Mąż liderki Kuomintangu jako tajny współpracownik służb

Podczas gdy szefowa partii Kuomintang (KMT), Cheng Li-wun, przebywa z wizytą w Chinach, na Tajwanie ujawniono dokumenty z czasów autorytarnych rządów, które rzucają nowe światło na przeszłość osób związanych ze środowiskiem politycznym Cheng. Sprawa dotyczy jej męża, Luo Wuchanga, i wskazuje, że w latach 80. mógł zostać zwerbowany przez służby specjalne państwa kontrolowanego wówczas przez Kuomintang jako potencjalny informator działający w środowisku studenckim.

Z odtajnionych materiałów wynika, że służby planowały najpierw traktować go jako tzw. „źródło operacyjne”, a następnie — w zależności od jego przydatności, skuteczności i bezpieczeństwa — rozważały przekształcenie tej relacji w pełnoprawną współpracę wywiadowczą. Dokumenty zawierają również informacje o nadaniu mu pseudonimu oraz o procedurze jego dalszej oceny, co wskazuje na standardowy mechanizm działania aparatu bezpieczeństwa tamtego okresu.

Szczególny ciężar tej sprawy wynika z faktu, że Luo Wuchang, tak jak Cheng Li-wun, był w młodości postrzegany jako radykalny działacz środowisk studenckich opowiadających się za niepodległością Tajwanu. 

Cheng Li-wun rozpoczęła studia prawnicze na National Taiwan University w 1987 roku i dołączyła do studenckiego stowarzyszenia o wyraźnie proniepodległościowym charakterze.  Tam poznała Luo Wuchanga, który studiował politologię i pełnił funkcję redaktora w tej organizacji. Z czasem zostali parą. Rok później Luo został przewodniczącym stowarzyszenia, a Cheng rozpoczęła pracę w czasopiśmie założonym przez znanego działacza demokratycznego. Oboje aktywnie angażowali się w działania polityczne. Po ukończeniu studiów Luo wycofał się z życia publicznego i pozostawał w cieniu swojej partnerki. Ślub wzięli w 2011 r.

Według relacji posłanki Fan Yun, uczestniczki ówczesnych protestów, Luo należał do najbardziej bezkompromisowych aktywistów i krytyków KMT. Zwraca uwagę, że jego późniejsza akceptacja politycznej ewolucji partnerki — od środowisk radykalnie antykuomintangowskich do przyłączenia się do KMT — była dla wielu osób z ich pokolenia trudna do zrozumienia. Fan Yun dodała również, że ujawnione dokumenty wydają się wiarygodne. 

Ujawnienie dokumentów jest efektem reform wprowadzonych w ostatnich latach, między innymi za prezydentury Tsai Ing-wen, które umożliwiły szerszy dostęp do archiwów służb specjalnych i zapoczątkowały proces rozliczania przeszłości autorytarnej. Dzięki tym zmianom możliwe stało się odkrywanie mechanizmów działania państwa w okresie, gdy aparat bezpieczeństwa Kuomintangu prowadził szeroko zakrojoną inwigilację środowisk akademickich i opozycyjnych.

Sprawa przypomina o historycznej roli KMT jako partii rządzącej w systemie niedemokratycznym, w którym służby specjalne odgrywały kluczową rolę w kontrolowaniu społeczeństwa. Jednocześnie wpisuje się w szerszy spór o interpretację historii Tajwanu oraz o to, jak duży wpływ dawne struktury i powiązania, w tym KMT z KPCh, mają na współczesną politykę.

Kolejny problem Chin: gigantyczny wyciek danych z superkomputera

Włamanie do jednego z najważniejszych chińskich superkomputerów i
kradzież około 10 petabajtów danych to nie tylko spektakularny incydent cybernetyczny. To kolejny dowód na to, że za wizerunkiem Chin jako technologicznego supermocarstwa kryją się poważne i powtarzalne słabości.

