Pekin testuje nowy model represji i ma już na to ustawę

6 lipca w Taichungu, w hotelowym holu, został zaatakowany Yaita Akio (矢板明夫), japoński komentator polityczny, wieloletni szef tajpejskiego biura dziennika „Sankei Shimbun”, a obecnie szef ośrodka analitycznego zajmującego się strategią w regionie Indo-Pacyfiku. Yaita właśnie skończył wykład dla fundacji edukacyjnej. Napastnik szedł za nim, zawołał „panie Yaita”, a gdy ten się odwrócił, uderzył go pięścią w twarz i uciekł. 

Trzy i pół godziny później policja zatrzymała sprawcę na lotnisku w Taichungu, dwadzieścia minut przed wejściem na pokład samolotu do Hongkongu. Trzydziestotrzyletni mężczyzna o nazwisku Liao miał już kupiony bilet powrotny. Do jego zidentyfikowania przyczynił się tatuaż na lewym przedramieniu, uchwycony przez kamery. To, co ustalono w ciągu następnych czterdziestu ośmiu godzin, układa się w obraz, który powinien zaniepokoić nie tylko Tajwańczyków. 

Anatomia zlecenia 

Liao urodził się w prowincji Guangdong w ChRL i dopiero później uzyskał status mieszkańca Hongkongu. Według informacji, które hongkońscy znajomi przekazali samemu Yaicie, od nastoletnich lat często trafiał do więzienia. Na Tajwan przyleciał 2 lipca; nie po raz pierwszy w tym roku. Przez cztery dni zmienił trzy hotele i poruszał się wyłącznie samochodami zamawianymi przez aplikację. Miał wspólnika, który opuścił wyspę dzień przed atakiem. 

Po analizie telefonu i korespondencji Liao tajwańska policja uznała, że działał na zlecenie „sił zagranicznych”, i przekazała go prokuraturze z zarzutami nie tylko o uszkodzenie ciała, ale i z ustawy antyinfiltracyjnej. Prokuratura w Taichungu zakwalifikowała sprawę jako zaplanowaną przemoc transgraniczną i uzyskała areszt z zakazem kontaktów. Tajwańskie Rada ds. Chin Kontynentalnych oraz MSZ mówią wprost: to pierwszy przypadek represji transgranicznej od wejścia w życie chińskiej ustawy o promowaniu jedności narodowej. Sam Yaita ujął to trzeźwo: człowiek z takim życiorysem nie ogląda programów publicystycznych. Nie przyleciał, bo oburzyły go czyjeś komentarze dotyczące polityki międzynarodowej. Przyleciał, bo ktoś mu zapłacił.

 „Uderz i uciekaj” 

Dzień po ataku Yaita opublikował oświadczenie, w którym nadał temu zjawisku nazwę: „wynajęte pięści z Hongkongu” (香港快閃打手, Xianggang kuaishan dashou) - dosłownie: hongkońscy bojówkarze działający metodą błyskawicznego wypadu: wpaść, uderzyć, zniknąć. Model jest prosty. Sprawca posiada hongkoński dokument tożsamości, który pozwala mu swobodnie wjechać na Tajwan. Wjeżdża na krótko, namierza cel, atakuje i natychmiast wylatuje. Zleceniodawca nie musi pokazywać twarzy ani ponosić ryzyka. Za stosunkowo niewielkie pieniądze można wywołać w społeczeństwie efekt mrożący: dziś pobity zostaje komentator, jutro może to być polityk, naukowiec albo każdy, kto publicznie wyraża poglądy niezgodne z linią Komunistycznej Partii Chin. Gdy ludzie zaczynają się bać, że jedno zdanie może skończyć się pobiciem, ofiarą nie jest już pojedynczy człowiek, lecz wolność słowa całego kraju. 

Yaita sformułował wobec rządu w Tajpej dwa postulaty. Po pierwsze, takich spraw nie wolno traktować jak zwykłe pobicie; jeśli przemoc ma zastraszyć debatę publiczną, państwo musi ścigać ją z całą surowością, także na drodze cywilnej, tak, by „uderzyć i uciec” przestało być opłacalną transakcją. Po drugie, należy zrewidować mechanizmy kontroli wjazdowej: ogromna większość Hongkongczyków to ludzie kochający wolność i cenni przyjaciele Tajwanu, ale osoby z poważną przeszłością kryminalną powinny podlegać ocenie ryzyka, zanim wykorzystają otwartość wyspy do zlecania przemocy. 

Pekin odpowiada według znanego scenariusza 

Reakcja chińskiego Biura ds. Tajwanu przy Radzie Państwa była do przewidzenia. Jego rzecznik Chen Binhua (陳斌華) oświadczył 8 lipca, że chodzi o „przypadkowy, zwykły incydent porządkowy”, a napastnik działał „z poczucia słusznego oburzenia”. Winną jest oczywiście rządząca na Tajwanie Demokratyczna Partia Postępu, która „politycznie manipuluje” sprawą, by „oczerniać” nową chińską ustawę i „podsycać wrogość”. 

Warto się przy tym zdaniu zatrzymać, bo ono mówi więcej, niż zamierzał powiedzieć autor. Rzecznik chińskiego urzędu, teoretycznie niemający ze sprawą nic wspólnego, zna motywację sprawcy zatrzymanego przez tajwańską policję i siedzącego w areszcie; i publicznie go usprawiedliwia. Zaprzeczenie połączone z moralnym rozgrzeszeniem wykonawcy to sekwencja znana każdemu, kto śledzi operacje wpływu KPCh. Celnie spuentowała to posłanka partii rządzącej na Tajwanie: skoro Pekin tak szybko zna motyw, to sam się zdradza. 

Nie jest to zresztą przypadek odosobniony. W listopadzie 2025 roku pracownia mieszkającego na Tajwanie hongkońskiego działacza Tanga Wai-hunga (湯偉雄), uczestnika protestów z 2019 roku, została oblana czerwoną farbą; sprawca również przyleciał z Hongkongu. Pod koniec maja tego roku najstarszy klub komediowy w Tajpej, Kamedi (卡米地), został obrzucony ładunkami z białej farby zmieszanej z fekaliami; tego wieczoru miał tam wystąpić Huang Yi-hao (黃逸豪), komik znany z głośnego numeru wyśmiewającego Xi Jinpinga. Sprawcami byli tym razem miejscowi, co pokazuje drugi kanał tej samej machiny: obok przyjezdnych wykonawców istnieje rekrutacja na miejscu; tajwańska Rada ds. Chin Kontynentalnych zapowiedziała ściganie „lokalnych kolaborantów”. 

Schemat się powtarza i doskonali , a jego adresatami są niezmiennie ludzie słowa: działacz, satyryk, komentator. 

Ustawa, która ściga cały świat 

Kontekst prawny tej sprawy jest nowy - dosłownie. 12 marca 2026 roku chiński parlament uchwalił ustawę o promowaniu jedności i postępu narodowego (民族团结进步促进法, minzu tuanjie jinbu cujin fa), podpisaną przez Xi Jinpinga i obowiązującą od 1 lipca 2026 roku. Atak na Yaitę nastąpił pięć dni po jej wejściu w życie. 

To nie jest zwykła legislacja. 

Ustawa liczy 65 artykułów i otwiera ją preambuła; zabieg ten w chińskim prawie jest wyjątkowy, bo od ponad trzydziestu lat preambułę miała tam wyłącznie konstytucja. Sięgnięto po nią celowo: preambuła nadaje aktowi rangę uroczystej deklaracji politycznej, a nie zwykłego zbioru przepisów. Jest to też pierwsza od lat dziewięćdziesiątych ustawa, której projekt rozpatrywało Biuro Polityczne KC KPCh. Normalnie partia kontroluje proces legislacyjny piętro niżej - przez swoje struktury w parlamencie i zatwierdzanie planów ustawodawczych; jeśli konkretny projekt trafia na posiedzenie ścisłego, dwudziestokilkuosobowego kierownictwa z Xi Jinpingiem na czele, znaczy to, że kształt nadał mu osobiście szczyt władzy. Oficjalna nota wyjaśniająca mówi wprost: celem jest przekształcenie „ważnych myśli sekretarza generalnego Xi Jinpinga o polityce narodowościowej” w wolę państwa. To partyjny manifest ubrany w formę prawa. Treść to w większości ideologiczna inżynieria tożsamości. Rodzice mają ustawowy obowiązek wychowywać dzieci w „miłości do Komunistycznej Partii Chin” i nie wolno im wpajać nieletnim idei „niesprzyjających jedności narodowej”. Osobne przepisy rozciągają tę logikę na Hongkong, Makau i Tajwan, u mieszkańców, których państwo chińskie zamierza wzmacniać „świadomość przynależności do narodu chińskiego i bycia Chińczykami”, oraz na całą diasporę. Innymi słowy: ustawa definiuje Tajwańczyków, Hongkończyków i chińską emigrację jako część „wspólnoty narodu chińskiego” z mocy prawa ChRL, bez pytania kogokolwiek o zdanie. 

