Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cao Changqing. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cao Changqing. Pokaż wszystkie posty

Trump mocno popiera Dudę

 WYWIAD \ Z CAO CHANGQINGIEM, chińskim dysydentem od lat mieszkającym w USA, rozmawia HANNA SHEN

numer Gazety Polskiej Codziennie 2687 - 18.07.2020 → Społeczeństwo

Kilka dni przed I turą wyborów w Polsce prezydent Trump przyjął prezydenta Dudę ciepło, uroczyście i po bratersku w Białym Domu. Obaj przywódcy mieli wspólną konferencję prasową, a międzynarodowe media wskazywały, że jest to sygnał dla polskich wyborców, iż Stany Zjednoczone popierają Polskę, a Trump popiera Dudę.

Po spotkaniu prezydenta Andrzeja Dudy z prezydentem Donaldem Trumpem 24 czerwca wyraził Pan życzenie na Twitterze, by Duda wygrał wybory. Stało się. Dlaczego według Pana zwycięstwo Dudy było ważne dla Polski i dla wolnego świata?

Prezydent Duda był pierwszą zagraniczną głową państwa, która została zaproszona do odwiedzenia Stanów Zjednoczonych po wybuchu globalnej pandemii, co pokazało, jak duże znaczenie prezydent Trump przywiązuje do relacji z Polską, a także bezpośrednio z prezydentem Dudą. Kilka dni przed I turą wyborów w Polsce prezydent Trump przyjął prezydenta Dudę ciepło, uroczyście i po bratersku w Białym Domu. Obaj przywódcy mieli wspólną konferencję prasową, a międzynarodowe media wskazywały, że jest to sygnał dla polskich wyborców, iż Stany Zjednoczone popierają Polskę, a Trump popiera Dudę.

Ponowny wybór konserwatywnego prezydenta Dudy ma ogromne znaczenie: w Polsce to możliwość dalszego zakorzeniania i rozwijania wartości konserwatywnych; zewnętrznie zaś możecie kontynuować walkę z lewicową Unią Europejską naruszającą niepodległość i suwerenność Polski – i możecie tę suwerenność umacniać. To także szansa na dalsze pogłębianie relacji ze Stanami Zjednoczonymi, które przewodzą wolnemu światu i które mogą powstrzymać ambicje Rosji skierowane przeciw Polsce.
Tak więc ponowne wybranie prezydenta Dudy to nie tylko jego osobiste zwycięstwo; to zwycięstwo narodu polskiego, a także ważne dla świata zwycięstwo wartości konserwatywnych! Konserwatyści na całym świecie są wdzięczni Polakom, że po raz kolejny dokonali właściwego wyboru.

Jak wygląda sytuacja przed wyborami w Stanach Zjednoczonych?

Obecnie sytuacja wyborcza w USA jest bardzo podobna do tej w Polsce: lewica zgromadziła wszystkie siły, aby zapobiec ponownemu wybraniu obecnego prezydenta. Najpierw wykorzystała Kongres do impeachmentu. Poniosła porażkę. Następnie wykorzystała epidemię jako pretekst do tego, by odsunąć w czasie powrót ludzi do pracy – chciała wywołać recesję gospodarczą. To także się nie powiodło. Stopa bezrobocia w Stanach Zjednoczonych nadal spada, giełda kwitnie, coraz więcej ludzi jest pozytywnie nastawionych wobec przyszłości.

Obecnie lewica podżega do zamieszek. Akcje w ramach Black Lives Matter mają wywołać niepokoje w całym państwie. Ale tu także lewacy ponoszą porażkę, ponieważ coraz więcej Amerykanów mówi, że chce przywrócenia porządku. Praworządność, konstytucjonalizm, moralność, chrześcijaństwo itp. – to są amerykańskie wartości i kierunek ustanowiony jeszcze przez ojców założycieli USA.

W tych zamieszkach mają swój udział komunistyczne Chiny. Jeden z urzędników FBI powiedział, że rząd chiński wykorzystał dużą liczbę chińskich internautów znających język angielski, by podjudzali do zamieszek w USA. To kolejna akcja pokazująca, jak bardzo w ostatnich latach Komunistyczna Partia Chin dokonała infiltracji amerykańskiego społeczeństwa. I dlatego im bliżej wyborów prezydenckich, tym intensywniejsza będzie konfrontacja wśród Amerykanów, zwłaszcza między wyborcami konserwatywnymi i lewicowymi z Partii Demokratycznej, i coraz większe próby wpływania KPCh na wybory w USA. Jednak zgodnie z moimi obserwacjami politycznymi, które prowadzę w Stanach Zjednoczonych przez ponad 30 lat, prezydent Trump zostanie ponownie wybrany w wyborach w listopadzie i może to być przytłaczające zwycięstwo.

A co oznaczałoby zwycięstwo Joego Bidena dla USA, a także dla Polski i dla Chin?

Jest dziś bardzo mało prawdopodobne, żeby Biden wygrał. Gdyby jednak tak się stało, to będzie to katastrofalny wynik dla Stanów Zjednoczonych, a jego konsekwencje będą dużo gorsze, niż gdyby w Polsce wygrał liberalny prezydent Warszawy. Biden jest zwolennikiem socjalizmu i polityki ustępstw wobec świata. I jest szczególnie przyjaźnie nastawiony do komunistycznych Chin. Ma z nimi bliskie relacje gospodarcze. Jeśli Biden zostanie wybrany, zaszkodzi to nie tylko Stanom Zjednoczonym; to zaszkodzi całemu światu, ponieważ Stany Zjednoczone stoją na czele wolnego świata.

Nie będzie to też korzystne dla ponownie wybranego prezydenta Dudy i stanie się katastrofą dla narodu polskiego, np. plan długoterminowego stacjonowania wojsk amerykańskich w Polsce mógłby zostać odwołany, a relacje między Stanami Zjednoczonymi a Polską uległyby zmianie.

Wierzę jednak, że naród amerykański, podobnie jak naród polski, jest mądry i odważny, i że ludzie wykorzystają swoje głosy do tego, aby zatrzymać lewicę, i poprą reelekcję konserwatywnego prezydenta.

