Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cenzura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cenzura. Pokaż wszystkie posty

Obrażone uczucia. Jak chińska maszyna wzięła się za polskiego siatkarza



W niedzielę 2 sierpnia hala w Ningbo skandowała „MVP", kiedy Tomasz Fornal odbierał nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów Ligi Narodów. Chińscy kibice dopingowali Polaków, wiwatowali po zwycięstwie nad Amerykanami, wręczali prezenty. Tydzień później ci sami ludzie pisali, żeby nie przyjeżdżał już więcej do Chin.

Między jednym a drugim wydarzył się film. Fornal wrzucił na swój kanał vloga z wyjazdu i przez kilkadziesiąt sekund powiedział, co myśli o mieście, w którym był po raz trzeci. Że do kawiarni trzeba iść przez zaniedbaną dzielnicę. Że po zmroku pewnie się tam nie czuje. Że ludzie plują na ulicę. Że wszystko jest w internecie pozablokowane i bez chińskiej aplikacji płatniczej nie kupi się borówek. I że jego zdaniem Chiny są przereklamowane.

Trzeba to rozdzielić, bo w całej awanturze natychmiast zlano to w jedno.

Plucie na ulicy nie jest wymysłem Fornala ani uprzedzeniem. To zwyczaj na tyle powszechny, że władze ChRL same z nim przez lata walczyły, kampaniami społecznymi i mandatami, najintensywniej przed igrzyskami w Pekinie w 2008 roku, a potem podczas epidemii SARS i COVID-u. Chiński turysta piszący to samo o Chinach nie usłyszałby, że jest rasistą. Usłyszałby, że ma rację. To samo dotyczy zaniedbanej dzielnicy, odciętego internetu i przymusu płacenia lokalną aplikacją. Wszystko to jest prawdą i nikt tej prawdzie nie zaprzeczył.

Jedno zdanie jest jednak inne niż pozostałe. Uwaga o zapachu, poprzedzona zastrzeżeniem, że mówiący nie chce być rasistą, nie jest obserwacją zwyczaju, tylko sądem o ludziach przez ich ciała. Tu nie ma czego weryfikować, bo nie ma faktu do sprawdzenia. Fornal ma dwadzieścia osiem lat i kanał z setkami tysięcy widzów, więc powinien wyczuwać różnicę między opisem ulicy a opisem człowieka. To jedno zdanie dało stronie chińskiej dokładnie ten pretekst, którego potrzebowała, żeby całą resztę nazwać uprzedzeniem i nie odpowiedzieć na nic.

Lawina ruszyła jednak z zupełnie innego powodu.

Serwis news.qq.com odpowiedział rzeczowo, że Fornal nakręcił dzielnicę handlową w trakcie remontu i że to nie jest obraz całego Ningbo. To sensowny argument i pewnie prawdziwy. Zaraz potem jednak zmienił się ton. Dziennikarze z Ningbo pisali o dwulicowości człowieka, który przyjął owacje, a potem pokazał miasto w złym świetle. Użytkownicy portalu zhibo8 pytali, jak może tak mówić ktoś, kto dostał od chińskich fanów prezenty. Powtarzało się jedno zdanie w wielu wariantach: „niech tu więcej nie przyjeżdża”.

Zwróćmy uwagę na konstrukcję zarzutu. Nie brzmi on: pomyliłeś się co do faktów. Brzmi: byliśmy dla ciebie dobrzy, więc nie wolno ci było tego powiedzieć. Życzliwość zostaje przedstawiona jako zobowiązanie, a wyrażenie opinii jako złamanie umowy, której nikt nie podpisywał.

Najlepiej widać to po komentarzu, który pod chińskimi relacjami zebrał najwięcej polubień. Jego autor odpowiedział, że skoro Ningbo to slumsy, to slumsami Europy jest Polska. Nie ma tam ani słowa obrony Ningbo. Jest za to natychmiastowe przeniesienie sporu z miasta na kraj mówiącego, bo w tej logice nikt nie ocenia miejsca, tylko każdy reprezentuje naród i każdy sąd o miejscu jest ciosem wymierzonym w naród.

