Burza w rodzinie byłego prezydenta Tajwanu. Ma Ying-jeou kontra własna żona i siostra


Skandal, który właśnie wstrząsnął tajwańską sceną polityczną, ma w sobie wszystko: spór o pieniądze, podejrzenia o demencję, próbę częściowego ubezwłasnowolnienia i publiczną wojnę byłego prezydenta z najbliższą rodziną. A w tle, ironia historii, której sam bohater zdaje się nie dostrzegać.

Kim jest Ma Ying-jeou?

Dla polskiego czytelnika potrzebne jest krótkie wprowadzenie. Ma Ying-jeou (馬英九), urodzony w 1950 roku w Hongkongu w rodzinie uchodźców z Chin kontynentalnych, to jedna z najważniejszych postaci tajwańskiej polityki w ostatnich dwóch dekadach. Prawnik wykształcony na Tajwanie i w USA (magisterium na New York University w 1976 r., doktorat na Harvardzie w 1981 r.), długoletni działacz Kuomintangu (KMT), partii, która w 1949 roku uciekła z kontynentu na Tajwan po przegranej wojnie domowej z komunistami Mao Zedonga. W latach 1998–2006 był burmistrzem Tajpej, a w 2008 roku wygrał wybory prezydenckie, obejmując urząd głowy państwa do 2016 roku.

Jego prezydentura zapisała się przede wszystkim bezprecedensowym zbliżeniem z Pekinem. Podpisał z Chinami umowy gospodarcze (ECFA), otworzył wyspę chińskim turystom, a w listopadzie 2015 roku doprowadził do historycznego spotkania z Xi Jinpingiem w Singapurze, pierwszego szczytu przywódców obu stron Cieśniny Tajwańskiej od 1949 roku. Już po zakończeniu prezydentury wielokrotnie odwiedzał Chiny i otwarcie popierał tzw. "konsensus z 1992 roku" oraz formułę "jednych Chin, różnych interpretacji" (一個中國,各自表述).

To właśnie ta formuła stanie się, jak za chwilę zobaczymy, nieoczekiwaną puentą obecnego skandalu.

Iskra: spór o pieniądze fundacji

Wszystko zaczęło się od konfliktu w Fundacji Ma Ying-jeou. Były prezydent publicznie oskarżył dwoje swoich najbliższych współpracowników, byłego dyrektora wykonawczego Hsiao Hsu-tsena (蕭旭岑) oraz Wang Kuang-tzu (王光慈)o "łamanie dyscypliny finansowej". W tajwańskim kontekście politycznym to dyplomatyczny sposób na powiedzenie: „defraudacja”.

Sprawa nabrała jednak zupełnie innego wymiaru, gdy Hsiao, broniąc się przed zwolnieniem, publicznie stwierdził, że "Ma wiele zapomina". To była pierwsza otwarta sugestia ze strony osoby z najbliższego otoczenia byłego prezydenta, że może on mieć problemy z pamięcią. Od tego momentu plotki o demencji zaczęły żyć własnym życiem i to one stały się prawdziwym katalizatorem rodzinnego dramatu, który nastąpił.

Zwrot akcji: rodzina się buntuje

Tu następuje moment, który nadał całej sprawie zupełnie nowy wymiar. Żona Ma, Chow Mei-ching (周美青), znana z tego, że przez całą prezydenturę męża unikała pierwszoplanowej roli, wraz ze starszą siostrą Ma Ying-jeou, Ma Yi-nan (馬以南), wydała wspólne, niezwykłe oświadczenie publiczne.

Kobiety napisały, że „w celu zapewnienia właściwej organizacji przyszłych potrzeb medycznych i opieki nad Ma Ying-jeou siostra obejmuje rolę osoby odpowiedzialnej za jego sprawy zdrowotne”. Wyraziły też nadzieję, że Ma przejdzie na emeryturę i będzie "spokojnie cieszyć się resztą życia".

W kolejnych dniach wyszło na jaw, że rodzina złożyła w Sądzie Okręgowym w Tajpej wniosek o "zarządzenie wspomagające" (輔助宣告), tajwański odpowiednik częściowego ubezwłasnowolnienia, stosowany wobec osób, których zdolności poznawcze uległy osłabieniu, ale które nie są jeszcze całkowicie pozbawione zdolności do czynności prawnych. W praktyce oznacza to, że rodzina publicznie zasygnalizowała przekonanie, że Ma nie jest już w pełni władz umysłowych.

Kontratak: nagranie, które miało wszystko wyjaśnić

Ma Ying-jeou odpowiedział szybko i z wielkim hukiem. Nagrał wideo w towarzystwie Kinga Pu-tsunga (金溥聰), byłego sekretarza Rady Bezpieczeństwa Narodowego i swojego wieloletniego, bliskiego współpracownika, oraz dwóch prawników. W nagraniu były prezydent:

- zaprzeczył plotkom o demencji, mówiąc, że choć ma 76 lat, codziennie czyta gazety, książki i uprawia sport;

- oznajmił, że oświadczenie żony i siostry wydano bez jego wiedzy i zgody;

- nazwał Hsiao "przestępcą korupcyjnym" i ostrzegł, by "ci skorumpowani ludzie nie próbowali używać demencji jako wymówki";

- własnoręcznie spisał oświadczenie przed kamerą.

I tu zaczynają się problemy. W trakcie nagrania Ma zwrócił się do jednego z prawników słowami: "Pan mecenas Chien?" – tyle że jego rozmówcą był mecenas Huang. Pismo odręczne z oświadczenia internauci zaczęli porównywać z dawnymi listami Ma, na przykład tym wysłanym przed laty do byłego lidera DPP Lin Yi-hsionga, i orzekli, że jest napisane "jakby przez dwie różne osoby".

Psychiatrzy zaproszeni do komentowania nagrania wskazali na "siedem nietypowych zachowań”, sugerujących pogorszenie funkcji poznawczych. Inny ekspert zauważył gorzko: "Wygląd normalny nie oznacza braku demencji".

Kolejne odsłony skandalu

Gdy emocje miały opadać, pojawiły się nowe rewelacje. Anonimowe źródła doniosły, że podczas wizyty w Chinach w czerwcu zeszłego roku, na bankiecie z okazji Forum Cieśniny w prowincji Fujian, Ma miał stracić panowanie nad sobą z powodu kaligrafii na tabliczce z nazwiskiem i fizycznie zaatakować Wang Kuang-tzu, chwytając ją za szyję. Ma stanowczo zaprzeczył.

