opublikowała raport ujawniający, którzy Tajwańczycy są najchętniej wykorzystywani przez chińskie media państwowe do prowadzenia kampanii propagandowej wymierzonej w samo tajwańskie społeczeństwo. Analiza obejmuje ostatni kwartał 2025 roku i dotyczy głównie materiałów rozpowszechnianych na chińskiej platformie Douyin, czyli odpowiedniku TikToka.
Na szczycie listy 25 najbardziej „pożytecznych" dla Pekinu Tajwańczyków znalazła się Cheng Li-wun, nowa przewodnicząca głównej partii opozycyjnej Kuomintang. Chińskie media państwowe pokazują ją prawie trzy razy częściej niż samego prezydenta Tajwanu, co nie jest przypadkiem. Cheng, która właśnie spotkała się z Xi Jinpingiem, wielokrotnie publicznie deklarowała, że „jest Chinką" i opowiada się za powrotem do polityki zbliżenia z Pekinem. Dla chińskiej propagandy jest więc gotowym produktem - Tajwanką, która własnymi ustami mówi to, co Pekin chciałby słyszeć od całego społeczeństwa wyspy.
Wielką niespodzianką tegorocznego raportu jest drugie miejsce zajęte przez popularnego tajwańskiego youtubera i influencera, znanego pod pseudonimem „Guan Zhang". Po wizycie w Chinach nagrał on materiał, w którym z zachwytem opisywał, jak bardzo Chiny są rozwinięte i jak bardzo Tajwan przy nich „odstaje". Chińska propaganda natychmiast podchwyciła ten film i przerobiła go według sprawdzonego schematu trzech etapów: usłyszał, zobaczył, uwierzył. Awans youtubera na drugą pozycję listy pokazuje, jak bardzo Pekin stawia na influencerów jako narzędzie dotarcia do młodszych odbiorców, omijając tradycyjne kanały polityczne.
Mechanizm działania tej propagandy jest równie prosty, co skuteczny. Chińskie media nie tworzą przekazu od zera; zbierają gotowe wypowiedzi tajwańskich polityków, komentatorów, byłych generałów i internetowych twórców, a następnie powielają je na masową skalę, odpowiednio kadrując i montując. W efekcie powstaje wrażenie, że sami Tajwańczycy powątpiewają w sens obrony wyspy, pragną zbliżenia z Chinami albo nie wierzą we własne instytucje demokratyczne. Pekin nie musi mówić sam za siebie, jeśli znajdzie Tajwańczyków, którzy powiedzą to za niego.
Raport wyróżnia dwie kategorie „tajwańskich przedstawicieli" w chińskich mediach. Pierwsza to tak zwani przedstawiciele pozytywni - politycy opozycji, byli wojskowi i influencerzy, których wypowiedzi Pekin wykorzystuje do budowania narracji o rzekomej chęci zjednoczenia lub słabości tajwańskiej obronności. Druga kategoria to przedstawiciele negatywni - politycy obozu rządzącego, w tym prezydent, których chińskie media pokazują wyłącznie po to, by ich ośmieszyć, przestraszyć lub oczernić.
Autorzy raportu zwracają uwagę, że wśród 25 osób na liście znalazło się aż pięciu byłych generałów tajwańskiej armii, których wypowiedzi są regularnie wykorzystywane do wzmacniania przekazu o potędze chińskiego wojska i słabości tajwańskiej obrony. Na liście są też politycy planujący start w wyborach lokalnych w 2026 roku, co sugeruje, że Pekin świadomie stara się wpływać na ich wizerunek i kampanie wyborcze.
Dlaczego to wszystko ma znaczenie daleko poza Tajwanem? Opisywana kampania to podręcznikowy przykład nowoczesnej wojny informacyjnej, którą Chiny prowadzą równolegle z budową potencjału militarnego. Jej celem jest stopniowe podważanie wiary Tajwańczyków w sens obrony, rozbijanie jedności politycznej społeczeństwa, normalizowanie narracji o „jednych Chinach" oraz bezpośrednie ingerowanie w demokratyczny proces wyborczy. Podobne metody Rosja stosowała wobec Ukrainy przez lata przed 2022 rokiem, a ich echa widać dziś w kampaniach dezinformacyjnych prowadzonych w krajach europejskich, w tym w Polsce. Tajwański raport jest więc nie tylko dokumentem o odległej wyspie, ale lustrem, w którym każde demokratyczne społeczeństwo może przejrzeć własną podatność na tego rodzaju działania.