W chińskiej praktyce politycznej ten zabieg ma nawet własną nazwę. To 伤害中国人民感情, „zranienie uczuć narodu chińskiego", formuła używana przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych ChRL od dziesięcioleci wobec rządów, firm, gwiazd filmowych i marek odzieżowych. Jej funkcja jest zawsze taka sama: przenieść spór z poziomu faktów, gdzie można się kłócić, na poziom uczuć, gdzie kłócić się nie wypada. Kto raz na takie postawienie sprawy przystanie, ten przeprasza. A po przeprosinach nie wraca się już do pytania, czy tamta dzielnica rzeczywiście wyglądała tak, jak wyglądała.

Warto powiedzieć wprost, bo inaczej tekst byłby nieuczciwy: w sprawie Fornala nie zabrało głosu ani chińskie MSZ, ani ambasada, ani żadna instytucja państwowa. To nie była operacja. To był odruch. I właśnie dlatego jest ciekawszy niż operacja. Systemy propagandy buduje się po to, żeby w pewnym momencie przestały wymagać poleceń. Kiedy publiczność sama, bez sygnału z góry, rozpoznaje cudzą opinię jako atak na naród i sama wymierza karę w postaci wykluczenia, mechanizm działa już bez operatora.

Jest w tym jeszcze jedno dno, którego chyba nikt w tej awanturze nie zauważył. Fornal narzekał między innymi na to, że w Chinach wszystko jest pozablokowane. Ma rację i to jest akurat najpoważniejsza rzecz, jaką powiedział. Chińska publiczność, która się na niego obraziła, żyje za murem odcinającym ją od tego, co świat o niej pisze. Ludzie, którzy nie mogą przeczytać cudzej opinii na co dzień, reagują na każdą, która do nich dotrze, jak na napaść. Bariera, na którą narzekał, jest powodem, dla którego jego słowa zabrzmiały tam tak głośno.

Zaraz padnie zarzut, że robię z wpisów kibiców sprawę międzynarodową. Nie robię. Fornal nie stracił pracy, nie stracił kontraktu i za miesiąc zagra na mistrzostwach Europy. To najlżejszy kaliber z możliwych i trzeba to powiedzieć uczciwie, bo inaczej cała reszta traci wagę. Ale skala istnieje. W 2016 roku, podczas wizyty Xi Jinpinga w Warszawie, odebrano mi akredytację prasową po interwencji strony chińskiej. Nie napisałam wtedy niczego o zapachach ani o pluciu. Napisałam o polityce. W lipcu tego roku japoński dziennikarz Yaita Akio, od lat krytykujący Pekin, został uderzony w twarz w holu hotelu w tajwańskim mieście Taichungu, zaraz po wykładzie. Napastnika przywieziono z zewnątrz: przyleciał z Hongkongu cztery dni wcześniej, zmieniał hotele, a po ataku jechał już na lotnisko. Tajwańska prokuratura postawiła mu zarzut z ustawy o przeciwdziałaniu infiltracji, a Kancelaria Prezydenta nazwała sprawę pierwszym brutalnym przypadkiem represji transnarodowych od wejścia w życie chińskiej ustawy o jedności narodowej. Formalnie Pekin nie ma z tym nic wspólnego. Formalnie nigdy nie ma. To trzy zupełnie różne ciężary gatunkowe i nie zamierzam ich zrównywać. Łączy je natomiast jeden odruch: cudza wypowiedź o Chinach nie jest traktowana jako wypowiedź, lecz jako czyn, na który należy odpowiedzieć.

Polska siatkówka regularnie wraca do Chin, bo tam są pieniądze i turnieje. Wrócą też polskie firmy, uczelnie i samorządy. Wszyscy oni dostali w tym tygodniu lekcję poglądową na temat tego, jak wygląda cena wstępu. Nie jest nią wiza ani opłata rejestracyjna. Jest nią milczenie o tym, co się widziało.

Za to jedno wstydliwe zdanie odpowiada wyłącznie Fornal i nikt go z niego nie rozgrzeszy. Ale nikt nie obalił reszty jego relacji. Ją po prostu unieważniono. Nie odpowiedziano mu, że się myli. Odpowiedziano mu, że nie miał prawa.

To jest różnica, którą warto zapamiętać. Bo kiedy przyjdzie kolejny spór, poważniejszy niż siatkarski vlog, ta sama formuła zostanie wyjęta z tej samej szuflady. I znów nie będzie dotyczyć tego, czy mamy rację. Będzie dotyczyć tego, czy wolno nam mówić.