Dlaczego Sean Lien przegra




Świetna analiza chińskiego dysydenta i komentatora politycznego Cao Changqing曹長青 (w Gazecie Polskej i Nowym Państwie nieraz przedstawialiśmy jego analizy; wywiad z Cao TUTAJ), a w niej 4 powody dla których Sean Lien (連勝文) kandydat KMT na stanowisko burmistrza Tajpej przegra wybory w sobotę.
Po pierwsze porażkę wróży udział w kampanii ojca kandydata, Liena Chan (連戰). We wszystkich wyborach w jakich brał udział,  Lien Chan zawsze przegrywał. I tak przegrał wybory prezydenckie w 2000 i w 2004; w trakcie kampanii swojego syna Lien Chan za każdym razem gdy zabierał głos obrażał głównego oponenta, Ke Wen-je (柯文哲) a także jego rodzinę.
Po drugie powiązania Lian Chana z partią komunistyczną w Chinach wywołuja fale niezadowloenia na wyspie; uważa się, że Lien jest “emisariuszem Chin Ludowych na Tajwanie”; fakt, że Lien przedstawił swojego syna chińskiemu prezydentowi Xi Jingpingowi (習近平), świadczy o tym że starzejący się Lien szykuje się do emerytury, a schedę po nim przejmnie właśnie Sean Lian i to właśnie on będzie następnym emisariuszem.
Trzecim powodem porażki jest dość słabe przygotowanie Sean Lien; ten 43-letni człowiek zawdzięcza wszystko bogatemu ojcu; każdą pozycję, funkcję młody Lien dostał tylko dlatego, że jest synem Lien Chana; w trakcie kampnii Sean Lien często popełniał błędy; na przykład nie potrafił podać poprawnej liczy okręgów w Tajpej (449).

I wreszcie ostatni powód to rozłam do jakiego doszło w tzw. niebieskim obozie (藍軍/obozie do którego należy min. partia KMT); wielu z członków KMT zdaje sobie sprawę, że Sean Lien jest kandydatem na burmistrza Tajpej, który został namaszczony przez Pekin; nie chcieli więc go poprzeć.

„Zła recepta Michnika dla Chin”

Fragmenty artykułu napisanego przez Cao Changqinga (na zdj. drugi z lewej) po tym, jak A. Michnik spotkał się w 2010 r. w Pekinie z grupą chińskich intelektualistów i nawoływał do współpracy z komunistami.
 
Michnik twierdzi, że dzisiejsze Chiny są jak Polska w późnym okresie rządów komunistycznych. Oczywiście, ze swej natury reżimy komunistyczne są podobne. Jednak gdyby Michnik naprawdę rozumiał Chiny, to wiedziałby, że obecne Chiny i ówczesną Polskę dzieli ogromna przepaść, jeśli weźmiemy pod uwagę zarówno warunki wewnętrzne w ChRL, jak i sytuację zewnętrzną.
W Polsce robotnicy odważnie stawili czoła komunizmowi. „Solidarność” dążyła do zmiany systemu, do wolnych wyborów. Nie uznawano (i nie akceptowano) przewodniej roli partii. W 37-milionowym narodzie narodził się ruch skupiający 10 mln osób, prawie jedną czwartą ówczesnej populacji. Czegoś podobnego nie doświadczamy w Chinach. Grupy opozycjonistów są rozproszone i trudno mówić tu w ogóle o jakiejś skali.
Inną istotną różnicą jest to, że Polska to kraj chrześcijański. 95 proc. społeczeństwa stanowią wyznawcy katolicyzmu ; wśród czołowych przywódców „Solidarności” było wielu pobożnych katolików. Sam Michnik przyznał, że „Kościół katolicki był rajem dla opozycji”. Tego w Chinach nie ma.
Jeśli chodzi o sytuację międzynarodową, to polski papież Jan Paweł II i amerykański prezydent Ronald Reagan stanowili ogromne wsparcie dla opozycyjnej „Solidarności”. Reagan potrafił śmiało stawić czoła sowieckiemu imperium zła. Był zagorzałym antykomunistą. [...]
Takich warunków na arenie międzynarodowej dzisiejsze Chiny nie mają. Prezydent Obama w żadnym stopniu nie rozumie komunistycznej dyktatury. Co więcej, przez niektórych komunistów jest czczony jako „nauczyciel”. USA pod jego rządami zmierzają w kierunku socjalizmu. Będąc w Chinach, Obama nie spotkał się z chińskimi dysydentami, wspierając w ten sposób moralnie komunistyczny reżim i wzmacniając rządy KPChL na dobre. [...]
Na spotkaniu z chińskimi intelektualistami Adam Michnik został przedstawiony jako demiurg ruchu opozycyjnego w Polsce. Ale nie jest on żadnym „twórcą ruchu opozycyjnego, jego duszą”. Jak wiadomo, główną siłą ruchu opozycyjnego w komunistycznej Polsce byli robotnicy. Jeśli już mówić o bohaterach tego ruchu, to należy mówić o związku zawodowym „Solidarność”. Polscy intelektualiści byli aktorami drugiego planu – byli doradcami […]
Chińscy intelektualiści zamiast wyolbrzymiać rolę Michnika i głoszonej przez niego polityki kompromisu, powinni czerpać z doświadczenia polskiej „Solidarności”, która „od początku odważnie oparła się tyranii”. W sercu Chińczyków tak samo jak w Polakach bije pragnienie wolności. Nie ma większej mocy nad tę wywodzącą się z dążenia do wolności. Ta moc sprawiła, że większość państw na świecie to demokracje. I Chińczycy z pewnością niedługo przestaną być wyjątkiem!  
tlum. Hanna Shen
Nowe Panstwo

Michnikowi dziękujemy za „dobre rady”

Dlaczego Michnik mógł się spotkać z „dysydentami”, a nie może się z nimi spotkać na przykład amerykański sekretarz stanu? A może po prostu chiński rząd wiedział, że Michnik będzie szerzył w Chinach ideę współpracy z komunistami i dał mu zielone światło, licząc, że w ten sposób zostaną „spacyfikowane” nastroje wśród chińskich opozycjonistów - z Cao Changqingiem rozmawia Hanna Shen.

