Kandydaci Pekinu? 70 nazwisk przed wyborami na Tajwanie

Pod koniec listopada Tajwańczycy wybiorą burmistrzów, szefów powiatów, radnych, sołtysów i przewodniczących osiedli. Na kilka tygodni przed głosowaniem tajwański ośrodek badawczy IORG (Information Operations Research Group, zajmujący się operacjami informacyjnymi i wpływami Pekinu na wyspie) opublikował raport, o którym w Tajpej mówi się od tygodnia. Wynika z niego, że co najmniej siedemdziesięciu kandydatów w tych wyborach pojawiło się w chińskich mediach państwowych podczas spotkań i „wymian” po obu stronach Cieśniny Tajwańskiej, organizowanych za wiedzą i zgodą Komunistycznej Partii Chin.

Skąd te liczby

Badacze przejrzeli 17 761 artykułów z serwisu China Taiwan Net. To portal podległy Biuru do spraw Tajwanu, czyli urzędowi w Pekinie, który odpowiada za politykę wobec wyspy. Nazwiska z tych tekstów porównali z tajwańskimi listami wyborczymi, a potem każdą zgodność sprawdzali pojedynczo, żeby wykluczyć przypadkowe zbieżności nazwisk.

Wyszło 86 wydarzeń w 17 chińskich prowincjach, od stycznia 2024 do września 2026 roku. Właśnie przy tych okazjach pojawiało się siedemdziesięciu tajwańskich kandydatów, a po drugiej stronie stołu siadało 114 chińskich funkcjonariuszy partyjnych i państwowych. Trzeba jednak od razu zaznaczyć, że IORG nie liczył wyłącznie osobistych przyjazdów do Chin. Do „udziału” zaliczano też wystąpienie przez łącze wideo albo list z gratulacjami. Raport nie twierdzi więc, że każdy z tych ludzi pojechał do ChRL ani że zrobił coś niezgodnego z prawem.

Kto i skąd

Najwięcej wśród wymienionych jest kandydatów do rad miast i powiatów (28). Dalej idą sołtysi i przewodniczący osiedli (16), czyli najniższy szczebel tajwańskiego samorządu, również wybierany w głosowaniu powszechnym, radni gmin (11), kandydaci na burmistrzów i szefów powiatów (10) oraz na wójtów i burmistrzów miasteczek (5). Najwięcej nazwisk pochodzi ze stołecznego Tajpej (13), potem z powiatu Miaoli (10) i Nantou (8).

Rozkład partyjny mówi sam za siebie. Kuomintang, główna partia opozycji, która od lat opowiada się za zbliżeniem z Chinami, ma 36 kandydatów i 66 odnotowanych udziałów w wydarzeniach. Dwudziestu ośmiu to kandydaci niezależni, trzech należy do Partii Pracy, dwóch do Nowej Partii, jeden do Tajwańskiej Partii Ludowej. Z rządzącej Demokratycznej Partii Postępowej nie ma nikogo.

Ponad połowę stanowią osoby już sprawujące mandat. Badacze zwracają uwagę, że w wyborach wielomandatowych, takich jak wybory do rad, kandydat nie musi przekonać większości. Wystarczy mu wierny elektorat, choćby ten, który ma rodzinę albo interesy w Chinach.

Najwyżej w hierarchii

IORG ułożył też ranking według rangi chińskich urzędników obecnych na tych samych wydarzeniach. Pierwsze miejsce zajął szef powiatu Miaoli Chung Tung-chin, choć odnotowano go tylko raz: na 17. Tygodniu Tajwańskim w Hubei i Wuhanie. Pojawili się tam jednak ludzie z samego szczytu chińskiej polityki, między innymi Su Hui, wiceprzewodnicząca Ludowej Politycznej Konferencji Konsultatywnej Chin (organu doradczego, przez który partia prowadzi pracę Zjednoczonego Frontu), oraz Zhang Ping, były wiceprzewodniczący Stałego Komitetu Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych.

Drugi jest Chen Yu-jen, posłanka Kuomintangu, która ubiega się o urząd szefowej powiatu Kinmen. To wyspa położona zaledwie kilka kilometrów od chińskiego Xiamen. Trzecie miejsce zajmuje burmistrz Tajpej Chiang Wan-an, prawnuk Czang Kaj-szeka, który ubiega się o reelekcję. Pojawił się przy pięciu wydarzeniach, w tym na corocznym Forum Dwóch Miast Tajpej i Szanghaju. Rekord liczby wydarzeń, po siedem, dzielą Chen Yu-jen i Wang Chung-ming, szef powiatu Lienchiang, czyli archipelagu Matsu.

Luka, której nikt nie łata

Raport na nowo rozpalił spór o to, czy i w jaki sposób kontrolować wyjazdy tajwańskich polityków do Chin. Wyjazdy urzędników rządu centralnego do Chin podlegają ścisłej kontroli. Samorządowców i część posłów obowiązują dużo łagodniejsze zasady: o swoich podróżach do Chin muszą informować w znacznie mniejszym zakresie. Tajwański portal Watchout nazwał to szarą strefą.

Próby jej zamknięcia stoją w miejscu. Dziennik Liberty Times policzył we wrześniu, że posłowie Kuomintangu i Tajwańskiej Partii Ludowej zablokowali proceduralnie projekty ustaw o bezpieczeństwie narodowym, w tym te dotyczące wyjazdów parlamentarzystów do Chin, łącznie 1226 razy. Ta liczba wynika z tego, że w tajwańskim parlamencie porządek obrad ustala co tydzień komisja proceduralna, w której opozycja ma większość, i za każdym razem, gdy zdejmuje z niego któryś projekt, liczy się to osobno. Do tego dochodzi 71 blokad poprawek do ustawy o porządku publicznym. To liczba działań proceduralnych, a nie odrzuconych ustaw, ale dobrze pokazuje skalę oporu.

Kuomintang odpowiada, że konstytucja gwarantuje swobodę podróżowania, a o zagrożeniu powinno się sądzić po tym, co kto robi, nie po tym, dokąd jedzie. Poseł Demokratycznej Partii Postępowej Puma Shen, który w listopadowych wyborach walczy o fotel burmistrza Tajpej z Chiang Wan-anem, zarzuca opozycji, że nie tylko nie dopuszcza do dyskusji w komisjach, ale po prostu przerywa ich obrady.

Dlaczego to ważne

Raport nie oskarża nikogo o złamanie prawa ani o działanie na zlecenie Pekinu, a jego autorzy uczciwie to zaznaczają. Pokazuje jednak coś, co obserwuję na Tajwanie od lat: Pekin nie musi kupować polityków ani werbować agentów, żeby budować sobie zaplecze. Wystarczą zaproszenia, fora, „tygodnie tajwańskie”, uściski dłoni z wiceprzewodniczącymi i zdjęcia w państwowych mediach. To klasyczna praca Zjednoczonego Frontu: zbliżyć do siebie lokalnych liderów, sprawić, by kontakty z partią wydawały się czymś normalnym, a potem czekać, aż przełoży się to na głosowania w radach i na nastroje w terenie.

Najbardziej uderza to, gdzie Pekin szuka partnerów. Nie w stolicy, nie wśród ministrów, tylko na samym dole: w radach powiatów, gminach, osiedlach. Tam, gdzie zapadają decyzje o przetargach, szkołach i lokalnych festiwalach, i gdzie mało kto patrzy władzy na ręce. Wybory pod koniec listopada pokażą, ilu z tych siedemdziesięciu ludzi wyborcy wpuszczą do urzędów.

Połamać mu ręce i nogi. Chińskie zlecenie na tajwańskiego komika

Huang Yi-hao (黃逸豪) mówi, że kpił z Xi Jinpinga na scenie przez 2,5 minuty. Za te dwie i pół minuty ktoś najpierw obrzucił fekaliami klub, w którym występuje, a potem potrącił go samochodem pod domem.

21 października prokuratura okręgowa w Nowym Tajpej, mieście otaczającym stolicę Tajwanu, oskarżyła w tej drugiej sprawie pięciu mężczyzn: Cheng Po-hsuana, Yu Wei-chieha, Huang Chia-chinga, Fan Chung-hao i Liao Pen-chenga. Wszyscy są Tajwańczykami. Odpowiedzą za usiłowanie spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu oraz za naruszenie ustawy o ochronie danych osobowych. Pieniądze i polecenia szły od obywatela Chin, który posługiwał się pseudonimem „K” i wcześniej już był na Tajwanie.

