Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chai Ling. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chai Ling. Pokaż wszystkie posty

Serce na wolności

60 tysięcy studentów z 48 uczelni w Pekinie odmówiło udziału w zajęciach. Był to oficjalny bojkot. Na Uniwersytecie Beida studenci skandowali i wokół panował wakacyjny nastrój. Na godzinę drugą zaplanowaliśmy pierwsze niezależne wybory, które miały się odbyć na dużym sportowym placu noszącym nazwę placu Czwartego Maja, a znajdującym się we wschodniej części miasteczka uniwersyteckiego.
4 maja 1919 roku, czyli prawie dokładnie 70 lat wcześniej, studenci Uniwersytetu Beida stanęli na czele demonstracji na placu Niebiańskiego Spokoju, który w owym czasie był sielankowym, pokrytym trawą polem. Protestowano przeciwko traktatowi wersalskiemu kończącemu I wojnę światową. Jedno z postanowień traktatu, ustanawiającego nowe granice, zezwalało Niemcom na przekazanie chińskiej prowincji Shandong, z której pochodzę, Japonii. Wojskowy rząd w Chinach był wtedy sprzymierzeńcem Japonii i powołując się na tę potajemną relację, Konferencja Pokojowa uzasadniała oddanie Shandong właśnie Japonii. Jednak przekazanie bogatej i mającej dostęp do morza prowincji Japończykom było ze strony ententy zignorowaniem suwerenności Chin.
Trudno porównywać studentów z 1919 roku do tych z 1989 roku. Młodzież, która sprzeciwiała się traktatowi wersalskiemu, wzięła przyszłość Chin w swoje ręce. Jej bojkot dał początek narodowemu ruchowi oporu, zwanemu Ruchem Czwartego Maja. Do strajku przyłączyli się robotnicy. Chiński rząd nigdy nie podpisał traktatu wersalskiego i wkrótce upadł.
Wychowani do uległości podnoszą głowę
Ruch Czwartego Maja dał początek rewolucji (rewolucji pod kierownictwem Ruchu Nowej Kultury postulującego upowszechnienie języka mówionego w literaturze, obalenie konfucjańskiego porządku społecznego i modernizację Chin na wzór zachodni – przyp. tłum.). To była prawdziwa siła. 70 lat później prawie 8 tysięcy studentów zgromadziło się na placu Czwartego Maja, aby egzekwować swoje prawo do głosowania (po raz pierwszy miały się odbyć wybory do Związku Studentów; do tej pory członkowie organizacji byli mianowani przez partię komunistyczną – przyp. tłum.), ponieważ w ten sposób chińska demokracja mogła poczynić krok naprzód. To było bardziej odkrywanie nieznanego niż rewolucja. Ale oczywiście cały czas mieliśmy w pamięci odwagę tamtych studentَów. Polityczna rzeczywistośćو zmusiła ich do szybkiego dojrzewania. Aby uratować Chiny, musieli stawić czoła skorumpowanemu rządowi. My chcieliśmy tylko przykuć uwagę monolitycznego i dzierżącego pełnie władzy przywództwa. Byliśmy dziećmi, ktَóre toczyły bَój i dojrzewały w systemie rządzonym przez pokolenie żądające pełnej uległości.
Kiedy udawałam się na plac Czwartego Maja, aby oddać mَj głos w siedzibie komisji przygotowującej wybory, pojawił się student i oznajmił, że premier Li Peng zwołał zebranie Biura Politycznego Partii, na ktَórym będą dyskutowane problemy przedstawione przez studentَów. To dawało jakąś nadzieję. W koٌńcu rząd zwrَócił uwagę na nasze żądania. Poprosiłam jednego ze studentَów, aby umieścić tę informację na tablicy ogłoszeٌń. Jeden z chłopakَów zaczął przygotowywać pięknie wykaligrafowany plakat. Wtedy inny student ostrzegł go, że nie powinien zostawiać żadnych śladَów swojego pisma, bo jeśli plakat wpadnie w ręce władz, to zostanie to wykorzystane, aby go skazać. Piszący natychmiast przełożył pędzel z prawej ręki do lewej i tak zakoٌńczył prace nad plakatem.