Pojawiły się też zarzuty, że na nagraniu, na którym Ma "własnoręcznie" pisze oświadczenie, w rzeczywistości King Pu-tsung dyktował mu zdanie za zdaniem, a były prezydent służył jedynie jako marionetka. Fundacja odpowiedziała, że nagranie zostało wykonane "jednym ujęciem" i nikt nie podpowiadał Ma, co ma pisać.

Weterani środowiska KMT zaczęli publicznie apelować do otoczenia byłego prezydenta. Dziennikarka Wang Chien-chiu napisała z bólem: "Te nagrania dowodzą tylko jednego: to nie jest ten Ma Ying-jeou, którego znaliśmy. Proszę, zostawcie go w spokoju". Pisarz Yang Du użył ostrzejszych słów, mówiąc o "złych sługach manipulujących człowiekiem dotkniętym demencją, fałszujących dekrety i rozbijających rodzinę".

Ironia historii: "jeden Ma, różne interpretacje"

I tu dochodzimy do najsmakowitszego elementu całej afery; elementu, który tajwańscy internauci wychwycili w mgnieniu oka.

Przez całą swoją karierę polityczną Ma Ying-jeou bronił formuły "jedne Chiny, różne interpretacje", dyplomatycznej fikcji, według której Tajpej i Pekin zgadzają się, że istnieją "jedne Chiny", a każda strona może je interpretować po swojemu. Krytycy na Tajwanie zawsze wskazywali, że to konstrukcja, która zaciera niezależną podmiotowość Tajwanu.

Teraz, gdy żona i siostra wydają oświadczenia w jego imieniu, a on sam musi przed kamerą zaprzeczać, że są jego głosem, internauci ukuli złośliwy, parafrazujący slogan: "Jeden Ma Ying-jeou, różne interpretacje" (一個英九,各自表述).

Radny z Tainanu Chou Chia-wei zażartował: "Ma w końcu zrozumiał, jak trudno walczyć o suwerenność". Wpis zebrał morze polubień. Pisarka Lee Ping-yao dopytywała się: "Czy Ma właśnie zaczyna sobie uświadamiać, jak cenna jest podmiotowość?"

Z perspektywy obserwatora trudno nie poczuć pewnej dwuznaczności wobec tego, co dzieje się wokół Ma Ying-jeou. Z jednej strony, to historia uniwersalna i bardzo ludzka: starzejący się człowiek, jego rodzina, która martwi się o jego stan, otoczenie polityczne, które ma interes w utrzymaniu go w grze. 

Z drugiej strony, jeśli ktokolwiek na tajwańskiej scenie politycznej zasłużył sobie na tę szczególną, gorzką ironię losu, to chyba właśnie Ma. Przez lata bagatelizował realne zagrożenie ze strony Pekinu, traktował suwerenność jako negocjowalną i przyjmował role w chińskich rytuałach politycznych, które dla wielu Tajwańczyków były upokarzające. Teraz, gdy najbliżsi próbują decydować za niego o jego życiu, a on protestuje, że "to nie jest jego głos", przeciwnicy polityczni mają prawo zauważyć: właśnie tak czuje się demokracja, której odmawia się prawa do mówienia własnym głosem.

Niezależnie od tego, czy diagnoza demencji się potwierdzi, czy nie, cała ta sprawa jest też przestrogą dla polityków, którzy zbyt długo trzymają się sceny. KMT od dawna ma problem z wymianą pokoleniową i z odnalezieniem własnej tożsamości. Obraz schorowanego byłego prezydenta walczącego o własną podmiotowość z otoczeniem fundacji i z rodziną to symbol, którego ta partia naprawdę nie potrzebowała.

A dla nas, obserwujących Tajwan z Polski, to przypomnienie, że demokracja na tej wyspie jest żywa, brutalna, czasem okrutna, ale właśnie dlatego prawdziwa.

Tajwan mówi własnym głosem. Booker dla „Taiwan Travelogue" to coś więcej niż nagroda literacka

19 maja 2026 roku, w Tate Modern w Londynie, Yang Shuang-zi (楊双子) i jej tłumaczka Lin King (金翎) odebrały Międzynarodową Nagrodę Bookera za powieść Taiwan Travelogue (臺灣漫遊錄). To pierwsza w historii książka przetłumaczona z chińskiego, która zdobyła to wyróżnienie, i pierwsza nagroda Bookera dla autorki z Tajwanu. Pięćdziesiąt tysięcy funtów po połowie dla pisarki i tłumaczki - ale stawka w tej historii jest znacznie większa niż czek.

Na Tajwanie ten sukces odebrano nie tylko jako wydarzenie literackie. To moment, w którym wyspa, zwykle obecna w światowych nagłówkach w kontekście półprzewodników, napięć w Cieśninie Tajwańskiej i geopolityki, przebiła się globalnie własnym głosem. I to głosem, który opowiada jej historię inaczej niż chciałby Pekin.

O czym właściwie jest ta książka?

Taiwan Travelogue udaje coś, czym nie jest. Powieść stylizowana jest na odnaleziony japoński pamiętnik z podróży z 1938 roku, z fikcyjnymi posłowiami, fikcyjnymi tłumaczami, przypisami od tłumaczy prawdziwych i nieprawdziwych. Yang Shuang-zi buduje matrioszkę narracyjną, w której pytanie „czyj głos słyszymy?" jest tak samo ważne jak sama opowieść.

Akcja toczy się na Tajwanie pod japońskim panowaniem, w latach 30. XX wieku. Aoyama Chizuko, japońska pisarka zaproszona przez kolonialne władze na tournée po wyspie, podróżuje koleją wzdłuż i wszerz „Krainy Południa" w towarzystwie Ō Chizuru (po tajwańsku: Ông Tshian-ho̍h), tajwańskiej tłumaczki, która okazuje się też wybitną kucharką. Każdy rozdział nosi nazwę posiłku, który dzielą razem. Pod warstwą zachwytu nad kuchnią, tajwańskim bah-sò (ryż z wieprzowym farszem) i Bí-Thai-Bk (ryżowe kluseczki-igiełki), japońskim sashimi i sukiyaki, toczy się powolne, niewygodne badanie tego, kto kogo widzi, kto kogo słyszy, i czego empatia nie potrafi przekroczyć.

Jurorzy Bookera podkreślali, że książce udaje się rzecz rzadka: funkcjonować jednocześnie jako romans i jako przenikliwa powieść postkolonialna. To powieść, która zdobyła już wcześniej amerykański National Book Award za przekład w 2024 roku oraz Golden Tripod Award, najwyższe tajwańskie wyróżnienie literackie, po pierwotnej publikacji w 2020 roku.

