Pod koniec listopada Tajwańczycy wybiorą burmistrzów, szefów powiatów, radnych, sołtysów i przewodniczących osiedli. Na kilka tygodni przed głosowaniem tajwański ośrodek badawczy IORG (Information Operations Research Group, zajmujący się operacjami informacyjnymi i wpływami Pekinu na wyspie) opublikował raport, o którym w Tajpej mówi się od tygodnia. Wynika z niego, że co najmniej siedemdziesięciu kandydatów w tych wyborach pojawiło się w chińskich mediach państwowych podczas spotkań i „wymian” po obu stronach Cieśniny Tajwańskiej, organizowanych za wiedzą i zgodą Komunistycznej Partii Chin.
Skąd te liczby
Badacze przejrzeli 17 761 artykułów z serwisu China Taiwan Net. To portal podległy Biuru do spraw Tajwanu, czyli urzędowi w Pekinie, który odpowiada za politykę wobec wyspy. Nazwiska z tych tekstów porównali z tajwańskimi listami wyborczymi, a potem każdą zgodność sprawdzali pojedynczo, żeby wykluczyć przypadkowe zbieżności nazwisk.
Wyszło 86 wydarzeń w 17 chińskich prowincjach, od stycznia 2024 do września 2026 roku. Właśnie przy tych okazjach pojawiało się siedemdziesięciu tajwańskich kandydatów, a po drugiej stronie stołu siadało 114 chińskich funkcjonariuszy partyjnych i państwowych. Trzeba jednak od razu zaznaczyć, że IORG nie liczył wyłącznie osobistych przyjazdów do Chin. Do „udziału” zaliczano też wystąpienie przez łącze wideo albo list z gratulacjami. Raport nie twierdzi więc, że każdy z tych ludzi pojechał do ChRL ani że zrobił coś niezgodnego z prawem.
Kto i skąd
Najwięcej wśród wymienionych jest kandydatów do rad miast i powiatów (28). Dalej idą sołtysi i przewodniczący osiedli (16), czyli najniższy szczebel tajwańskiego samorządu, również wybierany w głosowaniu powszechnym, radni gmin (11), kandydaci na burmistrzów i szefów powiatów (10) oraz na wójtów i burmistrzów miasteczek (5). Najwięcej nazwisk pochodzi ze stołecznego Tajpej (13), potem z powiatu Miaoli (10) i Nantou (8).
Rozkład partyjny mówi sam za siebie. Kuomintang, główna partia opozycji, która od lat opowiada się za zbliżeniem z Chinami, ma 36 kandydatów i 66 odnotowanych udziałów w wydarzeniach. Dwudziestu ośmiu to kandydaci niezależni, trzech należy do Partii Pracy, dwóch do Nowej Partii, jeden do Tajwańskiej Partii Ludowej. Z rządzącej Demokratycznej Partii Postępowej nie ma nikogo.
Ponad połowę stanowią osoby już sprawujące mandat. Badacze zwracają uwagę, że w wyborach wielomandatowych, takich jak wybory do rad, kandydat nie musi przekonać większości. Wystarczy mu wierny elektorat, choćby ten, który ma rodzinę albo interesy w Chinach.
Najwyżej w hierarchii
IORG ułożył też ranking według rangi chińskich urzędników obecnych na tych samych wydarzeniach. Pierwsze miejsce zajął szef powiatu Miaoli Chung Tung-chin, choć odnotowano go tylko raz: na 17. Tygodniu Tajwańskim w Hubei i Wuhanie. Pojawili się tam jednak ludzie z samego szczytu chińskiej polityki, między innymi Su Hui, wiceprzewodnicząca Ludowej Politycznej Konferencji Konsultatywnej Chin (organu doradczego, przez który partia prowadzi pracę Zjednoczonego Frontu), oraz Zhang Ping, były wiceprzewodniczący Stałego Komitetu Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych.
Drugi jest Chen Yu-jen, posłanka Kuomintangu, która ubiega się o urząd szefowej powiatu Kinmen. To wyspa położona zaledwie kilka kilometrów od chińskiego Xiamen. Trzecie miejsce zajmuje burmistrz Tajpej Chiang Wan-an, prawnuk Czang Kaj-szeka, który ubiega się o reelekcję. Pojawił się przy pięciu wydarzeniach, w tym na corocznym Forum Dwóch Miast Tajpej i Szanghaju. Rekord liczby wydarzeń, po siedem, dzielą Chen Yu-jen i Wang Chung-ming, szef powiatu Lienchiang, czyli archipelagu Matsu.
Luka, której nikt nie łata
Raport na nowo rozpalił spór o to, czy i w jaki sposób kontrolować wyjazdy tajwańskich polityków do Chin. Wyjazdy urzędników rządu centralnego do Chin podlegają ścisłej kontroli. Samorządowców i część posłów obowiązują dużo łagodniejsze zasady: o swoich podróżach do Chin muszą informować w znacznie mniejszym zakresie. Tajwański portal Watchout nazwał to szarą strefą.
Próby jej zamknięcia stoją w miejscu. Dziennik Liberty Times policzył we wrześniu, że posłowie Kuomintangu i Tajwańskiej Partii Ludowej zablokowali proceduralnie projekty ustaw o bezpieczeństwie narodowym, w tym te dotyczące wyjazdów parlamentarzystów do Chin, łącznie 1226 razy. Ta liczba wynika z tego, że w tajwańskim parlamencie porządek obrad ustala co tydzień komisja proceduralna, w której opozycja ma większość, i za każdym razem, gdy zdejmuje z niego któryś projekt, liczy się to osobno. Do tego dochodzi 71 blokad poprawek do ustawy o porządku publicznym. To liczba działań proceduralnych, a nie odrzuconych ustaw, ale dobrze pokazuje skalę oporu.
Kuomintang odpowiada, że konstytucja gwarantuje swobodę podróżowania, a o zagrożeniu powinno się sądzić po tym, co kto robi, nie po tym, dokąd jedzie. Poseł Demokratycznej Partii Postępowej Puma Shen, który w listopadowych wyborach walczy o fotel burmistrza Tajpej z Chiang Wan-anem, zarzuca opozycji, że nie tylko nie dopuszcza do dyskusji w komisjach, ale po prostu przerywa ich obrady.
Dlaczego to ważne
Raport nie oskarża nikogo o złamanie prawa ani o działanie na zlecenie Pekinu, a jego autorzy uczciwie to zaznaczają. Pokazuje jednak coś, co obserwuję na Tajwanie od lat: Pekin nie musi kupować polityków ani werbować agentów, żeby budować sobie zaplecze. Wystarczą zaproszenia, fora, „tygodnie tajwańskie”, uściski dłoni z wiceprzewodniczącymi i zdjęcia w państwowych mediach. To klasyczna praca Zjednoczonego Frontu: zbliżyć do siebie lokalnych liderów, sprawić, by kontakty z partią wydawały się czymś normalnym, a potem czekać, aż przełoży się to na głosowania w radach i na nastroje w terenie.
Najbardziej uderza to, gdzie Pekin szuka partnerów. Nie w stolicy, nie wśród ministrów, tylko na samym dole: w radach powiatów, gminach, osiedlach. Tam, gdzie zapadają decyzje o przetargach, szkołach i lokalnych festiwalach, i gdzie mało kto patrzy władzy na ręce. Wybory pod koniec listopada pokażą, ilu z tych siedemdziesięciu ludzi wyborcy wpuszczą do urzędów.