Numer o Xi

Huang występuje w xiangsheng, tradycyjnej chińskiej komedii słownej, najczęściej w formie szybkiego dialogu między dwojgiem artystów. Organizuje cykl „相聲失控”, co można przetłumaczyć jako „Xiangsheng bez kontroli”. W grudniu ubiegłego roku w klubie Comedy Club (卡米地) w Tajpej wyrecytował jednym tchem prześmiewczy „hymn pochwalny” na cześć Xi. W tym krótkim numerze zmieścił się cały wykaz przewinień przywódcy ChRL.

Zaczął od wyglądu i porównania do Kubusia Puchatka, za co w Chinach cenzura usuwa wpisy z internetu. Potem wziął na warsztat oficjalne legendy o przywódcy: że jako młody chłopak niósł sto kilogramów pszenicy przez pięć kilometrów i ani razu nie zmienił ramienia, albo że z wykształceniem podstawowym zrobił doktorat z prawa. Dalej poszły czystki prowadzone pod hasłem walki z korupcją i zmiana konstytucji, dzięki której Xi może rządzić bez ograniczenia kadencji. Wspomniał o Hongkongu, trzech latach polityki „zero covid” oraz protestach, podczas których ludzie wychodzili na ulice z białymi kartkami. Wyśmiał nieukończone wielkie projekty, choćby Xiong'an, nowe miasto budowane na południe od Pekinu, które stoi puste, a także Nowy Jedwabny Szlak, w którym biedne kraje wpadają w długi u Chin, agresywną dyplomację „wilczych wojowników” i cenzurę. Na koniec nazwał Xi „pierwszym głupkiem” Chin, w oryginale znacznie dosadniej, a sala zaczęła skandować jego nazwisko.

Nagranie obiegło internet także poza Tajwanem. Organizatorzy chwalili się później w zapowiedziach, że „pewien kraj” zablokował numer w całości.

Najpierw fekalia

29 maja, kiedy w klubie trwała próba przed wieczornym występem, wszedł tam mężczyzna w maseczce i czerwonej czapce. Wyjął z torby worki z białą farbą zmieszaną z kałem i rzucił nimi w podłogę i szklane drzwi. Zatrzymany sprawca, Kuo, tłumaczył policji, że złościło go, że klub ciągle mówi o stosunkach z Chinami, a na dodatek trudno tam dostać bilety.

Prokuratura w Tajpej ustaliła co innego. 29 września oskarżyła Kuo i niejakiego Liu, który pracuje w branży pogrzebowej. To Liu miał wynająć Kuo i następnego dnia nad ranem zapłacić mu 50 tysięcy dolarów tajwańskich, a sam działać na polecenie nieustalonego obywatela Chin. Obaj odpowiadają za groźby karalne i zniszczenie mienia. Prokuratorzy chcą dla nich 22 i 20 miesięcy więzienia, a w uzasadnieniu napisali, że atak pozwolił Pekinowi ograniczać wolność słowa na Tajwanie. Liang Wen-chieh, wiceprzewodniczący tajwańskiej Rady do spraw Chin Kontynentalnych, uważa, że to o wiele za łagodnie jak na atak zamówiony z Chin. Obecne prawo nie dawało jednak podstaw do cięższych zarzutów, dlatego Liang apeluje o zmianę ustawy o bezpieczeństwie narodowym i ustawy przeciw infiltracji.

Nadajnik pod skuterem

Na 20 września Huang zapowiedział kolejny występ w Comedy Club, znowu z numerem o Xi. Chińczyk o pseudonimie „K”, któremu nie podobało się, że komik publicznie krytykuje KPCh, postanowił temu zapobiec. Zgłosił się do Cheng Po-hsuana, który wcześniej prowadził agencję detektywistyczną, i obiecał mu 450 tysięcy dolarów tajwańskich, czyli około 14 tysięcy dolarów amerykańskich. W zamian Cheng miał zebrać dane komika i tak go urządzić, żeby przed 20 września wylądował w szpitalu i nie mógł wyjść na scenę.

Od 25 lipca do końca sierpnia Cheng śledził Huanga. Przyczepił mu do skutera nadajnik GPS, spisywał jego rozkład dnia, ustalił adres i numer rejestracyjny. Gdy przekazał to wszystko „K”, dostał 250 tysięcy zaliczki.

Pomysł upozorowanego wypadku Cheng wymyślił razem z Yu Wei-chiehem. Yu oddał robotę za 100 tysięcy Huang Chia-chingowi, a ten wziął do pomocy Fan Chung-hao i Liao Pen-chenga. Każdy musiał się podzielić swoją działką z następnym.

8 września kupili samochód za 90 tysięcy. Przez następne dwa dni obserwowali okolice domu komika w dzielnicy Yonghe. Auto się zepsuło, więc wzięli inne. 11 września od rana czekali w pobliżu. Huang Chia-ching siedział za kierownicą, Fan pilnował wylotu uliczki, a Liao nagrywał wszystko z samochodu, bo zleceniodawca chciał dowodów. Kilka minut przed piątą po południu Fan zobaczył, że komik wraca skuterem, i zawiadomił kierowcę. Kiedy Huang parkował, czarny samochód przyspieszył i w niego uderzył.

Za mało połamany

Plan zakładał, że kierowca będzie go taranował, aż połamie mu ręce i nogi. Kiedy jednak Huang krzyknął z bólu, kierowca na tym poprzestał. Dzięki temu komik skończył ze stłuczoną prawą stroną miednicy, a nie w gipsie. Sprawcy musieli teraz udowodnić „K”, że wykonali zlecenie, bo inaczej nie dostaliby reszty pieniędzy. Udając, że pomagają załatwić odszkodowanie po wypadku, zdobyli zaświadczenie lekarskie z imieniem i nazwiskiem komika, datą urodzenia oraz numerem dowodu. Sfotografowali je i przez pośredników przesłali „K”. Ten uznał, że obrażenia są za lekkie, i nie zapłacił pozostałych 200 tysięcy.

Mówiąc wprost: „K” płacił za to, jak bardzo człowiek zostanie okaleczony. Za połamane ręce i nogi dałby całą sumę, za stłuczenie nie chciał zapłacić w całości.

Cała piątka odpowie za usiłowanie spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu i nielegalne zbieranie danych osobowych, a Cheng także za potajemne śledzenie cudzego życia prywatnego za pomocą urządzeń elektronicznych. Prokuratura nazywa sprawę transnarodowymi represjami, które mają zastraszyć krytyków reżimu, i domaga się surowych kar, najwyższa to pięć i pół roku więzienia. Śledczy przyznają, że obecne przepisy są na takie sprawy za słabe.

Pekin umywa ręce

Po ataku na klub chińskie Biuro do spraw Tajwanu oświadczyło, że nie zna szczegółów, zarzuty o transnarodowe represje nazwało bezpodstawnymi, a sam atak „wyrazem opinii publicznej”, jakby zrobili to zwykli ludzie oburzeni żartami z Xi. Tyle że sprawca dostał za to 50 tysięcy dolarów tajwańskich, a oburzeni obywatele raczej nie biorą pieniędzy za to, że są oburzeni. Zresztą, nawet gdyby ktoś naprawdę poczuł się urażony, nie daje mu to żadnego prawa, żeby obrzucać ludzi kałem ani wjeżdżać w nich samochodem.

Tajwański rząd przekazał sprawę międzyresortowemu zespołowi ds. transnarodowych represji i zapowiedział zmiany w prawie, które mają odstraszyć Tajwańczyków gotowych pracować dla KPCh. Atak potępił burmistrz Tajpej Chiang Wan-an z opozycyjnego Kuomintangu, który zadzwonił też do Huanga. Shen Po-yang, kandydat rządzącej Demokratycznej Partii Postępowej (DPP) w tegorocznych wyborach na burmistrza Tajpej, mówi, że transnarodowe represje trzeba traktować poważnie bez względu na to, kogo dotyczą, i zarzuca wielu politykom, że zajmują w tej sprawie mętne stanowisko. Shen zna to z własnego doświadczenia. Chiny grożą mu od dawna, a ostatnio ktoś zaczął śledzić jego córkę.

Huang podziękował śledczym i zaapelował do Kuomintangu, żeby poparł przepisy chroniące ludzi przed przemocą na tle politycznym.

Dalej będzie żartował

Po ogłoszeniu aktu oskarżenia Huang napisał w sieci: „老子解鎖了啦”, czyli mniej więcej „no to odblokowałem nowy poziom”. To nawiązanie do gier komputerowych: komik traktuje zamach zlecony z Chin jak trofeum, które zdobył za swoje żarty. Zapowiada, że nie przestanie występować, bo nie pozwoli, żeby druga strona uznała, że przemoc się opłaca. Dziennikarzom wyrecytował zresztą swój numer o Xi jeszcze raz.