Kluczem jest jednak artykuł 63: „Organizacje i osoby znajdujące się poza granicami ChRL, które podejmują wobec ChRL działania niszczące jedność i postęp narodowy lub wywołujące rozłam narodowy, ponoszą odpowiedzialność zgodnie z prawem”. Nota wyjaśniająca otwarcie przyznaje, że rozdział o odpowiedzialności prawnej „reguluje eksterytorialny zakres stosowania ustawy”. Ustawa nigdzie przy tym nie definiuje, czym jest „niszczenie jedności narodowej”; jak zauważa tajwańska Rada ds. Chin Kontynentalnych, pod takim szerokim pojęciem można podciągnąć wsparcie dla Tajwanu, krytykę polityki w Xinjiangu czy Tybecie, a nawet wypowiedzi zagranicznych polityków. Rada nazywa rzecz po imieniu: to „ustawa o zjednoczeniu” przebrana za ustawę o jedności narodowej, znaczący krok od „sprzeciwu wobec niepodległości Tajwanu” ku „przymusowemu zjednoczeniu”. Konstrukcja artykułu 63 jest zresztą kalką artykułu 38 hongkońskiej ustawy o bezpieczeństwie narodowym z 2020 roku, który również obejmuje czyny popełnione przez kogokolwiek, gdziekolwiek na świecie. Wiemy, jak to się skończyło: Hongkong wystawił listy gończe i wyznaczył nagrody za głowy działaczy mieszkających w Londynie i Waszyngtonie. 

Pekin najpierw testuje narzędzie na Hongkongu, potem uniwersalizuje je na cały świat. Na zarzut „jurysdykcji długiego ramienia” chińskie ministerstwo sprawiedliwości odpowiada, że taka krytyka jest „nieobiektywna”, a przepis jedynie podnosi do rangi ustawy „sprawdzone od dawna doświadczenia w zarządzaniu”. Trudno o mimowolnie szczersze zdanie: represje transgraniczne trwają od lat, ustawa je tylko legalizuje. 

Pierwszy tydzień obowiązywania nowego prawa przyniósł ponurą sekwencję. 1 lipca ustawa weszła w życie. 2 lipca tybetański działacz Loga Rangzen dokonał samospalenia przed siedzibą ONZ w Nowym Jorku w proteście przeciwko niej — zmarł tego samego wieczora. 6 lipca w Taichungu pobito Yaitę. Trzy zdarzenia w sześć dni i gotowa odpowiedź na pytanie, czy artykuł 63 jest przepisem martwym, czy doktryną operacyjną. 

Ostrzeżenie z Tajpej 

Dzień po ataku wiceprezydent Tajwanu Hsiao Bi-khim (蕭美琴), otwierając doroczną konferencję poświęconą chińskim sieciom wpływu, wymieniła jednym tchem oba wydarzenia: samospalenie przed ONZ i pobicie w Taichungu, jako te, które „nie pozwoliły jej zasnąć”. Ostrzegła, że nowa ustawa może stać się „kolejnym narzędziem w tym arsenale” chińskich represji transgranicznych: rozszerzeniem logiki tłumienia dysydentów poza granice Chin, wymierzonym w krytyków Pekinu i ich środowiska za granicą. Wskazała przy tym szerszy arsenał: sieci Zjednoczonego Frontu, naciski na diasporę i zagraniczne ośrodki akademickie oraz nieoficjalne posterunki policyjne w miastach na całym świecie. Prezydent Tajwanu Lai Ching-te (賴清德) dodał do tego diagnozę systemową: od ustawy antysecesyjnej z 2005 roku po obecną ustawę o jedności narodowej Pekin spina nacjonalizm, polityczne zjednoczenie i tłumienie odmiennych opinii w jedną całość, a eksportowanym produktem jest strach. 

Zagrożone są nie tylko prawa Tajwańczyków, lecz także obywateli innych państw. Mechanizmy nacisku są w zasadzie cztery. Pierwszy to zastraszanie prawne: samo istnienie eksterytorialnego przepisu bez definicji czynu wywołuje efekt mrożący - tybetański działacz w Warszawie, tajwański naukowiec na konferencji czy dziennikarz piszący o Xinjiangu muszą kalkulować, czy jeszcze kiedyś polecą przez Hongkong lub Bangkok i czy ich rodzina w Chinach nie zapłaci ceny. Drugi to instrumentarium formalne: wnioski o ekstradycję, czerwone noty Interpolu, listy gończe z nagrodami na wzór hongkoński. Trzeci to nacisk na diasporę, której ustawa wprost dotyczy - co daje „prawne” umocowanie pracy Zjednoczonego Frontu i szantażowi rodzinnemu. Czwarty, jak w Taichungu, to represje pozaprawne z prawnym listkiem figowym: pobicie krytyka rękami wynajętego bandyty, które propaganda następnie przedstawia jako „słuszne oburzenie” obrońcy jedności narodowej.

Reakcje międzynarodowe już są. 

Departament Stanu USA zadeklarował stanowczy sprzeciw wobec ustawy i obronę suwerenności przed represjami transgranicznymi. Senatorowie Lindsey Graham i Sheldon Whitehouse zażądali od Pekinu zmiany tej praktyki, ostrzegając, że przyspieszy ona przymusową asymilację Tybetańczyków i Ujgurów oraz że może zostać wykorzystana przeciwko osobom i organizacjom spoza Chin. Niemieckie MSZ wyraziło głębokie zaniepokojenie osłabieniem praw mniejszości i wzmocnieniem represji transgranicznych. 

Dlaczego to sprawa także dla Europy 

Ktoś w Polsce mógłby wzruszyć ramionami: pobicie w Taichungu, daleko od nas. To błąd perspektywy. Istota tej sprawy nie leży w geografii, lecz w metodzie. Pekin od lat zleca brudną robotę światu przestępczemu - od zastraszania diaspory przez nielegalne posterunki policyjne po ataki na demonstrantów w Europie i Ameryce. Wynajęty bandyta z kartoteką daje zleceniodawcy to, co w tym systemie jest najcenniejsze: możliwość wyparcia się wszystkiego. Państwo, które oficjalnie zabiega o „wymianę ludzi i kultur”, nieoficjalnie sprawdza, ile przemocy zniesie otwarte społeczeństwo, zanim zacznie się cenzurować samo. Nowa ustawa dostarcza tej praktyce ideologicznego i quasi-prawnego uzasadnienia. 

Tajwan jest tu poligonem, ale technologia represji, jak każda technologia w rękach KPCh, nie zna granic. Dokument podróżny wolnego niegdyś miasta staje się przepustką do zleconej przemocy; otwartość demokracji zostaje obrócona przeciwko niej samej. Jeśli ten model okaże się skuteczny i tani, nic nie stoi na przeszkodzie, by zastosować go wobec krytyków Pekinu w Warszawie, Berlinie lub Londynie. Tym bardziej, że zaplecze w Europie już istnieje, a artykuł 63 nie zna pojęcia „za daleko”.

 Yaita zakończył swoje oświadczenie deklaracją, że atak go nie zastraszy: będzie dalej pisał, wykładał i występował w obronie „wolności od strachu”. Odpowiedź tajwańskiego państwa była na razie wzorcowa: sprawca zatrzymany przed odlotem, zarzuty z ustawy antyinfiltracyjnej, areszt. Ale prawdziwy sprawdzian dopiero nadejdzie. Bo zleceniodawca, jak zwykle, siedzi bezpiecznie po drugiej stronie cieśniny i patrzy, czy rachunek mu się opłacił.

Kolejna wielka czystka w armii. Czy Xi Jinping przygotowuje grunt pod czwartą kadencję?

26 czerwca władze Chin niespodziewanie odebrały mandaty delegatów do parlamentu trzem pełnym generałom Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Dotyczy to:

  • gen. Xu Xueqianga – odpowiedzialnego za rozwój i zakupy nowoczesnego uzbrojenia dla armii,
  • gen. Li Fengbiao – komisarza politycznego Zachodniego Teatru Działań, odpowiadającego m.in. za granicę z Indiami, Tybet i Xinjiang,
  • gen. Guo Puxiao – komisarza politycznego Sił Powietrznych ChALW.

Pekin nie podał powodów tej decyzji. W chińskim systemie odebranie mandatu parlamentarnego oznacza jednak utratę immunitetu i niemal zawsze jest pierwszym krokiem przed postawieniem zarzutów korupcyjnych oraz usunięciem z armii.