Jak dziś, z perspektywy 24 lat, patrzy Pan na tragedię, jaka wydarzyła się na placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie w 1989 r.? Czy ówczesne żądania studentów mogły choć w najmniejszym stopniu być spełnione przez Komunistyczną Partię Chin Ludowych?
W dniu, kiedy dokonano masakry studentów na placu Niebiańskiego Spokoju, Polacy mieli wybory. Za pomocą waszych głosów powiedzieliście: NIE komunistom. Jesteście wolni już 24 lata, ale w Chinach nadal panuje autokracja. Oczywiście, cieszę się, że nie ma u was tamtego ucisku, ale i odczuwam ogromny smutek wobec losu, jaki przypadł w udziale Chińczykom. Dziś, patrząc wstecz na ten ruch, jaki narodził  się na placu Tiananmen, jedno jest klarowne: protest, który był sprzeciwem wobec rządów bezprawia i żądaniem demokratyzacji, został przez władzę komunistyczną brutalnie zdławiony. Tyrania dokonała masakry cywili. Jednak gdy dziś mówimy, że protest skończył się klęską, to trzeba dodać: był na nią skazany. Stłumienie protestów było nieuniknione.
W Chinach nigdy tak naprawdę nie kwestionowano systemu jednopartyjnego, a obalenie partii komunistycznej nie było celem protestów w 1989 r. Głównym postulatem była walka z korupcją. Minęły 24 lata i głosy mówiące o obaleniu systemu komunistycznego i likwidacji KPChL są nadal prawie niesłyszalne w Chinach. To jest wielka tragedia dla Chińczyków i coś, czego powinni się wstydzić chińscy intelektualiści.
W 1989 r. Partia Komunistyczna ani myślała wypełnić studenckie żądanie „walki z korupcją”; minęły 24 lata, a korupcja w ChRL jest dużo większa i wiadomo, że jedną z przyczyn jej szerzenia są jednopartyjne, pozbawione jakiejkolwiek kontroli rządy. Tak długo więc, jak istnieje ten system, hasła walki z korupcją głoszone nie tylko przez obywateli, ale nawet i samą partię komunistyczną, są bezsensowne.
To nie żądania antykorupcyjne powinny być głównymi postulatami. Należy żądać stworzenia systemu wielopartyjnego, wolności prasy i wolnych wyborów, w tym także prezydenckich.
Ale jednak wielu lewicowych intelektualistów i polityków na Zachodzie twierdzi – a opinie takie wypowiadali też, niestety, polscy dyplomaci w Pekinie i Tajpej – że „zachodni system polityczny nie pasuje do warunków, jakie się wykształciły w Chinach”. Powtarzają dokładnie to samo, co mówią aparatczycy KPChL. Jak Pan na to reaguje? Demokracja nie jest dla was, Chińczyków?
Ależ my też jesteśmy ludźmi, a nie przybyszami z kosmosu. Demokracja jest także dla nas! Myślę, że w sercu każdego człowieka najsilniejszym pragnieniem jest pragnienie wolności. Proszę spojrzeć, co stało się w ostatnich latach – Tunezja, Egipt, Libia, nie wspominając już o upadku dyktatur w Iraku czy Afganistanie; bez względu na tło historyczne i kulturowe, bez względu na warunki ekonomiczne, bez względu na rasę i kolor skóry, gdy tylko obalone zostaną brutalne dyktatury, ludzie chcą głosować, wybierać swoich przywódców, wybierać systemy polityczne. Tak jak wy, Polacy, wybraliście demokrację konstytucyjną oraz życie w wolności i godności.
Ci, którzy mówią, że demokracja, wolność nie pasują, nie są odpowiednie dla Chińczyków, nie są ignorantami; celowo podporządkowują się propagandzie chińskiego rządu, a w zmian mogą dostać butelkę „trunku protokolarnego” – chińskiej wódki maotai – czy czerwony dywan na powitanie.
Oczywiście, jest też dość pokaźna grupa osób, w tym ludzi Zachodu, ale i dużo chińskich intelektualistów, uważająca, że Chińczycy to taki gorszy gatunek człowieka, przy czym na Zachodzie jest to może artykułowane bardziej subtelnie, i dlatego muszą być rządzeni z użyciem siły, muszą się podporządkować rządom twardej ręki, bo inaczej zapanuje chaos.
Takie wypowiedzi przedstawicieli Zachodu na samych Chińczyków mają ograniczony wpływ, ale już to, co mówią chińscy intelektualiści, to, jakie wartości promują, znajduje posłuch w społeczeństwie Państwa Środka. Ale i tu odrobina optymizmu: coraz większa grupa chińskich intelektualistów mówi o tym, iż Chiny muszą opowiedzieć się po stronie wartości typowych dla demokracji konstytucyjnych. Nie jest to jeszcze dominujący głos, ale głęboko wierzę, że zakróluje on na chińskiej scenie debaty politycznej i doprowadzi do zwycięstwa.
Jak w takim razie odbiera Pan sugestie, jak te wypowiedziane przez Adama Michnika w 2010 r. w Pekinie, że chińscy intelektualiści powinni budować demokrację we współpracy z partią komunistyczną? Polacy, niestety, wybrali tę drogę i do tej pory w odróżnieniu od Niemiec po zjednoczeniu nie dokonaliśmy dekomunizacji i lustracji, a byli aparatczycy nadal pociągają za sznurki w mediach, sądach, biznesie. Polacy widzą, że ci odpowiedzialni za opresje i nadużycia w okresie komunistycznego reżimu nadal cieszą się przywilejami i to rodzi ogromny brak zaufania społecznego do instytucji państwa, prawa.
Michnik „radził” w Pekinie, m.in. by „opozycjoniści chińscy współpracowali z dzierżącymi władzę”, że „mamy czekać, aż nastąpi zmiana świadomości komunistów”. W odpowiedzi napisałem wtedy artykuł pt. „Zła recepta Michnika dla Chin”. Michnik zupełnie nie rozumie Chin, ale i wydaje się nie rozumieć natury partii komunistycznej. Jego „rady” mają się nijak do tego, co dzieję się w chińskim społeczeństwie (liczne protesty), a wręcz sugerują, że Chińczycy powinni być posłusznymi obywatelami w państwie totalitarnym. To, co mówił Michnik, wzbudziło ogromne kontrowersje wśród chińskich dysydentów; jeden z nich wręcz drwił, pisząc, że jeśli tak, to nie rozumie, dlaczego Pan Michnik „nie propagował w Polsce współpracy ze Stalinem. Przecież to powinno przyspieszyć proces demokratyzacji Polski o dziesięciolecia. Stalin umarł, a Pan Michnik mówi o współpracy z komunistami, czy to nie rzucanie grochem o ścianę?”
Ale wy, Polacy, rozumiecie to przecież: „Solidarność” w latach 1980–1981zamiast mówić komunistom i Jaruzelskiemu, że chcę się dogadać, że chce współpracować, chciała walczyć o zmiany systemu społecznego i o wolne wybory. Takie postulaty to zupełne odrzucenie komunistycznych rządów. Znający historię i będący świadkiem tego procesu Michnik pojechał do Chin i mówił nam, żeby robić zupełnie coś odwrotnego. Nie rozumiem tego!