Dlaczego to coś więcej niż literatura

Tu zaczyna się ta druga, polityczna warstwa, która na Tajwanie wybrzmiewa wyjątkowo mocno.

Oficjalna narracja Pekinu o okresie japońskim na Tajwanie (1895–1945) jest prosta i jednowymiarowa: pięćdziesiąt lat okupacji, cierpienia, wyzysku - wspólne doświadczenie wszystkich Chińczyków, w tym mieszkańców Tajwanu, który Pekin uważa za nieodłączną część Chin. W tym schemacie kolonialne doświadczenie Tajwanu jest częścią szerszej, „chińskiej" historii zmagań z japońskim imperializmem, a nie czymś odrębnym. Tajwańska pamięć ma być pamięcią chińską, z tych samych źródeł, o tych samych emocjach, prowadzącą do tych samych wniosków politycznych.

Yang Shuang-zi nie pisze powieści zaangażowanej politycznie, ale jej powieść jest polityczna już przez sam wybór języka emocjonalnego. W rozmowie z fundacją Bookera autorka zauważyła, że stosunek Tajwańczyków do okresu japońskiego jest zupełnie inny niż w Korei, gdzie pamięć o kolonializmie jest, jej zdaniem, jednolicie negatywna. Tajwan, jak to ujęła Yang, „patrzy na tę historię z dużo bardziej rozdartą mieszanką niechęci i nostalgii". To zdanie jest dla tajwańskiego czytelnika znaczące, bo opisuje doświadczenie, którego oficjalna chińska wersja w ogóle nie dopuszcza: że pamięć o okresie japońskim jest na wyspie skomplikowana, że obok wyzysku zostały także koleje, edukacja, modernizacja, własna kuchnia w nowych formach, własne miasta. I że tę pamięć Tajwańczycy noszą jako swoją, nie jako rozdział historii Chin kontynentalnych.

W komentarzach po przyznaniu nagrody pojawia się jeszcze jeden wątek. Po odebraniu trofeum Yang powiedziała, że ma nadzieję, iż książka kiedyś dotrze do czytelników w Chinach kontynentalnych i pomoże im „zrozumieć, jakiej przyszłości chcą Tajwańczycy - która nie jest tym, co wielu w Chinach sobie wyobraża".

Strategia tłumaczki: widoczność, nie niewidzialność

Lin King, pisarka i tłumaczka mieszkająca między Tajpej a Nowym Jorkiem, wybrała w przekładzie strategię, która sama w sobie jest stwierdzeniem. Tłumacze są zwykle chwaleni za niewidzialność, za to, że tekst „brzmi, jakby był napisany po angielsku". King zrobiła odwrotnie. Zostawiła w tekście trzy różne transliteracje tych samych dźwięków, japońską, mandaryńską i tajwańską, i opatrzyła książkę przypisami, które przypominają czytelnikowi, że ma do czynienia z aktem przekładu, negocjacji między kulturami, nie z gładkim szkłem.

To decyzja, która ma sens dokładnie dlatego, że Taiwan Travelogue opowiada o tłumaczeniu. Chizuru jest tłumaczką Chizuko  i mimo bliskości, jaka między nimi rośnie, jej własne myśli o Tajwanie nigdy do końca nie docierają do Chizuko. King, tłumacząc książkę o tłumaczeniu, nie chciała udawać, że jej własna praca jest przezroczysta. Zauważyła też, że dla literatury tajwańskiej, w przeciwieństwie do, powiedzmy, hongkońskiej, droga do anglojęzycznego wydawcy była dotąd „walką pod górkę". Sukces Bookera może to zmienić.

„Wreszcie przebiliśmy się jak półprzewodniki"

Tajwańskie media nie ukrywały dumy. W komentarzach prasowych przewijała się powtarzająca się myśl: kino tajwańskie zaistniało globalnie dziesiątki lat temu (Hou Hsiao-hsien, Edward Yang, Ang Lee), półprzewodniki TSMC są dziś infrastrukturą krytyczną świata, ale literatura tajwańska pozostawała znana niemal wyłącznie sinologom. Booker dla Taiwan Travelogue to pierwszy moment, w którym tajwańska proza znalazła się na tej samej półce co Han Kang czy Olga Tokarczuk. I to jako reprezentantka konkretnego, lokalnego doświadczenia, a nie jako „literatura chińska" rozumiana jako jedna całość.

Prawa do przekładu Taiwan Travelogue sprzedano już do ponad dwudziestu języków, w tym do angielskiego, japońskiego, koreańskiego, niemieckiego i niderlandzkiego.

Co z tego zostaje

Yang w swoim przemówieniu w Tate Modern powiedziała coś, co warto zapamiętać: że literatura „nie może być oderwana od gleby, w której wyrosła", i że tajwańscy pisarze od stulecia zadają to samo pytanie: jakiej przyszłości chcą ludzie z Tajwanu? Jej powieść nie odpowiada na to pytanie. Robi coś innego: pokazuje, że odpowiedź musi wyjść od samych Tajwańczyków, z ich własnej historii, w tym z tej części historii, której Pekin chciałby nie widzieć.

Z perspektywy europejskiego czytelnika można to potraktować jako kolejną dobrą powieść postkolonialną o jedzeniu i miłości. I tak też zadziała. Ale wśród tajwańskich czytelników książka i nagroda znaczą coś dodatkowego: że ich opowieść o sobie samych, niegładka, dwuznaczna, niepasująca do żadnej z wygodnych narracji, wreszcie ma swoją scenę na arenie światowej. 

Tajwan szykuje się na długą konfrontację z Chinami





Prezydent Tajwanu Lai Ching-te wykorzystał przemówienie z okazji dwóch lat swojej prezydentury do wysłania bardzo wyraźnego sygnału zarówno wobec Chin, jak i krajowej opozycji.  Zapowiedział nowe mechanizmy finansowania obronności po tym, jak parlament ograniczył wcześniej planowany specjalny budżet wojskowy.

Rząd Lai pierwotnie chciał przeznaczyć na specjalny pakiet obronny około 40 mld USD, jednak parlament kontrolowany przez opozycję zgodził się jedynie na około 25 mld USD. W Tajpej coraz wyraźniej widać przekonanie, że takie cięcia są niebezpieczne w sytuacji rosnącej presji militarnej ze strony Chin.

Dlatego Lai zapowiedział przygotowanie nowych ustaw specjalnych oraz wykorzystanie budżetów uzupełniających, aby odzyskać część utraconych środków i utrzymać tempo modernizacji armii. W praktyce oznacza to próbę obejścia politycznej blokady w parlamencie.