Szczególnie wymowne jest to, że obecna czystka objęła jednocześnie trzy strategiczne obszary: modernizację uzbrojenia, dowództwo odpowiedzialne za zachodni kierunek działań oraz całe lotnictwo wojskowe. Pokazuje to, że Xi Jinping nadal nie ufa nawet najwyższym dowódcom własnej armii. Zamiast obrazu monolitycznej i doskonale zdyscyplinowanej ChALW, widać strukturę zmagającą się z korupcją, walkami frakcyjnymi i kryzysem zaufania na najwyższych szczeblach dowodzenia.

To jednak tylko część obrazu. W Chinach armia jest narzędziem partii, a nie państwa, dlatego dla Xi Jinpinga polityczna lojalność dowódców ma znaczenie równie duże jak (a może nawet większe niż) ich kompetencje wojskowe. Problem w tym, że armia, w której awanse i przetrwanie zależą przede wszystkim od wierności przywódcy, może tracić zdolność do niezależnego myślenia i podejmowania odważnych decyzji. Generałowie zaczynają bardziej obawiać się politycznego błędu niż błędu na polu walki.

Jednocześnie rodzi się pytanie, dlaczego Xi wciąż prowadzi kolejne czystki po niemal piętnastu latach sprawowania władzy. Gdyby jego kontrola nad armią i aparatem partyjnym była absolutna, potrzeba usuwania kolejnych najwyższych dowódców prawdopodobnie byłaby znacznie mniejsza. Sam fakt, że kampania nie ustaje, może świadczyć o utrzymujących się napięciach wewnątrz elit oraz o tym, że Xi nadal nie ufa dużej części establishmentu wojskowego.

W miarę zbliżania się XXI Zjazdu KPCh w 2027 r., na którym Xi Jinping może ubiegać się o bezprecedensową czwartą kadencję jako sekretarz generalny partii, działania te nabierają szczególnego znaczenia. Przed Zjazdem Xi chce mieć pewność, że armia będzie wobec niego bezwzględnie lojalna. Problem polega jednak na tym, że wbrew przekazowi propagandy, jego pozycja nie jest tak całkowicie niezagrożona, jak chciałby, aby świat uwierzył.


Singapur zaskoczył Pekin i dał lekcję Tajwanowi

Ostatnio uwagę całego regionu przykuł wywiad, którego Lee Hsien Loong udzielił w Pekinie. Lee Hsien Loong, wieloletni premier Singapuru, syn założyciela państwa Lee Kuan Yewa, od maja 2024 roku minister senior , powiedział do chińskich towarzyszy, że  Singapur współpracuje z Chinami,  "bo mamy wspólne interesy — nie dlatego, że łączy nas wspólne pochodzenie etniczne." Dodał: "Jesteśmy krajem chińskiej większości, ale wielorasowym społeczeństwem. Jesteśmy osobnym państwem z osobną suwerennością od Chin."

Pekin od lat operuje zestawem magicznych zaklęć: „wspólna krew", „jedna rodzina", „potomkowie Żółtego Cesarza". Brzmią jak czuła troska wujka przy świątecznym stole, ale przekaz jest jednoznaczny: skoro jesteśmy jedną rodziną, to głowa rodziny decyduje. A głową rodziny jest Pekin.

Lee Hsien Loong rozłożył te zaklęcia na części. Kultura to kultura. Gospodarka to gospodarka. Interes narodowy to interes narodowy. To, że i my, i wy jemy ciasteczka księżycowe podczas Święta Księżycowego, nie oznacza naszej politycznej lojalności wobec KPCh.

Singapur przez sześćdziesiąt lat mozolnie budował tożsamość obywatelską odporną na chiński magnetyzm. Kraj, w którym 75% mieszkańców to etniczni Chińczycy, celowo wybrał angielski jako język administracji i edukacji; nie z kompleksów, lecz z zimnej kalkulacji. Żaden sąsiad nie miał mieć powodu, żeby nazywać Singapur chińską forpocztą w Azji Południowo-Wschodniej.

Lee Kuan Yew wiedział, że państwo zbudowane na etnicznej chińskości byłoby z góry skazane, albo na polityczne wchłonięcie przez Pekin, albo na permanentną podejrzliwość ze strony malajskiego i indonezyjskiego sąsiedztwa. Singapurska tożsamość od początku była więc projektem inżynieryjnym: Chińczycy, Malajowie, Tamilowie - razem Singapurczycy.

Warto jednak powiedzieć tu wprost: Singapur nie jest demokracją. Rządząca PAP od dekad ogranicza wolność prasy, opozycję traktuje instrumentalnie, a kontrola społeczna bywa tam dusząca. Singapur zbudował swoją tożsamość obywatelską metodami, które w demokratycznym państwie byłyby nie do przyjęcia. To nie jest model do naśladowania.

Pekin gra dokładnie tę samą kartą wobec Tajwanu: kto mówi po chińsku i świętuje te same święta, ten należy do wielkiej chińskiej rodziny i powinien słuchać Pekinu.

Dlatego słowa Lee mają dla Tajwanu szczególny ciężar. Singapur, kraj chińskiej większości, gospodarczo spleciony z Chinami, geograficznie otoczony przez muzułmańskich sąsiadów, powiedział Pekinowi wprost i na jego własnym terytorium: kultura jest w dużym stopniu wspólna, suwerenność jest osobna. Jeśli może to powiedzieć Singapur, tym bardziej może to powiedzieć Tajwan.

Tajwan nie potrzebuje do tego odgórnej inżynierii społecznej ani jednopartyjnej dyscypliny. Ma coś, czego nie mają ani Pekin, ani Singapur: demokrację, która dobrze działa. Wolne wybory, wolną prasę, obywateli, którzy mogą powiedzieć władzom „nie". To właśnie jest ich odpowiedź na chiński magnetyzm; nie dekret, lecz świadomy wybór.

Ameryka buduje arsenał dla Tajwanu

Jedenastego czerwca Komitet Sił Zbrojnych Senatu USA przegłosował 18 głosami przeciw 9 projekt ustawy obronnej na rok fiskalny 2027, tak zwanej NDAA (National Defense Authorization Act, coroczna ustawa określająca budżet i politykę obronną Stanów Zjednoczonych). Wśród jej przepisów znalazł się jeden, który przeszedł niemal bez echa w polskich mediach, a ma znaczenie strategiczne trudne do przecenienia.

Po raz pierwszy w historii Kongres USA formalnie upoważnił Departament Wojny (DoW) do ustanowienia programu War Reserve Stockpile dla Tajwanu.

Co to jest War Reserve Stockpile

Wyobraźmy sobie magazyn pełen rakiet, amunicji i sprzętu wojskowego, zamknięty na kłódkę z napisem „własność USA". Klucz jest w Waszyngtonie, ale magazyn stoi w pobliżu Tajwanu. Gdy wybuchnie konflikt, prezydent USA jedną decyzją przekazuje tajwańskiemu wojsku jego zawartość. Bez czekania na dostawy z Ameryki, bez przeprawiania się przez ocean pod ostrzałem.

Właśnie to oznacza War Reserve Stockpile, wojenny magazyn rezerwowy. USA stosują ten mechanizm od dekad: podobne magazyny istnieją dla Izraela i Korei Południowej. Tajwan do tej pory był z tego systemu wykluczony. Kongres właśnie to zmienia.

Dotychczas wobec Tajwanu Kongres wydawał rekomendacje i zlecał raporty. Ustawa z 2025 roku nakazała jedynie przeprowadzenie analizy możliwości utworzenia regionalnego magazynu awaryjnego dla Tajwanu. Teraz jest inaczej: NDAA FY2027 to formalne upoważnienie ustawowe, które zmusza administrację do działania.

Problem geograficzny, którego nie ma Ukraina

Ukraina graniczy lądowo z Polską, Słowacją, Rumunią. Nawet w czasie pełnoskalowej inwazji zachodnie dostawy broni płynęły przez przejścia graniczne.

Tajwan jest wyspą. W razie konfliktu Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza (PLA) z całą pewnością zastosuje blokadę morską i powietrzną. Dlatego kluczowe jest gdzie stanie magazyn; jeśli na Filipinach czy Guamu, transport do Tajwanu w czasie wojny nadal będzie wymagał przebicia się przez chińską blokadę. Jeśli na samym Tajwanie to problem znika, ale rośnie ryzyko polityczne i staje się celem uderzenia już w pierwszych godzinach konfliktu. Stąd milczenie ustawy w tej kwestii nie jest przypadkowe.

Magazyn bojowy zbudowany przed konfliktem oznacza zdolność Tajwanu do obrony przez tygodnie lub miesiące bez zewnętrznego zaopatrzenia. Priorytetem będzie amunicja, którą tajwańskie wojsko może użyć bez dodatkowego szkolenia: rakiety przeciwokrętowe, Stinger (przenośna rakieta przeciwlotnicza wystrzeliwana z ramienia, zdolna zestrzelić śmigłowiec lub drona — znana z Ukrainy i Afganistanu), systemy rakietowe HIMARS.