Wiatr niszczy najwyższe drzewa
Strach panował wszędzie, w stopniu, którego pewnie młodzi protestujący w 1919 roku nie znali. Kierujący wydziałem, na którym studiował Feng (Feng Congde, mąż autorki – przyp. tłum.), ostrzegł go, żeby nie angażował się zbytnio w działania studentَów, bo władze rejestrują wszystkie poczynania protestujących za pomocą ukrytych kamer. Kiedy się o tym dowiedziałam, zaczęłam się bardzo martwić o Fenga, bo ten nigdy nie bał się stawać na czele tłumu. Przypomniało mi się chiٌńkie przysłowie: „wiatr zawsze niszczy najwyższe drzewa w lesie”. Niedawno odkryliśmy w naszym tymczasowym biurze podsłuch. Władza była wszędzie; była to niewidzialna obecność.
W czasie wyborَów na placu Czwartego Maja przemَówienie wygłosił Wang Dan (jeden z głównych przywَdcَów protestu w 1989 r.; aresztowany w lipcu 1989 r.; po warunkowym zwolnieniu w 1993 r. władze zgodziły się na jego wyjazd do USA; obecnie mieszka na Tajwanie – przyp. tłum.). Po nim inni kandydaci. Wszyscy przedstawiali się i mَówili, w jakim kierunku ich zdaniem powinien dalej iść nasz ruch. Wydawało się, że wszystko toczy się bez problemَów. Obok mnie stała Tang i obserwowałyśmy to wydarzenie z odległości.
Nagle na mَównicę wskoczyło dwَóch studentَów. Nie byli na liście przemawiających. Chcieli zabrać głos. Inni studenci zaczeli krzyczeć: „Pozwَólcie im! Oni także mają prawo głosu!”. Na podium dostał się trzeci student i krzyknął do mikrofonu: „To szpieg! Nie słuchajcie go!” – i wskazał na jednego z dwَóch studentَów.
Przez tłum zebranych studentَów przetoczyła się fala okrzykَów oburzenia. Jakimś cudem przed mikrofonem wylądował Feng. Wiem, że przygotował się do przemَówienia wcześniej w bibliotece. Był tak zdeterminowany, żeby wygłosić mowę, że nie zauważył poruszenia tłumu.
„Miałem sen….” – zaczął Feng. Mowa Martina Luthera Kinga nie była zbyt dobrze znana chiٌńkim studentom, ale Feng ją uwielbiał. Kilka lat wcześniej zdobył nagrodę na konkursie recytatorskim, wygłaszając w języku angielskim właśnie mowę Kinga. Ale to nie było to, czego tłum oczekiwał w tym momencie. Nie interesował ich czyjś sen. Chcieli wiedzieć, dlaczego jeden z niezaplanowanych mَówcَów został oskarżony o szpiegowanie dla rządu. Tłum zaczął szydzić z Fenga; śmiechy tak się nasiliły, że musiał przerwać. W tym momencie do głosu doszedł Wang Dan i apelował do zgromadzonych, aby wykazali cierpliwość. Ale tłum zaczął się rozchodzić. Przyszli, aby własnymi rękoma oddać głos, a tymczasem poniosły ich nogi.
Feng, kandydaci i organizatorzy stali na podium odosobnieni i zażenowani. Wszyscy byliśmy dobici. Tang Ye wyglądała, jakby właśnie była świadkiem ulicznej egzekucji. Poklepałam ją po plecach, ale nie mogłam wykrztusić z siebie żadnych słów pokrzepienia. Wszyscy wrَóciliśmy do siedziby komisji w ciszy.
Student, ktَóry oskarżył samozwaٌńczego mَówcę o bycie szpiegiem, nazywał się Xiong Yan. Studiował prawo i pochodził z rodziny chłopskiej z Hunan, rodzinnej prowincji Mao Zedonga. Od początku pomagał w pracach komisji. Zdobył sobie nasze zaufanie swoim oddaniem sprawie, odwagą i bezpośredniością, a także tubalnym głosem. Słyszeliśmy, że otwarcie krytykował rząd już w 1987 roku. Partyjnych urzędnikَów, ktَórzy zajęci byli wypełnianiem własnych kieszeni, Xiong nazwał „dobrze odżywionymi duchami”.
Smoku, otwórz oczy
2 czerwca piosenkarz Hou Dejian i trzech intelektualistów Liu Xiaobo (laureat Pokojowej Nagrody Nobla w 2010 r.; za udział w protestach 1989 r. skazany na dwa lata; od 2008 r. znowu przebywa w areszcie – przyp. tłum.), Zhou Duo i Gao Xin dołączyli do nas na placu Niebiańskiego Spokoju. Rozpoczęli strajk głodowy, aby okazać swoje wsparcie dla protestujących studentów. Nazwano ich później Czterema Dżentelmenami.