Według dostępnych informacji hakerzy uzyskali dostęp do systemów Narodowego Centrum Superkomputerowego (NSCC) w Tianjin – infrastruktury obsługującej tysiące instytucji, w tym sektor naukowy i wojskowy. Przez wiele miesięcy mogli swobodnie kopiować dane, nie wzbudzając alarmu. Wśród przejętych materiałów znajdują się m.in. projekty uzbrojenia, badania lotnicze, symulacje fuzji jądrowej oraz zaawansowane dane technologiczne.

Jeszcze bardziej niepokojący jest sposób przeprowadzenia ataku. Nie był to wyrafinowany cyberatak na najwyższym poziomie, lecz wykorzystanie podstawowych luk w systemie – m.in. dostępu przez źle zabezpieczone połączenie VPN, które umożliwiło nieautoryzowany dostęp do sieci. Dane były wyprowadzane stopniowo przez około pół roku, co pozwoliło uniknąć wykrycia. Eksperci podkreślają, że problemem nie był geniusz atakujących, lecz słabość zabezpieczeń.

Dodatkowo część danych została już ujawniona w internecie, a całość jest oferowana na sprzedaż. Oznacza to, że potencjalnie mogą one trafić do innych państw, w tym rywali geopolitycznych Chin. W praktyce może to oznaczać poważne straty wywiadowcze i technologiczne.

To zdarzenie wpisuje się w szerszy trend. W ostatnich latach dochodziło już do dużych wycieków danych w Chinach, w tym informacji dotyczących setek milionów obywateli. Powtarzalność takich incydentów sugeruje, że problem ma charakter systemowy, a nie przypadkowy.

Szczególnie widoczna jest sprzeczność między ambicjami a rzeczywistością. Chiny aspirują do roli globalnego lidera w dziedzinie sztucznej inteligencji, technologii i cyberbezpieczeństwa, a jednocześnie same przyznają w oficjalnych dokumentach z 2025 roku, że konieczne jest wzmocnienie zabezpieczeń sieci, danych i sektora AI oraz rozwój skoordynowanych mechanizmów ochrony. Przypadek z Tianjin pokazuje jednak wyraźnie, że mimo tych deklaracji fundamenty systemu wciąż pozostają kruche. Wyciek z Tianjin to nie tylko problem wizerunkowy.

Centralizacja infrastruktury, będąca jednym z filarów chińskiego modelu zarządzania, w tym przypadku zadziałała przeciwko niemu. Jedno skuteczne włamanie umożliwiło dostęp do ogromnej ilości danych z wielu sektorów jednocześnie – od nauki po obronność.

Jeśli autentyczność wykradzionych informacji zostanie potwierdzona, konsekwencje mogą być dalekosiężne. Obce państwa mogą uzyskać wgląd w rzeczywisty poziom chińskich technologii, a także zidentyfikować ich słabe punkty. To z kolei może wpłynąć na globalną równowagę technologiczną i militarną.

Kolejny raz okazuje się, że za chińską narracją o sile kryje się rzeczywistość znacznie bardziej podatna na błędy niż mogłoby się wydawać.

Jan Paweł II jako wzór przywództwa. Co naprawdę mówi wpis Donalda Trumpa

 W opublikowanym przesłaniu z okazji rocznicy śmierci św. Jana Pawła II Donald Trump nie napisał jedynie kurtuazyjnego hołdu dla wielkiego Papieża. To nie jest tekst, który ma wyłącznie wspominać przeszłość. To świadomie skonstruowany komunikat polityczny i cywilizacyjny — taki, który mówi więcej o teraźniejszości i przyszłości niż o historii.

To także opowieść o sile przywództwa opartego na wartościach. Jan Paweł II staje się tu symbolem lidera, który potrafi nadać sens zbiorowemu doświadczeniu narodu i przekuć duchową energię w realną zmianę polityczną. I właśnie w tym miejscu zaczyna się właściwy sens całego przesłania.

Kiedy Trump pisze, że Ameryka „również dziś tęskni za Bogiem” i że kultura została „wydrążona”, dokonuje wyraźnego przeniesienia. Zestawia doświadczenie społeczeństw żyjących pod komunizmem z dzisiejszym kryzysem Zachodu. Nie chodzi tu o proste porównanie systemów politycznych, lecz o diagnozę stanu ducha. W jego ujęciu współczesne Stany Zjednoczone nie cierpią z powodu braku wolności formalnej, lecz z powodu utraty fundamentów, które tę wolność kiedyś tworzyły.