Tajwan jako element łańcucha, nie samotna wyspa

Ta sama ustawa przemianowuje Taiwan Security Cooperation Initiative, program współpracy obronnej stworzony specjalnie dla Tajwanu, na First Island Chain Security Cooperation Initiative, czyli Inicjatywę Współpracy Bezpieczeństwa Pierwszego Łańcucha Wysp. Zmiana nazwy to nie kosmetyka: program przestaje być dwustronny (USA–Tajwan) i obejmuje teraz cały archipelag, również Filipiny. Przedłużony zostaje do 2032 roku

To formalne wbudowanie Tajwanu w zintegrowaną architekturę obronną, którą wspólnie tworzą Stany Zjednoczone, Japonia, Korea Południowa i Filipiny. Tajwan nie jest już traktowany jako osobny problem; jest elementem zintegrowanej linii obrony. Ustawa nakazuje też DoW przeprowadzenie przeglądu opóźnień w sprzedaży uzbrojenia dla całej tej czwórki oraz ocenę wpływu tych opóźnień na zdolność do utrzymania skutecznej obrony wzdłuż łańcucha. Wersja Izby Reprezentantów przewiduje na ten program kwotę do miliarda dolarów.

„Trump porzuci Tajwan"; skąd się bierze ta narracja i dlaczego jest fałszywa

Od początku drugiej kadencji Trumpa w chińskich mediach państwowych, a za nimi w części zachodnich komentarzy, krąży teza: Trump jest transakcyjny, Tajwan go nie interesuje, wystarczy odpowiednia oferta gospodarcza dla Pekinu i Waszyngton odwróci się od Tajpej.

Fakty są inne. NDAA FY2027 przeszła przez Komitet Sił Zbrojnych Senatu głosami przedstawicieli obu partii. Kongres, nie tylko administracja,  buduje wieloletnią architekturę obronną dla Tajwanu z horyzontem do 2032 roku. Magazyn bojowy, miliard dolarów na uzbrojenie, audyt opóźnień w dostawach, rozszerzenie programu na Filipiny; to nie są gesty. To infrastruktura, której nie da się odwrócić jednym tweetem ani jedną rozmową telefoniczną z Xi Jinpingiem.

Retoryka Trumpa bywa myląca - celowo. Aparat państwowy i Kongres budują tymczasem struktury, które mają działać niezależnie od tego, kto będzie rządzić w Białym Domu.

Narracja o porzuceniu Tajwanu służy jednemu celowi: osłabieniu tajwańskiej woli oporu i zachodniego zaangażowania jeszcze przed ewentualnym konfliktem. To operacja informacyjna, nie analiza.

Gdzie stanie ten magazyn?

Lokalizacja pozostaje nieznana, a to milczenie jest prawdopodobnie celowe. Jeśli Tajwan ma własne zapasy wystarczające na kilka tygodni walki, Waszyngton i sojusznicy zyskują krytyczne okno decyzyjne, zanim linia obrony zostanie przełamana.

Arsenał na pierwszej linii to nie prowokacja. To cena, którą Pekin zapłaci za atak, zanim jeszcze odda pierwszy strzał.

„Człowiek Pekinu". Szefowa Kuomintangu w USA

Szefowa Kuomintangu, Cheng Li-wun, największej partii opozycyjnej w tajwańskim parlamencie, przebywa  z dwutygodniową wizytą w Stanach Zjednoczonych. Ma odwiedzić pięć miast, spotkać się z kongresmenami, przedstawicielami think tanków i biznesu. Już na samym początku jej wizyty padło zdanie, które wywołało burzę.

圖由國民黨提供

W San Francisco Cheng powiedziała, że gdyby nie spotkała się wcześniej z Xi Jinpingiem, byłaby „nic nieznaczącą", wręcz „pomijalną" szefową partii. Cała jej waga polityczna bierze się więc, wedle jej własnych słów, z tego, że odwiedziła Pekin i uścisnęła dłoń przywódcy Komunistycznej Partii Chin. To nie zarzut przeciwników, wyrwany z kontekstu. To autodefinicja.

Oba brzegi należą do narodu chińskiego"

Na bankiecie dla diaspory w Nowym Jorku Cheng oświadczyła wprost: „oba brzegi cieśniny należą do jednego narodu chińskiego i nie będziemy tworzyć trwałego podziału". To już nie zawoalowany „dialog"; to dosłownie pekińska teza o jednych Chinach, wygłoszona przez liderkę tajwańskiej opozycji na amerykańskiej ziemi.

Reszta była rozwinięciem tej samej melodii: powrót do konsensusu z 1992 roku, odrzucenie niepodległości Tajwanu, osobiste powołanie się na Xi Jinpinga jako orędownika „pokoju". I ostrzeżenie, że Tajwan nie może stać się „drugą Ukrainą". Brzmi jak troska, a jest argumentem za kapitulacją: skoro opór grozi zniszczeniem, lepiej się nie opierać.

Wymowne jest też to, czego nie powiedziała. Ani słowa o tym, że to Pekin grozi Tajwanowi siłą. Cała wina za napięcia spada na rządzącą partię i prezydenta Lai Ching-te. Sprawca i ofiara zamieniają się miejscami; znak firmowy każdej dobrze wykonanej propagandy.

Amerykanie nazwali rzecz po imieniu

Najostrzejszą diagnozę tej wizycie wystawiła nie strona tajwańska, lecz amerykańska.

„Wall Street Journal" opatrzył relację z jej podróży nagłówkiem: „Liderka tajwańskiej opozycji przyjeżdża do USA z przekazem prosto z Pekinu". Stacja Fox News poszła dalej i nazwała ją wprost: „człowiekiem Pekinu" na Tajwanie. To nie był margines, lecz główny nurt amerykańskich mediów, czytany przez tych samych polityków, z którymi Cheng miała się spotykać.

A potem padły słowa najcięższego kalibru; nie z gazety, lecz z ust dyplomaty. Raymond Greene, dyrektor Amerykańskiego Instytutu na Tajwanie, czyli de facto ambasador Stanów Zjednoczonych, stwierdził, że w mediach międzynarodowych utrwaliło się wrażenie, iż Kuomintang zaczął przejmować i naśladować stanowiska Komunistycznej Partii Chin w kluczowych kwestiach dyplomacji i bezpieczeństwa, pomijając interesy Ameryki i Japonii. Dodał, dyplomatycznie, że wizyta Cheng „powinna być okazją", by te obawy rozwiać.

Kiedy ambasador państwa sojuszniczego publicznie sygnalizuje, że największa partia opozycyjna dryfuje w stronę linii wrogiego mocarstwa, to nie jest komentarz. To ostrzeżenie.

Cisza, która krzyczy najgłośniej

Najbardziej wymowny w całej tej historii nie jest jednak żaden głos. Jest milczenie.

Wizyta Cheng wypadła dokładnie w 37. rocznicę masakry na placu Tiananmen. Czwartego czerwca 1989 roku chińskie czołgi i karabiny maszynowe rozjechały i rozstrzelały bezbronnych studentów i robotników, którzy domagali się wolności słowa i końca korupcji. Reżim ChRL wymazał to wydarzenie z własnej historii.

I właśnie tego dnia centrala Kuomintangu pod kierownictwem Cheng nie powiedziała ani słowa. Jak zauważył Wang Dan, jeden z przywódców studentów z 1989 roku, to prawdopodobnie pierwszy raz od samego 1989 roku, gdy ani centrala KMT, ani jej przewodniczący nie wydali żadnego oświadczenia upamiętniającego ofiary. Wang ujął to gorzko: „Już nawet nie chce im się udawać".

Co więcej, pod wpisami Cheng na Facebooku komentarze zawierające słowa „Tiananmen" czy „4 czerwca" zaczęły znikać, a piszących je użytkowników blokowano. Tajwańska polityk stosująca u siebie tę samą cenzurę słów-kluczy, którą reżim stosuje w Chinach kontynentalnych - trudno o bardziej dosłowny symbol.

I tu detal, który zamyka sprawę. To nie znaczy, że w całym Kuomintangu nie odezwał się nikt. Odezwał się były przewodniczący Eric Chu prywatnym wpisem: wobec historii trzeba mieć pamięć, wobec przyszłości odwagę. Ale aparat partii i jej obecna szefowa milczeli. Weteran spoza dzisiejszego kierownictwa potrafił. Cheng i kierowana przez nią centrala nie potrafiły. A skoro stać na to było poprzednika, a nie stać następczyni, milczenie przestaje być luką w kalendarzu. Staje się deklaracją.

Most. Ale dla kogo?

Cheng broni się eleganckim słowem. Mówi, że Kuomintang ma być „budowniczym mostów" między Tajwanem, Pekinem a Waszyngtonem.