Niektórzy z chińskich dysydentów zaczęli zadawać też pytania typu: dlaczego Michnik tak łatwo otrzymał wizę, a na przykład chiński dysydent, antykomunista Wei Jingsheng, który po zwolnieniu z więzienia w 1997 r. został ze „względów medycznych” wydalony z Chin i mieszka w USA, tej wizy dostać nie może? Teoretycznie obaj „promują proces demokratyzacji”. Dlaczego Michnik mógł się spotkać z „dysydentami”, a nie może się z nimi spotkać np. amerykański sekretarz stanu? A może po prostu chiński rząd wiedział, że Michnik będzie szerzył w Chinach ideę współpracy z komunistami i dał mu zielone światło, licząc, że w ten sposób zostaną „spacyfikowane” nastroje wśród chińskich opozycjonistów? Gdyby Chińczycy naprawdę posłuchali Michnika i postawili na pojednanie i współpracę z komunistami, to byłoby prawdziwe „Sto lat!” dla systemu totalitarnego w Chinach.
Spójrzmy na ludzi władzy w ChRL – np. prezydent Xi Jinping, syn Xi Zhingxuna, który wraz z Mao Zedongiem był twórcą partii komunistycznej w Chinach, czy żona głowy państwa, Peng Liyuan, śpiewająca serenady dla żołnierzy maszerujących na plac Tiananmen w czerwcu 1989 r., aby strzelać do studentów – czy ci ludzie, osoby o takich korzeniach, mogą rzeczywiście zmienić Chiny i stanowić stronę w rozmowach o wspólnym reformowaniu państwa?
Xi Jinping nie przeprowadzi żadnych reform politycznych w Chinach. Choć próbuje się go przedstawić jako reformatora à la Gorbaczow, to jest to „stary umysł”. Po tym, jak doszedł do władzy, od razu ogłosił, że nie należy odrzucać Mao Zedonga i odcinać się od maoizmu, a trzeba podkreślać przywódczą rolę Partii Komunistycznej. Żona Xi nie tylko śpiewała dla Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, ale służyła w niej przez 18 lat. Po tym, jak mąż doszedł do władzy, stała się wiceprzewodniczącą Chińskiej Federacji Organizacji Literackich i Artystycznych, organizacji, która sprawdza, czy artyści podporządkowują się komunistycznej ideologii. Ta para ma zreformować Chiny? Nie wierzę w to.
Mieszka Pan w Stanach Zjednoczonych. Jak ocenia Pan politykę Obamy wobec Chin? Amerykański sekretarz stanu John Kerry opisywany jest jako prochiński. Wiadomo, że utrzymuje dość bliskie relacje z chińskimi oficjałami, a w czasie wyborów w 1996 r., ubiegając się o reelekcję do Senatu, przyjął datki od chińskich komunistów. Czy miał rację Romney, mówiąc, że obecny rząd w USA jest „zbyt miękki” wobec Chin?
„Miękki” to zbyt łagodne określenie – to jest wręcz polityka ustępstw. Po dojściu Obamy do władzy temat praw człowieka w Chinach prawie nie jest podejmowany. To, że chiński rząd w coraz bardziej bezczelny sposób tłumi wszelkie głosy sprzeciwu w kraju, jest także wynikiem polityki rezygnacji USA z roli lidera obrony wolności w świecie. Odrzucenie tej odpowiedzialności to tolerowanie praktyk chińskiego reżimu. W trakcie swojej pierwszej wizyty w Chinach Obama nie wspomniał ani słowem o prawach człowieka w Chinach, więcej nawet – nie wspomniał o prawach człowieka w ogóle.
Wybór Kerry’ego na stanowisko sekretarza stanu jest niepokojący. On zupełnie nie rozumie Chin. Jako demokratyczny kandydat na prezydenta powiedział, że najlepszym rozwiązaniem kwestii Tajwanu byłoby wprowadzenie systemu „jednego kraju, dwóch systemów” (zgodnie z tą doktryną sformułowaną przez Deng Xiaopinga w latach 80., Tajwan po zjednoczeniu z Chinami zachowałby „pewne” prawa). Słysząc wypowiedź Kerry’ego, najbardziej zadowolony był Pekin, który właśnie praktykuje ową doktrynę w Hongkongu i wszyscy widzimy, jak krok po kroku Hongkong pozbawiany jest wolności. Pekin pragnie wykorzystać tę samą metodę, aby pozbawić Tajwan suwerenności i demokracji. Nie spodziewam się, by taka osoba, jak John Kerry, na stanowisku sekretarza stanu mogła przyczynić się do poprawy praw człowieka czy do demokratyzacji systemu politycznego w Chinach.
Śmierć Margaret Thatcher przypomniała nam, że cierpimy na kryzys przywództwa na Zachodzie. Brytyjski historyk, dziennikarz i pisarz katolicki Paul Johnson nazwał zmarłą premier „zmieniającą świat Thatcher”. Jak zauważył, to ona wraz z Ronaldem Reaganem i papieżem Janem Pawłem II przyczyniła się do upadku ZSRS. Jeśli spojrzymy na to, co dzieje się w USA i Europie, czy nie ma Pan wrażenia, że Zachód jest rządzony przez ludzi słabych, którym brakuje odwagi, którzy nie potrafią stawić czoła wyzwaniom? Jeszcze raz zacytuję Johnsona, który mówi o Unii Europejskiej, że „jej stolica, Bruksela, jest rządzona przez biurokratów bez twarzy, mających obsesję na punkcie wypełniania formularzy i dotacji, podczas gdy Europie potrzeba dynamicznego i przedsiębiorczego odrodzenia”.
Tak, to prawda. To, czego powinniśmy się najbardziej obawiać, to nie terroryści, autorytarny reżim w Chinach, uzbrojone w broń jądrową Korea Płn. czy Iran, ale to, że Stany Zjednoczone zrezygnowały ze swojej pozycji na świecie i to, że Europa nie ma lidera na skalę Margaret Thatcher, a jest raczej w rękach socjalistycznych aparatczyków. Zawsze będziemy musieli stawiać czoła jakiemuś imperium zła, które może odnieść zwycięstwo nie dlatego, że jest silne ale że dobrzy ludzie po prostu nie przeciwstawią się owemu złu.
Po tym, jak Obama doszedł do władzy, wydaje się, że Ameryka nie chce promować demokracji, ale woli się uginać. W świecie, w którym USA rezygnują z bycia odpowiedzialnym za szerzenie wolności, wszystko może się zdarzyć.
Ale choć brak wśród nas Margaret Thatcher, Ronalda Reagana i Jana Pawła II, czyli tych, którzy mieli poczucie obowiązku, jaki spoczywa na przywódcy, to uważam, że Stany Zjednoczone zbudowane są na dość silnym fundamencie, na wierze w indywidualizm, a nie w totalitaryzm, i dlatego w końcu poniosą ów sztandar wolności.
Ostatni akapit „Historii narodu amerykańskiego” Paula Johnsona brzmi tak: „Wielki republikański eksperyment w Ameryce jest nadal w  centrum uwagi całego świata. To ciągle pierwsza i najlepsza nadzieja dla rodzaju ludzkiego. Patrząc w przeszłość i w przyszłość, można mieć przeczucie, że nie przyniesie on rozczarowania wyczekującej ludzkości”. Wierzę w tę prognozę. Recesja i kompromisy, jakich doświadczamy za rządów Obamy, są tylko czasowe. Amerykanie użyją swoich kart wyborczych i zmienią tę rzeczywistość. Trudno wyobrazić sobie świat bez narodzin Stanów Zjednoczonych. Gdyby nie duch 1776 r., to może tkwilibyśmy w 1984 r.                                                      