Prezydent podkreślał, że Tajwan musi rozwijać „inteligentne i trwałe zdolności obronne”. Szczególny nacisk położono na drony, systemy bezzałogowe, krajową produkcję uzbrojenia oraz rozwój obrony asymetrycznej. Tajwan coraz wyraźniej odchodzi od modelu klasycznej, bardzo kosztownej armii i przygotowuje się na możliwość długotrwałego konfliktu z Chinami.

W przemówieniu praktycznie nie pojawiają się bezpośrednie odniesienia do Stanów Zjednoczonych, jednak cała strategia Lai jest wyraźnie osadzona w logice współpracy z USA i szerzej z demokratycznym blokiem państw zachodnich. Prezydent mówił o „ścisłej współpracy z demokratycznymi partnerami”, rozwoju odporności państwa, cyberbezpieczeństwie oraz budowie demokratycznego łańcucha technologicznego. To język bardzo zbliżony do obecnej strategii Waszyngtonu wobec Chin i Indo-Pacyfiku.

Jednocześnie Lai bardzo uważał, aby nie przedstawiać Tajwanu jako wyłącznie narzędzia amerykańskiej polityki wobec Pekinu. Wielokrotnie podkreślał, że Tajwan nie dąży do prowokacji i chce utrzymania pokoju oraz stabilności w regionie. To ważne, ponieważ Pekin regularnie oskarża Tajpej o działanie w interesie USA, a część tajwańskiej opozycji uważa, że administracja Lai zbyt mocno wiąże bezpieczeństwo wyspy z Waszyntonem.

Lai ostrzegł również, że ograniczanie wydatków obronnych może „poważnie wpłynąć na pokój i stabilność w Cieśninie Tajwańskiej”. Według niego pokój nie może opierać się na ustępstwach wobec Pekinu, lecz na odstraszaniu, sile państwa i współpracy z demokratycznymi partnerami.

Jednocześnie prezydent ogłosił ogromny pakiet gospodarczy o wartości NT$1 bln (około 31,6 mld USD), który ma wesprzeć małe i średnie firmy, tradycyjny przemysł oraz transformację technologiczną gospodarki. Tajwan chce zwiększać odporność gospodarczą i ograniczać podatność na presję ze strony Chin.

Całe przemówienie pokazało, że administracja Lai postrzega obecną dekadę jako okres trwałej strategicznej konfrontacji z Pekinem. Tajwan coraz mocniej buduje model państwa bardziej odpornego, bardziej zmilitaryzowanego i silniej powiązanego z demokratycznym blokiem państw zachodnich.

Buddyjska świątynia, która stała się chińską placówką propagandową, ale w końcu wróciła do prawowitych właścicielek



W centrum Tajwanu, w powiecie Changhua, stoi świątynia Biyun (碧雲禪寺). Z pozoru - jeden z setek buddyjskich klasztorów wtopionych w tajwański krajobraz. W rzeczywistości - bohaterka jednej z najdziwniejszych historii ostatniej dekady, w której splatają się religia, długi, polityczna prowokacja i chińska wojna informacyjna. Jak donosi "Liberty Times" historia ta doczekała się szczęśliwego finału.

Sto lat spokoju

Świątynia powstała w 1921 roku,  gdy Tajwan był kolonią Japonii. Architektonicznie to ciekawa hybryda - tradycyjny chiński klasztor buddyjski z japońskimi elementami stylistycznymi. Przez kolejne dziesięciolecia mieszkały tam mniszki i miejsce żyło spokojnym rytmem medytacji i modlitwy.

Kłopoty zaczęły się prozaicznie - od pieniędzy. W 2002 roku świątynia rozpoczęła budowę nowej sali ofiarnej. Koszty wymknęły się spod kontroli, dodatkowe rachunki przerosły możliwości wspólnoty. Zadłużona nieruchomość trafiła w stronę licytacji komorniczej.

Wkracza pan Wei

W tym momencie na scenie pojawia się Wei Mingren (魏明仁) - tajwański deweloper o jawnie prokomunistycznych, prochińskich poglądach. Przejmuje prawo własności do świątyni i robi coś, co wstrząsa Tajwanem: zamienia stuletni buddyjski klasztor w filię Komunistycznej Partii Chin.

Nad świątynią wciągnięto czerwoną flagę z pięcioma gwiazdami, symbol Chińskiej Republiki Ludowej. Z głośników od rana do wieczora rozbrzmiewał „Marsz Ochotników", hymn ChRL. Ściany pokryły plakaty propagandowe, portrety Mao i hasła partyjne. Buddyjska świątynia stała się, jak ironicznie nazwała ją tajwańska prasa, „pięciogwiazdkową komunistyczną świątynią" (五星共產廟).

Mniszki, które mieszkały tam od dekad, zostały siłą wyrzucone z głównego budynku. Schroniły się w prymitywnym blaszanym baraku obok. Według relacji były zastraszane, grożono im, niektóre fizycznie napastowano. Mimo to, nie odeszły. Łapały deszczówkę do picia, modliły się przy świecach, ale nie ustąpiły ze swojej ziemi.

Sprawa, która obiegła świat

To, co działo się w Changhua, przestało być tajwańską ciekawostką. Sprawa stała się symbolem, modelowym przykładem tego, jak Pekin (lub sympatyzujące z nim osoby) wykorzystuje luki prawne, długi i własność prywatną do tworzenia ideologicznych przyczółków na terytorium, które uważa za swoje. „New York Times" poświęcił sprawie głośny materiał reporterski, który obiegł świat, opisując świątynię jako studium przypadku chińskich wpływów w skali mikro.

Pod naciskiem mediów, opinii publicznej i służb zajmujących się bezpieczeństwem narodowym władze powiatu Changhua w październiku 2018 roku w końcu zadziałały. Wykorzystując fakt, że spora część zabudowań była samowolą budowlaną, wysłano ekipy rozbiórkowe. Komunistyczna nadbudowa świątyni została zrównana z ziemią. Czerwona flaga opadła.

Powrót właścicielek

Wei Mingren tymczasem, zadłużony i ścigany przez wierzycieli, uciekł i prawdopodobnie przebywa obecnie w Chinach. Sąd skierował grunt do licytacji.

