici przez policję. Wielu wpływowych polityków, a nawet gwiazdy, próbowało odwiedzić Chena. W listopadzie 2011 r. republikański kongresman Chris Smith nie otrzymał zgody na spotkanie z dysydentem. Gdy w grudniu 2011 r. aktor Christian Bale udał się do wioski Dongshigu, aby odwiedzić Chena, został pobity przez tajną policję.

Ucieczka i amerykańska „pomoc”
Chen Guangcheng przebywał w areszcie domowym w zrujnowanym wiejskim domku w Dongshigu. Przez pewien czas, aby uśpić czujność strażników, udawał chorego i leżał w łóżku.
W nocy 21 kwietnia wspiął się na dwumetrowy mur i tak rozpoczął swoją ucieczkę. Zeskakując z muru, Chen doznał kontuzji nogi, ale mimo to przebył pobliską rzekę; na brzegu czekała na niego w samochodzie inna aktywistka walcząca o prawa człowieka w Chinach He Peirong. Po 500 km podróży Chen dotarł do Pekinu, a 27 kwietnia trafił do amerykańskiej Ambasady. Dysydent twierdzi, że od samego początku stawiał sprawę jasno – chciał, aby Amerykanie pomogli jemu, jego żonie i dwójce dzieci opuścić Chiny. Ku zdumieniu całego świata 2 maja Chen opuścił nie Chiny, ale Ambasadę – „dobrowolnie”, jak dodają amerykańscy dyplomaci.
Przedstawiciele amerykańskiej placówki twierdzili, że po negocjacjach ze stroną chińską osiągnęli najlepsze z możliwych rozwiązań. Po opuszczeniu Ambasady Chen został przetransportowany do szpitala. Władze chińskie zapewniły, iż zostanie poddany leczeniu, a po jego zakończeniu zwolnią go z aresztu i będzie mógł podjąć studia prawnicze na jednym z uniwersytetów chińskich. Do szpitala przywieziono żonę i dzieci Chena, a przedstawicieli Ambasady USA zapewniono, że mają stały i nieograniczony dostęp do niewidomego. Wszystko to jednak były ustne obietnice chińskich oficjeli. Kilka godzin po przybyciu Chena do szpitala odmówiono amerykańskim dyplomatom i chińskim przyjaciołom prawa do odwiedzin. Chen ponownie stał się więźniem chińskiej władzy, która okazała się na tyle bezczelna, że żądała od strony amerykańskiej przeprosin za to, że ta zgodziła się na pobyt mężczyzny w amerykańskiej Ambasadzie.

„Czułem presję amerykańskich dyplomatów”
W międzyczasie przyjaciele Chena wyjawili, że niewidomy dysydent zgodził się opuścić placówkę USA, ponieważ straszono go, że jeśli tego nie zrobi, to jego żona zostanie zamordowana. Co więcej, w rozmowie telefonicznej z Bobem Fu, jednym z przywódców protestu studentów na placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 r., a obecnie kierującego w USA organizacją obrony praw człowieka China Aid, Chen sugerował, że to właśnie amerykańscy pracownicy placówki przekazali mu groźby strony chińskiej, namawiając go jednocześnie, aby opuścił Ambasadę. „Czułem presję ze strony amerykańskich dyplomatów” – powiedział Bobiemu Fu. Chen wiedział, że po jego ucieczce żona została kilka razy pobita; słysząc więc, że grozi jej śmierć, nie mógł nie opuścić placówki.
Po opuszczeniu Ambasady Chen przeprowadził kilka telefonicznych rozmów z przedstawicielami amerykańskiego Kongresu. Dysydent poinformował, że nasilają się represje chińskich władz wobec członków jego rodziny „w odwecie” za jego ucieczkę i szukanie pomocy w amerykańskiej Ambasadzie w Pekinie. I tak np. bratanek Chena, Chen Kegui, został aresztowany pod zarzutem „usiłowania zabójstwa”, a chcącym go bronić prawnikom grożono. Bratankowi dysydenta grozi kara śmierci. Podczas gdy Chen przebywał w Ambasadzie, grupa „nieznanych sprawców” pobiła jego brata. Zaginęły także osoby, które pomagały Chenowi w ucieczce, m.in. wspomniana He Peirong.