Obecność Hou Dejian przyciągnęła nową falę ludzi na plac. Studenci wołali do Hou, aby wykonał swój przebój pt. „Spadkobiercy Smoka”. W końcu cały plac nucił wraz z artystą. To była bardzo ciekawa piosenka. Jej słowa odwoływały się do uczuć, wśród których my wszyscy wyrastaliśmy. „Ogieٌń z armat i strzelb”, ktَóry „zniszczył spokَój nocy” to odniesienie do obcych armii, ktَóre najechały naszą stolicę w 1900 roku, aby zakoٌńczyć powstanie bokserَów (zbrojne wystąpienie ludowe w pَółnocno-wschodnich Chinach w latach 1899–1901, skierowane przeciwko cudzoziemcom i dynastii Qing – przyp. tłum.). Wtedy po raz ostatni strzały znieprawiły miasto. Kiedy Japoٌńczycy zajeli Beiping, jak wtedy w 1937 roku nazywano Pekin, uczynili to bez użycia ognia. W 1949 roku nie oddano nawet jednego strzału, gdy do stolicy wkroczyła Armia Ludowo-Wyzwoleٌcza Mao Zedonga. Kto mَógł przypuszczać, że ta sama armia 40 lat późnej przetoczy przez miasto czołgi i będzie strzelać do studentَów?
„Potężny smoku, potężny smoku, otwórz oczy, na zawsze otwórz oczy”. Ostatnia zwrotka piosenki rozbrzmiewała w powietrzu ponad placem przez cały dzieٌń. Dopiero po latach w pełni zrozumiałam wpływ tej pieśni i jej znaczenie w tak krytycznym dla historii Chin momencie.
Wstawaj, bo cię zastrzelę
Następnego dnia rano delikatny głos studentki przywitał nas wszystkich na placu przez megafon (…). Studenci powoli budzili się w namiotach. (…) Wiedzieliśmy, że po raz pierwszy, dwa tygodnie od momentu, kiedy wprowadzono stan wojenny, rozpoczęto przemieszczanie wojsk w mieście w kierunku placu Niebiańskiego Spokoju. Ludzie rozpoczęli budowanie barykad na ulicy Chang, tuż obok placu, aby zablokować ruch.
Około 23:00, gdy spokojny dzień zbliżał się do końca, usłyszeliśmy krzyk młodego chłopaka: „Oni naprawdę strzelają!”.
Od razu przykuł naszą uwagę. „Ustawmy się w linii, trzymając się za ręce” – kontynuował chłopak. Ping stanął obok mnie. Zaczął mówić, jak bardzo jest zmęczony, bo nie spał przez kilka dni. Nagle zauważyłam jakiś błysk. Usłyszałam huk. Mَój towarzysz upadł. Kopnęłam go i zaczęłam się śmiać. „Przestań się wygłupiać. Będziesz spać później”. Ale on nie odpowiedział. Miał otwartą buzię, a na twarzy łzy. Próbowałam go podnieść. Jego ręce utworzyły krąg. Był martwy. W plecach miał dużą dziurę.
O pَółnocy zaczęło do nas docierać coraz więcej wiadomości o ofiarach w innych częściach miasta. Nagle do mojego namiotu wdarł się robotnik. Wycelował w moim kierunku pistolet: „Chai Ling, tak wielu moich kolegَów robotnikَów oddało życie, aby was studentów chronić. Jeśli wycofacie się z placu, zastrzelę cię. I zastrzelę cię, jeśli nie przekonasz studentَów, aby się uzbroili i walczyli”.
Prَóbowałam go uspokoić, gdy w namiocie pojawił się jakiś student. Ten miał nóż. „Chai Ling, wielu studentَów zginęło. Poderźnę ci gardło, jeśli nie wydasz rozkazu, abyśmy opuścili plac”.
Jak typową chiٌńską kobietę wychowano mnie tak, aby mَówiła łagodnie, traktowała innych delikatnie. Ale miałam dość. Podeszłam do studenta; przysunęłam moje ciało tak blisko noża, jak to było możliwe. „Proszę bardzo, podetnij mi gardło” – powiedziałam. Chłopak oniemiał. Spojrzał mi w twarz, dziwnie się uśmiechnął i uciekł.
W oddali słyszałam trzaski z karabinَów i przerywane dźwięki broni automatycznej. Zrozumiałam, że jesteńmy w centrum bitwy.