I tu zaczyna się część, którą opisał na Facebooku Chen Wenbin - reżyser, aktor, były szef Departamentu Kultury powiatu Changhua, a w czasach wiceprezydentury Lai Ching-te (obecnego prezydenta Tajwanu) szef jego biura. Chen odwiedził świątynię z paczką żywności dla mniszek. Cztery siostry, które przetrwały całą tę gehennę, rozpoznały go natychmiast. Najstarsza, przeorysza, ma dziś 86 lat.

Najważniejsza wiadomość: dzięki zbiórce wśród wiernych i darczyńców mniszki odkupiły ziemię na licytacji. Świątynia formalnie wróciła w ręce wspólnoty buddyjskiej, której zabrano ją ponad dwie dekady temu.

Teraz przed nimi kolejny etap: odbudowa zniszczonego klasztoru i sali medytacyjnej. Cztery starsze mniszki ponownie apelują o wsparcie. Jak napisał Chen Wenbin, parafrazując buddyjską maksymę: „Siej dobre ziarno, nie porzucaj praktyki, a na końcu z pewnością zbierzesz dobre owoce."

Dlaczego to ważne także dla nas

Historia świątyni Biyun to nie tylko ciekawostka z Dalekiego Wschodu. To bardzo konkretna ilustracja tego, jak działa współczesna wojna hybrydowa, bez czołgów, bez wojska, za to z umiejętnym wykorzystaniem długów, prawa własności i symboli. Wystarczyły jedna nieruchomość i jeden zmotywowany ideologicznie inwestor, by stuletni klasztor zamienił się w propagandową placówkę obcego mocarstwa.

I druga lekcja, mniej geopolityczna, bardziej ludzka: cztery starsze kobiety, które przez dwadzieścia lat nie odeszły z baraku obok własnej, zagrabionej świątyni  i w końcu ją odzyskały. Czasem upór wygrywa nawet z wielką polityką

„Wzajemny szacunek” według Pekinu? Miles Yu: KPCh żąda milczenia wobec agresji Chin



Wizyta prezydenta USA Donalda Trumpa w Chinach odbywa się w momencie gwałtownie narastającej rywalizacji strategicznej między Waszyngtonem a Pekinem. Właśnie dlatego duże znaczenie ma tekst na łamach Washington Times Milesa Yu, byłego doradcy administracji Trumpa ds. Chin i obecnego dyrektora China Center w Hudson Institute. 

Yu buduje swój tekst wokół tezy, że wezwania Pekinu do „wzajemnego szacunku” nie mają charakteru neutralnego języka dyplomatycznego. Według autora jest to narzędzie polityczne mające ograniczać krytykę wobec działań KPCh oraz wymuszać akceptację dla rosnących wpływów Chin. W jego ocenie Pekin próbuje przedstawiać napięcia w relacjach amerykańsko-chińskich jako rezultat „braku szacunku” USA wobec Chin, a nie konsekwencję własnych działań.

Miles Yu argumentuje, że rzeczywistym źródłem konfliktu są działania samej KPCh. Wymienia agresywne praktyki handlowe, wielkoskalową kradzież własności intelektualnej, cyberataki wymierzone w amerykańską infrastrukturę oraz rolę Chin w globalnych łańcuchach dostaw prekursorów fentanylu, które przyczyniły się do dramatycznego kryzysu narkotykowego w Stanach Zjednoczonych. W tym ujęciu Pekin próbuje jednocześnie budować wizerunek ofiary „amerykańskiej hegemonii”, prowadząc działania postrzegane w Waszyngtonie jako strategiczne uderzenie w bezpieczeństwo gospodarcze i polityczne USA.

Autor rozszerza ten argument również o działalność wywiadowczą i operacje wpływu prowadzone przez Chiny na Zachodzie. Wskazuje na szpiegostwo przemysłowe, kampanie dezinformacyjne, próby wpływania na debatę publiczną oraz represjonowanie chińskich dysydentów przebywających poza granicami Chin. Według Yu nie są to działania incydentalne, lecz element długoterminowej strategii mającej osłabić pozycję Stanów Zjednoczonych jako dominującego mocarstwa światowego. Dlatego jego zdaniem wezwania Pekinu do „wzajemnego szacunku” są asymetryczne — KPCh oczekuje ograniczenia krytyki wobec siebie, jednocześnie sama prowadząc politykę konfrontacyjną wobec Zachodu.

Drugim filarem argumentacji Yu jest rozróżnienie między Chinami jako cywilizacją i społeczeństwem a samą Komunistyczną Partią Chin. Autor podkreśla, że KPCh konsekwentnie przedstawia krytykę partii jako atak na całe Chiny oraz naród chiński. Według niego ma to uniemożliwiać rozdzielenie chińskiego społeczeństwa od autorytarnego aparatu władzy. Yu twierdzi również, że sama partia nie posiada historycznej ani kulturowej legitymizacji, ponieważ marksizm-leninizm został zaimportowany do Chin z zewnątrz i był wykorzystywany do niszczenia tradycyjnej kultury chińskiej, religii oraz dawnych struktur społecznych. W tym kontekście przypomina tragedie Wielkiego Skoku Naprzód i Rewolucji Kulturalnej, które według autora doprowadziły do śmierci dziesiątek milionów ludzi oraz głębokiego zniszczenia chińskiego dziedzictwa kulturowego. Yu podkreśla, że największymi ofiarami systemu stworzonego przez KPCh byli sami Chińczycy pozbawieni wolności słowa, niezależnych instytucji oraz podstawowych praw obywatelskich.

Trzecia fundamentalna teza dotyczy wykorzystywania przez Pekin narracji o „wieku upokorzenia”. KPCh regularnie odwołuje się do okresu słabości Chin w XIX wieku oraz zachodniego imperializmu, przedstawiając współczesną politykę Pekinu jako historyczne odzyskiwanie należnej pozycji mocarstwowej. Yu uważa jednak, że partia instrumentalizuje tę pamięć historyczną, aby budować międzynarodową sympatię i uzasadniać własną politykę ekspansji wpływów.

Jednocześnie autor argumentuje, że największe tragedie nowoczesnych Chin były skutkiem działań samej KPCh, a nie obcych mocarstw. W jego ocenie to właśnie polityka partii doprowadziła do największych katastrof społecznych, politycznych i kulturowych w historii współczesnych Chin.

Yu zwraca również uwagę na zmianę podejścia Stanów Zjednoczonych wobec Pekinu. Przez dekady Waszyngton traktował komunistyczne Chiny głównie instrumentalnie — jako przeciwwagę dla Związku Sowieckiego, narzędzie nacisku wobec Korei Północnej lub element stabilizacji globalnej gospodarki. Autor uważa, że dopiero administracja Donalda Trumpa zerwała z tą logiką i otwarcie uznała Chiny za głównego strategicznego rywala Stanów Zjednoczonych.