Most to piękna metafora. Tyle że most jest konstrukcją, po której ruch odbywa się w obie strony. Pytanie, które zadaje tajwańska opozycja, jest więc proste: most, ale dla kogo? Czy po to, by chronić Tajwan? Czy raczej po to, by wpływy Pekinu mogły wygodnie przejść na drugą stronę cieśniny?

W tym samym czasie, gdy Cheng mówiła o mostach w Ameryce, w tajwańskim parlamencie szef klubu jej partii zgłaszał poprawkę do ustawy o obywatelstwie, taką, która pozwoliłaby osobom posiadającym obywatelstwo Chińskiej Republiki Ludowej startować w wyborach na Tajwanie bez rezygnacji z chińskiego paszportu. To wpuściłoby do tajwańskiej polityki ludzi z paszportami państwa, które jawnie dąży do przejęcia wyspy.

Cheng Li-wun przyjechała do Stanów Zjednoczonych, by przekonać Amerykę, że Kuomintang jest najbardziej odpowiedzialną siłą zdolną utrzymać pokój w cieśninie. Jak na razie ma za sobą nagłówek o „człowieku Pekinu", ostrzeżenie amerykańskiego ambasadora i ciszę w rocznicę masakry.

Natura KPCh bez kostiumu: zwłoki bez organów, gwałt zamiast śledztwa



Na Tajwanie głośno zrobiło się o relacji, którą trudno czytać bez wstrząsu. Tajwanka występująca pod pseudonimem „MG" opowiedziała w emigracyjnym podkaście politycznym „Dayu Pai'an Jingqi" (大宇拍案驚奇), prowadzonym przez doświadczonego dziennikarza Li Dayu (李大宇), rodzinną tragedię, którą przez ponad piętnaście lat trzymała w tajemnicy.

Sam prowadzący, zna chiński aparat medialny od środka. Zaczynał jako stażysta-reżyser w CCTV, państwowej telewizji ChRL, jeszcze przed ukończeniem studiów. Odszedł z własnej woli; jak tłumaczył, nie chciał być narzędziem partyjnej propagandy. Korzystając z oprogramowania omijającego chińską zaporę sieciową, zetknął się w internecie z emigracyjną New Tang Dynasty TV; po wyjeździe za granicę dołączył do tej stacji jako reporter i prezenter, a z czasem został redaktorem naczelnym serwisu informacyjnego. Dziś prowadzi własny kanał. Tę drogę, od chińskiej telewizji państwowej do mediów emigracyjnych, warto odnotować, bo daje perspektywę człowieka, który poznał mechanizm działania KPCh od wewnątrz.

Ojciec MG, tajwański przedsiębiorca budowlany, miał zostać zaproszony do Chin około 1998 roku, aby wesprzeć tamtejsze projekty inwestycyjne. Po przyjeździe, według relacji, odebrano mu paszport i zezwolenie na pobyt w Chinach (tzw. taibaozheng, dokument wydawany Tajwańczykom przez ChRL), nakazano zatrudniać wyłącznie miejscowych i odcięto go od jakiegokolwiek wsparcia. Rodzice MG mieli nawet przeprowadzić fikcyjny rozwód, na papierze, bez faktycznego rozstania, po to, by w razie kłopotów ojca w Chinach jego problemy prawne i finansowe nie spadły na żonę i na tajwańską centralę firmy. Ojciec stał się, jak to ujęła MG, „bankomatem" dla skorumpowanej policji i lokalnych grup przestępczych. MG wspomina telefon z żądaniem trzech milionów dolarów tajwańskich okupu, gdy miała dziewiętnaście lat; przez kolejne lata rodzina raz po raz przelewała sumy wymuszane pod groźbą.

W kwietniu 2009 roku, tuż przed planowanym powrotem ojca na jej ślub, mężczyzna miał zostać uprowadzony z ulicy przez chińskich policjantów w Dali w prowincji Yunnan. 7 maja rodzina dostała zawiadomienie, że zmarł rzekomo na skutek nagłego zatrzymania krążenia.

Dwudziestopięcioletnia wówczas MG pojechała sama, by rozpoznać ciało. Twierdzi, że w komisariacie zamknięto ją w pokoju. Trzej  policjanci zażądali od niej łapówki, po 5000 juanów(wówczas ok. 2200 zł) dla każdego, pod pozorem „opłaty za herbatę", chińskiego eufemizmu na wymuszoną łapówkę; a gdy nie miała przy sobie tyle gotówki, zgwałcili ją w zamkniętym pokoju. Mając wykształcenie medyczne, przy pożegnaniu z ciałem miała wyczuć, że zwłoki ojca pozbawione są mostka, że serce i płuca są zapadnięte, brakuje nerek i części jelit, a oczodoły są puste. Podpisała zgodę na kremację, bo, jak mówi, tylko tak mogła sprowadzić ojca do domu.

Po latach leczenia psychiatrycznego zdecydowała się mówić. Li Dayu twierdzi, że zrobiła to, by zwrócić uwagę świata na nielegalne przeszczepy organów i przestrzec Tajwańczyków przed ryzykiem podróży do Chin.   

 Historia MG jest sprzed kilkunastu lat, ale to, co stanowi jej jądro: bezkarność aparatu, traktowanie cudzego ciała jak surowca, prawo i policja w roli narzędzia wymuszeń, za rządów Xi Jinpinga nie osłabło, lecz się umocniło. Niezależny China Tribunal pod przewodnictwem sir Geoffreya Nice'a, brytyjskiego prawnika, który oskarżał Slobodana Miloševicia przed trybunałem ONZ, w 2019 roku orzekł, że przymusowe pobieranie organów w Chinach trwało na masową skalę przez wiele lat i nadal trwa. Pod władzą Xi system nadzoru, represji wobec mniejszości i więźniów sumienia stał się jedynie gęstszy i bardziej scentralizowany.

Gdy więc dziś przedstawia się nam Chiny jako „konserwatywną alternatywę", a przywódców KPCh stroi w szaty konfucjańskich, statecznych polityków, warto pamiętać, czym to państwo bywa dla bezbronnej jednostki, która wpadnie w jego tryby, i że nie mówimy o minionej epoce, lecz o porządku, który wciąż działa. Konfucjańska fasada to kostium. Pod nim trwa aparat, który traktuje ludzkie ciało jak surowiec, a prawo jak narzędzie przymusu. To samo doświadczyliśmy, w innej skali i innym czasie, gdy „ludowe" państwo zapewniało nas o swojej trosce.

Pekin walczy z pamięcią o Tiananmen

Po 37 latach od masakry na placu Tiananmen Komunistyczna Partia Chin wciąż nie czuje się bezpieczna. Sam bunt stłumiono dawno temu,  tysiące osób zabito, a tę datę wymazano z podręczników. Jednak pamięć nie dała się rozjechać czołgiem. Przez ponad trzy dekady nie udało się tego zrobić właśnie dzięki Hongkongowi, jedynemu miejscu pod chińską (ChRL) jurysdykcją, gdzie pamięć o ofiarach 4 czerwca 1989 roku przez lata była żywa i publicznie pielęgnowana.

Co roku 4 czerwca tysiące ludzi wypełniały Park Victoria, by przy zapalonych świecach przypomnieć światu o tym, co Pekin chciałby pogrzebać na zawsze. Tę tradycję stworzyli konkretni ludzie: Lee Cheuk-yan, Chow Hang-tung i Jimmy Lai. Wszyscy troje płacą dziś za nią najwyższą cenę.

69-letni Lee Cheuk-yan przez dziesięciolecia był jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy hongkońskiego ruchu prodemokratycznego. Jako przewodniczący Hong Kong Alliance współorganizował coroczne czuwania, wspierał chińskich dysydentów i podtrzymywał pamięć o wydarzeniach z 1989 roku. Chow Hang-tung, 41-letnia prawniczka młodszego pokolenia, przejęła tę rolę, gdy zaczęły się represje. Kiedy władze zdelegalizowały czuwania, nie ugięła się; wzywała Hongkończyków, by samodzielnie zapalali świece w oknach i na ulicach. Dziś oboje są sądzeni na podstawie ustawy o bezpieczeństwie narodowym, oskarżeni o „podżeganie do działalności wywrotowej", w istocie o podtrzymywanie pamięci o Tiananmen. To zarzut zagrożony karą do 10 lat więzienia. Proces zakończył się w maju 2026 roku; wyrok jest spodziewany w lipcu. Tak wygląda dzisiejszy Hongkong: można w nim trafić za kratki za wezwanie do zapalenia świeczki.