Tak wygląda wojna, którą Pekin prowadzi z Tajwanem już dziś, bez jednego wystrzału. Nie potrzeba do niej czołgów ani nawet własnych agentów. Wystarczy zleceniodawca z Chin ukryty za pseudonimem, kilka przelewów i miejscowi, którzy za pieniądze przyczepią nadajnik, kupią auto i nagrają, jak potrąca człowieka. Cel jest prosty: każdy na Tajwanie, kto śmieje się z Xi albo krytykuje Komunistyczną Partię Chin, ma wiedzieć, że może za to zapłacić zdrowiem. Za kratki pójdą ci, których wynajęto. Ten, kto zamawiał, wciąż jest nieuchwytny.

Wiec w Tajpej, kara z Pekinu

Tsai Kang-yung, znany też jako Kevin Tsai, należy do najbardziej rozpoznawalnych prezenterów tajwańskiej telewizji. Przez lata prowadził razem z Dee Hsu, szerzej znanej jako Xiao S (Mała S), kultowy talk show „Kangsi Coming" (Kāngxī láile). Od 2014 roku pracował też w Chinach kontynentalnych: prowadził tam popularny program dyskusyjny, występował w reklamach, a jego konto na Weibo, chińskim odpowiedniku Twittera, miało 36 milionów obserwujących. Wielu Chińczyków kojarzyło go z tajwańską telewizją bardziej niż kogokolwiek innego. Uchodził za erudytę z poczuciem humoru, który trzyma się z daleka od polityki.

4 października przyszedł w Tajpej na otwarcie sztabu wyborczego Shen Po-yanga (Puma Shena), kandydata rządzącej Demokratycznej Partii Postępowej na burmistrza stolicy. Usiadł na widowni w czapce i maseczce, kilka razy pomachał nadmuchiwaną pałką z hasłem kampanii. Nie wszedł na scenę, nie przemawiał, oficjalnie nikogo nie poparł. Dziennikarzom powiedział tylko, że przyszedł „zobaczyć, jak to wygląda" i posłuchać różnych opinii. Jego menedżer dodał, że zespół rozważa wywiady z oboma kandydatami, czyli z Shenem i obecnym burmistrzem Chiang Wan-anem z Kuomintangu.

Tyle wystarczyło, żeby w Chinach rozpętała się burza.

Człowiek, obok którego nie wolno siedzieć

Kim jest Shen Po-yang? To założyciel Akademii Kuma, organizacji, która uczy Tajwańczyków obrony cywilnej: udzielania pierwszej pomocy, utrzymywania łączności w razie ataku oraz rozpoznawania dezinformacji. Komunistycznej Partii Chin nie oszczędza. W październiku 2024 roku Biuro do spraw Tajwanu, urząd w Pekinie odpowiedzialny za politykę wobec wyspy, wpisało go na listę „zatwardziałych separatystów". Rok później policja w Chongqingu wszczęła przeciwko niemu postępowanie o „rozbijanie państwa" i poprosiła obywateli o informacje na jego temat. Państwowa telewizja CCTV wyemitowała ośmiominutowy materiał „demaskatorski" i zapowiedziała, że Shen będzie ścigany na całym świecie przez Interpol.

Chiny nie mają na Tajwanie żadnej władzy sądowniczej. Kancelaria prezydenta Tajwanu nazwała te działania po imieniu: to typowa represja transnarodowa. Shen odpowiedział, że film CCTV to stek kłamstw, a Pekin próbuje wpływać na tajwańską politykę wojną prawną i propagandą.

Aresztować go Chińczycy nie mogą. Mogą sprawić, że każdy, kto się do niego zbliży, zapłaci za to wysoką cenę.

Jeden wieczór

Nagranie z wiecu szybko trafiło do chińskiego internetu i po kilku godzinach znalazło się już na szczycie listy najpopularniejszych tematów na Weibo. Tak zwani „mali różowi" (xiǎo fěnhóng), młodzi i agresywni nacjonaliści z chińskich mediów społecznościowych, żądali zakazu występów prezentera oraz bojkotu „separatystów". Pisali, że Tsai „wspiera poszukiwanego przestępcę". Pod jego wpisami na innych chińskich platformach pojawiły się setki komentarzy w rodzaju: „Tajwan na zawsze pozostanie częścią Chin" albo „nazarabiał się, to teraz pokazał, kim jest naprawdę".

Tego samego dnia o 23:24 chiński producent samochodów elektrycznych Leapmotor opublikował oświadczenie. Zaledwie miesiąc wcześniej, 8 września, firma z dumą ogłosiła współpracę z Tsai w ramach promocji swojego flagowego modelu. Teraz zapewniała, że „niezmiennie przestrzega zasady jednych Chin", a prezenter nigdy nie był jej ambasadorem. Usunęła wszystkie materiały z jego udziałem i zastrzegła sobie prawo do podjęcia kroków prawnych przeciwko „odpowiednim stronom", nie wyjaśniając, przeciwko komu i za co. Ta niejasność jest celowa: następny partner tajwańskiego artysty dwa razy się zastanowi.

Chińska edycja magazynu „Harper's Bazaar" skasowała promocję wrześniowej okładki ze zdjęciem Tsai. Z jego konta na Weibo zniknęły wszystkie wpisy. Nie wiadomo, czy usunął je sam Tsai. Zdarzało mu się to już wcześniej, na przykład w grudniu 2022 roku, ale tym razem mógł to zrobić pod presją nagonki.

Wkrótce sprawą zajęły się media posłuszne władzy. Nacjonalistyczny portal Guancha przytoczył opinię prochińskiego tajwańskiego komentatora Wang Ping-chunga, według którego Tsai to „typowy człowiek o dwóch twarzach". Warto zwrócić uwagę na to sformułowanie. W partyjnej nowomowie „dwulicowcami" nazywa się funkcjonariuszy, którzy na pokaz deklarują lojalność, a w duchu są wrogami. Tym słowem uzasadniano czystki w partii oraz represje wobec Ujgurów. Dziś przykleja się je tajwańskiemu prezenterowi, który usiadł na widowni podczas wiecu w swoim kraju. Pekiński serwis Beijing Time posunął się jeszcze dalej i nazwał zachowanie Tsai „obrzydliwym".

Nikt w Pekinie nie wydał żadnego zakazu. Nie było decyzji urzędu ani wyroku sądu. A jednak przez jeden wieczór Tsai stracił kontrakt, okładkę i konto z milionami obserwujących, a kilka dni później piętnowały go już media rządowe.

Odpowiedź z Tajpej

Równie ciekawe było to, co działo się w tym czasie na Tajwanie. Shen Po-yang powiedział, że przychodzenie na spotkania kandydatów, żeby poznać ich programy, to na Tajwanie rzecz najzwyklejsza pod słońcem i że atakowanie kogoś za to jest głęboko niesprawiedliwe.

Najmocniej zabrzmiał jednak głos jego rywala. Burmistrz Chiang Wan-an z Kuomintangu, partii tradycyjnie opowiadającej się za rozmowami z Pekinem, wziął Tsai'a w obronę. Przypomniał, że każdy ma prawo brać udział w życiu politycznym i że na tym właśnie polega demokracja, a Chiny wezwał, by szanowały tajwański styl życia i nie karały ludzi za ich poglądy. Zaprosił też prezentera na otwarcie własnego sztabu, obiecując mu miejsce w pierwszym rzędzie. Tsai odpowiedział z charakterystycznym dla siebie wdziękiem, że chętnie przyjdzie „popatrzeć i czegoś się nauczyć", a nawet ubierze się w kolory, jakie wybierze gospodarz.

Dwaj ludzie, którzy walczą ze sobą o władzę w stolicy, zgodzili się więc w jednej sprawie: na Tajwanie każdy może chodzić na wiece, na jakie zechce, a Pekinowi nic do tego.

Nie wszyscy tak to jednak widzą. Przewodnicząca Kuomintangu Cheng Li-wun zastanawiała się w wywiadzie telewizyjnym, czy Tsai naprawdę jest gotów zrezygnować z „tak ogromnych interesów" w Chinach. Nagonki nie potępiła. Przyjęła za to jej logikę: kto zarabia w Chinach, ten powinien wiedzieć, gdzie mu bywać nie wypada. Pekinowi właśnie o to chodzi, żeby Tajwańczycy sami zaczęli tak myśleć.

Czego dowiadujemy się o Pekinie

Granica tego, co Chiny uznają za „poparcie separatyzmu", przesunęła się bardzo daleko. W 2016 roku szesnastoletnia piosenkarka Chou Tzu-yu z zespołu Twice musiała nagrać przeprosiny, ponieważ w koreańskim programie trzymała flagę Republiki Chińskiej. Dziesięć lat temu Pekin karał więc za pokazanie flagi Tajwanu. Dziś karze za samą obecność na wiecu wyborczym kandydata, którego nie lubi, nawet jeśli ktoś przyszedł tylko posłuchać i zapowiada, że porozmawia też z jego rywalem.