W tym sensie tekst Milesa Yu należy czytać nie tylko jako krytykę Komunistycznej Partii Chin, lecz także jako świadectwo głębokiej zmiany geopolitycznej zachodzącej w amerykańskiej polityce. W Stanach Zjednoczonych coraz silniejsze staje się przekonanie, że rywalizacja z Chinami będzie definiowała światowy układ sił przez kolejne dekady. Dlatego język „dialogu” i „wzajemnego szacunku” używany przez Pekin coraz częściej spotyka się w Waszyngtonie z odpowiedzią opartą na odstraszaniu, ograniczaniu wpływów Chin oraz budowie szerokiej strategii powstrzymywania rosnącej potęgi KPCh.


Nowy budżet wojskowy Tajwanu ujawnił podział w KMT. USA ostrzegają przed „ustępstwami wobec KPCh”

Specjalny budżet wojskowy Tajwanu pokazuje nie tylko spór o pieniądze, ale także głęboki podział wewnątrz Kuomintang (KMT) i całej tajwańskiej sceny politycznej.


8 maja parlament Tajwanu przyjął dodatkowy pakiet wojskowy na lata 2026–2033 o wartości 780 mld TWD (ok. 25 mld USD), choć rząd Lai Ching-te chciał aż 1,25 bln TWD (ok. 40 mld USD). Opozycja zgodziła się głównie na finansowanie amerykańskiego uzbrojenia, odrzucając część projektów lokalnego przemysłu obronnego, dronów i rakiet rozwijanych na Tajwanie. Pakiet został podzielony na dwie części:

  • 300 mld TWD na już zatwierdzone amerykańskie systemy uzbrojenia,
  • 480 mld TWD na przyszłe zakupy, które dopiero mają zostać oficjalnie ogłoszone przez Waszyngton.

Wśród już zatwierdzonego uzbrojenia znajdują się:

  • M142 HIMARS,
  • M109A7 Paladin,
  • FGM-148 Javelin,
  • drony Altius,
  • rakiety BGM-71 TOW.

To pokazuje, że Tajwan mocno stawia na tzw. strategię asymetryczną — czyli systemy tańsze, mobilne i trudne do zniszczenia, które mają utrudnić ewentualną inwazję Chin.

Specjalny pakiet ma działać równolegle do normalnego budżetu obronnego Tajwanu, który już wcześniej został zwiększony do ok. 949,5 mld TWD na 2026 rok, czyli ok. 3,3% PKB — najwyższego poziomu od 2009 roku.

Specjalny budżet został przyjęty tuż przed planowaną wizytą prezydenta Donalda Trumpa w Chinach. Według Reutersa administracja USA przyjęła jego uchwalenie z ulgą po miesiącach blokowania projektu przez opozycję. Jednocześnie Departament Stanu ostrzegł, że „dalsze opóźnianie finansowania pozostałych planowanych zdolności obronnych byłoby ustępstwem wobec Komunistycznej Partii Chin”. Tajwańskie ministerstwo obrony alarmuje, że cięcia mogą stworzyć „luki zdolnościowe” i osłabić nowe systemy obrony powietrznej „T-Dome”, a także opóźnić rozwój wojny asymetrycznej i krajowego przemysłu dronowego.

Głosowanie pokazało też poważne napięcia wewnątrz samego KMT. Coraz więcej polityków tej partii obawia się, że ugrupowanie zostało w oczach społeczeństwa zepchnięte do narracji „prochińskiej” i „antyamerykańskiej”. Szczególnie mocno wybrzmiała wypowiedź Jaw Shaw-konga — jednego z najbardziej znanych konserwatywnych polityków i komentatorów związanych z KMT, byłego kandydata na wiceprezydenta oraz byłego szefa stacji Broadcasting Corporation of China. Jaw Shaw-kong popiera zwiększanie wydatków obronnych i uważa, że KMT nie może sprawiać wrażenia partii przeciwnej współpracy wojskowej z USA. Ostrzegł, że jeśli partia pozwoli przykleić sobie łatkę „prochińskiej i antyamerykańskiej”, może przegrać wybory w 2026 i 2028 roku. Dlatego skrytykował dominację frakcji Huang Fu-hsing. To nieformalna, ale bardzo wpływowa frakcja wewnątrz KMT, wywodząca się głównie ze środowisk emerytowanych wojskowych, byłych oficerów armii Republiki Chińskiej oraz rodzin związanych historycznie z aparatem wojskowym i państwowym, które po 1949 roku przeniosły się z Chin kontynentalnych na Tajwan razem z Kuomintangiem. Frakcja Huang Fu-hsing przez lata była jednym z najważniejszych politycznych zapleczy KMT. Reprezentuje bardziej chińsko-nacjonalistyczne skrzydło partii, sceptyczne wobec ruchów niepodległościowych na Tajwanie i bardziej otwarte na utrzymywanie dialogu z Pekinem. Jaw Shaw-kong ostrzegł, że KMT „nie może stać się partią Huang Fu-hsing”, bo sama baza dawnych wojskowych i starszych wyborców nie wystarczy do wygrywania wyborów. To pokazuje coraz większy ideologiczny podział w KMT między bardziej tradycyjnym skrzydłem a politykami chcącymi przesunąć partię bliżej centrum i utrzymać silne relacje z USA.

Przyjęcie specjalnego budżetu, mimo jego okrojonej formy, jest ważne nie tylko dla samego Tajwanu.

Dla Tajpej oznacza to próbę przyspieszenia przygotowań na wypadek dalszej eskalacji presji ze strony Chin. Chodzi nie tylko o odstraszanie militarne, ale też pokazanie społeczeństwu i sojusznikom, że wyspa jest gotowa inwestować we własną obronę. Dla USA sprawa ma znaczenie strategiczne. Tajwan jest kluczowym elementem amerykańskiej strategii w Indo-Pacyfiku i jednym z najważniejszych punktów rywalizacji Waszyngtonu z Pekinem. Dlatego Stany Zjednoczone naciskają na szybkie zwiększanie zdolności obronnych wyspy i rozwój wojny asymetrycznej.

Znaczenie ma też gospodarka. Tajwan odpowiada za dużą część światowej produkcji najbardziej zaawansowanych półprzewodników, wykorzystywanych m.in. w elektronice, AI, motoryzacji i sektorze wojskowym. Ewentualny konflikt wokół wyspy mógłby wywołać globalny kryzys gospodarczy i poważnie zachwiać światowymi łańcuchami dostaw.