Najgłośniejszą ofiarą tej wojny z pamięcią jest jednak Jimmy Lai. To masakra na Tiananmen była dla niego politycznym przebudzeniem. Z bogatego przedsiębiorcy stał się jednym z najbardziej zdeterminowanych obrońców wolności słowa w mieście. W 1995 roku założył Apple Daily, gazetę, która przez ćwierć wieku nie pozwalała zapomnieć o 4 czerwca, publikując świadectwa ocalałych, wywiady z dysydentami oraz relacje z czuwań. Za to między innymi zapłacił. 78-letniego Lai'a uznano za winnego w grudniu 2025 roku, a 9 lutego 2026 roku skazano go na 20 lat więzienia za zmowę w celu kolaboracji z obcymi siłami i publikowanie materiałów wywrotowych. Jest to najsurowszy dotychczas wydany wyrok na podstawie ustawy o bezpieczeństwie narodowym. Dla człowieka w jego wieku to wyrok śmierci.

Reżim będący drugą gospodarce świata, mający armię liczącą miliony żołnierzy i najbardziej rozbudowany aparat cenzury w dziejach, wytacza cały swój majestat przeciwko staruszkowi, prawniczce i działaczowi związkowemu. Za co? Za świece. Za gazetowe teksty. Za odmowę zapomnienia. To nie jest siła. To strach.

Komuniści mogą kontrolować media, szkoły i internet. Mogą wymazać datę z kalendarza i usunąć wyniki wyszukiwania. Pamięci nie potrafią wymazać i to ona, a nie demonstracja, jest dla nich realnym zagrożeniem. Protest rozpędza się w jedno popołudnie. Pamięć trzeba ścigać dekadami, proces po procesie, i nigdy nie da się jej zamknąć ostatecznie.

---------------------------------------------------------------------------

Warto sięgnąć po dokument „The Hong Konger: Jimmy Lai's Extraordinary Struggle for Freedom" (2023) - historię człowieka, który mógł uciec z Hongkongu , a został i zapłacił za to wolnością.


Tym razem Pekin dostał, na co zasłużył: odpowiedź ich własnym językiem


Będąc w Chinach, Trump zapowiedział, że polityka Stanów Zjednoczonych wobec Pekinu będzie oparta na zasadzie wzajemności i, jak deklaruje, słowa dotrzymuje. Sprawa wydalonej korespondentki "New York Timesa" stała się okazją, by tę deklarację sprawdzić.

Chiny nakazały Vivian Wang, korespondentce gazety w Chinach od 2020 roku, opuszczenie kraju. Powód sięga grudniowego szczytu DealBook Summit 2025. Zaprezentowano na nim nagrany wywiad z prezydentem Tajwanu Lai Ching-te, przeprowadzony przez Andrew Rossa Sorkina. Sorkin nazwał Tajwan państwem, a Lai ostrzegł przed agresywnym zachowaniem Pekinu w Cieśninie Tajwańskiej i zadeklarował, że Tajwan zrobi wszystko, by się obronić. Wang nie odgrywała w tym wydarzeniu żadnej roli, ani w jego organizacji, ani w programie. W lutym nakazano jej jednak wyjazd.

Trzeba to powiedzieć wprost: nie było absolutnie powodu, by karać. DealBook jest imprezą "New York Timesa", a wolne medium ma prawo zaprosić, kogo zechce, i pozwolić mu mówić, co uzna za stosowne; to nie przywilej, lecz fundament istnienia niezależnej prasy. Pekin uznał jednak słowa wypowiedziane na cudzej konferencji za prowokację i zemścił się na reporterce, która nie miała wpływu na żadną z tych decyzji. Jest to logika gangstera, a nie państwa: skoro nie można dosięgnąć tych, którzy zaprosili Lai i nazwali Tajwan państwem, uderza się w kogoś, kto akurat jest pod ręką. Wang stała się zakładniczką urażonej dumy autorytarnego reżimu.

Tym razem Waszyngton nie przełknął tego w milczeniu. Pod koniec maja administracja Trumpa cofnęła wizę obywatelowi Chin pracującemu w USA dla państwowej agencji Xinhua. Nazwiska dziennikarza nie ujawniono; wiadomo jedynie, że jest to chiński obywatel zatrudniony przez państwową agencję. Bezpośrednia odpowiedź na wyrzucenie amerykańskiego reportera była rzadkością. Cios okazał się przy tym celny: wielu urzędników administracji oraz niezależnych analityków uważa Xinhua nie za redakcję, lecz za propagandowy organ chińskiego rządu. Pekin stracił zatem nie dziennikarza, lecz urzędnika aparatu propagandy.

Ta sprawa obnaża prostą prawdę. Pekin od lat traktuje wizy i akredytacje jako narzędzie usuwania reporterów, których relacje uznaje za politycznie niewygodne. Próba dyktowania wolnym mediom, kogo wolno im zapraszać, nie broni żadnej zasady; to zwykły szantaż. A na szantaż odpowiedź oparta na wzajemności bywa jedynym językiem, który tego rodzaju reżim rozumie.

Dawni wrogowie, wspólny przeciwnik. Jak Japonia i Filipiny budują mur wokół Chin



„Manila to Warszawa Azji!",  miał wykrzyknąć w marcu 1945 roku amerykański generał Douglas MacArthur, przemierzając ulice właśnie wyzwolonej z japońskiej okupacji stolicy Wspólnoty Filipińskiej, obróconej w morze gruzów. Ponad 80 lat później Tokio i Manila zacieśniają współpracę jak nigdy wcześniej, bo na horyzoncie pojawił się wspólny wróg. Są nim Chiny.

Wizyta, która zmienia układ sił w Azji

W dniach 26–29 maja 2026 roku prezydent Filipin Ferdinand „Bongbong" Marcos Jr. odbył pierwszą w swojej kadencji wizytę państwową w Japonii. Oficjalnie z okazji 70. rocznicy nawiązania stosunków dyplomatycznych. Nieoficjalnie: to moment, w którym dwa azjatyckie państwa formalnie ogłosiły, że stoją ramię w ramię przeciwko Pekinowi.

Japonia i Filipiny formalnie podniosły wzajemne relacje do statusu kompleksowego partnerstwa strategicznego" (Comprehensive Strategic Partnership), co japońscy urzędnicy sami określili jako „o krok od formalnego sojuszu wojskowego". W japońskiej dyplomacji to drugi najwyższy szczebel, jaki w ogóle istnieje. Wyżej jest już tylko traktat sojuszniczy w stylu tego, który Tokio ma z Waszyngtonem.

Manila 1945 — zapomniana Warszawa

Wcześniejszy cytat z MacArthura nie był figurą retoryczną. Manila była drugą, po Warszawie, najbardziej zniszczoną stolicą aliancką podczas II wojny światowej. Prawie cztery lata brutalnej japońskiej okupacji, ponad 100 tysięcy zamordowanych cywilów w samej tylko rzezi w Manili w lutym 1945 roku. Wcześniej, w kwietniu 1942 roku, Japończycy zmusili 76 tysięcy alianckich jeńców (głównie Filipińczyków i Amerykanów) do morderczego marszu z półwyspu Bataan do obozu jenieckiego O'Donnell - 100 kilometrów w tropikalnym upale, bez wody i jedzenia, padających dobijano bagnetami. Zginęło 7–10 tysięcy ludzi. Historia zapamiętała to jako „marsz śmierci z Bataan".

Pomimo tej historii, dziś współpraca militarna Filipin z Japonią rozwija się jak nigdy wcześniej. Od kwietnia do maja 2026 roku około 1400 japońskich żołnierzy bojowych zostało rozmieszczonych na terytorium Filipin w ramach ćwiczeń Balikatan. Po raz pierwszy od 1945 roku japońscy żołnierze postawili nogę na filipińskiej ziemi z bronią w ręku i nie jako obserwatorzy, tylko jako pełnoprawni uczestnicy ćwiczeń z ostrą amunicją. W trakcie manewrów japońskie rakiety przeciwokrętowe Type 88 zatopiły ćwiczebny cel u wybrzeży Filipin. Chiny odpowiedziały na to ostrym oświadczeniem o „graniu z ogniem".

Chiny — prawdziwy powód

Pekin od lat prowadzi politykę, którą można nazwać jednym słowem: agresją.

Morze Południowochińskie. Chiny roszczą sobie prawo do około 90% tego akwenu, mimo że graniczy z nim sześć innych państw. W 2016 roku Międzynarodowy Trybunał Arbitrażowy w Hadze orzekł jednoznacznie: chińskie roszczenia nie mają żadnej podstawy prawnej. Wyrok zapadł na korzyść Filipin. Pekin go zignorował.

Od tego czasu Chiny:

  • stworzyły sztuczne wyspy na spornych rafach i zbudowały na nich bazy wojskowe,
  • regularnie taranują filipińskie statki straży przybrzeżnej armatkami wodnymi,
  • blokują filipińskim rybakom dostęp do ich własnych łowisk,
  • używają „flotylli rybackich" jako de facto sił paramilitarnych.