Czym żyje chiński internet ?


-->
Żyje debatą i blokadą. Debatą w Fox Business pomiędzy amerykańską dziennikarką tej stacji, Trishą Regan, i dziennikarką stacji CGTN kontrolowanej przez Komunistyczną Partię Chin, Liu Xin. (program zobaczyć można TUTAJ)
Od początku uważałam, że debata to zły pomysł, bo posłuży  KPCh do promowania swojej agendy w amerykańskich domach ….i miałam rację.
Jedyny dobry moment tej debaty miał miejsce wtedy gdy Liu stwierdziła, że system jaki panuje w jej kraju to nie państwowy kapitalizm (towarzysze jednak nie lubią słowa kapitalizm), ale socjalizm z chińską charakterystyką…ten socjalizm, o którym wiceprezydent Mike Pence mówił, że jest zagrożeniem dla wolności.
Poza tym było słodko.
Liu Xin nie miała racji, gdy mówiła, że otrzymała świetną okazję, aby "porozmawiać z publicznością w zwykłych domach w USA"…Nie, to nie ona otrzymała tę szansę, to KPCh. 
Narzędzia wojny informacyjnej komunistycznego reżimu nigdy nie miałyby lepszego dostępu do publiczności w USA.
Podczas debaty dowiedzieliśmy się, że z pewnością istnieje problem kradzieży intelektualnej, ale przecież istnieje on wszędzie ... i że dzielenie się jest dobre - oczywiście dzielenie się rozumiane jako współpraca, uczenie się od siebie nawzajem i na pewno z opłatą za korzystanie z dorobku. Tak, to jest z pewnością to co robi KPCh, Huawei i chińscy szpiedzy.
Usłyszeliśmy też, że nie musimy obawiać się wzrostu Chin, ponieważ chociaż jest to druga gospodarka na świecie, to pod względem PKB na mieszkańca jest to wartość zaledwie 1/6 tego co w USA .... szkoda, że ​​Trish Regan nie zapytała dlaczego zatem KPCh wydaje tyle pieniędzy na inicjatywę Nowego Jedwabnego Szlaku, ogromne projekty infrastrukturalne za granicą, militaryzację Morza Południowochińskiego i na Instytuty Konfucjusza, zamiast na poprawę jakości życia własnych obywateli.
Słyszeliśmy również, że Chiny są największym światowym czynnikiem przyczyniającym się do utrzymywania pokoju przez ONZ ... tutaj serca "publiczności w zwykłych amerykańskich domach" z pewnością stopniały.
I Liu Xin przyznała, że rezygnacja ze wszystkich taryf byłaby świetna!! 
Słuchając tej debaty trudno nie mieć wrażenia, że Zachód zapomiał czym była Zimna Wojna i sowiecka kampania dezinformacji.

I drugi temat to blokada kont na Twitterze osób, które krytykują chiński reżim. Dotknęła ona głównie chińskich dysydentów, publicystów ale i cudzoziemców min. mnie. 


Cenzura tuż przed 30 rocznicą masakry na pl. Tiananmen, to jest właśnie to czego KPCh chciała…..okazuje się na Twitterze można obrażać środowiska i agendę konserwatywną, ale krytykowanie komunizmu jest naruszeniem zasad. Po raz kolejny widać, że walka z chińskim komunizmem (sprzymierzeńcem globalizmu”) rozgrywa się na naszym podwórku, a nie za Wielkim Murem. Chińscy komuniści mają tu wielu sprzymierzeńców.

Pekin ocenzurował Kubusia Puchatka

Prowadzonej w internecie kontroli chiński rząd nie nazywa cenzurą. Według komunistów w Pekinie to „sterowanie opinią publiczną” i budowanie „harmonijnego społeczeństwa”. A jest co harmonizować, bo w Chinach z internetu korzysta ponad 730 mln osób, a więc kraj ten ma największą liczbę internautów na świecie.