Dlatego spór o budżet wojskowy Tajwanu jest dziś obserwowany nie tylko w Tajpej i Waszyngtonie, ale praktycznie na całym świecie.

Tajwan omija presję Pekinu. Niespodziewana wizyta prezydenta w Eswatini wywołuje wściekłość Chin

Prezydent Tajwanu Lai Ching-te niespodziewanie ogłosił swoje
przybycie do Eswatini, zaskakując opinię publiczną i media. Wizyta została utrzymana w tajemnicy niemal do ostatniej chwili, a szczegóły podróży nie zostały wcześniej ujawnione.

Z ustaleń wynika, że Lai poleciał do Afryki na pokładzie specjalnego samolotu należącego do władz Eswatini. Lot odbył się nocą i trwał około 14 godzin, co wskazuje na starannie zaplanowaną operację mającą ograniczyć ryzyko zakłóceń.

Planowana wizyta, która została zablokowana

Pierwotnie wizyta miała się odbyć w kwietniu w bardziej standardowej formule. Jednak została w ostatniej chwili storpedowana przez działania Chin, które miały doprowadzić do cofnięcia zgód na przelot przez kilka państw regionu Oceanu Indyjskiego. To właśnie dlatego zdecydowano się na zmianę strategii: zamiast oficjalnej zapowiedzi – cisza, zamiast standardowej trasy – alternatywna logistyka i nagłe ogłoszenie dopiero po przylocie.

Pekin reaguje wściekle

Reakcja Chin była wyjątkowo ostra. W oficjalnym komunikacie Biura ds. Tajwanu w Pekinie prezydent został nazwany „szczurem”, który „przemknął” do Eswatini, a jego działania określono jako „podłe” i „kłamliwe”. To jedna z najbardziej agresywnych personalnych wypowiedzi Pekinu wobec urzędującego przywódcy Tajwanu, pokazująca rosnące napięcia wokół jego aktywności międzynarodowej.

Geopolityczny sygnał

Eswatini pozostaje jednym z ostatnich państw utrzymujących oficjalne relacje dyplomatyczne z Tajwanem, dlatego wizyta prezydenta Lai Ching-te ma znaczenie znacznie wykraczające poza gest symboliczny. To praktyczna demonstracja, że Tajwan nadal funkcjonuje w systemie międzynarodowym mimo rosnących prób izolacji ze strony Pekinu. Lai podkreślił na miejscu, że „żaden kraj nie ma prawa powstrzymywać Tajwanu przed kontaktami ze światem”, jasno stawiając sprawę w kategoriach suwerenności i prawa do obecności globalnej.

Cała sytuacja pokazuje, że nie chodzi już wyłącznie o dyplomację w tradycyjnym rozumieniu, lecz o zdolność do działania w warunkach presji i ograniczeń. Mimo prób blokowania wizyty, nacisków politycznych i agresywnej reakcji Chin, Tajwan nie tylko doprowadził ją do skutku, ale też przekształcił ją w czytelny sygnał polityczny: potrafi utrzymać relacje, działać poza narzuconymi ograniczeniami i skutecznie zaznaczać swoją obecność na arenie międzynarodowej, nawet gdy przestrzeń do działania jest coraz bardziej zawężana.

USA odcinają Chiny od rynku technologicznego. Nowe zasady FCC uderzają w fundament globalnego łańcucha dostaw

Decyzja Federalnej Komisji Łączności (FCC) może okazać się jednym z najważniejszych kroków w trwającej wojnie technologicznej między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Amerykański regulator jednogłośnie przyjął przepisy, które w praktyce eliminują chińskie laboratoria z procesu testowania elektroniki przeznaczonej na rynek USA. Choć brzmi to jak techniczna zmiana regulacyjna, jej konsekwencje są znacznie szersze - uderzają w sam rdzeń globalnych łańcuchów dostaw.

Nowe regulacje zakazują wykorzystywania laboratoriów z krajów, które nie mają z USA umów o wzajemnym uznawaniu standardów. W praktyce oznacza to wykluczenie Chin z kluczowego etapu dopuszczania produktów do sprzedaży. To szczególnie istotne, ponieważ, jak wskazuje FCC, około 75 procent urządzeń trafiających na rynek amerykański było dotąd testowanych właśnie w Chinach. Od smartfonów po routery, chińskie zaplecze certyfikacyjne stanowiło niewidzialny, ale kluczowy element globalnej infrastruktury technologicznej.

Decyzja wpisuje się w szerszą strategię Waszyngtonu, polegającą na systematycznym ograniczaniu roli Chin w krytycznych sektorach technologicznych. FCC już wcześniej blokowała urządzenia i infrastrukturę powiązaną z chińskimi podmiotami, a teraz idzie krok dalej - uderza nie tylko w produkty, ale w cały system ich dopuszczania do rynku. Równolegle przyjęto także przepisy ograniczające działalność chińskich gigantów telekomunikacyjnych, takich jak China Mobile, China Telecom czy China Unicom, w tym zakaz prowadzenia przez nie centrów danych w USA.

Oficjalnym uzasadnieniem jest bezpieczeństwo narodowe. Amerykańska administracja argumentuje, że proces testowania i certyfikacji może być potencjalnym wektorem infiltracji, umożliwiającym manipulację sprzętem lub dostęp do wrażliwych danych. W praktyce jednak chodzi o coś więcej niż tylko bezpieczeństwo. To próba odzyskania kontroli nad standardami technologicznymi i ograniczenia zależności od Chin w kluczowych obszarach.

Skutki tej decyzji będą globalne. Produkcja może pozostać w Azji, ale testowanie i certyfikacja będą musiały zostać przeniesione do „zaufanych” państw. Największymi beneficjentami mogą być tu partnerzy USA, w tym Tajwan, Japonia czy Korea Południowa, które zyskają nowe znaczenie jako ogniwa alternatywnego łańcucha technologicznego.

Dla Chin to kolejny sygnał, że dostęp do zachodnich rynków będzie coraz bardziej ograniczany; nie tylko poprzez sankcje czy cła, ale także przez mniej widoczne mechanizmy regulacyjne. Dla świata oznacza to przyspieszenie procesu „decouplingu”, czyli rozdzielania się dwóch systemów technologicznych: amerykańskiego i chińskiego.

Nowe przepisy FCC pokazują jasno: rywalizacja technologiczna nie toczy się już tylko o produkty, ale o zasady gry. A kto kontroluje standardy i certyfikację, ten kontroluje cały rynek.

