Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matki Tiananmen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matki Tiananmen. Pokaż wszystkie posty

Masakra, którą Pekin chce zamilczeć

W niedzielę minęło 28 lat od masakry na placu Tiananmen w Pekinie. To nadal temat zakazany w Chińskiej Republice Ludowej (ChRL). O rocznicy masakry pamiętano w Hongkongu i na Tajwanie, a także w mediach chińskich niekontrolowanych przez komunistów.

Już na kilka dni przed 28. rocznicą masakry na pl. Tiananmen w Pekinie władze ChRL-u wzmogły działania służące tzw. utrzymaniu stabilności. W całym kraju zamknięto w areszcie domowym wielu dysydentów i aktywistów na rzecz swobód obywatelskich, obawiając się wystąpień upamiętniających zakazaną w Chinach tragiczną rocznicę. Jak co roku oświadczenie wydały Matki Tiananmen – stowarzyszenie skupiające rodziny ofiar masakry z 4 czerwca 1989 r. Stwierdzono w nim, że 28 lat po tragedii nadal bliscy zabitych czekają na sprawiedliwość i prawdę. „Chiński rząd musi przyznać się do popełnienia zbrodni mordowania niewinnych cywilów, ukrywania prawdy o tym wydarzeniu, wziąć za to odpowiedzialność i poinformować o tym swoich obywateli” – czytamy w dokumencie. W oświadczeniu wspomniano także o represjach, jakie nadal dotykają rodziny ofiar masakry. „Przez ostatnie 28 lat my, członkowie rodzin ofiar, jesteśmy poddawani prześladowaniom i dyskryminacji. Postrzegani jako »inni«, jesteśmy rok w rok kontrolowani przez organa bezpieczeństwa” – dodano.Uroczystości upamiętniające masakrę na placu Tiananmen są zakazane w Chinach, ale nie na Tajwanie i w Hongkongu, gdzie co roku organizowane są zgromadzenia w związku z rocznicą tych wydarzeń. Z tej okazji do władz w Pekinie zwróciła się też prezydent Tajwanu Tsai Ing-wen, oferując „pomoc Chinom w procesie transformacji demokratycznej”. Tsai podkreśliła, że największa różnica pomiędzy Tajwanem a ChRL-em to właśnie demokracja i wolność panująca na wyspie. – Czerpiąc z doświadczenia Tajwanu, wierzę, że Chiny mogą ukrócić ból, jaki mogą nieść demokratyczne reformy – stwierdziła prezydent Tsai. Dodała też, że zbadanie masakry 4 czerwca przez władze ChRL-u, „spowoduje, że świat spojrzy na Chiny z podziwem”. Tsai Ing-wen wezwała Pekin do uwolnienia więzionego od ponad dwóch mies. w Chinach Lee Ming-che, działacza na rzecz praw człowieka z Tajwanu. Władze ChRL-u twierdzą, że jest on podejrzany o działanie na szkodę bezpieczeństwa narodowego komunistycznych Chin.

O masakrze na placu Tiananmen w ostatnich dniach dużo mówi się w mediach na Tajwanie, Hongkongu i mediach chińskich niekontrolowanych przez komunistów, np. w USA.

W piątek w jednym z programów publicystycznych w tajwańskiej stacji Formosa wystąpili chińscy dysydenci Wu’er Kaixi i przywódca protestu studentów na placu Tiananmen prof. Yuan Hongbing, który kolegował się kiedyś z obecnym prezydentem Chin Xi Jinpingiem i premierem Li Keqiangiem, ale poparł studentów w 1989 r., a także Cao Changqing, publicysta od końca lat 80. mieszkający w USA. Mówili oni m.in. o tym, że misja studentów protestujących na placu Tiananmen w 1989 r. nie jest zakończona. Cao Chanqing dodał, że nie chodzi o zadośćuczynienie czy przeprosiny, ale o to, że prawdziwa zmiana w Chinach nastąpi tylko wtedy, gdy partia komunistyczna zostanie odsunięta od władzy.

W chińskiej edycji rozgłośni Voice of America do jednego z programów zaproszono m.in. Li Hengqinga, który jako student brał udział w proteście w 1989 r. Był jedną z ostatnich osób, które żywe opuściły Tiananmen 4 czerwca, a później spędził rok w więzieniu. Li stwierdził, że demonstrując 28 lat temu, liczył się z możliwością więzienia, ale nie przypuszczał, że „władze wyślą na plac czołgi i karabiny maszynowe”. Li Heqing zwrócił też uwagę, że ofiary tragedii w 1989 r. to nie tylko studenci, ale i robotnicy, którzy poparli protestujących. Wielu z nich już po 4 czerwca zostało skazanych na śmierć albo nadal siedzi w więzieniach.