Po dojściu do władzy w 2013 r. prezydent Xi Jinping jako jeden z priorytetów partii komunistycznej wymienił kontrolę ideologiczną sieci. Na spotkaniu z kierownictwem departamentu propagandy Komunistycznej Partii Chin (KPCh), odpowiedzialnym za monitorowanie mediów, w tym także internetu, Xi nakazał utworzenie „silnej armii internetowej”, aby „przejąć pełną kontrolę nad tym medium”. Dziś oddziały cenzorów walczą w internecie z blogerami komentującymi wydarzenia w Państwie Środka i na całym świecie. Czasem wróg przybiera dość absurdalne formy.

Najnowszym przykładem „harmonizowania” jest przykład Kubusia Puchatka. W ciągu kilku ostatnich dni osoby, które wpisywały w sieci, np. na portalu Sina Weibo (chińskim mikroblogu), imię bohatera książek A.A. Milne’a, otrzymywały komunikat: „treści są zakazane”. Cenzura zablokowała również animowane gify z Kubusiem Puchatkiem w aplikacji WeChat, chińskim odpowiedniku Twittera.

A wszystko dlatego, że komunistycznym władzom Chin nie spodobały się krążące w sieci fotomontaże porównujące Puchatka do prezydenta Xi Jinpinga.

Nie jest to jedyna tak absurdalna reakcja chińskiej cenzury. Gdy prezydent Xi Jinping, chcąc zademonstrować, że władza jest blisko ludu, odwiedził w Pekinie sklep z mantou, tj. tradycyjnymi chińskimi bułeczkami gotowanymi na parze, natychmiast w internecie pojawiły się komentarze, że było to przedstawienie. Nie trzeba było długo czekać na reakcję cenzorów. Zablokowano zwroty „Xi Jinping + bułeczki gotowane na parze”, „Xi Jinping + przedstawienie” czy „Xi Jinping + gra”.

Ofiarą chińskiej cenzury w 2015 r. padła amerykańska piosenkarka Taylor Swift. Celebrytka podczas trasy koncertowej promowała odzież, na której znajdowało się logo „T.S. 1989”, czyli inicjały i rok urodzenia artystki. Ale w Państwie Środka hasło to odczytywane było także inaczej – Tiananmen Square 1989. Kojarzyło się internautom z masakrą dokonaną przez władzę komunistyczną 4 czerwca 1989 r. na protestujących studentach, z wydarzeniami, których Pekin nie pozwala upamiętniać. Ostatecznie na zdjęciach ukazujących się w internecie, a promujących kampanię piosenkarki cenzura „wygumkowała” logo T.S. 1989.

Cenzura w Chinach służy przede wszystkim usuwaniu z debaty w internecie tematów i osób niewygodnych dla władzy komunistycznej. Tak było, gdy umierał kilka dni temu więziony przez lata laureat Pokojowej Nagrody Nobla Liu Xiaobo. Wpisy na chińskich portalach i komunikatorach społecznościowych z imieniem i nazwiskiem chińskiego dysydenta znikały w ciągu paru sekund. I znów nie jest to odosobniony wypadek zniknięcia z chińskiego internetu. W połowie stycznia 2014 r. Song Binbin, córka generała Song Renqionga, jednego z twórców komunistycznych Chin, przyznała, że będąc hunwejbinem, w okresie rewolucji kulturalnej nie powstrzymała innych członków Czerwonej Gwardii przed zamordowaniem jej nauczyciela. Song we wpisie na blogu wyraziła ubolewanie, że doszło do zbrodni i przeprosiła za swoją bezczynność. Zaraz po tym zwierzeniu jej imię i nazwisko zniknęło z Sina Weibo.
Gazeta Polska Codziennie

Cenzura i bojkot i przypadkowe zbiegi okoliczności

W dniach 19 – 24 czerwca 2017 roku odbędzie się Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych „Młodzi i Film”. Festiwal odrzucił film Konrada Łęckiego „Wyklęty” nawiązujący do historii ostatniego Żołnierza Niezłomnego - Józefa Franczaka, ps. „Lalek”.
A kto jest dyrektorem programowym festiwalu ? Janusz Kijowski, stryj głównego alimenciarza RP Mateusza Kijowskiego. 
Ale to z pewnością  "przypadkowy zbiegi okoliczności". Tak samo jak zbiegiem okoliczności jest to, że dyrektorem Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej jest  Magdalena Sroka, "menedżerka kultury " i była wiceprezydent Krakowa. Pani ta zasłynęła tym, że jako wiceprezydent Krakowa chciała uczynić z miasta centrum homoturystyki i jest odpowiedzialna za nieudane przygotowania do igrzysk olimpijskich, co kosztowało budżet miasta ponad 20 mln. 

