Na Tajwanie głośno zrobiło się o relacji, którą trudno czytać bez wstrząsu. Tajwanka występująca pod pseudonimem „MG" opowiedziała w emigracyjnym podkaście politycznym „Dayu Pai'an Jingqi" (大宇拍案驚奇), prowadzonym przez doświadczonego dziennikarza Li Dayu (李大宇), rodzinną tragedię, którą przez ponad piętnaście lat trzymała w tajemnicy.
Sam prowadzący, zna chiński aparat medialny od środka. Zaczynał jako stażysta-reżyser w CCTV, państwowej telewizji ChRL, jeszcze przed ukończeniem studiów. Odszedł z własnej woli; jak tłumaczył, nie chciał być narzędziem partyjnej propagandy. Korzystając z oprogramowania omijającego chińską zaporę sieciową, zetknął się w internecie z emigracyjną New Tang Dynasty TV; po wyjeździe za granicę dołączył do tej stacji jako reporter i prezenter, a z czasem został redaktorem naczelnym serwisu informacyjnego. Dziś prowadzi własny kanał. Tę drogę, od chińskiej telewizji państwowej do mediów emigracyjnych, warto odnotować, bo daje perspektywę człowieka, który poznał mechanizm działania KPCh od wewnątrz.
Ojciec MG, tajwański przedsiębiorca budowlany, miał zostać zaproszony do Chin około 1998 roku, aby wesprzeć tamtejsze projekty inwestycyjne. Po przyjeździe, według relacji, odebrano mu paszport i zezwolenie na pobyt w Chinach (tzw. taibaozheng, dokument wydawany Tajwańczykom przez ChRL), nakazano zatrudniać wyłącznie miejscowych i odcięto go od jakiegokolwiek wsparcia. Rodzice MG mieli nawet przeprowadzić fikcyjny rozwód, na papierze, bez faktycznego rozstania, po to, by w razie kłopotów ojca w Chinach jego problemy prawne i finansowe nie spadły na żonę i na tajwańską centralę firmy. Ojciec stał się, jak to ujęła MG, „bankomatem" dla skorumpowanej policji i lokalnych grup przestępczych. MG wspomina telefon z żądaniem trzech milionów dolarów tajwańskich okupu, gdy miała dziewiętnaście lat; przez kolejne lata rodzina raz po raz przelewała sumy wymuszane pod groźbą.
W kwietniu 2009 roku, tuż przed planowanym powrotem ojca na jej ślub, mężczyzna miał zostać uprowadzony z ulicy przez chińskich policjantów w Dali w prowincji Yunnan. 7 maja rodzina dostała zawiadomienie, że zmarł rzekomo na skutek nagłego zatrzymania krążenia.
Dwudziestopięcioletnia wówczas MG pojechała sama, by rozpoznać ciało. Twierdzi, że w komisariacie zamknięto ją w pokoju. Trzej policjanci zażądali od niej łapówki, po 5000 juanów(wówczas ok. 2200 zł) dla każdego, pod pozorem „opłaty za herbatę", chińskiego eufemizmu na wymuszoną łapówkę; a gdy nie miała przy sobie tyle gotówki, zgwałcili ją w zamkniętym pokoju. Mając wykształcenie medyczne, przy pożegnaniu z ciałem miała wyczuć, że zwłoki ojca pozbawione są mostka, że serce i płuca są zapadnięte, brakuje nerek i części jelit, a oczodoły są puste. Podpisała zgodę na kremację, bo, jak mówi, tylko tak mogła sprowadzić ojca do domu.
Po latach leczenia psychiatrycznego zdecydowała się mówić. Li Dayu twierdzi, że zrobiła to, by zwrócić uwagę świata na nielegalne przeszczepy organów i przestrzec Tajwańczyków przed ryzykiem podróży do Chin.
Historia MG jest sprzed kilkunastu lat, ale to, co stanowi jej jądro: bezkarność aparatu, traktowanie cudzego ciała jak surowca, prawo i policja w roli narzędzia wymuszeń, za rządów Xi Jinpinga nie osłabło, lecz się umocniło. Niezależny China Tribunal pod przewodnictwem sir Geoffreya Nice'a, brytyjskiego prawnika, który oskarżał Slobodana Miloševicia przed trybunałem ONZ, w 2019 roku orzekł, że przymusowe pobieranie organów w Chinach trwało na masową skalę przez wiele lat i nadal trwa. Pod władzą Xi system nadzoru, represji wobec mniejszości i więźniów sumienia stał się jedynie gęstszy i bardziej scentralizowany.
Gdy więc dziś przedstawia się nam Chiny jako „konserwatywną alternatywę", a przywódców KPCh stroi w szaty konfucjańskich, statecznych polityków, warto pamiętać, czym to państwo bywa dla bezbronnej jednostki, która wpadnie w jego tryby, i że nie mówimy o minionej epoce, lecz o porządku, który wciąż działa. Konfucjańska fasada to kostium. Pod nim trwa aparat, który traktuje ludzkie ciało jak surowiec, a prawo jak narzędzie przymusu. To samo doświadczyliśmy, w innej skali i innym czasie, gdy „ludowe" państwo zapewniało nas o swojej trosce.