W tym sensie Jan Paweł II przestaje być jedynie bohaterem przeszłości — staje się odpowiedzią na problemy teraźniejszości. Jego postać zostaje wykorzystana jako argument na rzecz potrzeby odnowy: moralnej, religijnej i cywilizacyjnej. Trump sugeruje, że wielkość państwa nie wynika wyłącznie z siły gospodarki czy armii, lecz z tego, czy potrafi ono zachować wierność wartościom, które je ukształtowały.

Nieprzypadkowy jest również silny wątek polski obecny w tym przesłaniu. Przypomnienie pielgrzymki z 1979 roku i hasła „My chcemy Boga” to coś więcej niż historyczna anegdota. To wskazanie momentu, w którym naród, pozbawiony politycznej wolności, odzyskał poczucie podmiotowości dzięki wspólnemu doświadczeniu duchowemu.

Dla relacji amerykańsko-polskich ten przekaz ma szczególne znaczenie. To nie jest język czysto dyplomatyczny, oparty na interesach czy bezpieczeństwie. To język wspólnoty wartości. Polska pojawia się tu nie jako jeden z wielu sojuszników, lecz jako kraj, który wniósł podstawowy wkład w obronę wolności i tożsamości Zachodu. W świecie coraz częściej zdominowanym przez chłodną kalkulację i transakcyjną politykę, takie odwołanie ma swoją wagę.

Dlatego ten wpis wybrzmiewa mocniej niż standardowe polityczne oświadczenia. Nie jest jedynie wspomnieniem wielkiego Papieża. Jest próbą odpowiedzi na pytanie, jakiego przywództwa potrzebuje dziś Zachód — i sugestią, że bez powrotu do fundamentów, które reprezentował św. Jan Paweł II, żadna polityczna siła nie będzie w stanie tej roli wypełnić.

Cień chińskiej wojny technologicznej

 To nie jest historia sprzed lat, którą można odłożyć do archiwum. Sprawa Junjie Zhanga właśnie wróciła na pierwszy plan, bo zakończyła się przyznaniem do winy i pokazuje, że problem nie tylko nie zniknął — ale trwa tu i teraz.

57-letni Junjie Zhang, znany jako Jeff Zhang, nie był przypadkowym pracownikiem. Jako starszy inżynier w amerykańskiej firmie lotniczej miał dostęp do najbardziej wrażliwych danych technologicznych — takich, które decydują o przewadze gospodarczej i militarnej. Gdy próbował wylecieć do Chin, został zatrzymany na lotnisku w Dallas przez funkcjonariuszy Służby Celno-Granicznej USA. Twierdził, że nie ma przy sobie żadnych materiałów służbowych. Kłamał.

Na jego urządzeniach znaleziono poufne dokumenty, schematy i dane oznaczone jako własność firmy. Gdy został przyłapany, zmienił wersję wydarzeń. Tłumaczył, że miał zgodę pracodawcy — co szybko zostało obalone. Sprawa trafiła do FBI, a sam Zhang przyznał się do składania fałszywych zeznań.

To jednak nie jest tylko historia jednego człowieka. To fragment znacznie większej układanki — globalnej, bezwzględnej walki o technologię, w której Chiny od lat grają twardo i konsekwentnie.

Zachodnie służby bezpieczeństwa od dawna ostrzegają, że Pekin prowadzi systematyczne działania mające na celu pozyskiwanie technologii z zagranicy. Nie chodzi o spektakularne operacje rodem z filmów, lecz o cichą, rozproszoną sieć nacisków, kontaktów i zależności. W jej centrum często znajdują się ludzie z dostępem do kluczowych danych — inżynierowie, naukowcy, specjaliści.