A to, że ta lewaczka nadal kieruje PISF, instytucją z wielomilionowym budżetem, i ma wpływ na polską kinematografię zawdzięczamy wicepremierowi i ministrowi kultury w rządzie tzw. dobrej zmiany.

Ale że światem rządzą przypadki i zbiegi okoliczności, i zaraz usłyszymy jak to "niezależni" artyści i sponsorzy  wycofują się i bojkotują festiwal w Koszalinie 😏

I tylko przypomnę, że patronami medialnymi festiwalu bywali TVP2, TVP Kultura i Polskie Radio (Czwórka).





​Chińska cenzura boi się „Codziennej”

Według chińskiej policji internetowej artykuły „Codziennej” zawierają niebezpieczne treści. Chińska cenzura natychmiast zablokowała konto osoby na chińskim komunikatorze WeChat za otrzymanie naszych tekstów krytycznych wobec rządzących w Pekinie komunistów.

W sobotę w „Codziennej” ukazała się korespondencja z Tajwanu pt. „Ideologiczna czystość na chińskich uczelniach” o komunistycznej indoktrynacji na chińskich uczelniach. Tego dnia jeden z czytelników przesłał wspomniany materiał, jak również wcześniejszy artykuł „Codziennej” o prześladowaniu chrześcijan

w ChRL-u, za pomocą chińskiego komunikatora WeChat bliskiej osobie w Chinach. Chiński aparat cenzury zareagował natychmiast i zablokował konto WeChat osoby, do której zostały wysłane artykuły.

Mający prawie 850 mln użytkowników WeChat jest poddany szczególnej inwigilacji ze strony chińskich służb. Informacje zawierające „zakazane” hasła, np. demokracja, prawa człowieka, dyktatura, antykomunizm, komunistyczni przestępcy, masakra, ludobójstwo, prześladowania chrześcijan, 4 czerwca, Matki Tiananmen czy Wolny Tybet są natychmiast blokowane.

W ChRL-u nie można korzystać z Facebooka, Twittera, YouTube’a, Gmaila i Instagramu. Miejsca tych serwisów wypełniły chińskie klony: Weibo, RenRen, Tencent czy YouKu. Firmy te muszą ściśle współpracować z chińskim aparatem cenzury i inwigilacji, a ich szefowie są powiązani z Komunistyczną Partią Chin (KPCh). Komunikator WeChat należy do firmy Tencent, a jej założyciel Ma Huateng, według Forbesa jeden z najbogatszych ludzi na świecie, jest członkiem Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych (OZPL), czyli chińskiego parlamentu.
Gazeta Polska Codziennie

Dlaczego nie będę kupować książek w Eslite

Wielu z cudzoziemców za jedno z ulubionych miejsc w Tajpej uważa księgarnie ESLITE (誠品書店); ksiegarnia istnieje także w Hongkongu. Eslite to ‘kulturalne okno na świat”, twierdził Robert Wu (清友) założyciel ksiegarni. Okno  niestety zamyka się z powodu cenzury.
W czerwcu br. Eslite w Hongkongu wycofał z półek kilka książek o Tybecie. Według Yuan Hongbing[1] (袁紅冰) jego własne książki zostały zdjęte z półek już w listopadzie 2013 roku. Inni niezbyt mile widziani autorzy w Eslite to Wang Lixiong[2] (王力雄) i Tsering Woeser[3].
Także Eslite w Tajpej w doborze wystawianych na półkach tytułów dostosowuje się do „instrukcji” Pekinu; dotyczy to zwłaszcza sklepu w dzielnicy Xin-yi, tuż obok Taipei 101. Ta największa księgarnia w Azji (24,750 m2) jest odwiedzana przez turystów zagranicznych, a więc też i tych przybywających z Chin Ludowych. Oficjele z ChRLu nie chcą dopuścić, aby w ręcę ich rodaków trafiły jakieś “niebezpieczne lektury”.
Uważa się, że kierownictwo ksiegarni ulega presji Pekinu i wycofuje niewygodne tytuły, bo planuje otwarcie sklepów w Chinach min. w Suzhou i Szanghaju.
Kilka dni po informacji o zakazanych książkach na półkach Eslite w Hongkongu, pracownicy tajwańskich oddziałów księgarni ujawnili pismo jakie kierownictwo firmy rozesłało do nich. W liście kierownictwo księgarni zakazuje zatrudnionym w Eslite udzielania jakichkolwiek informacji mediom czy publikowania jakichkolwiek komentarzy na portalach społecznościowych na temat polityki wewnętrznej firmy.