Czarny dzień dla wolności
Chen Guangcheng nie kryje żalu, że amerykański rząd nie wziął w obronę jego i jego rodziny. „Obama mnie zawiódł. Boję się o swoje życie” – stwierdził w wypowiedziach dla CNN i agencji Associated Press (AP). Jeszcze w trakcie wizyty amerykańskiej sekretarz stanu Hillary Clinton w Pekinie, rozpoczętej notabene w dniu, kiedy Chen musiał wyjść z amerykańskiej placówki, niewidomy apelował, aby mógł opuścić Chiny na pokładzie jej samolotu. Tymczasem, pomijając już sam fakt, że do tego nie doszło, to Clinton nawet nie zająknęła się na temat Chena podczas oficjalnych wystąpień.
Republikański kongresman Frank Wolf twierdzi, że sposób, w jaki administracja potraktowała Chena, to po prostu realizacja oświadczenia, jakie Hillary Clinton złożyła w lutym 2009 r. w czasie swojej wizyty w Azji. Amerykańska sekretarz stanu powiedziała wtedy, że „prawa człowieka nie mogą powstrzymywać współdziałania USA i Chin w najważniejszych globalnych sprawach, takich jak gospodarka czy zmiany klimatyczne”.
Według Helle Dale z konserwatywnej fundacji Heritage w Waszyngtonie to, co stało się z Chenem Guangchengiem, „uwypukla tylko, jak tchórzliwa i bezduszna” jest polityka zagraniczna prowadzona przez Obamę i Clinton.
Cały skandal skomentował także republikański kandydat na prezydenta Mitt Romney:
„Chen szukał wolności w Ambasadzie USA. Czy nie jesteśmy dumni z faktu, że ludzie szukający wolności przychodzą do naszej Ambasady? Powinniśmy bronić sprawy wolności, gdziekolwiek jest ona atakowana”. Fakt, że administracja amerykańska nie udzieliła odpowiedniej pomocy chińskiemu dysydentowi i jego rodzinie, Romney nazwał „czarnym dniem dla wolności”.
Oburzenia zachowaniem amerykańskiej administracji nie kryją także mieszkający za granicą chińscy dysydenci. Bob Fu twierdzi, że rząd USA „stracił wiarygodność jako obrońca wolności i rządów prawa”. Mieszkający w USA chiński dysydent Cao Changqing nie wierzy, iż Chen dobrowolnie wyszedł z amerykańskiego przedstawicielstwa. „Fakt, że właśnie tam udał się po ucieczce z aresztu, świadczy, iż wierzył, że USA pomogą jemu i rodzinie w uzyskaniu azylu. Tymczasem kosztem Chena administracja Obamy i Pekin zawarły haniebne porozumienie” – twierdzi Cao.

Szansa na kontynuowanie walki
Mimo represji, jakie spotkały Chena i jego rodzinę, zdrady, jakiej wobec niego dopuściły się władze USA, Chen nie zamierza zaprzestać walki o prawa człowieka w Chinach. „Nie jestem bohaterem. Robię to, co dyktuje mi sumienie. Nie mogę siedzieć cicho, gdy widzę, jakie zło jest dokonywane na niewinnych kobietach i dzieciach” – powiedział w rozmowie telefonicznej z kongresmanami amerykańskimi.
Teraz już będzie mógł kontynuować tę walkę w USA. 19 maja władze chińskie niespodziewanie przetransportowały Chena, jego żonę i dzieci na lotnisko w Pekinie. Stąd dysydent i jego rodzina udali się do Nowego Jorku. Chen pragnie w USA podjąć studia. Wydział Prawa na Uniwersytecie w Nowym Jorku już zapowiedział, iż przyzna mężczyźnie stypendium. Tym razem sprawa chińskiego dysydenta zakończyła się pomyślnie. Jednak, jak twierdzi Helle Dale z fundacji Heritage, naprawienie wizerunku USA jako obrońcy wolności i praw człowieka będzie wymagać dużo więcej wysiłków.
Nowe Panstwo

Obrażone uczucia. Jak chińska maszyna wzięła się za polskiego siatkarza

W niedzielę 2 sierpnia hala w Ningbo skandowała „MVP", kiedy Tomasz Fornal odbierał nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów Ligi Naro...