Tajwan. Pekin otwarcie deklaruje, że „zjednoczy" wyspę, w razie potrzeby siłą. Japonia traktuje to śmiertelnie poważnie. W listopadzie 2025 roku premier Sanae Takaichi publicznie stwierdziła, że chińska inwazja na Tajwan byłaby dla Japonii „sytuacją zagrażającą przetrwaniu", czyli powodem do militarnej interwencji. To pierwszy raz, gdy japoński szef rządu wprost powiedział, że Tokio użyłoby wojska w obronie Tajwanu. Sam Marcos w wywiadzie dla japońskich mediów na kilka dni przed wizytą w Tokio postawił sprawę jeszcze ostrzej: „W przypadku Japonii to bardziej kwestia wyboru, czy być zaangażowanym. My, Filipiny, nie mamy wyboru; Tajwan jest tak blisko, a niemal 200 tysięcy Filipińczyków pracuje na wyspie". W przypadku chińskiej inwazji Filipiny staną się natychmiast strefą przyfrontową, czy tego chcą, czy nie, leżą zaledwie 100 kilometrów od Tajwanu.

Co dokładnie ustalono w Tokio

Wizyta Marcosa w Japonii przyniosła konkretne ustalenia, które wzmacniają obronę obu krajów przed chińskim zagrożeniem.

Współpraca wojskowa nabiera tempa. Oba kraje uzgodniły pełne wdrożenie umowy o wzajemnym dostępie wojsk (RAA) z 2024 roku; Filipiny są jedynym krajem Azji Południowo-Wschodniej, z którym Japonia podpisała taki dokument. Do tego dochodzi styczniowa umowa ACSA, która reguluje wymianę zaopatrzenia między armiami obu państw. Marcos i Takaichi ogłosili również formalny start negocjacji w sprawie GSOMIA, porozumienia o wymianie tajnych informacji wojskowych. Dzięki niemu Japonia uzyska legalny dostęp do filipińskich danych wywiadowczych z Morza Południowochińskiego, a w przyszłości otwiera się droga do trójstronnego sojuszu wywiadowczego z USA.

3,4 miliarda dolarów inwestycji. Podczas spotkania w Imperial Hotel w Tokio 27 maja Marcos uzyskał od japońskich konglomeratów, m.in. Mitsubishi, Toyota, Panasonic, Marubeni, Fast Retailing (właściciel marki Uniqlo) i All Nippon Airways, konkretne zobowiązania finansowe. Pieniądze popłyną w produkcję półprzewodników, zaawansowaną elektronikę, przemysł stoczniowy, sztuczną inteligencję oraz gospodarkę morską. Osobno filipiński konglomerat Ayala Group podpisał umowy z Mitsubishi, bankiem MUFG i operatorem telekomunikacyjnym KDDI.

Fundusz energetyczny POWERR Asia — 10 miliardów dolarów. Japonia uruchomiła w kwietniu 2026 mechanizm, który ma pomóc azjatyckim krajom uniezależnić się od niestabilnych dostaw ropy. Podczas wizyty Marcosa Takaichi ogłosiła, że Japonia w ramach tego funduszu pomoże Filipinom zbudować narodowy system rezerw paliwowych oraz włączy je do regionalnego systemu wspólnego magazynowania ropy w ramach ASEAN — Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej, do którego należy 10 państw regionu. Konkretnej kwoty dla Filipin jeszcze nie podano; zostanie ona ustalona w dalszych rozmowach.

Sprzęt wojskowy. To najmocniejszy konkret całej wizyty. W kwietniu 2026 roku rząd Takaichi zniósł 80-letni zakaz eksportu broni ofensywnej, a Filipiny stają się pierwszym dużym klientem japońskiego przemysłu zbrojeniowego od czasów II wojny światowej. Marcos i Takaichi uzgodnili przekazanie Manili niszczycieli klasy Abukuma, japońskich okrętów uzbrojonych w rakiety przeciwokrętowe Harpoon, rakiety przeciwokrętom podwodnym ASROC oraz torpedy. Filipiński sekretarz obrony Gilberto Teodoro przyznał wprost: niszczyciele to darowizna. Manila zapłaci tylko za modernizację i dostosowanie ich do własnej floty. Pozostały sprzęt, samoloty patrolowe TC-90 i japońskie rakiety przeciwokrętowe Type 88 (tych samych, które kilka tygodni temu zatopiły ćwiczebny cel u wybrzeży Filipin), Filipiny już zakupią.

Dlaczego ta wizyta jest ważna

Wizyta Marcosa w Tokio nie jest zwykłym aktem dyplomatycznym. To sygnał, że układ sił w Azji Wschodniej przechodzi fundamentalną zmianę.

Po pierwsze, świat się zbroi i dzieli na bloki. To, co Japonia i Filipiny robią w Pacyfiku, to dokładnie ta sama logika, która stoi za rozszerzaniem NATO o Finlandię i Szwecję. Wolny świat ustawia się w jednym szeregu przeciwko autorytarnej agresji.

Po drugie, Chiny i Rosja to dwa końce tego samego sznurka. Pekin finansuje Moskwę, kupując rosyjską ropę. Im więcej państw w Azji organizuje się przeciwko Chinom, tym mniej swobody ma Pekin, a tym samym i Moskwa.

Po trzecie, historia powtarza się jak zacięta płyta. W latach 30. Zachód wierzył, że da się „dogadać" z Hitlerem. Dzisiaj sporo głosów w Europie nadal twierdzi, że z Pekinem da się robić interesy „jak gdyby nigdy nic". Japończycy i Filipińczycy, narody, które najlepiej znają chińskie metody, mówią jednoznacznie: nie da się.

Tokio i Manila, dwie stolice z burzliwą wspólną historią, stoją dziś razem przeciwko Pekinowi. Łączy je nie sentyment, lecz wspólna ocena zagrożenia. Wizyta Marcosa w Japonii w maju  formalnie przypieczętowała ten zwrot: status „kompleksowego partnerstwa strategicznego", japońska broń płynąca do Filipin, wspólne ćwiczenia bojowe, wymiana danych wywiadowczych, 3,4 miliarda dolarów inwestycji.

To zmiana układu sił w Azji Wschodniej.

Ciąg dalszy skandalu wokół fundacji Ma Ying-jeou (cz. II)

Konferencja prasowa, którą 25 maja zorganizowało otoczenie byłego prezydenta Tajwanu Ma Ying-jeou, przekształciła pozornie wewnętrzny spór w fundacji w coś znacznie poważniejszego: w publiczne ujawnienie tego, jak głęboko Komunistyczna Partia Chin sięgnęła do  KMT; do mocno prochińskiej frakcji, której Ma był od lat ojcem chrzestnym.


Konferencja, na której Ma się nie pojawił

W poniedziałek o 10:30 w NTU Alumni Hall w Tajpej wystąpili: dyrektor wykonawcza Fundacji Ma Ying-jeou Tai Hsia-ling (戴遐齡), były sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego King Pu-tsung (金溥聰), prawnik Huang Yi-hua oraz biegły rewident Chou Chih-cheng. Cel: obalić ustalenia trzyosobowej komisji, która dzień wcześniej stwierdziła, że nie ma "konkretnych dowodów", by Hsiao Hsu-tsen i Wang Kuang-tzu naruszyli dyscyplinę finansową fundacji. O kulisach całej sprawy pisałam TUTAJ.

Konferencja okazała się polityczną bombą.

Pierwsza bomba: wizyta u Song Tao

Tai ujawniła, że w zeszłym roku, zaraz po tym, jak Hsiao Hsu-tsen został mianowany wiceprzewodniczącym KMT, wybrał się do Pekinu, by spotkać się z Song Tao (宋濤), szefem chińskiego Biura ds. Tajwanu (TAO), urzędu, który ze strony Pekinu zarządza polityką wobec Tajwanu i nadzoruje kontakty z tajwańskimi partiami.

Nie pojechał sam. Razem z nim do Pekinu wybrała się cała grupa zarządzająca fundacją byłego prezydenta:

- Wang Kuang-tzu – dyrektor finansowa fundacji, druga oskarżona w sprawie defraudacji,

- Hsueh Hsiang-chuan (薛香川) – członek zarządu fundacji i jeden z trzech członków komisji śledczej, która właśnie oczyściła Hsiao i Wang z zarzutów,

-Lee Te-wei (李德維) – również członek tej komisji i jej rzecznik.

Ma Ying-jeou, formalny przewodniczący fundacji noszącej jego imię, nie wiedział o tej wizycie.