Cały ten mechanizm obywa się bez rozkazów. Partia najpierw robi z kogoś wroga i nadaje mu status przestępcy. Internauci, czy to z własnej woli, czy za czyimś podszeptem, wytykają każdego, kto się do niego zbliży. Firmy zrywają umowy, zanim ktokolwiek o to poprosi, bo wiedzą, że zwłoka może kosztować je dostęp do rynku. Na koniec propaganda dorabia do wszystkiego ideologię. Każdy boi się tego, który stoi za nim w kolejce. Taki system jest tańszy i skuteczniejszy od urzędowej cenzury, a władze mogą przy tym twierdzić, że nie mają z tym nic wspólnego, bo przecież to tylko „uczucia narodu chińskiego".

Chodzi też, rzecz jasna, o wybory. Pod koniec listopada Tajwańczycy wybierają władze samorządowe, a fotel burmistrza Tajpej to jedno z najważniejszych stanowisk w kraju. Każdy tajwański artysta, sportowiec czy przedsiębiorca, który zarabia w Chinach, dostał właśnie wyraźne ostrzeżenie: lepiej nie pokazywać się u kandydata, którego Pekin nie znosi. Nie trzeba fałszować głosów ani wysyłać okrętów. Wystarczy, że znane twarze same znikną z kampanii jednej ze stron. Tak wygląda ingerencja w wybory w obcym państwie, przeprowadzona rękami chińskich koncernów.

Sprawa Tsai pokazuje wreszcie, czemu naprawdę służą listy „separatystów" i śledztwa chińskiej policji przeciwko ludziom, nad którymi Pekin nie ma żadnej władzy. Nikt nie liczy na to, że Shen Po-yang stanie kiedyś przed chińskim sądem. Chodzi o to, żeby wokół niego zrobiło się pusto. Shen może spokojnie prowadzić kampanię, ale każdy, kto ma interesy w Chinach i stanie obok niego, ryzykuje, że straci wszystko.

Dlaczego to dotyczy także nas

Łatwo potraktować tę historię jak ciekawostkę z dalekiego świata azjatyckiego show-biznesu. Tyle że Leapmotor to żadna egzotyka. Dzięki spółce z koncernem Stellantis jego samochody sprzedają się w Europie, również w Polsce. Firma, która w ciągu kilku godzin zerwała współpracę z człowiekiem za to, że przyszedł na wiec wyborczy w demokratycznym kraju, a przy okazji zadeklarowała wierność „zasadzie jednych Chin", chce teraz zdobywać klientów w Warszawie, Krakowie i Gdańsku.

Chińskie przedsiębiorstwa nie są samodzielnymi podmiotami rynkowymi w takim sensie, w jakim rozumiemy to na Zachodzie. Gdy partia wskazuje wroga, firmy wykonują jej wolę szybciej niż jakikolwiek urząd. Dotyczy to również ich zagranicznych partnerów, twarzy reklamowych, sponsorowanych sportowców i dziennikarzy. Każdy, kto zarabia na chińskim rynku albo za chińskie pieniądze, powinien się zastanowić, czy przy następnej takiej „aferze" nie znajdzie się w położeniu Tsai.

Kevin Tsai przyszedł tylko popatrzeć. Pekin chciał, żeby wszyscy, którzy patrzyli na niego, dobrze zapamiętali, czym to się skończyło. Tajwańczycy, przynajmniej tym razem, zapamiętali coś innego: w ich kraju o tym, kto gdzie siada, nie decyduje Komunistyczna Partia Chin.

Oskarżał Polskę, teraz sam jest podejrzany o szpiegostwo

Były szef niemieckiego wywiadu, który obwiniał prezydenta Dudę o współudział w zamachu na Nord Stream, został zatrzymany. Śledczy sprawdzają jego kontakty z chińskim generałem.

August Hanning w 2024 roku przekonywał w wywiadzie dla „Die Welt”, że gazociąg Nord Stream wysadzono za wiedzą prezydentów Ukrainy i Polski. We wtorek, 6 października, sam został zatrzymany pod zarzutem szpiegostwa i usiłowania zdrady stanu. To nie byle kto. Od 1998 do 2005 roku kierował BND, czyli niemieckim wywiadem zagranicznym, a następnie do 2009 roku był sekretarzem stanu w federalnym MSW.

Według tygodnika „Der Spiegel” śledczy sprawdzają, czy Hanning przez lata przekazywał informacje Chińczykom. Trop prowadzi do emerytowanego generała Wanga Jianzhenga, który kilka razy służył w chińskich placówkach w Niemczech, ostatnio do 2013 roku jako attaché wojskowy. Chiny to jednak nie jedyny wątek. Prokuratura zarzuca Hanningowi także, że na podstawie tajnych dokumentów BND przygotował analizę dla oficera obcego wywiadu. Według „Spiegla” był to oficer z Azerbejdżanu, a śledczy sprawdzają, czy analiza do niego dotarła. Jego adwokat zaprzecza, by Hanning działał na szkodę Niemiec.

Dokumenty dostarczał mu Manfred D., jego dawny szef biura, który został w BND i pracował dla kolejnych prezesów aż do wiosny 2026 roku. Według prokuratury przekazał Hanningowi prawie 2000 wewnętrznych dokumentów, w tym wiele tajnych. Najbardziej zdumiewa to, że kierownictwo BND oficjalnie pozwoliło mu dorabiać u byłego prezesa.

Hanning nie jest jedynym niemieckim politykiem ani urzędnikiem wysokiego szczebla, który zbyt blisko związał się z Moskwą lub Pekinem. Generał Wang przetłumaczył na chiński książkę z rozmowami z Gerhardem Schröderem i w przedmowie z 2017 roku dziękował Hanningowi za wskazówki i wyjaśnienia. Schröder, gdy przestał być kanclerzem, stanął na czele komitetu akcjonariuszy spółki Nord Stream, a później rady nadzorczej rosyjskiego koncernu Rosnieft. Odszedł stamtąd dopiero w 2022 roku, pod presją, już po napaści Rosji na Ukrainę. Od Putina się nie odciął. Manuela Schwesig z SPD jako premier Meklemburgii‑Pomorza Przedniego doprowadziła w 2021 roku do powstania fundacji, która nazywała się „klimatyczna”, a dostała 20 mln euro od spółki Nord Stream 2 i pomogła dokończyć gazociąg, omijając amerykańskie sankcje.

Z Chinami było podobnie. W 2022 roku kanclerz Olaf Scholz forsował zgodę na to, by chiński państwowy armator COSCO nabył udziały w terminalu kontenerowym w Hamburgu. Sprzeciwiało się sześć ministerstw, ostrzegał kontrwywiad. Skończyło się na tym, że Chińczycy dostali niecałe 25%. zamiast 35. Teraz rząd Friedricha Merza, który jako lider opozycji krytykował Scholza za ten interes, według „Handelsblattu” zablokował kolejny zakup COSCO: przejęcie 80 proc. hamburskiej firmy logistycznej Konrad Zippel, która przewozi towary z portów w Hamburgu i Bremerhaven w głąb kraju. Niemcy się budzą, ale jakże późno. Chiński armator i tak już siedzi w ich największym porcie. A w 2025 roku sąd w Dreźnie skazał na 4 lata i 9 miesięcy więzienia Jiana Guo, asystenta europosła AfD Maximiliana Kraha, który szpiegował dla Chin w Parlamencie Europejskim.

Co z tego wynika dla Polski?

Po pierwsze, Niemcy są z nami w NATO i w Unii Europejskiej, ale to tylko formalność. Ich elity raz po raz ulegają wpływom Moskwy i Pekinu. Jeśli Berlin nie potrafił upilnować własnego wywiadu przed jego byłym szefem, trudno traktować go jako pewnego partnera w sprawach bezpieczeństwa. A gdy człowiek podejrzany o pracę dla obcego wywiadu oskarża Polskę o zamach na Nord Stream, trzeba zapytać, komu ta wersja była na rękę.