Mechanizm jest prosty i trudny do wykrycia. Wiedza zdobywana jest legalnie — poprzez pracę w zachodnich firmach. Wynoszona bywa już poza kontrolą — na prywatnych nośnikach, podczas podróży, poza systemami bezpieczeństwa. Według analiz służb, w grę wchodzą różne czynniki: pieniądze, presja, a czasem oczekiwania państwa wobec swoich obywateli.

Przypadek Zhanga idealnie wpisuje się w ten schemat. Najpierw dostęp, potem próba wywozu, na końcu kłamstwo. I choć sprawa dotyczy jednej osoby, jej znaczenie jest znacznie szersze.

Dla Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników to wyraźny sygnał, że walka o technologię toczy się nie w teorii, lecz w praktyce — każdego dnia. I że w tej rywalizacji stawką nie są tylko dane, ale także realna przewaga nad przeciwnikiem.

Cicha infiltracja: jak Pekin próbował wejść do polityki Tajwanu tylnymi drzwiam

Najświeższe ustalenia tajwańskich śledczych pokazują mechanizm działania, który wykracza daleko poza klasyczne szpiegostwo. W centrum sprawy znajduje się Hsu Chun-ying, urodzona w Chinach działaczka polityczna, która poślubiła Tajwańczyka. To, co początkowo wyglądało na zwykłą działalność społeczną i polityczną, według prokuratury, okazuje się elementem szerszej operacji inspirowanej i koordynowanej z Pekinu — mającej na celu wpływanie na tajwańską scenę polityczną od środka.

Nie każda „nowa jakość” okazuje się rzeczywistą zmianą


26 marca sąd na Tajwanie skazał byłego burmistrza Tajpej i lidera Tajwańskiej Partii Ludowej (TPP) na 17 lat więzienia oraz 6 lat pozbawienia praw publicznych. Choć wyrok nie jest prawomocny, już teraz uznawany jest za jeden z najważniejszych procesów politycznych ostatnich lat. Ko Wen-je został uznany za winnego przyjmowania łapówek, defraudacji środków politycznych oraz nadużycia władzy. Według sądu polityk wykorzystywał swoją pozycję do osiągania korzyści finansowych oraz nielegalnego zarządzania funduszami związanymi z działalnością publiczną.

Jeszcze niedawno Ko uchodził za symbol „trzeciej siły” – polityka, który miał stanowić alternatywę wobec dominujących ugrupowań: Demokratycznej Partii Postępu (DPP) oraz Kuomintang (KMT). Jego projekt polityczny przyciągał wyborców zmęczonych duopolem i szukających nowej jakości w życiu publicznym. Z czasem jednak ta „alternatywa” zaczęła tracić wiarygodność. Ko Wen-je nie tylko łagodził swoje stanowisko wobec Chin, ale również wszedł w polityczne układy z KMT, postrzeganym przez wielu wyborców jako ugrupowanie bardziej przychylne współpracy z Pekinem. Tym samym projekt, który miał przełamywać istniejący układ, zaczął w praktyce go współtworzyć.

Symboliczny pozostaje epizod z 2018 roku, kiedy Ko Wen-je – polityk często mówiący o swojej fascynacji Mao Zedongiem – spotkał się z Lechem Wałęsą. Rozmowa miała dotyczyć doświadczeń polskiej transformacji oraz sprawiedliwości okresu przejściowego, czyli rozliczenia poprzedniego systemu. Po spotkaniu Ko, zapytany o jego przebieg, odpowiedział jedynie, że musi „przemyśleć to, co usłyszał”. Dodał przy tym, że Wałęsa obiecał wesprzeć Tajwan na arenie międzynarodowej, jeśli będzie trzeba. Minęły lata – i to „wsparcie” przybrało zaskakującą formę, gdy kilka dni temu Wałęsa publicznie sugerował Tajwańczykom zjednoczenie z Chinami.

Dziś wyraźnie widać, że obaj politycy – każdy na swój sposób – zamiast być symbolami odpowiedzialności i wolności, stali się przykładami głębokiego rozczarowania i politycznej niespójności.