Robert Wu miał szansę przybliżyć obywatelom ChRL-u świat oparty na takich wartościach jak wolność i prawda. Zafundował jednak nam wszystkim cenzurę ….i dlatego nie będę już kupować książek w Eslite.




[1] Yuan Hongbing - pisarz i prawnik urodzonym w Mongolii Wewnętrznej (jeden z regionów autonomicznych ChRL-u); w czasie protestów studentów na Placu Tiananmen w 1989 roku zorganizował wśród wykładowców Uniwersytetu Pekińskiego akcję poparcia dla demostrujących.  W 2004 roku w trakcie wizyty w Australi uzyskał azyl polityczny;  w swoich książkach pisze dużo o eksterminacji Tybetańczyków i ich kultury w ChRLu; w 2009 roku Yuan opublikował książkę pt. “Katastrofa Tajwnu”, w której między innymi zarzucił rządzącym wyspą  niezrozumienie zagrożeń ze strony Pekinu.
[2] Wang Lixiong - chiński pisarz i historyk, działający również na rzecz ochrony środowiska naturalnego, autor zakazanego w ChRLu bestselleru „Żółte zagrożenie"; w ostatnich latach poświęca wiele uwagi kwestiom Tybetu i Turkiestanu Wschodniego. Jest mężem Tsering Woeser.
[3] Tsering Woeser, -pisarka i poetka tybetańska, mieszkająca w Pekinie ; w 2013 Departament Stanu USA ogłosił ją zwyciężczynią Międzynarodowej Nagrody za Odwagę Kobiet.