Po drugie, Chiny. Przez lata patrzyliśmy przede wszystkim na Rosję, i słusznie. Ale Pekin nie jest mniej groźny, tylko działa ciszej. Nie wysyła agentów z fałszywymi paszportami. Cierpliwie, latami buduje znajomości z emerytowanymi generałami, byłymi szefami służb i politykami. Zaprasza ich na konferencje, daje miejsca w radach doradczych, załatwia kontrakty. Tak działa chiński Zjednoczony Front. Nie werbuje się wprost, tylko oswaja. Do tego dochodzą udziały w portach i firmach logistycznych, które w razie konfliktu dają Pekinowi i wiedzę, i wpływ. Polska ma już własne doświadczenia. W styczniu 2019 roku w Warszawie zatrzymano pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Chin pracownika Huaweia i byłego funkcjonariusza ABW. Skoro Chińczykom udało się dotrzeć do byłego szefa niemieckiego wywiadu, nikt w Polsce nie powinien się łudzić, że nas to ominie.

Po trzecie, ta sprawa powinna dać do myślenia naszym sojusznikom, zwłaszcza Amerykanom. Polska ostrzegała przed Nord Streamem od samego początku. Gdy Niemcy uzależniały się od rosyjskiego gazu i wpuszczały chiński kapitał do portów, Polska budowała gazoport w Świnoujściu i Baltic Pipe, stawiała na sojusz z USA i zwiększała wydatki na wojsko. Wśród dokumentów, które trafiały do Hanninga, były według niemieckich mediów także informacje od zagranicznych służb partnerskich. Waszyngton powinien się dziś zastanowić, gdzie mogły trafić. W ostatnich latach to Polska, a nie Niemcy, trafniej oceniała zagrożenia ze Wschodu.

Chipsy bananowe, przelewy z Pekinu i polski prezydent w Manili

Prezydent Karol Nawrocki przebywa od 5 do 8 października na Filipinach w ramach wizyty. To pierwsza w historii wizyta polskiej głowy państwa w tym kraju. Jednym z jej konkretnych efektów jest umowa o wzajemnej pomocy prawnej w sprawach karnych, podpisana 6 października w Manili. Zbieg okoliczności jest wymowny: Polska zawiera porozumienie o współpracy prokuratorskiej akurat wtedy, gdy filipiński Senat bada przepływy pieniędzy z chińskich firm państwowych do spółki związanej z wiceprezydent kraju.

Polska i Filipiny coraz bliżej

Wizyta prezydenta nie wzięła się znikąd. W lipcu w Warszawie po raz pierwszy zebrał się polsko-filipiński komitet ds. współpracy obronnej, a we wrześniu w Manili odbyły się konsultacje polityczne obu krajów. Również w lipcu Polska przystąpiła do Traktatu o Przyjaźni i Współpracy w Azji Południowo-Wschodniej, podstawowego dokumentu, na którym opiera się Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej (ASEAN). Filipiny używają już śmigłowców Sokół i Black Hawk produkowanych w Mielcu, a w Polsce mieszka i pracuje około 25 tysięcy Filipińczyków. Manila, od lat nękana przez chińską flotę na Morzu Południowochińskim, szuka partnerów, którzy rozumieją, co znaczy żyć obok agresywnego mocarstwa. Polska dobrze to rozumie.

Proces wiceprezydent

Sara Duterte jest wiceprezydentem Filipin i córką byłego prezydenta Rodriga Duterte, którego za krwawą „wojnę z narkotykami” sądzi obecnie Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze. W maju Izba Reprezentantów postawiła ją w stan oskarżenia. Główny zarzut dotyczy sprzeniewierzenia 612,5 miliona pesos z tak zwanych funduszy poufnych, którymi dysponowała jako wiceprezydent i wcześniej jako minister edukacji. Od lipca sprawę rozpatruje Senat, który pełni funkcję sądu. Do skazania potrzeba głosów 16 senatorów, a wyrok skazujący oznaczałby dożywotni zakaz pełnienia funkcji publicznych.

Trzeba wiedzieć, że ród Duterte toczy otwartą wojnę z obecnym prezydentem Ferdinandem Marcosem juniorem. Jedną z głównych osi tego sporu jest stosunek do Chin. Rodrigo Duterte prowadził politykę zbliżenia z Pekinem, Marcos zwrócił się z powrotem ku Stanom Zjednoczonym i stanowczo broni filipińskich wód przed chińską presją. Filipińscy politolodzy mówią wprost: jeśli Sara Duterte zostanie skazana, Chiny stracą sojusznika.

Pieniądze z Chin

Wątek chiński jako pierwszy nagłośnił były senator Antonio Trillanes, wieloletni krytyk rodu Duterte. Na konferencji prasowej w październiku twierdził, że od 2021 do 2024 roku chińskie władze i firmy przelały ponad 319 milionów peso spółce Cale88 Foods Corp. Firma, producent chipsów bananowych, figuruje w oświadczeniach majątkowych Sary Duterte, a jej udziałowcem i członkiem zarządu do 2024 roku był mąż wiceprezydent, prawnik Manases Carpio. Trillanes twierdzi też, że fundacja związana z Sarą Duterte otrzymała w 2019 roku 150 milionów peso bezpośrednio od ambasady Chińskiej Republiki Ludowej.

Wkrótce okazało się, że nie są to tylko słowa polityka. 5 października szef filipińskiej Rady do Walki z Praniem Pieniędzy (AMLC), Ronel Buenaventura, potwierdził przed Senatem, że Cale88 otrzymała z Chin i Hongkongu przelewy na łączną kwotę 319,32 miliona pesos. Banki oznaczyły je jako podejrzane, ponieważ nie stało za nimi żadne widoczne zobowiązanie handlowe ani ekonomiczne uzasadnienie. Mówiąc prościej, nikt nie wykazał, że za tymi pieniędzmi poszła jakakolwiek dostawa chipsów. Buenaventura nie chciał jednak przesądzać, czy doszło do prania pieniędzy.

Dzień później senator Risa Hontiveros ujawniła, kto przysyłał pieniądze. Jednym z nadawców było China National Township Enterprises, dawniej podległe chińskiemu ministerstwu rolnictwa, a dziś duże przedsiębiorstwo państwowe nadzorowane przez komisję Rady Państwa zarządzającą majątkiem państwowym. Firma sama deklaruje w swoich materiałach, że służy realizacji inicjatywy Pasa i Szlaku, czyli chińskiego programu inwestycji zagranicznych, za pomocą którego Pekin buduje swoje wpływy na świecie, oraz polityki zagranicznej ChRL. Drugim nadawcą była pekińska spółka spożywcza Beijing Jianweifang Food, której inwestorem i partnerem strategicznym jest Xinjiang Fruit Industry Group, państwowe przedsiębiorstwo z Sinciangu. Jak podkreśliła Hontiveros, w strukturach zarządczych tej grupy działa komórka Komunistycznej Partii Chin.

Zapytany, czy AMLC bada powiązania tych chińskich firm, Buenaventura nie potrafił odpowiedzieć. Sprawą ma się teraz zająć filipińska Rada Bezpieczeństwa Narodowego.

Odpowiedź obrony i Pekinu

Obrońcy Sary Duterte przekonują, że transakcja oznaczona przez bank jako podejrzana nie oznacza jeszcze przestępstwa, i podważają sposób, w jaki AMLC zsumowało przelewy. Sama wiceprezydent twierdzi, że za całą nagonką stoi prezydent Marcos. Ambasada Chin w Manili zaprzeczyła, by Pekin miał jakiekolwiek powiązania z jakąkolwiek filipińską frakcją polityczną.

Znany schemat

Kto śledzi metody Komunistycznej Partii Chin, ten mechanizm rozpozna. Państwowe przedsiębiorstwa, w których decyduje komórka partyjna, a które otwarcie deklarują służbę polityce zagranicznej Pekinu, przelewają setki milionów do rodzinnej firmy polityka przyjaznego Chinom. Formalnie to handel żywnością, w rzeczywistości nikt nie potrafi wskazać towaru. Tak właśnie wygląda przechwytywanie elit: nie przez otwarte łapówki, ale przez kontrakty, inwestycje i darowizny, które na pierwszy rzut oka wyglądają niewinnie.

Filipiny mają przynajmniej instytucje, które takie przepływy wychwyciły, i senatorów, którzy nie boją się o nie pytać. Warto, żebyśmy w Polsce, gdzie chińskie firmy również szukają wejścia do gospodarki, samorządów i uczelni, przyglądali się takim pieniądzom równie uważnie. Umowa o pomocy prawnej podpisana w Manili może być dobrą okazją, by uczyć się od siebie nawzajem.

Xi Jinping w Waszyngtonie. Czego nie pokazała chińska telewizja i co zdradza program wizyty.