Cao Changqing - chiński pisarz, prawicowy publicysta. Był zastępcą wydawcy gazety „Shenzhen Youth News”. Wyrzucony z pracy w 1987 r. po opublikowaniu artykułu żądającego od Deng Xiao-pinga przejścia na emeryturę, w 1988 r. uciekł z Chin do USA. Jego artykuły i komentarze ukazują się w prasie chińskiej wydawanej w USA, Hongkongu i na Tajwanie. Jest jednym z twórców chińskojęzycznego portalu „Prawica” (Youpai).

Nowe Panstwo

Chiński dysydent: obecność Ewy Kopacz 4 czerwca w Pekinie to poparcie dla oprawców

Chińscy dysydenci nie rozumieją, dlaczego Polacy akurat tego dnia muszą ściskać dłonie komunistycznych
aparatczyków. Cao Changqing, dysydent i publicysta, w wypowiedzi dla „Gazety Polskiej Codziennie” przypomina, że 4 czerwca to dzień, kiedy zachodni przywódcy unikają spotkań z oficjałami w Pekinie. Gdy przed pięciu laty ówczesny minister spraw zagranicznych Indii, a obecnie prezydent Pranaba Mukherjee odwiedził Pekin, opinia publiczna w Indiach wrzała. Prasa określiła wizytę w dniu rocznicy masakry haniebną.
"Rozumiem, że marszałek polskiego Sejmu pani Ewa Kopacz odwiedza Chiny, bo Polska chce rozwijać stosunki z Chinami. Jednak składanie wizyty właśnie 4 czerwca, jeśli weźmie się pod uwagę to, że 24 lata temu w Pekinie dokonano rzezi, jest równoznaczne z poparciem dla rządu oprawców. Polacy zawsze bardzo dzielnie walczyli z komunizmem i byli dla Chińczyków wzorem do naśladowania. Spotkanie z komunistycznym aparatem akurat w rocznicę masakry na placu Niebiańskiego Spokoju chińscy opozycjoniści i dysydenci odbierają jednoznacznie jako zniszczenie wizerunku, jaki Polska do tej pory miała wśród nas, Chińczyków – bojownika przeciwko komunizmowi i obrońcy wartości, takich jak wolność, prawda i sprawiedliwość", mówi Cao.
Marszałek Kopacz zapewnia, że „będzie szeptać” komunistycznym oficjałom w Pekinie o prawach człowieka. Oby jednak nie skończyło się tak, jak z wizytą prezydenta Bronisława Komorowskiego w Państwie Środka w zeszłym roku. Komuniści wykorzystali ją propagandowo. Chińskie oficjalne media podkreślały wtedy, że polskim przywódcą nie jest już prozachodni Lech Kaczyński, ale przy władzy są liberałowie i Komorowski, którzy są otwarci na Wschód: na Rosję i Chiny. Rozczarowani byli także chińscy dysydenci, którzy wizytę widzieli jako sukces chińskich komunistów chwalących się otwarcie tym, że zyskali teraz „sojusznika na podwórku NATO".
Wizyta marszałek Sejmu w Pekinie została świetnie zaplanowana (to nie przypadek) przez komunistów – akurat na 4 czerwca, 24 lata po tym, jak armia Chińskiej Republiki Ludowej rozpędziła protestujących studentów na placu Tiananmen. Według oficjalnych rządowych danych zginęło wtedy 214 osób, ale nieoficjalne dane mówią o 4 tys. zabitych. Dziś publiczna dyskusja o tych wydarzeniach jest w Chinach zabroniona. I nie o morderstwie dokonanym 24 lata temu przez komunistów będą 4 czerwca donosiły tuby komunistycznej propagandy w ChRL, takie jak gazeta „Renminbao" czy agencja Xinhua. Nie o reakcji Waszyngtonu, który co roku właśnie tego dnia wydaje oświadczenie w sprawie masakry, apelując do Chin o uwolnienie przebywających w dalszym ciągu w więzieniach uczestników tragicznych wydarzeń. Chińscy spece od prania mózgu mają przecież o czym pisać: z komunistami w Pekinie akurat tego dnia będzie się ściskała marszałek Sejmu RP, sojusznik ChRL.
GPCodziennie, Niezalezna pl

Co Komorowski załatwił w Chinach?

Chińscy dysydenci z rozczarowaniem przyjęli wizytę prezydenta Bronisława Komorowskiego w Chinach. Ich zdaniem, była ona sukcesem chińskich komunistów, którzy otwarcie mówią o tym, iż zyskali teraz "sojusznika na podwórku NATO".