Chińska cenzura walczy nawet z zupkami błyskawicznymi

Rząd chiński prowadzonej w internecie kontroli nie nazywa cenzurą. Według komunistów w Pekinie to "sterowanie opinią publiczną" i budowanie "harmonijnego społeczeństwa". Chińscy internauci widzac więc znikające informacje żartobliwe powiadamiają innych blogerów, że strona została "zharmonizowani" - pisze Hanna Shen*.
Po dojściu do władzy w marcu zeszłego roku chiński prezydent Xi Jinping jako jeden z priorytetów dla partii komunistycznej wynienił kontrolę ideologiczną sieci. Na spotkaniu z kierownictwem departamentu propagandy Komunistycznej Partii Chin Ludowych (KPChL), odpowiedzialnym za monitorowanie mediów, w tym także internetu, Xi nakazał utworzenie „silnej armii internetowej”, aby „przejąć pełną kontrolę nad tym medium”. Dziś oddziały cenzorów walczą w internecie nie tylko z blogerami komentującymi wydarzenia w Państwie Środka, ale i potrafią dopatrzyć się zagrożenia nawet w nazwie firm i produktów sprzedawanych na chińskim rynku.
Przekonała się o tym firma Kang Shifu, której nazwa została zablokowana na Weibo, chińskim odpwiedniku Twittera. Kang Shifu, firma założona przez Tajwańczyków, jest największym producentem zupek błyskawicznych i napojów w Chinach Ludowych. Jej przychód roczny wynosi ponad 650 mln USD. Ale marka Kang Shifu to nie tylko synonim najlepszych zupek błyskawicznych w Chinach. W ostatnich miesiącach chińscy internauci pisząc o Zhou Yongkang, byłym ministrze bezpieczeństwa publicznego iczłonku Stałego Komitetu Biura Politycznego KC, zaczeli  nazywać go Kang Shifu, co tłumaczone z chińskiego znaczy także Pan Kang. Internauci nie mogli używać prawdziwego imienia i nazwiska Zhou albowiem zablokowała je cenzura po tym, jak  politykowi postawiono zarzuty korupcji i nadużywania wladzy. Partia nie lubi, gdy jej problemami, a zwłaszcza skorumpowanymi aparatczykami, zajmuja sie internauci. Ci więc musieli wymyślić przezwisko dla Zhou, aby móc dalej o nim pisać. Padło na nazwę firmy Pan Kang (Kang Shifu) i tak tajwańska firma stała się niebezpieczna dla chińskiej cenzury
Komunistyczne Panisko
Pnąc się po szczeblach kariery w KPChL Zhou Yongkang stał się nie tyle Panem (Shifu), co prawdziwycm paniskiem. W 1964 roku, na dwa lata przed ukończeniem studiów inżynierskich na wydziale eksploatacji zasobów ziemskich Pekińskiego Instytutu Naftowego, wstapił do partii. Zhou pełnił fukcje wiceministra przemysłu naftowego, prezesa Chińskiego Państwowego Koncernu Przemysłu Naftowego i Gazownictwa, ministra zasobów ziemskich i w latach 2003 -2007 ministra bezpieczeństwa publicznego. W latach 2007-2012 był członkiem KC KPCh i przewodniczącym Komisji ds. Polityki i Ustawodawstwa. W kręgach partyjnych Zhou nazywany był carem. Jednak jego kariera legła w gruzach, bo w 2012 roku oficjalnie i jako jedyny z czołowych chińskich oficjeli stanął po stronie Bo Xilai, sekretarza Komitetu Miejskiego KPCh w Chongqing. Bo Xilai trafił do więzienia po tym, jak były szef policji w Chongqingu, Wang Lijun, schronił się na dobę w amerykańskim konsulacie i  ujawnił tam informacje obciążające Bo i wskazujące na udział jego żony w śmierci brytyjskiego biznesmana Neil’a Heywooda. Dziś Bo odsiaduje wyrok dożywocia, a w KC zaczeły krążyć plotki, że Bo i Zhou planowali zamach stanu i niedopuszczenie do wladzy Xi Jinpinga. Nic więc dziwnego, że dla konsolidującego władze prezydenta Xi po aresztowaniu i skazaniu Bo przyszedł czas, aby rozprawić się z Zhou Yongkang’iem. Ale chyba nikt nie spodziewał się, że Xi i jego armia cenzorów uderzą także w zupki błyskawiczne, których nazwę chińscy blogerzy wybrali jako przezwisko dla Zhou.
Niebezpieczne zupki
Czujni cenzorzy nie ograniczyli sie jednak tylko do nazwy “Kang Shifu”; ponieważ pojawiły się także informacje, że zarzuty korupcyjne moga być postawione synowi Zhou, cenzorzy usuwają też z internetu  zwrot “Kang Shifu i syn”.  Z czasem armia moniturująca internet wydedukowała, że skoro Kang Shifu to zwrot niebezpieczy, a Kang Shifu to zupki błyskawiczne to należy także usuwać z Weibo wpisy z hasłem “zupki błyskawiczne”. W walce z groźnymi dla systemu elementami zablokowo też takie zbitki słów jak: “zupki błyskawiczne aresztowe”, “zupki błyskawiczne złapane”, “zupki błyskawiczne podają się do dymisji”, czy “zupki błyskawiczne coś się stało”. 
Zakazane słowa 
W Chinach z internetu korzysta ponad 330 mln osób, a więc kraj ten ma największą liczbę internautów na świecie. Ci bardzo aktywnie komentują wydarzenia w kraju i szybko rozprzestrzeniają informacje, których w komunistycznej prasie czy telewizji nie ma, czyli na przykład o korupcji lokalnych aparatczyków czy protestach. Internauci zaczeli także tworzyć listę zakaznych przez cenzurę słów. Znajdują się na niej na przykład takie zwroty jak “niepodległy Tybet”, “niech żyje Republika Chińska” (Republika Chińska to oficjalana nazwa Tajwanu), “obrona wolności prasy” czy “Mao (Mao Zedong) i dyktatura”. Jednak nigdy nie można być pewnym, kiedy i który termin znajdzie się na indeksie. Gdy pod koniec grudnia tego roku prezydent Xi Jinping, chcąc zademonstrować że władza jest blisko ludu, odwiedził w Pekinie sklep z mantou tj. tradycyjnymi chińskimi bułeczkami gotowanymi na parze, natychmiast w internecie pojawiły się komentarze, że było to przedstawienie. Nie trzeba było czekać długo na reakcję cenzorów. Zablokowano zwroty “Xi Jinping + bułeczki gotowane na parze”, Xi Jinping + przedstawienie” czy “Xi Jinping + gra”. mA propos chińskiego wodza, internauci nie mogą też wspominać o Xi Mingze,  jedynej córce Xi i jego żony Peng Liyuan, która studiuje na Uniwersytecie Harvarda pod innym imieniem i nazwiskiem. Z niejasnych powodów chińskim cenzorom nie podobają się także zbitki słów “Xi Jinping+ miły”  “Xi + jest odpowiedzialny za” czy X”i + nóż”.
Z chińskiego internetu szybko też znikają nazwiska osób, które stają się niewygode dla reżimu. W połowie stycznia bieżącego roku Song Binbin, córka generałaSong Renqionga, jednego z twórców komunistycznych Chin, przynała, że będąc Hunwejbinem w okresie Rewolucji Kulturalnej nie powstrzymała innych członków Czerwonej Gwardii przed zamordowaniem jej nauczyciela. Song we wpisie na blogu wyraziła ubolewanie, że doszło do zbrodni i przeprosiła za swoją bezczynność. Zaraz po tym zwierzeniu jej imię i nazwisko znikneło z Weibo. Trudno też w chińskim internecie znaleźć jakąkolwiek wzmiankę o Ilhamie Tohti, Ujgurze  i profesorze ekonomii, który 15 stycznia został w Pekinie oskarżony o działaność mającą doprowadzić do rozpadu kraju. Tohti od lat krytykował politykę władz Chin Ludowych wobec Ujgurów w prowincji Xinjiang.
Rząd chiński prowadzonej w Internecie kontroli nie nazywa cenzurą. Według komunistów w Pekinie to "sterowanie opinią publiczną" i budowanie "harmonijnego społeczeństwa". Chińscy internauci widzac więc znikające informacje żartobliwe powiadamiają innych blogerów, że strona została "zharmonizowana."