W debacie publicznej wokół Ko Wen-je regularnie powraca również wątek jego działalności lekarskiej i kontaktów z systemem transplantacyjnym w Chinach. Szczególne znaczenie mają ustalenia Ethana Gutmanna, autora książki "The Slaughter", opisującej proceder przymusowego pobierania organów od więźniów sumienia. Gutmann wskazywał, że w latach 2000. tajwańscy lekarze – w tym Ko – utrzymywali relacje z chińskimi ośrodkami transplantacyjnymi, a sam Ko miał odwiedzać te placówki i interesować się mechanizmami szybkiego pozyskiwania organów. Choć Ko Wen-je tłumaczył te kontakty jako element współpracy medycznej i zdobywania wiedzy, dla wielu obserwatorów te wyjaśnienia pozostają niewystarczające. W kontekście dobrze udokumentowanych zarzutów wobec chińskiego systemu transplantacyjnego, takie relacje budzą poważne wątpliwości natury etycznej. Krytycy podkreślają, że nawet jeśli nie ma dowodów na bezpośredni udział Ko w nielegalnych praktykach, to sam fakt utrzymywania kontaktów z systemem oskarżanym o wykorzystywanie więźniów sumienia stawia jego postawę w bardzo niekorzystnym świetle. Należy jednak zaznaczyć, że kwestie te nie były przedmiotem postępowania sądowego, które zakończyło się jego skazaniem za korupcję – pozostają one elementem ostrej debaty publicznej i politycznej oceny jego działalności.

Sprawa Ko Wen-je pokazuje, że polityk, który miał być alternatywą dla systemu, ostatecznie stał się jego częścią – a następnie poniósł konsekwencje swoich działań. To nie tylko koniec jednej kariery, ale także ważna lekcja dla wyborców – również w Polsce: nie każda „nowa jakość” okazuje się rzeczywistą zmianą.

Problemem nie jest Trump, lecz europejskie elity

 Odpowiedź na felieton „Kto zyska na tym, że Trump ‘amputuje’ sobie Europę?”

Felieton, jaki ukazał się na portalu Interia, wpisuje się w coraz bardziej rozpowszechniony schemat myślenia: jeśli Donald Trump jest nieprzewidywalny, to problemem musi być Trump, a skoro problemem jest Trump, to Europa – niejako zmuszona – zaczyna szukać alternatyw, nawet takich jak Chiny. To wygodna narracja, ale oparta na uproszczeniu, które prowadzi do błędnych wniosków.

Mamy tu do czynienia z klasycznym syndromem obsesji na punkcie Trumpa (Trump Derangement Syndrome) – sytuacją, w której emocja zastępuje analizę. W tej logice wszystko, co nie jest Trumpem, zaczyna wydawać się bardziej racjonalne. Nawet Pekin.

Tymczasem Pekin nie tylko nie jest alternatywą – on aktywnie wykorzystuje słabość Europy.

Jak wskazują analitycy American Enterprise Institute, działania Chin w Europie mają charakter strategiczny: Pekin wykorzystuje inwestycje i relacje gospodarcze jako narzędzie wpływu politycznego oraz sposób na osłabianie jedności Zachodu. Dane projektu China Global Investment Tracker, rozwijanego m.in. we współpracy z Heritage Foundation, pokazują dodatkowo, że ogromna część chińskich inwestycji realizowana jest przez państwowe podmioty, co oznacza ich bezpośrednie powiązanie z celami geopolitycznymi Pekinu. To nie jest neutralna współpraca. To jest strategia.

Widać to jak w soczewce w ostatnich wizytach europejskich liderów. Friedrich Merz, Keir Starmer i Emmanuel Macron przed wyjazdami do Chin zapowiadali twardą postawę i naciski na Pekin, by ograniczył wsparcie dla Rosji. Mieli przekonywać, stawiać warunki, bronić europejskich interesów. Wrócili z niczym.

A właściwie nie – z symbolami politycznej bezradności. Macron podpisał umowy dotyczące ochrony pand. Ursula von der Leyen promowała współpracę klimatyczną. Pekin natomiast nie zmienił nic w swojej polityce wobec Rosji, nie ograniczył wsparcia dla jej gospodarki ani nie wykonał żadnego realnego gestu w stronę Europy.