(...) O drugiej nad ranem armia otoczyła plac Niebiaٌńskiego Spokoju i strzały zamilkły. W środku bezksięźycowej, ciemnej nocy nie widziałam, ile jest wokَół żołnierzy, ile czołgَów i broni znajdowało się na obrzeżach placu. Całe miasto tonęło w morzu ciemności.
Czy tata się załamie?
Śmierć to dla młodych ludzi zupełnie abstrakcyjne pojęcie, ale o tej ponurej godzinie stało się ono dla nas nagle tak prawdziwe. Nie było od niej ucieczki.
Pierwsza kolumna czołgَów zaczęła posuwać się w naszym kierunku. Strach, gniew dominowały wśrَód studentَów. Mnie ogarnęło poczucie bezradności. Wiedziałam, że nic nie mogę zrobić. Nie mogłam uwierzyć w to, co się działo. Chcieliśmy dialogu z rządem, a ten teraz chciał nas zabić.
W ciągu kilku minut wojsko zaczęło zaciskać nas ze wszystkich stron. Wyobrażałam sobie, jak zareagują moi rodzice, gdy dowiedzą się, że zginęłam. Czy mama to przeżyje? Czy tata się załamie? Co z pozostałymi w mojej rodzinie? Pomyślałam, że może to dobrze, że ja i Feng nie mieliśmy jeszcze dzieci. Zostałyby przecież sierotami, ktَórym w każdym momencie by przypominano, że ich rodzice byli „wrogami władzy”. Te myśli mnie samą przeraziły. Przecież złożyłam obietnicę, że będę strzec placu. I zamierzałam tej obietnicy dotrzymać.                                 
tłum. Hanna Shen
fragmenty książki "Serce na wolności”– opowieść autorki Chai Ling o demonstracji na placu Niebiańskiego Pokoju, jej ucieczce do USA i walce na rzecz praw jej rodaczek w Chinach.
Nowe Panstwo
 

Dla nas Tiananmen był ostatnią twierdzą - wywiad z Chai Ling

Byłam w grupie 500 studentów, którzy do końca pozostali na placu Tiananmen. Wielu z nich zginęło, ale ja cudem przeżyłam. Zadawałam sobie pytanie, dlaczego? Ktoś mi wtedy powiedział, że pewnie mam jeszcze jakieś inne zadanie, do wykonania – z Chai Ling rozmawia Hanna Shen.
Była Pani jednym z czołowych organizatorów i przywódców protestów studenckich na placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie w 1989 r. Miała Pani wtedy 23 lata i studiowała psychologię. Co Panią wtedy skłoniło do protestu?
 Chciałam po prostu lepszych, czyli wolnych i sprawiedliwych Chin. Od dziecka uczono nas, że mamy kochać nasz rząd, ale ten nie wykazywał żadnej troski o swoich obywateli. Wierzę, że pragnienie demokracji jest czymś naturalnym, że powinniśmy mieć zagwarantowane nasze podstawowe prawa i niezależność. Niestety, ten pierwotny odruch do bycia wolnym – do niezależnego kierowania własnym losem – został niemal zniszczony w Chińczykach. Pamiętam, jak w czasie protestów niektórzy ze studentów przychodzili do nas, organizatorów, prosząc o jedzenie, zakwaterowanie; potrzebowali gotowych instrukcji, co dalej. Zastanawiałam się: przecież maję ręce, oczy, mózg, to wystarczy, aby zająć się sobą. Wszyscy wspieraliśmy słuszną sprawę. Mieliśmy dobre intencje, ale uczciwie musimy powiedzieć, że wielu z tych, którzy nas poparli, wyrastając w komunistycznych Chinach, zostało pozbawionych poczucia odpowiedzialności; można stwierdzić, że Chińczycy są przyzwyczajeni do życia w społeczeństwie feudalnym, w którym sami nie muszą podejmować decyzji.
Widząc masakrę, jakiej komunistyczne władze dokonały na placu Niebiańskiego Spokoju, i ukrywając się – była Pani przecież jedną z 21 najbardziej poszukiwanych osób w Chinach – co Pani czuła: gniew, beznadzieję?