Przede wszystkim zdumienie wśród antykomunistów wywołuje fakt, iż prezydent pochodzący z kraju, który pierwszy w 1989 roku obalił komunizm, ani razu na spotkaniu z władzami chińskimi nie wspomniał o problemie łamania praw człowieka w ChRL. W prasie polskiej pisano co prawda o spotkaniu Bronisława Komorowskiego z chińskimi dysydentami, ale ci na temat takiego spotkania nie mają żadnej wiedzy. Jeden z bardziej znanych opozycjonistów, Cao Changqing, chiński pisarz i publicysta, powiedział "Naszemu Dziennikowi", że może to oznaczać, iż polski prezydent ugiął się pod presją władz chińskich i zgodził się "na jakieś anonimowe spotkanie nie wiadomo z kim", być może tylko na potrzeby polskich mediów.
Według Cao, wizyta Komorowskiego jasno pokazała Chińczykom, ale przede wszystkim chińskim dysydentom, na czym polega różnica pomiędzy rządami braci Kaczyńskich a rządami liberałów. Kaczyńscy, ale także wcześniej Lech Wałęsa, nigdy nie wybrali się do komunistycznych Chin i spotykali się z Dalajlamą, pokazując w ten sposób Pekinowi, że dla Polaków godność ludzka to jedna z największych wartości.
Oczywiście Polska, kontynuuje Cao, powinna zabiegać o rozwój stosunków gospodarczych z Chinami (drugą gospodarką na świecie), zwłaszcza że wymiana handlowa pomiędzy krajami jest niezrównoważona. Polska importuje z Chin 10 razy więcej, niż eksportuje do Państwa Środka. Ale rozwiązanie tego problemu nie wymaga wizyty polskiego prezydenta. Nawet chińscy oficjele i ekonomiści otwarcie przyznają, że rozwiązanie jest tylko i wyłącznie po stronie polskiej. - Polska powinna produkować towary konkurencyjne na rynku chińskim, a z Chin sprowadzać półprodukty, które następnie będzie sprzedawać jako gotowe produkty do pozostałych krajów europejskich - radzi prof. Kong Tianping z Chińskiej Akademii Badań nad Europą Wschodnią, jednego z czołowych think tanków w ChRL.
Po co więc prezydent Komorowski przybył do Chin i podpisał deklarację dotyczącą nawiązania między Polską a Chinami stosunków strategicznego partnerstwa? Według Cao Changqinga, wizytę i deklarację komuniści chińscy chcieli po prostu wykorzystać propagandowo. Oto lider dużego europejskiego państwa przechadza się z małżonką po Wielkim Murze w ośmiostopniowym mrozie, twierdząc, że widok muru spowodował, iż nie czuje zimna. To, jak określił chiński dysydent, show, na który właśnie czekali aparatczycy w Pekinie i co chwila pokazywali go w komunistycznych mediach.
Chińczycy otrzymali jasny przekaz: skończyły się problemy z Polakami. Do tej pory dla chińskich dysydentów Polacy to jeden z najbardziej antykomunistycznych narodów w Europie. Ale teraz, co podkreślają chińskie oficjalne media, polskim przywódcą nie jest już prozachodni Lech Kaczyński; przy władzy są liberałowie i Komorowski, którzy są otwarci na Wschód: na Rosję i na Chiny. Podpisanie przez stronę polską deklaracji o strategicznym partnerstwie z Chinami to według Pekinu dobry znak, że Polska nie będzie np. przeszkodą przy zakupie zachodniej broni przez Chiny, czemu Warszawa do tej pory się konsekwentnie sprzeciwiała. Co więcej, w deklaracji znalazło się stwierdzenie, że Polska popiera proces integracji w rejonie Azji Wschodniej - a właśnie to pod pozorem owej "integracji" Chiny próbują osiągnąć hegemonię w tym regionie świata. Teraz będzie się to działo także za zgodą Polski. ChRL zdobyła sojusznika "na podwórku NATO", jak to określiły chińskie media. A dziennikarze mogą pisać o "wspaniałym sukcesie dyplomacji chińskiej".
Cao Changqing stwierdził, że ta wizyta to rzeczywiście wielki sukces chińskiej partii komunistycznej i jej propagandy. - W czasie swojej wizyty prezydent Komorowski przypomniał, że smok to chiński symbol szczęścia i sukcesu. Dla ludzi zachodu smok to potwór, który ma pazury i potrafi być wściekłym tyranem - przypomniał Cao. I podkreślił, że zachodni eksperci często opisują relacje pomiędzy Chinami a Tybetem za pomocą porównania dużego smoka - tyrana, i białego delfina.

Wywiad

Zachęcam do przeczytania mojego wywiadu z chińskim dysydentem Cao Changqing.
Całość na stronie Frondy TUTAJ

Hanna Shen: 20 lat temu upadł komunizm w Polsce i pozostałych państwach Europy Środkowej. Do transformacji doszło także na Tajwanie i w Korei Płd. Ale próba demokratyzacji Chiny się nie powiodła. Przywódcy Komunistycznej Partii Chin Ludowych użyli siły wobec studentów zgromadzonych na Placu Niebiańskiego Spokoju. Jak dziś z perspektywy 20 lat ocenia Pan to, co wydarzyło się w Chinach?
Cao Changqing: W 1989 władza w Chinach w brutalny sposób rozprawiła się ze studentami. Upłynie jeszcze wiele lat zanim ci, którzy powinni odpowiedzieć za tę i inne zbrodnie dokonane na moim narodzie, naprawdę za nie odpowiedzą. Jednak protest studentów w 1989 roku nie mógł się zakończyć inaczej. Niestety wtedy, ale także i teraz, Chińczycy, zwłaszcza chińscy intelektualiści, żyli w swego rodzaju złudzeniu, iż możliwe jest zreformowanie komunizmu. Dlatego też partia komunistyczna ma się tak dobrze w Chinach. 20 lat temu na Placu Niebiańskiego Spokoju studenci nie kwestionowali prawowitości władzy komunistów. Mówili o potrzebie miłości ojczyzny i walki z korupcją, ale nie żądano poszanowania praw jednostki, a więc minimum prawa do własności, prawa do wolnych wyborów czy wolności słowa i wyznania. Na sposobie działania i myślenia chińskiej inteligencji, a więc także tych którzy protestowali w 1989 roku cieniem kładzie się tradycyjna chińska wiara, że można upomnieć cesarza, gdy nadużył władzy, ale nie można poddawać w wątpliwość jego panowania. Możliwe, że władca wysłucha, a jak nie, pozostaje wiara w to, że złego cesarza zastąpi przynajmniej trochę lepszy władca. I tak chińskie pragnienie odnowy pozostaje tylko marzeniem.
Zupełnie co innego dokonało się w krajach Europy Środkowej gdzie protestujący zakwestionowali legalność władzy komunistów. W Polsce, Czechosłowacji, na Węgrzech powiedziano komunistom NIE i wreszcie tę władzę obalono