Japonia zmienia zasady gry wokół Tajwanu i podważa chińską strategię

Wypowiedź premier Japonii Sanae Takaichi dotycząca możliwego konfliktu wokół Tajwanu stanowi jeden z najważniejszych sygnałów strategicznych w ostatnim czasie w regionie Azji Wschodniej. Sugerując, że chińska blokada Tajwanu mogłaby zostać uznana za zagrożenie dla przetrwania Japonii, Tokio w praktyce przesuwa granicę potencjalnej reakcji – z późnej fazy konfliktu na jego bardzo wczesny etap.

Jak zauważa japoński emerytowany generał Kiyoshi Ogawa, który 25 kwietnia wygłosił wykład na zaproszenie stowarzyszenia „Przyjaciele prezydenta Lee Teng-hui'a w Japonii”, taka deklaracja uderza bezpośrednio w podstawowe założenia chińskiego planowania wojskowego. Dotychczas Pekin zakładał, że ewentualna operacja przeciwko Tajwanowi będzie szybka i zakończy się, zanim inne państwa – w tym Japonia czy Stany Zjednoczone – zdążą skutecznie zareagować. Kluczowe było więc opóźnienie lub uniemożliwienie zewnętrznej interwencji. Jeśli jednak Japonia sygnalizuje gotowość do działania już na etapie presji czy blokady, cały ten scenariusz przestaje być aktualny.

Zmienia to logikę potencjalnego konfliktu. Zamiast krótkiej, ograniczonej operacji regionalnej, pojawia się ryzyko natychmiastowej eskalacji międzynarodowej. To z kolei znacząco podnosi koszty i ryzyko dla Chin, które musiałyby uwzględnić nie tylko działania przeciwko Tajwanowi, ale także możliwość szybkiego włączenia się innych państw do konfliktu.

W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera strategia samego Tajwanu, oparta na wydłużaniu konfliktu i obronie w głąb. Jej celem jest zyskanie czasu, który umożliwi interwencję sojuszników, takich jak Stany Zjednoczone czy Japonia. Deklaracja Tokio, że może zareagować już na wczesnym etapie konfliktu, znacząco zwiększa wiarygodność tej strategii. Oznacza to, że Tajwan nie musi polegać wyłącznie na długotrwałym oporze, ponieważ rośnie prawdopodobieństwo szybszej reakcji zewnętrznej, co dodatkowo wzmacnia efekt odstraszania wobec Chin.

Silna reakcja Chin na słowa Takaichi pokazuje, że Pekin traktuje tę zmianę poważnie. Nie chodzi więc tylko o retorykę polityczną, lecz o realne przesunięcie w kalkulacjach strategicznych. W praktyce oznacza to, że nawet bez wystrzału zmienia się równowaga sił w regionie – a potencjalny konflikt wokół Tajwanu staje się bardziej złożony, dla Pekinu mniej przewidywalny i znacznie trudniejszy do przeprowadzenia według dotychczasowych planów.

Cicha wojna o chipy: Chiny odcinają surowce, Japonia może odciąć przyszłość

Tajwański "Liberty Times" opisuje narastający konflikt technologiczno-gospodarczy między Japonią a Chinami, którego stawką są fundamenty nowoczesnej cywilizacji technologicznej.

Wszystko zaczęło się od słów. Gdy japońska premier Sanae Takaichi publicznie wypowiedziała się na temat możliwego konfliktu zbrojnego w Cieśninie Tajwańskiej, Pekin uznał to za prowokację i odpowiedział tym, co ma najcenniejszego - kontrolą nad surowcami. Chiny wprowadziły zakaz eksportu metali ziem rzadkich do Japonii, wstrzymały dostawy potężnych magnesów wytwarzanych z tych pierwiastków i wszczęły dochodzenie antydumpingowe wymierzone w japońskie materiały dla przemysłu półprzewodników. To nie był przypadkowy ruch; to precyzyjnie wymierzony cios w serce japońskiej gospodarki.

Metale ziem rzadkich to jedna z najlepiej strzeżonych tajemnic współczesnego przemysłu. Są obecne w każdym smartfonie, każdym samochodzie elektrycznym, każdej turbinie wiatrowej i każdym nowoczesnym systemie uzbrojenia. Japonia, choć jest drugim po Chinach producentem magnesów z tych pierwiastków, surowce do ich wytwarzania sprowadza niemal wyłącznie z Chin. To klasyczna pułapka uzależnienia, którą Pekin postanowił teraz zacisnąć.

Tokio jednak nie zamierza kapitulować, bo dysponuje własną, równie potężną bronią. Japonia kontroluje około siedemdziesięciu dwóch procent światowego rynku fotorezystów, a w segmencie najbardziej zaawansowanych materiałów używanych do produkcji najnowocześniejszych chipów jej udział sięga ponad dziewięćdziesięciu procent. To złożone mieszaniny chemiczne zawierające polimery światłoczułe, rozpuszczalniki i fotoinicjatory, bez których dosłownie nie można wyprodukować żadnego nowoczesnego procesora. Brzmi tajemniczo, ale w praktyce oznacza jedno: bez japońskich fotorezystów chińskie fabryki chipów stają. Cztery japońskie koncerny: JSR, Tokyo Ohka Kogyo, Shin-Etsu Chemical i Fujifilm Electronics Materials, mają nad tym rynkiem kontrolę, która jest praktycznie absolutna. Chiny są w stanie samodzielnie wytworzyć zaledwie pięć procent potrzebnych im zaawansowanych fotorezystów, a według analityków dogonić Japonię w tej dziedzinie zajmie im wiele lat intensywnych inwestycji i badań.

Mamy więc sytuację, w której dwie największe gospodarki Azji wzajemnie trzymają się za gardło. Chiny mogą odciąć Japonię od surowców, Japonia może sparaliżować chińską produkcję chipów. Jednak w tej rozgrywce to Tokio wydaje się mieć lepsze karty — fotorezystor jest trudniejszy do zastąpienia niż metale ziem rzadkich, które można z czasem pozyskiwać z innych źródeł, choćby z Australii, Kanady czy Afryki. Japonia zbudowała przez dekady przewagę technologiczną, której nie da się skopiować w kilka lat, i Pekin doskonale o tym wie. Cicha wojna przemysłowa trwa.

Burza w rodzinie byłego prezydenta Tajwanu. Ma Ying-jeou kontra własna żona i siostra

Skandal, który właśnie wstrząsnął tajwańską sceną polityczną, ma w sobie wszystko: spór o pieniądze, podejrzenia o demencję, próbę częściowe...