Według „Wall Street Journal” chińska delegacja przed szczytem z Trumpem postawiła Amerykanom nietypowe warunki. Xi dostał w Zachodnim Skrzydle Białego Domu osobny pokój do odpoczynku, do którego wolno było wejść tylko jego żonie, Peng Liyuan. Nie miał tam wstępu nawet Cai Qi, szef jego kancelarii i jeden z jego najbliższych współpracowników. Pekin nie zgodził się na roboczy obiad obu przywódców, a w programie jedynego pełnego dnia wizyty zaplanowano mniej więcej pięciogodzinną przerwę. Właściwe rozmowy Xi z Trumpem trwały od około południa do wczesnego popołudnia. W Archiwum Narodowym Xi spędził niespełna kwadrans. Na nagraniach widać, jak schodząc z samolotu i wchodząc po schodach Archiwum, wspiera się na żonie. Chińska telewizja wycięła te ujęcia z głównego wydania wiadomości. Dennis Wilder, który w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego USA przygotowywał wizyty państwowe, mówi, że nigdy wcześniej nie robiono niczego takiego. We wrześniu, jak wcześniej podał „Wall Street Journal”, Xi opuścił też uroczystą kolację podczas szczytu BRICS w Indiach z powodu złego samopoczucia.

Dlaczego to ważne? Bo zdrowie Xi nie jest jego prywatną sprawą. Ma 73 lata, skupił w swoich rękach więcej władzy niż ktokolwiek od czasów Mao i nie wskazał następcy. Jest jednocześnie sekretarzem generalnym partii, przewodniczącym ChRL i szefem Centralnej Komisji Wojskowej, a Chiny nie mają żadnej ustalonej procedury przekazania tych trzech funkcji. W Komunistycznej Partii Chin stan zdrowia przywódcy jest tajemnicą państwową, bo każda oznaka słabości na szczycie zachęca frakcje do walki. Minxin Pei, politolog z Claremont McKenna College, który bada chińskie elity władzy, ostrzega, że w takiej walce pretendenci mogą licytować się na twardy kurs, by zyskać przewagę. Dla Tajwanu oznacza to jedno: niepewność w Pekinie wcale nie musi przynieść spokoju w Cieśninie Tajwańskiej. Może przynieść większe zagrożenie. Specjaliści od chińskiej polityki nie widzą u Xi oznak, że umysłowo słabnie, ale reżim zbudowany wokół jednego człowieka jest tak trwały jak zdrowie tego człowieka.

A co to znaczy dla Polski? Nie brakuje u nas głosów, że trzeba „otworzyć się na Chiny”, bo to stabilny i przewidywalny partner, z którym można robić interesy na lata. Ta historia pokazuje, ile ta przewidywalność jest warta. W państwie, w którym zdrowie przywódcy jest tajemnicą, a nikt nie wie, kto i w jaki sposób przejmie po nim władzę, nie ma gwarancji ani na dziesięć, ani na dwadzieścia lat. Kto wiąże się z Pekinem przez inwestycje, technologie czy infrastrukturę, stawia na system, którego przyszłości nie zna nawet sama partia. A jeśli walka o schedę po Xi wyniesie ludzi, którzy będą chcieli pokazać siłę, zapłacą za to także ci w Europie, którzy uzależnili się od chińskich dostaw i dobrej woli Pekinu. 

Tajpej: ekspert od chińskiej dezinformacji dogania prawnuka Czang Kaj-szeka

Świetny wpis na blogu Frozen Garlic, który prowadzi Nathan Batto. To amerykański politolog z Academia Sinica, tajwańskiej akademii nauk, od lat badający politykę na Tajwanie. Opisuje, jak kampania w Tajpej, która miała być nudna, stała się najciekawszą rywalizacją na Tajwanie. Streszczam go dla tych, którzy nie śledzą tamtejszej polityki.

Pod koniec listopada Tajwańczycy wybierają władze samorządowe. Według Batto w stolicy wynik wydawał się przesądzony. Burmistrz Chiang Wan-an z Kuomintangu (KMT, główna partia opozycyjna, ugodowa wobec Pekinu) ubiega się o reelekcję. Jest młody, przystojny, lubiany i przez cztery lata nie miał żadnej poważnej afery. Do tego jest (rzekomym) prawnukiem Czang Kaj-szeka. Tajpej głosuje raczej na KMT, a dwaj poprzedni burmistrzowie tej partii bez trudu zostali ponownie wybrani, zdobywając od 56 do 64 proc. głosów. Chiang miał prowadzić pogodną kampanię faworyta i nie wdawać się w spory.

Rządząca Demokratyczna Partia Postępowa (DPP, partia prezydenta Lai Ching-te) nie miała chętnych do tej walki. Batto pisze wprost, że kandydat miał być mięsem armatnim. Został nim Shen Pao-yang, za granicą znany jako Puma Shen. To poseł z listy krajowej, który nigdy wcześniej nie startował w wyborach okręgowych. Na Zachodzie ceniony badacz chińskiej wojny informacyjnej, założyciel Akademii Kuma (Czarnego Niedźwiedzia), która uczy zwykłych obywateli obrony cywilnej na wypadek chińskiej inwazji. Pekin uznał go za „zatwardziałego separatystę”. Na Tajwanie kojarzono go głównie z ulicznymi protestami przeciwko KMT i z nieudaną kampanią odwoływania jej posłów w 2025 r. Przeciwnikom łatwo było przedstawić go jako radykała. DPP liczyła na to, że zmobilizuje własnych wyborców i nadszarpnie wizerunek Chianga.

Wszystko zmieniła rozmowa w radiu 10 września. Prowadzący sprzyja KMT i nikt nie spodziewał się łagodnego wywiadu. Shen spokojnie ominął pułapki, a zapytany o największą trudność kampanii odpowiedział, że ludzie po prostu go nie znają. Potem na każde pytanie o sprawy miasta miał gotowy, szczegółowy plan. Pod koniec gospodarz był wyraźnie oczarowany. Nagranie w kilka dni przekroczyło milion wyświetleń na YouTube.

Od tej pory Shen przyciąga tłumy. Na targowiskach ludzie czekają po dwie, trzy godziny na zdjęcie i autograf. Bez kartki mówi o walce ze szczurami, koszach na śmieci sterowanych sztuczną inteligencją, szlakach turystycznych, komunikacji, obiadach w szkołach, ochronie drzew, aktywizacji seniorów i o tym, jak szybsza przebudowa starych dzielnic spina to wszystko w całość. Tajwańczycy nazwali to zjawisko „prądem oceanicznym”. To gra słów: ostatni znak jego imienia, yang (洋), oznacza ocean. Kandydaci DPP z całego kraju zapraszają go teraz na swoje wiece.

Chiang Wan-an ma tymczasem kłopot. Na sesjach rady miejskiej zwykle oddaje głos swoim urzędnikom, a radni, także z jego własnej partii, publicznie mu to wypominają. W sieci krążą nagrania, na których nie potrafi odpowiedzieć bez przygotowanej kartki. Wróciło też jego wystąpienie z 2022 r. u tego samego prowadzącego, w którym ciągle zerkał do notatek. Przylgnął do niego obraz ładnej, ale pustej wydmuszki, za którą pracują inni.

22 września ceniony sondażysta Tai Li-an opublikował badanie: Chiang 41 proc., Shen 40 proc. Remis.

Batto zwraca uwagę, że stawka jest większa niż ratusz. Chiang uchodzi za przyszłego kandydata KMT na prezydenta w 2028 lub 2032 r. Jeśli na dobre przylgnie do niego łatka wydmuszki, może to przekreślić jego szanse na prezydenturę.

Obóz KMT na razie szuka odpowiedzi po omacku: twierdzi, że tłumy są opłacone, a sondażysta stronniczy. Zdaniem autora ma dwa wyjścia. Albo Chiang pokaże w debacie, że zna się na sprawach miasta (Shen tylko na to czeka), albo sztab Chianga przejdzie do ataku i zacznie grzebać w przeszłości rywala.

Batto przewiduje też, że wkrótce do gry wejdą chińskie farmy trolli. Człowiek, który zawodowo bada chińską dezinformację, przekona się, ile jego wiedza jest warta w praktyce.

Autor studzi jednak emocje: to może być szczyt popularności Shena. Nowa twarz budzi nadzieje, a im więcej wyborcy się o nim dowiedzą, tym więcej znajdą rzeczy, które się komuś nie spodobają. Ale jeszcze miesiąc temu nikt nie traktował tej rywalizacji poważnie. Dziś patrzy na nią cały Tajwan.

Trump chciał pokazać Xi prawdę o Tajwanie. Dyktator uciekł

Ostatnim punktem wizyty Xi Jinpinga w Stanach Zjednoczonych była wizyta w Archiwach Narodowych w Waszyngtonie. Z pozoru uprzejmość gospodarza: Donald Trump oprowadza gościa po miejscu, w którym przechowywane są najważniejsze dokumenty w dziejach Ameryki. W istocie, jak ujawnił tajwański dziennik „Liberty Times”, była to jedna z najbardziej wymownych lekcji historii, jakich Waszyngton udzielił Pekinowi w ostatnich latach.