Duch chińskiego filozofa

W dzisiejszym „Liberty Times” ukazał się artykuł Cao Changqing (曹長青) zatytułowany „KMT jest okropny, a KPChL przerażająca” (國民黨可惡,共產黨可怕).Tytuł to słowa chińskiego filozofa Yin Foo-sun (殷海光). O Yin pisałam już wcześniej TUTAJ.
Yin to postać bardzo ważna dla Tajwanu – przyczynił się do krzewienia idei wolności; to Yin dokonał pierwszego tłumaczenia na chiński „Drogi do zniewolenia” Friedricha Hayka.
Autor artykułu w „Liberty Times”, Cao Changqing, to jeden z najwybitniejszych obecnie chińskich publicystów prawicowych. Mieszkający w Nowym Jorku Cao publikuje w Stanach, na Tajwanie (cotygodniowa kolumna w „Liberty Times”) i Hong Kongu. Razem ze przyjaciółmi założył chińskojęzyczny portal „Prawica” .
Cao wspomina, że gdy ponad 10 lat temu żona przywiozła mu z Tajpej zbiór prac Yin Foo-sun, przejrzał je powierzchownie. Yin krytykował rządy KMT (Kuomintang) na Tajwanie, a dla Cao, który uciekł z Chin w 1989, KMT w porównaniu z KPChL (Komunistyczna Partia Chin Ludowych) to “małe piwo”. Dopiero po licznych podróżach na Tajwan w ostatnich latach i powrocie do lektury Yin Foo-sun, Cao przyznaje, że zrozumiał „mądrość i odwagę” Yin.
Yin walczył o prawo do głoszenia własnych pogladów i za gwłacenie tego prawa krytykował rządy Chang Kaisheka (蔣介石). Zapłacił za to wysoką cenę: został wyrzucony z pracy na uniwersytecie, jego książki były zakazane a, jak wspominała żona Yun, „wokół domu 24 godziny na dobę krążyli tajniacy”. Umierający na raka Yin otrzymał zaproszenie od Harvard University, ale nawet wtedy władze się nie ugieły i nie wydały mu paszportu.
Ale Yin był przede wszystkim zażartym antykomunistą. Na Tajwan przybył z Chang Kaiszekiem. To tu założył antykomunistyczne pismo „Wolne Chiny” (istniało tak długo jak nie pojawiły się w nim artykuły krytykujące reżim Chang’a).
Yin pewnie dziś przewraca się w grobie gdy widzi jak KMT „brata się” z chińskimi komunistami. Nie mógłby zrozumieć dlaczego gdy na Tajwan przybywa chiński oficjał, Chen Yunlin (陳雲林), z ulic w Tajpej znikają flagi Tajwanu.
Ponad 40 lat temu Yin Foo-sun zarzucił KMT, że „przestali odróżniać dobro od zła” (顛倒黑白). Kiedy dziś słucha się przedstawicieli KMT określających chińskich towarzyszy z KPChL jako „jedną rodzinę”, to stwierdzenie Yin wydaje się nadal bardzo aktualne.
Yin był do końca swoich dni inwigilowany. Dziś na Tajwanie do krytykujących obecne rządy i ChRL puka policja. Cao Chanqing podał jako przykład Paula Lin (林保華), urodzonego w Chinach publicysty. Lin znany jest z ostrych wystąpień w mediach przeciw rządom komunistów w Chinach i polityce zbliżenia prowadzonej przez prezydenta Tajwanu, Ma Yingjiu. Mieszkającego w Tajpej Lin’a zaczeła ostatnio nachodzić policja, aby ‘wyjaśnić sprawy związane z imigracją” (Lin kilka miesięcy temu otrzymał obywatelstwo tajwańskie). Sama doświadczyłam “wrażliwości” obecnych władz Tajwanu na tematy związane z ChRL”. Pisząc artykuł o Katyniu nawiazałam do mordów i prześladowań dokonywanych przez KPChL (wspomiałam min. o znajomym Hadzie więzionym w Chinach od ponad 10 lat); tajwańskie Biuro Rządowe (GIO) chciało opublikować artykuł w czasie gdy na Tajwanie promowany był film Wajdy “Katyń”. Jakie było moje zdziwienie gdy otrzymałam “ostateczną wersję” artykulu do druku...usunięto wszystkie fragmenty dot. ChRL. Na moje pytanie dlaczego, odpowiedziano, że ‘byłoby to niezrozumiałe dla czytelnika na Tajwanie”; (oczywiście nie wyraziłam zgody na publikację)
Umierający w wieku 51 lat Yin Foo-sun powiedział żonie, że „warto było pomimo prześladowań i wyrzeczeń walczyć o prawo do wyrażania własnych myśli”. Dzisiejszy artykuł Cao Changqing kończy się stwierdzeniem, że właśnie tego ducha Yin Foo-sun ponownie potrzeba na wyspie.

„Katyń – mroczniejszy niż noc”

W dzisiejszym „Liberty Times” ( 自由日報) ukazał się artykuł jednego z głównych publicystów gazety, chińskiego dysydenta Cao Changqing (曹長青) na temat Katynia. Artykuł nosi tytuł „Katyń – mroczniejszy niż noc”. Film zszokował autora (zwłaszcza ostatnia scena). Cao Changqing twierdzi, że Azjaci oglądając ten film beda myśleć o Katyniu, ale przed ich oczyma staną też wydarzenia 28 lutego 1947 na Tajwanie, 4 czerwca 1989 na Placu Tiananmen czy koreańska Masakra w Kwangju. „Ten film pokazuje, że człowiek może pokonać ciemności i jest także wielkim wkładem Polaków w odradzanie pamięci zbiorowej.

Jestem wdzieczna Cao Changqing za ten artykuł. Cao cieszy się dużym poważaniem na Tajwanie, a także wśród społeczności chińskiej zagranicą. Co pisze i mówi nie przechodzi bez echa. Kilka tygodni temu napisałam do niego o filmie wiedząc, co prawda, że nie będzie go mógł zobaczyć tu na wyspie, bo mieszka w Nowym Jorku. Cao Changqing odpisał natychmiast z pytaniem czy mogę przesłać mu DVD...DVD trafiło do publicysty dzięki uprzejmości dystrybutora filmu Gena Yao. Tylu wspaniałych przyjaciół Polska ma tu na wyspie i wśród społeczności chińskiej na świecie.