Dlaczego to ważne? Po pierwsze: do chińskiego urzędu, który prowadzi politykę wobec Tajwanu, pojechała w komplecie grupa zarządzająca tajwańską organizacją non-profit, łącznie z ludźmi, którzy mieli niezależnie skontrolować jej finanse. Po drugie: pojechali tam bez wiedzy swojego formalnego szefa. W każdym normalnym państwie demokratycznym byłaby to sprawa kontrwywiadu. I po trzecie, najważniejsze: trudno traktować poważnie "śledztwo" prowadzone przez ludzi, którzy razem z oskarżonymi byli na audiencji u chińskiego mocodawcy.

Druga bomba: pieniądze z Xiamen

King Pu-tsung pokazał na konferencji zdjęcie z października 2023 r., znalezione na dysku komputera Wang Kuang-tzu. Widać na nim Hsiao Hsu-tsena obok Han Ying-huana (韓螢煥) – szefa stowarzyszenia tajwańskich biznesmenów w Xiamen i kandydata na przewodniczącego ogólnochińskiej federacji tego środowiska, czyli organizacji nadzorowanej przez to samo TAO, do którego Hsiao pojechał z delegacją. Han trzyma w dłoniach gruby plik banknotów.

Hsiao przez całą sprawę powtarzał: "Nigdy nie miałem do czynienia z darowiznami od biznesmenów, nigdy nie dotknąłem pieniędzy". Zdjęcie temu zaprzecza. Audytorzy fundacji sprawdzili księgi: żadnego wpływu, który odpowiadałby gotówce widocznej na zdjęciu, nigdy nie odnotowano na kontach fundacji. Skoro pieniądze nie weszły do fundacji, trafiły gdzie indziej; do prywatnych kieszeni? Do nieformalnej "kasy frakcyjnej"? Han Ying-huan zapytany przez dziennikarzy, co to były za pieniądze, odpowiedział: "Nie wiem".

A było więcej pieniędzy

W lutym 2026 r., podczas bankietu fundacji w pięciogwiazdkowym hotelu, na który Ma nie został zaproszony i o którym nie wiedział, Wang wręczyła pracownikom fundacji 1,46 mln TWD (ok. 190 tys. zł) w gotówce jako "premie roczne", plus dodatkowe "premie za wyniki" (jeden z pracowników dostał 140 tys.). Łącznie: 1,7–2 mln TWD niezaksięgowanej gotówki. Wang miała mówić, że pieniądze pochodzą "od tajwańskich biznesmenów" i że "od gotówki nie trzeba płacić podatku".

Wcześniej, na przełomie 2025 i 2026 r., Wang dwukrotnie wręczyła jednemu z pracowników fundacji łącznie 1,2 mln TWD w gotówce, z prośbą o "przechowanie". Pracownik, zaniepokojony pochodzeniem pieniędzy, sfotografował banknoty na dowód i po jakimś czasie złożył rezygnację. Wang błyskawicznie zażądała zwrotu pieniędzy.

Audytor fundacji potwierdził: w latach 2018–2024 premie były zawsze wypłacane przelewem i zgłaszane do skarbówki. Dopiero w 2025/2026 r. nagle zaczęły płynąć gotówką, nieodnotowane.

Według nieoficjalnych przecieków darczyńcy "nie chcieli zostawiać danych", więc Wang ewidencjonowała ich bez nazwisk. Tylko, że to nie są darowizny w sensie prawnym. To kanał finansowy o ukrytym pochodzeniu, biegnący z chińskiego kontynentu.

A dlaczego to ważne?

Trzy powody.

Po pierwsze – komu naprawdę miały służyć te pieniądze. Han Ying-huan nie jest zwykłym biznesmenem. Jest szefem organizacji nadzorowanej przez chińskie TAO. Przewodniczący takiej organizacji nie rozdaje politykom z innego państwa milionowych prezentów z sympatii. Pieniądze idą z konkretną kalkulacją po stronie chińskiego nadawcy: zbudować lojalność, zaciągnąć dług, kupić wpływ.

Po drugie – kto ten kanał obsługiwał. Dyrektor wykonawczy fundacji byłego prezydenta Tajwanu (potem wiceprzewodniczący KMT) i jego dyrektor finansowa, dokładnie ci sami ludzie, którzy potem pojechali do Pekinu na spotkanie z TAO. Nie ma tu przypadku. To jest jedna struktura: wizyty u chińskiego nadzorcy, gotówka z chińskiego stowarzyszenia, premie wypłacane na boku.

Po trzecie – co Pekin za to dostawał? To wymaga śledztwa. Nie tylko prokuratorskiego w sprawie sprzeniewierzenia; to King już zapowiedział. Wymaga śledztwa kontrwywiadowczego, prowadzonego przez tajwańskie Biuro Śledcze Ministerstwa Sprawiedliwości (調查局) i Biuro Bezpieczeństwa Narodowego (國安局).

To oznacza, że nie jest to zwykła afera księgowa. To sprawa dot. bezpieczeństwa narodowego Tajwanu.

Co mówi Hsiao

Hsiao Hsu-tsen odrzucił wszystkie zarzuty. Twierdzi, że każdą wizytę w Chinach raportował Ma, że nigdy nie dotykał pieniędzy, a zdjęcie z Han Ying-huanem to "spotkanie towarzyskie". Zapowiedział pozew przeciwko Kingowi Pu-tsungowi za "rozsiewanie nieprawdziwych informacji" i oskarżył go o wykorzystywanie chorego człowieka w wewnętrznej rozgrywce, sugerując, że Ma cierpi na demencję, a King manipuluje nim, by przeprowadzić frakcyjny przewrót. W tle pojawiają się również anonimowe doniesienia , że dyrektor finansowa fundacji, Wang Kuang-tzu, cierpi na ciężką depresję i miała w przeszłości próby samobójcze. Tych informacji nie potwierdziło żadne oficjalne źródło.

Frakcja, której Ma jest ojcem chrzestnym

Prochińska frakcja w KMT, która właśnie próbuje uciszyć Ma, nie powstała wbrew niemu. Powstała wokół niego, z jego osobistego namaszczenia, i przez dwie dekady realizowała jego linię.

  • Hsiao Hsu-tsen był rzecznikiem Ma od czasów jego burmistrzowania Tajpej, towarzyszył mu w obu kampaniach prezydenckich, a w listopadzie 2025 r. awansował na wiceprzewodniczącego KMT.
  • Wang Kuang-tzu była przy Ma podczas jego najważniejszych wizyt w Chinach.
  • Wszyscy uczestnicy wizyty u Song Tao to ludzie, których Ma osobiście wprowadzał na tajwańską scenę.

To była próba wrogiego przejęcia przez pokolenie wyszkolone przez Ma, które uznało, że marka "Ma Ying-jeou" jest cenniejsza niż sam Ma i że warto przejąć kontrolę, zanim staruszek zacznie pytać o pieniądze z Xiamen i wizyty u Song Tao. A metoda jest podręcznikowa; żywcem wyjęta z chińskiego repertuaru wewnątrzpartyjnych rozgrywek. Liu Shaoqi, drugi człowiek w państwie i wskazany następca Mao, został podczas rewolucji kulturalnej oskarżony o "zdradę", odcięty od opieki medycznej i zmarł w 1969 r. w odosobnieniu, sam, w celi, bez nazwiska. A Hu Jintao został w 2022 r. na oczach kamer całego świata wyprowadzony z sali XX zjazdu KPCh pod kuratorską asystą na polecenie Xi Jinpinga.

Schemat za każdym razem prawie taki sam:

  1. przejmujesz aparat (fundację, finanse, ludzi);
  2. ogłaszasz patriarchę za "niezdolnego";
  3. otaczasz go opieką tych, którzy go "kochają", formalnie szanując, faktycznie ubezwłasnowalniając;
  4. ogłaszasz się prawowitym spadkobiercą.

Dla Ma, niezależnie od stanu zdrowia, sytuacja jest tragiczna w sposób, na jaki sobie sam zapracował: został zdradzony przez ludzi, których sam wyhodował, w sposób, którego nauczył ich Pekin. Trudno o gorszą puentę kariery zbudowanej na haśle "dialogu z Pekinem".

A King Pu-tsung? Na konferencji powtarzał: „To sprawa fundacji, nie partii." "Co można zabrać małej fundacji?". Ma rację co do faktów księgowych, ale jego optyka kończy się tam, gdzie zaczyna się prawdziwy problem. Bo to nie była zwykła defraudacja: to było wykorzystanie tajwańskiej organizacji jako kanału ukrytego finansowania politycznego z Chin. I jeśli tajwańscy wyborcy zaczną tak patrzeć na tę sprawę, KMT może mieć duże problemy w wyborach samorządowych w 2026 r. jak i prezydenckich w 2028 r.

Pekin testuje nowy model represji i ma już na to ustawę

6 lipca w Taichungu, w hotelowym holu, został zaatakowany Yaita Akio (矢板明夫), japoński komentator polityczny, wieloletni szef tajpejskiego bi...