Ironia tej sytuacji jest uderzająca. Europa podpisuje porozumienia klimatyczne z państwem, które pozostaje największym emitentem CO₂ na świecie i buduje swoją potęgę na taniej, wysokoemisyjnej energii, ignorując standardy środowiskowe tam, gdzie jest to dla niego wygodne.

Pekin widzi tę słabość – i ją wykorzystuje.

Podobnie wygląda sytuacja w relacjach z Iranem. Chiny nie tylko utrzymują jego gospodarkę przy życiu poprzez zakupy ropy mimo sankcji, ale również wspierają rozwój jego zdolności militarnych, dostarczając technologie i komponenty wykorzystywane w systemach rakietowych i dronach. Innymi słowy, współuzbrajają państwo destabilizujące Bliski Wschód, a jednocześnie chcą rozmawiać z Europą o „stabilności międzynarodowej” i planują rozmowy z NATO w Brukseli.

To nie jest rola mediatora. To jest gra na kilku frontach jednocześnie.

Równie niepokojąca jest sytuacja w samej Europie. Rosnąca liczba przypadków chińskiego szpiegostwa, infiltracji środowisk technologicznych i akademickich, presja gospodarcza oraz incydenty dotyczące infrastruktury krytycznej pokazują, że mamy do czynienia z państwem prowadzącym aktywne działania przeciwko europejskiemu bezpieczeństwu. Do tego dochodzi coraz bliższa współpraca Pekinu z Rosją.

Mimo to europejskie elity zachowują się tak, jakby nic się nie działo.

Decyzja rządu Keir Starmer o budowie ogromnej chińskiej „megaambasady” w Londynie została określona przez brytyjskich polityków jako „upokarzająca kapitulacja” i „strategiczna lekkomyślność”. Ostrzeżenia służb bezpieczeństwa zostały zignorowane.

Z kolei wizyta Friedrich Merz pokazała coś równie niepokojącego: Europa nie tylko nie uzyskuje ustępstw od Chin, ale pogłębia własną zależność gospodarczą. Deficyt rośnie, a realnych korzyści brak. Zamiast redukować ryzyko, Europa je zwiększa.

I właśnie tutaj felieton Interii odwraca rzeczywistość.

To nie Trump „amputuje” Europę. Europa sama się osłabia, wysyłając do Pekinu sygnał: jesteśmy zależni, ostrożni i gotowi na ustępstwa.

Trump – w swojej brutalnej i często chaotycznej formie – mówi coś, czego europejskie elity nie chcą usłyszeć: sojusz wymaga siły, a bezpieczeństwo kosztuje. Można krytykować jego styl, ale ignorowanie tej diagnozy prowadzi Europę w ślepą uliczkę.

Najbardziej niepokojące jest jednak to, że Europa przestaje rozumieć, gdzie naprawdę leży zagrożenie. Zamiast wzmacniać własną pozycję i relacje transatlantyckie, flirtuje z państwem, które wspiera jej przeciwników, prowadzi operacje wywiadowcze na jej terytorium i wykorzystuje gospodarkę jako narzędzie nacisku.

To nie jest realizm. To jest iluzja.

Europa musi się obudzić – i wreszcie zacząć widzieć wroga tam, gdzie on naprawdę jest, a nie tam, gdzie to jest politycznie wygodne.

Sztuka, której boją się chińscy komuniści

Shen Yun to grupa taneczno-muzyczna z Nowego Jorku, która prezentuje tradycyjną kulturę Chin sprzed komunizmu, łącząc klasyczny taniec, muzykę symfoniczną i etniczne narracje. Ich spektakle ukazują wydarzenia historyczne oraz opór ludzi wobec komunizmu, stając się przez to wyzwaniem dla chińskich władz, które dążą do kontroli nad kulturą i przekazem historycznym.