Program, którego Pekin nie przełknął

Według źródeł gazety w waszyngtońskim środowisku medialnym Amerykanie przygotowali dla chińskiego przywódcy starannie dobrany zestaw dokumentów. Na początek: Deklaracja Niepodległości, Konstytucja i Karta Praw - fundamenty państwa, w którym władza pochodzi od obywateli, a nie od partii. Potem dwa traktaty, które chińska propaganda od dziesięcioleci przedstawia jako symbol „stulecia upokorzeń”: traktat z Wangxia z 1844 roku, pierwszy układ amerykańsko‑chiński, zawarty po I wojnie opiumowej, oraz traktat z Tianjinu z 1858 roku, podpisany po II wojnie opiumowej.

Na koniec miał być najważniejszy dokument: traktat pokojowy z San Francisco z 1951 roku. Podpisało go 48 państw, w tym Japonia, ale nie Chiny, ani komunistyczne, ani republikańskie, bo żadnego z nich nie zaproszono. W artykule 2 Japonia zrzeka się wszelkich praw do Tajwanu i Peskadorów. Traktat nie mówi jednak, komu te terytoria przypadają. Nie ma w nim ani słowa o tym, że Tajwan należy do Chin. Właśnie dlatego stanowi podstawę tak zwanej teorii nieokreślonego statusu Tajwanu, którą Pekin odrzuca, bo podważa ona samo sedno jego roszczeń.

Już podczas uzgadniania programu chińska delegacja miała okazywać silne niezadowolenie. Na miejscu Xi obejrzał z Trumpem Deklarację Niepodległości i wysłuchał objaśnień. Obok Konstytucji i Karty Praw właściwie tylko przeszedł. Resztę programu odwołano w ostatniej chwili. Obaj przywódcy spędzili w archiwum około dziesięciu minut, znacznie krócej niż zaplanowano.

Kellie Meyer, korespondentka amerykańskiej stacji NewsNation w Białym Domu, napisała na platformie X, że kilka przygotowanych dokumentów, w tym traktat z Tianjinu i traktat z San Francisco, zdjęto tuż przed przyjazdem chińskiego gościa. Sama zwróciła uwagę, jakie znaczenie ma ten drugi dla sprawy Tajwanu.

Czego Xi nie zobaczył

Równie wymowne jest to, czego zabrakło w programie. Strona chińska chciała, by pokazano jej trzy komunikaty chińsko‑amerykańskie: szanghajski z 1972 roku, komunikat o nawiązaniu stosunków dyplomatycznych z 1979 roku i komunikat z 17 sierpnia 1982 roku. Pekin powołuje się na nie jako na rzekome amerykańskie uznanie zasady „jednych Chin”. Według „Liberty Times” Amerykanie w ogóle tego nie brali pod uwagę.

Warto przypomnieć, że nawet w tych komunikatach Stany Zjednoczone nigdy nie uznały, że Tajwan jest częścią Chińskiej Republiki Ludowej. Waszyngton jedynie „przyjął do wiadomości” stanowisko Pekinu. Chińska propaganda od dekad zaciera tę różnicę, licząc na to, że świat jej nie zauważy. Tym razem gospodarz chciał pokazać gościowi dokumenty, które mówią coś zupełnie innego.

Pożegnanie po amerykańsku

Niedługo po tym, jak Xi odleciał do Chin, Trump opublikował w serwisie Truth Social i na koncie Białego Domu na X wpis, że Ameryka nigdy nie stanie się krajem komunistycznym. W nagraniu zapowiedział, że pokona komunistów. Trudno o bardziej jednoznaczne podsumowanie wizyty.

W Pekinie symbole ważą wiele

Komunistyczna Partia Chin przywiązuje dużą wagę do symboli. Każdy uścisk dłoni, każde zdjęcie i każde sformułowanie w komunikacie są w Pekinie starannie ważone. Właśnie dlate
go ta dziesięciominutowa wizyta mówi więcej niż długie oświadczenia. Samym doborem dokumentów Amerykanie przypomnieli Xi, że wolność i praworządność nie są przedmiotem targu, że historia Chin nie sprowadza się do partyjnej wersji wydarzeń, a status Tajwanu nigdy nie został rozstrzygnięty na korzyść Pekinu.

Xi przyjechał do Waszyngtonu po zdjęcia, które miały potwierdzić jego obraz świata. Wyszedł po dziesięciu minutach, zanim zobaczył dokumenty, które temu obrazowi przeczą.

Tajwańska melodia na powitanie Xi


Kiedy 24 września, przed rozmowami Donalda Trumpa z Xi Jinpingiem, goście zajmowali miejsca w Białym Domu, harfistka grała w tle znaną melodię. Większość Amerykanów pewnie jej nie rozpoznała. W Chinach i na Tajwanie rozpoznał ją każdy. Była to piosenka „Księżyc wyraża moje serce”, którą rozsławiła tajwańska piosenkarka Teresa Teng (Deng Lijun).

Dla polskiego czytelnika to nazwisko niewiele znaczy, ale w świecie chińskojęzycznym Teresa Teng jest legendą. Urodziła się w 1953 roku na Tajwanie w rodzinie żołnierza armii Kuomintangu, czyli nacjonalistów, którzy przegrali wojnę domową z komunistami i schronili się na wyspie. Piosenkę jako pierwsza nagrała w 1973 roku inna tajwańska wokalistka, Chen Fen‑lan, ale to wykonanie Teng z 1977 roku zna dziś cały chińskojęzyczny świat.

Wybór łatwo wytłumaczyć: 25 września przypadało Święto Środka Jesieni, jedno z najważniejszych świąt chińskich, podczas którego podziwia się pełnię księżyca. Piosenka o księżycu pasuje więc jak ulał. Wielu internautów w ChRL tak to właśnie odczytało i chwaliło Amerykanów za takt.

Historia tej piosenki jest jednak znacznie ciekawsza. Na początku lat osiemdziesiątych władze komunistyczne uznały utwory Teresy Teng za dekadencką, burżuazyjną muzykę i walczyły z nimi w ramach kampanii przeciw „duchowemu zanieczyszczeniu”. Chińczycy i tak słuchali jej z przemycanych kaset. Krążyło wtedy powiedzenie: w dzień rządzi stary Deng (Deng Xiaoping, ówczesny przywódca kraju), a wieczorem mała Deng.

Piosenki Teng płynęły też z potężnych głośników ustawionych na tajwańskiej wyspie Kinmen, położonej kilka kilometrów od chińskiego wybrzeża, skąd przez cieśninę niosły się na drugą stronę. Dla Pekinu była więc bronią wroga, a dla milionów Chińczyków głosem, którego nie słyszeli w oficjalnym radiu. Sama piosenkarka nigdy nie wystąpiła w Chinach kontynentalnych, a w maju 1989 roku śpiewała w Hongkongu podczas koncertu poparcia dla studentów protestujących na placu Tiananmen.

Nic dziwnego, że część chińskich internautów żartowała, że Trump chciał „upokorzyć Baozi”. Baozi to chińska bułeczka na parze i jedno z ironicznych przezwisk Xi Jinpinga, podobnie jak Kubuś Puchatek, którego wizerunek cenzura w Chinach od lat wycina z sieci.

Najbardziej wymowna była jednak reakcja tak zwanych „małych różowych”, czyli młodych, zapalczywych nacjonalistów, którzy w chińskim internecie bronią linii partii. Ich zdaniem, skoro w Białym Domu zagrano „piosenkę z chińskiego regionu Tajwan”, to Ameryka tym samym przyznała, że Tajwan należy do Chin.

To drobny epizod, ale dobrze pokazuje mechanizm, który znamy także z Polski. Propaganda Pekinu potrafi przywłaszczyć sobie wszystko, nawet piosenkę artystki, którą partia kiedyś zakazała i którą artystka nigdy nie chciała śpiewać pod jej rządami. Tajwańska kultura staje się w tej narracji „chińską”, a Tajwańczycy znikają z własnej historii.

Czy harfistka w Białym Domu wysłała jakiś sygnał? Najpewniej nie. Ale jeśli ktoś chciał przypomnieć Xi Jinpingowi, że najpiękniejszą chińską piosenkę o księżycu zaśpiewała kobieta z Tajwanu, której muzyki partia komunistyczna kiedyś się bała, trudno byłoby zrobić to zręczniej.