A na blogu poświęconym filmowi „Katyń” kilka słów ode mnie (tutaj)

Chińskie rany

Powyższy film wykonany został przez Cao Changqing (曹長青) - dysydenta chińskiego, pisarza i publicysty prawicowego; Cao był zastępcą wydawcy "Shenzhen Youth News"; został wyrzucony z pracy w 1987 po opublikowaniu artykułu żądajacego od Deng Xiao-pinga przejścia na emeryturę; w 1988 uciekł z Chin; obecnie mieszka w Nowym Jorku.
Film nosi tytuł „Rany historii” (歷史的傷口) i jest poświęcony masakrze na Placu Niebiańskiego Spokoju. 4 czerwca mija 19 lat od tej tragedii. Ale w filmie są także odniesienia do dwóch ostatnich tragedii jakie dotkneły Chiny: masakry dokonanej na Tybetańczykach i trzęsieniu ziemi w Syczuanie. Cao Changqing przypomina, że Chińczycy nigdy nie poznali prawdy na temat masakry 4 czerwca 1989; tak samo nie dotarły do nich prawdziwe informacje na temat wydarzeń w Tybecie czy w przypadku trzęsienia ziemi na temat monitoringu aktywności sejsmiczynych albo akcji ratowniczej i rozprowadzania pomocy dla ofiar trzęsienia ziemi w Szczuanie. Chiny tak jak i 19 lat temu nadal są „imperium kłamstwa”.

"Tybet: prawda a manipulacja”

Dużo pisze i mówi się o Tybecie. W tej dyskusji warto przyjrzeć się jednej z opinii Chińczyka. Cao Changqing (曹長青) w artykule „Tybet: prawda a manipulacja” opierając się między innymi na swoim własnym doświadczeniu, ale także i innych Chińczyków pokazuje jak do kwestii Tybetu podchodzą urodzeni w ChRL-u. Chińczyk wychowany w państwie w którym nie ma wolności słowa, wolnych mediów, w którym rząd decyduje jak interpretowana jest historia, wierzy że Tybet niemal od zawsze był chiński, a Dalaj Lama to terrorysta.
Wydana w maju 1993 roku przez pekińskie wydawnictwo Huaqiao książka pt. “Zapis niebywałych zmian w Tybecie” stwierdza między innymi, że „zdławienie rebelii”w 1959 roku ( zamordowano wtedy ponad 80 tys. Tybetańczyków) przyniosło „raj jakiego wcześniej Tybetańczycy nie znali”, i że „ w Tybecie dokonała się tak duża zmiana, że można to nazwać cudem”. Uznawany w ChRL za czołowego badacza Tybetu, Ya Hanzhang (牙含章 ), przyznał, że pisał książki na zamawienie ‘z góry’, które miały służyć „walce ideologicznej”. Rząd stoi na straży, aby żadne niepoprawne wiadomości nie zaśmieciły umysłów obywateli. A błędy popełniał nawet sam wielki wódz Mao. W wydanej w 1945 roku książce „Rząd koalicyjny” Mao Zedong stwierdził, że Tybet ma prawo do „do samostanowienia”, ale ten fragment w pożniejszym wydaniu publikacji partia wykreśliła. W Hong Kongu można jeszcze kupić pierwotne wydanie „ Rządu Koalicyjnego”.
Poddani praniu mozgów Chińczycy mają tylko taką wiedzę na temat Tybetu jaką przekazuje im rząd. Cao Changqing podaje przykład swojej znajomej – członkini władz centralnych KPChL, która odwiedziła go niedawno w w Nowym Yorku. Cao podarował jej książkę Dalaj Lamy „O współczuciu”. Jaka zareagowała owa pani? „Dziwne, jego uśmiech wydaje się szczery i pełen miłości” rzekła patrząc na zdjęcie Dalaj Lamy umieszczone na okładce i przyznała, że nigdy nie widziała żadnej podobizny Dalaj Lamy, ale to zdjęcie zupełnie nie pasowało do wizerunku jaki utrwaliła w jej głowie propaganda komunistyczna – nie tak miał wyglądać „separatystystyczny terrorysta i zdrajca”. Po lekturze znajoma Cao zabrała dodakową kopię książki Dalaj Lamy do Pekinu, aby podarować ją znajomej. Doświadczenie Cao Changqing jest bardzo podobne; w Chinach pracował jako dziennikarz; jego wiedza na temat Tybetu ograniczała się do tego, co powiedział rząd.
„Chociaż wydawało mi sie, że Tybet to odległy i obcy ląd, to nigdy nie wątpiłem, że jest to część Chin. Dopiero kiedy przyjechałem do Stanów Zjednoczonych i zacząłem czytać prace opublikowane przez zachodnich i tybetańskich naukowców zrozumiałem, ze poglądy na temat Tybetu przedstawiane przez komunistów są jednostronne, a wiele z nich to po prostu nieprawda”.

Biorąc w tym roku udział w Nowym Jorku w obchodach rocznicy powstania tybetańskiego Cao Changqing zauważył jak bardzo silny jest gniew młodego pokolenia Tybetańczyków wobec Chińczyków. Jeden z nich tłumaczył Cao:
„czy rzeczywiścies nasza nienawiść jest bezpodstawna? Większość Chińczyków jakich spotykamy popiera chińską okupację Tybetu. Trudno nam więc zauważyć , że stanowisko komunistycznego rządu chińskiego różni się od podlądów Chińczyków”.

„Może rzeczywiście powinniśmy się zacząć zastanawiać dlaczego Tybetańczycy tak nas Chińczyków nienawidzą? Czy gdyby nie pogarda rządu komunistycznego i Chińczyków okazywana Tybetańczykom, to uczucie byłoby tak silne?(..)
Jestem święcie przekonany, że Chinach, w których panowałby wolny przepływ informacji większość Chińczyków uszanowałaby wybór Tybetańczyków, bo z głębi serca Chińczyków i Tybetańczyków wychodzi ten sam głos: wołanie o wolność!” - pisze Cao

Cao Changqing uważa, że problemu Tybetu nie należy tylko sprowadzać do polityki wobec mniejszości czy nawet kwestii niepodległości Tybetu. Tu chodzi o wartości. „Jeśli wolność człowieka nie będzie traktowana jako najwyższa wartość to Chiny nigdy nie staną się wolnym i demokratycznym państwem i nigdy nie będą w stanie sprostać żadnym problemom etnicznym czy sporom terytorialnym.”

Obrażone uczucia. Jak chińska maszyna wzięła się za polskiego siatkarza

W niedzielę 2 sierpnia hala w Ningbo skandowała „MVP", kiedy Tomasz Fornal odbierał nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów Ligi Naro...