 W tej walce o wolne Chiny mieliśmy poczucie, że plac jest ostatnią twierdzą; uważaliśmy, że jeśli przegramy, to będzie klęska dla Chin, bo ludzie ponownie obrócą się jeden przeciw drugiemu, nie będzie między nimi komunikacji opartej na prawdzie. Widząc to, co się stało na placu, najpierw ogarnęły mnie złość, smutek i utrata wiary. Jednak w ostatnich godzinach, gdy staliśmy naprzeciw czołgów, te uczucia zniknęły; wtedy nie wiedziałam, skąd to się wzięło, ale poczułam ogromną miłość do mojego kraju i jego ludzi, pojawiła się nadzieja, że kiedyś będziemy mieli lepszą przyszłość. Teraz rozumiem, że takie odczucia pochodzą od Boga – tylko z nim można przezwyciężyć gniew, beznadzieję. Byłam w grupie 500 studentów, którzy do końca pozostali na placu. Wielu z nich zginęło, ale ja cudem przeżyłam. Zadawałam sobie pytanie, dlaczego? Ktoś mi wtedy powiedział, że pewnie mam jeszcze jakieś inne zadanie do wykonania. Gdy zaczęłam się ukrywać, obiecałam mojemu mężowi, że muszę przeżyć dla tych, którzy mnie kochają i których ja kocham. Nagle wszystko stało się jasne. Spędziłam pięć nocy w drewnianym pudle na łodzi płynącej do Hongkongu. Potem wyjechałam do USA. To była moja ucieczka ku wolności.
 Ale dzisiejsze Chiny są inne – powoli stają się światową potęgą. Czy w takim razie to, co stało się na placu Niebiańskiego Spokoju, dziś, po 24 latach, ma jakieś znaczenie?
 Tak, z pewnością ma. Chiny są inne, ale nie będą w stanie pójść naprzód, jeśli nie stawią czoła temu, co stało się w czerwcu 1989 r. Komunistyczne władze chińskie dokonały zbrodni, ale szansa na społeczne pojednanie jest, jeśli tylko okażą skruchę. Dziś w Chinach nadal więzieni są uczestnicy protestów na placu Tiananmen, nie ma żadnej publicznej debaty na temat wydarzeń sprzed 24 lat, a podręczniki szkolne do historii na ten temat milczą.
 Po ucieczce do USA ukończyła Pani najlepsze uczelnie (Harvard i Princeton), stworzyła Pani dobrze prosperującą firmę, ale – i tu powtórzę Pani słowa – to tak naprawdę odnalezienie Boga dało Pani poczucie wolności. Będąc  w Chinach, nie mogła Pani mieć żadnego kontaktu z wiarą. Pani rodzice byli członkami Partii Komunistycznej, Pani sama, jak wielu młodych w ChRL, musiała należeć do komunistycznej młodzieżówki... Kiedy więc nastąpiło spotkanie z Panem Bogiem?
 W Chinach wiara w Boga była zakazana. Już samo słowo „Bóg” było zakazane. Mówiono nam, że to zgnili zachodni kapitaliści używają Boga, aby ogłupić ludzi. Moi rodzice byli lekarzami, ale także członkami Armii Ludowo-Wyzwoleńczej i zostałam przez nich wychowana w wierze, że partia i rząd są ważniejsze niż moje własne życie. Ale gdy trafiłam na studia, poznałam ludzi, którzy myśleli zupełnie inaczej, zaczęłam mieć wątpliwości i kwestionować to, co robił rząd. Jeszcze studiując w Pekinie, słyszałam o rolnikach, którzy potajemnie gromadzą się i modlą do Boga. Ale spotkanie z Nim nastąpiło naprawdę w Ameryce. Kiedy zaangażowałam się w ruch antyaborcyjny, spotkałam wielu chrześcijan i wreszcie 4 grudnia 2009 r. przyjęłam chrzest.

Śledząc Pani wypowiedzi, spotkałam się m.in. z taką, że Chiny przeżywają obecnie podobną tragedię do tej, jaka wydarzyła się na placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 r. – chodzi tu o politykę jednego dziecka. Jakie są jej konsekwencje?
 Skutki są straszne. W ciągu ostatnich 30 lat zabito ponad 400 mln dzieci, na masową skalę zabijane są dziewczynki. W Chinach jedna na sześć dziewczynek została albo poddana aborcji, albo porzucona. Dziennie ponad 500 chińskich kobiet popełnia samobójstwo, a w jednej trzeciej rodzin mamy do czynienia z przemocą. Ponieważ brakuje kobiet, to ponad 37 mln mężczyzn nie może znaleźć żon i rozwija się handel kobietami (spośród takich transakcji zawieranych na świecie 60 proc. dotyczy właśnie Chin). Te wszystkie czynniki doprowadzają do zwolnienia gospodarki, wzrostu liczby samobójstw wśród młodych ludzi, do rozkładu rodziny.