Tajwańskie zakazane piosenki

Tajwan miał także swoje zakazane piosenki (禁歌); przez prawie 40 lat rzadów Kuomintangu (國民黨) wszystkim utworom muzycznym przyglądali się cenzorzy i czujnie wyłapywali to, co mogło „zagrozić” władzy.
No bo na przykład, co sugerowali autorzy piosenek zatytułowanych „Nie wrócisz dziś do domu” (今天不回家) czy „List od starszego brata” (哥哥的一封信)?
Cenzorom nie podobała się także napisana w latach 30-tych i śpiewana przez tajwanską divę Teresę Deng (鄧麗君) piosenka pt. „Kiedy wrócisz” (何日君再來); ...znak 日używany jest także w słowie Japonia (日本), a 君 czytane jest jako “jun”, tak samo jak znak 軍, armia; o jakim to powrocie więc śpiewano? Może rzeczywiście coś w tym było, bo piosenka biła rekordy popularności w Japonii . Na zachodzie spopularyzował ją Richard Clayderman.
A tak śpiewała „Kiedy wrócisz” w Japonii Teresa Deng.

Ostrożni cenzorzy wstrzymali też piosenkę innej znanej tajwańskiej piosenkarki Ou Yang Feifei (歐陽菲菲) pt. Gorąca pustynia (熱情的沙漠)..w tekście piosenki pojawia się co chwila wzdychanie 阿 (czytane„a”) ,które w wykonaniu wygladającej jak Tina Turner Ou Yang Feifei brzmiało zbyt elekryzująco.
Młodzi wykonawcy na Tajwanie chętni siegają do przeboju, który sprawił Ou Yang Feifei trochę kłopotów; oto „Gorąca pustynia” w wykonaniu Harlem’a Yu (庾澄慶), twórcy pierwszego rapu po chińsku:-)

Obrażone uczucia. Jak chińska maszyna wzięła się za polskiego siatkarza

W niedzielę 2 sierpnia hala w Ningbo skandowała „MVP", kiedy Tomasz Fornal odbierał nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów Ligi Naro...