Kilka dni temu Rzym stał się areną symbolicznej walki między wolnością artystyczną a brutalną próbą jej uciszenia. Na dzień przed premierą spektaklu Shen Yun organizatorzy otrzymali anonimowego maila w języku angielskim, w którym ostrzegano: „W teatrze podłożono bombę; jeśli przedstawienie się odbędzie, wybuch jest nieunikniony.” To nie był zwykły żart ani prowokacja – to klasyczna metoda zastraszania stosowana przez Komunistyczną Partię Chin, która od lat traktuje niezależną kulturę jako zagrożenie dla swojej ideologii. Pomimo groźby przedstawienie rozpoczęło się punktualnie o godzinie 20:00 w Audytorium della Conciliazione. Policja przybyła wcześniej, z psami tropiącymi, sprawdziła obiekt i pozostała na miejscu przez wszystkie kolejne pokazy. Publiczność mogła oglądać widowisko w spokoju, a artyści pokazali, że ani groźby, ani terror nie powstrzymają prawdy i piękna sztuki.


Polska również nie była wolna od działań nacisku ze strony komunistycznej dyplomacji w kwestii Shen Yun. Teatr Wielki w Warszawie wielokrotnie odmawiał wynajmu sali. W 2016 r. w "Gazecie Polskiej Codziennie" pisałam o chińskich działaniach dyplomatycznych, które starały się blokować przedstawienia pokazujące prawdziwą historię i kulturę Chin sprzed komunizmu. To kolejny dowód na to, że autorytarne systemy starają się narzucać swoją narrację nawet w demokratycznych państwach, a instytucje kultury stają się ofiarami nacisku i strachu przed represjami gospodarczymi lub politycznymi.


Problemy Shen Yun mają charakter globalny. W Seulu w 2024 roku jedna z sal teatralnych odwołała występy po groźbach dyplomatycznych z chińskiej ambasady. W Madrycie w 2019 roku spektakle anulowano pod pretekstem „problemów technicznych”, mimo że naciski chińskiego ambasadora były jawnie udokumentowane. W Monachium w 2018 roku przedstawiciel konsulatu Chin kontaktował się z organizatorami, grożąc utratą współpracy kulturalnej. Od 2010 roku podobne sytuacje miały miejsce w Rumunii, Grecji, Mołdowie, Ukrainie i Danii. W każdym przypadku schemat był taki sam: groźby, naciski, cenzura i próby zmuszenia instytucji kultury do podporządkowania się ideologii komunistycznej.


Tę walkę o sztukę, prawdę i wolność można teraz zobaczyć w filmie dokumentalnym "Unbroken: The Untold Story of Shen Yun" (oby obraz ukazał się w polskiej wersji). Film odsłania kulisy pracy artystów, ich determinację w zachowaniu tradycyjnej chińskiej kultury oraz wysiłki w stawianiu oporu represjom ze strony Komunistycznej Partii Chin. Dokument jasno pokazuje, że sztuka to nie tylko rozrywka — to broń w walce z kłamstwem, propagandą i totalitarną kontrolą nad historią i kulturą.


Niestety, ta sama narracja, którą KPCh wykorzystuje do zdyskredytowania Shen Yun w Chinach, czasami powtarzana jest w mediach Zachodu. Przykładem jest „The New York Times”, który w swoich artykułach koncentrował się na rzekomych trudnych warunkach pracy młodych artystów, marginalizując kontekst globalnej presji politycznej i zastraszania ze strony chińskiego reżimu. Takie publikacje powielają de facto propagandę komunistów, tworząc obraz grupy zgodny z linią KPCh, zamiast pokazywać prawdziwą walkę artystów o wolność, kulturę i prawdę historyczną. 
„Unbroken” obnaża tę manipulację i pozwala widzowi doświadczyć pełnej prawdy — że Shen Yun to nie tylko spektakl, lecz heroicza misja artystyczna przeciwko chińskiemu autorytarnemu systemowi , który próbuje zdławić niezależną kulturę na całym świecie.