Obrażone uczucia. Jak chińska maszyna wzięła się za polskiego siatkarza



W niedzielę 2 sierpnia hala w Ningbo skandowała „MVP", kiedy Tomasz Fornal odbierał nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów Ligi Narodów. Chińscy kibice dopingowali Polaków, wiwatowali po zwycięstwie nad Amerykanami, wręczali prezenty. Tydzień później ci sami ludzie pisali, żeby nie przyjeżdżał już więcej do Chin.

Między jednym a drugim wydarzył się film. Fornal wrzucił na swój kanał vloga z wyjazdu i przez kilkadziesiąt sekund powiedział, co myśli o mieście, w którym był po raz trzeci. Że do kawiarni trzeba iść przez zaniedbaną dzielnicę. Że po zmroku pewnie się tam nie czuje. Że ludzie plują na ulicę. Że wszystko jest w internecie pozablokowane i bez chińskiej aplikacji płatniczej nie kupi się borówek. I że jego zdaniem Chiny są przereklamowane.

Trzeba to rozdzielić, bo w całej awanturze natychmiast zlano to w jedno.

Plucie na ulicy nie jest wymysłem Fornala ani uprzedzeniem. To zwyczaj na tyle powszechny, że władze ChRL same z nim przez lata walczyły, kampaniami społecznymi i mandatami, najintensywniej przed igrzyskami w Pekinie w 2008 roku, a potem podczas epidemii SARS i COVID-u. Chiński turysta piszący to samo o Chinach nie usłyszałby, że jest rasistą. Usłyszałby, że ma rację. To samo dotyczy zaniedbanej dzielnicy, odciętego internetu i przymusu płacenia lokalną aplikacją. Wszystko to jest prawdą i nikt tej prawdzie nie zaprzeczył.

Jedno zdanie jest jednak inne niż pozostałe. Uwaga o zapachu, poprzedzona zastrzeżeniem, że mówiący nie chce być rasistą, nie jest obserwacją zwyczaju, tylko sądem o ludziach przez ich ciała. Tu nie ma czego weryfikować, bo nie ma faktu do sprawdzenia. Fornal ma dwadzieścia osiem lat i kanał z setkami tysięcy widzów, więc powinien wyczuwać różnicę między opisem ulicy a opisem człowieka. To jedno zdanie dało stronie chińskiej dokładnie ten pretekst, którego potrzebowała, żeby całą resztę nazwać uprzedzeniem i nie odpowiedzieć na nic.

Lawina ruszyła jednak z zupełnie innego powodu.

Serwis news.qq.com odpowiedział rzeczowo, że Fornal nakręcił dzielnicę handlową w trakcie remontu i że to nie jest obraz całego Ningbo. To sensowny argument i pewnie prawdziwy. Zaraz potem jednak zmienił się ton. Dziennikarze z Ningbo pisali o dwulicowości człowieka, który przyjął owacje, a potem pokazał miasto w złym świetle. Użytkownicy portalu zhibo8 pytali, jak może tak mówić ktoś, kto dostał od chińskich fanów prezenty. Powtarzało się jedno zdanie w wielu wariantach: „niech tu więcej nie przyjeżdża”.

Zwróćmy uwagę na konstrukcję zarzutu. Nie brzmi on: pomyliłeś się co do faktów. Brzmi: byliśmy dla ciebie dobrzy, więc nie wolno ci było tego powiedzieć. Życzliwość zostaje przedstawiona jako zobowiązanie, a wyrażenie opinii jako złamanie umowy, której nikt nie podpisywał.

Najlepiej widać to po komentarzu, który pod chińskimi relacjami zebrał najwięcej polubień. Jego autor odpowiedział, że skoro Ningbo to slumsy, to slumsami Europy jest Polska. Nie ma tam ani słowa obrony Ningbo. Jest za to natychmiastowe przeniesienie sporu z miasta na kraj mówiącego, bo w tej logice nikt nie ocenia miejsca, tylko każdy reprezentuje naród i każdy sąd o miejscu jest ciosem wymierzonym w naród.

W chińskiej praktyce politycznej ten zabieg ma nawet własną nazwę. To 伤害中国人民感情, „zranienie uczuć narodu chińskiego", formuła używana przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych ChRL od dziesięcioleci wobec rządów, firm, gwiazd filmowych i marek odzieżowych. Jej funkcja jest zawsze taka sama: przenieść spór z poziomu faktów, gdzie można się kłócić, na poziom uczuć, gdzie kłócić się nie wypada. Kto raz na takie postawienie sprawy przystanie, ten przeprasza. A po przeprosinach nie wraca się już do pytania, czy tamta dzielnica rzeczywiście wyglądała tak, jak wyglądała.

Warto powiedzieć wprost, bo inaczej tekst byłby nieuczciwy: w sprawie Fornala nie zabrało głosu ani chińskie MSZ, ani ambasada, ani żadna instytucja państwowa. To nie była operacja. To był odruch. I właśnie dlatego jest ciekawszy niż operacja. Systemy propagandy buduje się po to, żeby w pewnym momencie przestały wymagać poleceń. Kiedy publiczność sama, bez sygnału z góry, rozpoznaje cudzą opinię jako atak na naród i sama wymierza karę w postaci wykluczenia, mechanizm działa już bez operatora.

Jest w tym jeszcze jedno dno, którego chyba nikt w tej awanturze nie zauważył. Fornal narzekał między innymi na to, że w Chinach wszystko jest pozablokowane. Ma rację i to jest akurat najpoważniejsza rzecz, jaką powiedział. Chińska publiczność, która się na niego obraziła, żyje za murem odcinającym ją od tego, co świat o niej pisze. Ludzie, którzy nie mogą przeczytać cudzej opinii na co dzień, reagują na każdą, która do nich dotrze, jak na napaść. Bariera, na którą narzekał, jest powodem, dla którego jego słowa zabrzmiały tam tak głośno.

Zaraz padnie zarzut, że robię z wpisów kibiców sprawę międzynarodową. Nie robię. Fornal nie stracił pracy, nie stracił kontraktu i za miesiąc zagra na mistrzostwach Europy. To najlżejszy kaliber z możliwych i trzeba to powiedzieć uczciwie, bo inaczej cała reszta traci wagę. Ale skala istnieje. W 2016 roku, podczas wizyty Xi Jinpinga w Warszawie, odebrano mi akredytację prasową po interwencji strony chińskiej. Nie napisałam wtedy niczego o zapachach ani o pluciu. Napisałam o polityce. W lipcu tego roku japoński dziennikarz Yaita Akio, od lat krytykujący Pekin, został uderzony w twarz w holu hotelu w tajwańskim mieście Taichungu, zaraz po wykładzie. Napastnika przywieziono z zewnątrz: przyleciał z Hongkongu cztery dni wcześniej, zmieniał hotele, a po ataku jechał już na lotnisko. Tajwańska prokuratura postawiła mu zarzut z ustawy o przeciwdziałaniu infiltracji, a Kancelaria Prezydenta nazwała sprawę pierwszym brutalnym przypadkiem represji transnarodowych od wejścia w życie chińskiej ustawy o jedności narodowej. Formalnie Pekin nie ma z tym nic wspólnego. Formalnie nigdy nie ma. To trzy zupełnie różne ciężary gatunkowe i nie zamierzam ich zrównywać. Łączy je natomiast jeden odruch: cudza wypowiedź o Chinach nie jest traktowana jako wypowiedź, lecz jako czyn, na który należy odpowiedzieć.

Polska siatkówka regularnie wraca do Chin, bo tam są pieniądze i turnieje. Wrócą też polskie firmy, uczelnie i samorządy. Wszyscy oni dostali w tym tygodniu lekcję poglądową na temat tego, jak wygląda cena wstępu. Nie jest nią wiza ani opłata rejestracyjna. Jest nią milczenie o tym, co się widziało.

Za to jedno wstydliwe zdanie odpowiada wyłącznie Fornal i nikt go z niego nie rozgrzeszy. Ale nikt nie obalił reszty jego relacji. Ją po prostu unieważniono. Nie odpowiedziano mu, że się myli. Odpowiedziano mu, że nie miał prawa.

To jest różnica, którą warto zapamiętać. Bo kiedy przyjdzie kolejny spór, poważniejszy niż siatkarski vlog, ta sama formuła zostanie wyjęta z tej samej szuflady. I znów nie będzie dotyczyć tego, czy mamy rację. Będzie dotyczyć tego, czy wolno nam mówić.

Kandydaci Pekinu? 70 nazwisk przed wyborami na Tajwanie

Pod koniec listopada Tajwańczycy wybiorą burmistrzów, szefów powiatów, radnych, sołtysów i przewodniczących osiedli. Na kilka tygodni przed ...