 A Pani prowadzi „krucjatę” przeciwko polityce jednego dziecka w ChRL. Po to założyła Pani organizację All Girls Allowed (Wszystkie Dziewczynki Dozwolone).
 Tak, nasza organizacja ma uświadomić przede wszystkim kobietom i matkom w Chinach, że życie ma wartość, że one zasługują na szacunek. Chcemy także pokazać, jak wielkiej niesprawiedliwości dopuszcza się rząd, realizując politykę jednego dziecka. Na naszej stronie internetowej można znaleźć informacje o programach, jakie realizujemy. Pomagamy ratować dzieci i ich matki, bronimy kobiet, które zmuszane są do aborcji, wspieramy finansowo sieroty, a także pomagamy dziewczętom i kobietom, które zostały sprzedane, odnaleźć ich rodziny. I cały czas modlimy się za Chiny, matki, dzieci i całe rodziny, prosząc o ich uzdrowienie.
 Bob Fu, chiński pastor i działacz na rzecz praw człowieka mieszkający w USA, powiedział, że organizacje, takie jak Fundusz Ludnościowy Narodów Zjednoczonych, wydają dziesiątki milionów, wspierając chiński rząd w polityce jednego dziecka, że USA i Zachód ponoszą tak naprawdę współodpowiedzialność za ludobójstwo, do jakiego na ogromną skalę dochodzi w ChRL. Dziś więc z jednej strony pamiętamy o masakrze, która wydarzyła się 4 czerwca na placu Niebiańskiego Spokoju, ale z drugiej liberalne i politycznie poprawne elity na Zachodzie milczą na temat innej masakry, jaka rozgrywa się w Chinach: kontrola populacji i wymuszane aborcje. Jak Pani to widzi: jesteśmy współodpowiedzialni?
 Niestety, to, że na Zachodzie ruch proaborcyjny jest tak silny, nie pomaga w położeniu kresu polityce jednego dziecka w ChRL. Nie chodzi tu przecież o żaden wybór – w Chinach kobiety są zmuszane do aborcji. Jednak pomimo braku jakichkolwiek kroków ze strony politycznych elit widzimy, że to dzięki wiernym, parafiom może ostatecznie dojść do zakończenia tej polityki w Chinach. Kiedy nagłośniliśmy sprawę wymuszonej aborcji na Feng Jianmei (dokonanej w siódmym miesiącu ciąży), w kościołach gromadzili się ludzie, modlono się, ale tragedia ta została też opisana przez chińskie media. Ostatecznie rząd chiński wydał zakaz aborcji w późnych miesiącach ciąży. Oczywiście niepokoi mnie, że na poziomie lokalnym ten nakaz jest nadal łamany.
 W sferach rządowych dyskutuje się nad zakończeniem polityki jednego dziecka. Więc, jak Pani widzi, jestem optymistką; dzięki działaniu Boga krok po kroku ta polityka zniknie.
 Dziękuję za rozmowę
 To ja Wam dziękuję za to, że chcecie pisać o polityce jednego dziecka, za to, że w ten sposób uczulacie ludzi na masakrę, jaka rozgrywa się w Chinach. Dziękuję, że macie tę odwagę. Bóg błogosławi swój lud: Kościół, wiernych, rządy i organizacje praw człowieka i chce, aby dołączyć do Niego w walce przeciw ogromnemu złu, jakim jest polityka jednego dziecka. Poprzez nasze modlitwy, wsparcie i dzielenie się prawdą może uratować miliony istnień.                                                                        
 



4 czerwca mija 24. rocznica masakry na placu Tiananmen. Wiosną 1989 r. ponad milion chińskich studentów i robotników przez siedem tygodni okupowało plac, domagając się demokratycznych reform. Komunistyczny reżim w Pekinie krwawo rozprawił się z demonstrującymi, wysyłając przeciwko nim czołgi. Liczba ofiar nie jest dokładnie znana; szacuje się, że zginęło wtedy około 4 tys. ludzi. Był to największy protest w komunistycznych Chinach. Chai Ling była jedyną kobietą wśród przywódców demonstracji. Dziś mieszka w Stanach Zjednoczonych i prowadzi z sukcesem działalność biznesową, ale i walczy o zniesienie polityki jednego dziecka w Chinach.
Nowe Panstwo
 

Obrażone uczucia. Jak chińska maszyna wzięła się za polskiego siatkarza

W niedzielę 2 sierpnia hala w Ningbo skandowała „MVP", kiedy Tomasz Fornal odbierał nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów Ligi Naro...