Na koniec warto zauważyć, że działania Komunistycznej Partii Chin wobec Shen Yun wpisują się w szerszą strategię prowadzenia tzw. „niewidzialnej wojny” z Zachodem na polu kultury, informacji i wpływów. Nie jest to konflikt militarny, lecz długofalowa walka o narrację, w której wykorzystywane są narzędzia takie jak presja dyplomatyczna, autocenzura instytucji, wpływ na media, a także operacje dezinformacyjne. Poprzez kształtowanie przekazu w zagranicznych mediach, infiltrację środowisk akademickich i kulturalnych oraz ekonomiczne uzależnianie partnerów, Pekin stara się narzucić swoją wizję świata jako jedyną dopuszczalną. W tym kontekście przypadek Shen Yun nie jest wyjątkiem, lecz częścią globalnego mechanizmu, w którym kultura staje się polem rywalizacji o prawdę, tożsamość i wolność słowa — a Zachód często nie dostrzega, że już uczestniczy w tej cichej wojnie.





Podcast O Azji i nie tylko

 


Zapraszam na mój podcast O Azji i nie tylko, gdzie między innymi komentuje  bieżące wydarzenia dotyczące Dalekiego Wwschodu.

Linki do Podcastu:

YOU TUBE : https://www.youtube.com/@haniashen

SPOTIFY: https://open.spotify.com/show/3gyrax9C15gS3RoCLEssZV?si=45f00f1fc26b43d5


Tajwańskie maszyny trafiały do Rosji

Tajwańskie obrabiarki trafiały do Rosji i mogły zostać wykorzystane przez tamtejszy przemysł zbrojeniowy.

Tajwański portal Reporter donosi, że w już po wybuchu wojny w 2022 r. "niektórzy tajwańscy producenci zbili fortunę" na tym eksporcie, mimo że w kwietniu tego samego roku Tajwan nałożył sankcję gospodarcze na Rosję.

W 2022 r. tajwański eksport do Rosji „maszyn do kompleksowej obróbki” wzrósł o 42,45 proc. w porównaniu z 2021 r.

Od stycznia 2023 r. na żądanie USA tajwański rząd zaostrzył kontrolę eksportu pod kontem Rosji i Białorusi. 

Tajwan jest od lat ważnym dostawcą obrabiarek dla Rosji. W 2021 roku łączna wartość importowanych do Rosji obrabiarek osiągnęła 1,2 mld euro. Wśród dostawców tych maszyn dla Rosji dominują Chiny, ale stąd pochodzą modele ze średniej i niskiej półki. Maszyny lepszej jakości Rosja mogła dostać tylko z Europy, Japonii, ale i Tajwanu, który jest konkurencyjny cenowo. Tajwan stał się jednym z najważniejszych importerów obrabiarek w Rosji (po Chinach, Niemczech i Włoszech).

W 2023 r. mimo sankcji i kontroli tajwańskie maszyny na mniejszą skalę, ale nadal trafiały do Rosji poprzez Turcję. W okresie od marca do września 2023 roku Rosja sprowadziła pochodzące z Tajwanu maszyny do kompleksowej obróbki o łącznej wartości prawie 29 mln USD. Według stanu na wrzesień 2023 r. prawie połowa obrabiarek importowanych do Rosji z Turcji pochodziła z Tajwanu.

Od stycznia do października 2023 r. eksport tajwańskich maszyn do kompleksowej obróbki do Turcji wzrósł o 45 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku, co pozwoliło Turcji wyprzedzić Chiny i stać się największym rynkiem eksportowym dla tajwańskich obrabiarek.

W wyniku śledztwa „Reporter” ustalił, że “część tajwańskich obrabiarek napływających do Rosji trafiła do rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego i instytutu badań nuklearnych, dzięki czemu tajwańscy producenci mogli pomóc Rosji w wojnie na Ukrainie.”

Ale podobny problem mają też inne państwa. Do Rosji, także przez Turcję, trafiły czeskie obrabiarki (więcej TUTAJ) oraz niemieckie i japońskie (TUTAJ).

Artykuł na portalu Reporter
TUTAJ
.

Mąż liderki Kuomintangu jako tajny współpracownik służb

Podczas gdy szefowa partii Kuomintang (KMT), Cheng Li-wun, przebywa z wizytą w Chinach, na Tajwanie ujawniono dokumenty z czasów autorytarny...