W 1989 r. wielu Chińczyków miało nadzieję na zmiany: liczono na szybką śmierć ówczesnego lidera ChRL-u Deng Xiaopinga (to on faktycznie wydał rozkaz użycia broni 4 czerwca) i na reformy. Gdy 17 kwietnia 1989 r. na pl. Tiananmen rozpoczął się studencki wiec, nie przypuszczano, że jego koniec będzie tak tragiczny. Protestujący praktycznie nie wysuwali haseł bezpośrednio atakujących władzę Komunistycznej Partii Chin (KPCh). Domagano się reform i walki z korupcją. 3 czerwca chińskie kierownictwo postanowiło rozprawić się z protestującymi. O drugiej w nocy 4 czerwca 1989 r. na pl. Tiananmen wjechały czołgi i transportery opancerzone. Według oficjalnych danych rządu chińskiego podczas protestów zginęło 241 osób, w tym żołnierze, a 7 tys. osób zostało rannych. Organizacje praw człowieka szacują, że liczba zabitych mogła wynieść nawet 5–10 tys.
Gazeta Polska Codziennie

Dzień Matki i ja

27 września zmarł na serce 82-letni Jiang Peikun, który u boku swojej żony Ding Zilin walczył o to, aby prawda o tym co wydarzyło się na Placu Tiananmen 4 czerwca 1989 r. ujrzała światło dzienne.
W maju w "Nowym Państwie" opublikowaliśmy artykuł Ding Zilin pt. "Dzień Matki i ja". Artykuł oddaje ból jaki towarzyszył Jiangowi i jego żonie po tym jak komuniści zamordowali ich 17-letniego syna. 
--------------------
4 czerwca br. mija 26. rocznica masakry na Placu Tiananmen w Pekinie, która zabrała życie około 5 tys. protestujących. Minął też Dzień Matki i dlatego publikujemy artykuł, jaki w 2012 r. napisała prof. Ding Zilin, jedna z matek, która na Placu Niebiańskiego Spokoju (Tiananmen) straciła syna. 


Dzień Matki i ja

Niezmierzona siła matczynej miłości to moje wsparcie; dzięki niej brnę dalej przez nawet najbardziej złowrogie momenty życia; to ona scaliła na śmierć i życie mnie i pozostałych członków organizacji Matki Tiananmen.
Dawniej Chińczycy nie obchodzili Dnia Matki. Z czasem, gdy coraz więcej zwyczajów z państw zachodnich zaczęło trafiać na Wschód, zwłaszcza poprzez Hongkong, który miał bliskie kontakty z Zachodem, święto to stało się popularne także w Chinach.
Z pewnością każda matka oczekuje tego święta. W tym dniu, widząc, na jakiego wspaniałego człowieka wyrośli jej syn albo córka, i słuchając podziękowań i życzeń padających z ust dziecka, każda matka jest przepojona szczęściem i czuje się spełniona.
Cierpienie w milczeniu
Jednak ja, chińska matka, mam inne odczucia. Boję się Dnia Matki. Nie chcę o nim słyszeć. Nie chcę o nim myśleć. I jeszcze bardziej nie mam ochoty odbierać telefonów od przyjaciół składających mi gratulacje z okazji tego święta. Zawsze czekam, aż ten dzień szybko minie. Podejrzewam, że podobne odczucia mają inne Matki Tiananmen. 4 czerwca, gdy doszło do masakry, kiedy naszym dzieciom odebrano życie, straciłyśmy radość bycia matkami; od tego momentu żyjemy w ciągłym bólu.
Dlatego, choć często się spotykamy, nigdy tego dnia. Nie jesteśmy w stanie doświadczyć tego „naszego święta” razem. Gdy się spotykamy, unikamy rozmowy o tym dniu.
W trakcie ponad 60-letniej historii rządów Komunistycznej Partii Chin Ludowych i ciągłych politycznych prześladowań wiele matek straciło swoich ukochanych synów i córki i zatopiło się w morzu cierpienia. Często myślę, że w Chinach jest wiele takich matek jak ja. Cierpią w milczeniu i nie widzą końca tej udręki.
Jakiś czas temu przyjaciel poprosił mnie, abym napisała coś z okazji tego święta. Zgodziłam się, ale nie mogłam – długopis, który trzymałam w ręku, wydawał się bardzo ciężki. Mam nadzieję, że to jest ostatni w moim życiu artykuł, jaki napisałam o Dniu Matki.
Przez kilka kolejnych nocy we śnie pojawiał mi się syn. Byłam mile zaskoczona. Starałam się go złapać, ale znikał. Budziłam się i płakałam. Nie mogłam powstrzymać łez. 17 lat przeżytych razem z moim dzieckiem, każda drobna sprawa... wszystko naprawdę bardzo bolesne.
Minęły 23 lata, a ból utraty jak gorzkie lekarstwo dławi mnie w gardle, nie mogę go przełknąć. Ale ten gorzki smak nie pozwala mi też zapomnieć, nawet na moment.
Już nie odczuwam strachu
Kilka lat temu pewien dziennikarz zadał mi dwa pytania. Pierwsze z nich brzmiało: „Przez lata musiała Pani stawić czoła prześladowaniom władzy. Czy kiedykolwiek bała się Pani?”. Odpowiedziałam szczerze, tak jak podpowiadało mi serce: „Gdy narodził się ruch studencki w 1989 r., na uczelni wiele osób było bardzo podekscytowanych, ale ja się bałam. Miałam przeczucie nadchodzącej zagłady i porażki ruchu studenckiego, czułam też, że władze będą dążyć do odwetu. W tym czasie nie odważyłam się pójść do miasteczka uniwersyteckiego, aby obejrzeć plakaty, nie miałam odwagi, aby wyjść i przyjrzeć się protestom na ulicach przy uczelni. Chciałam chronić własne dziecko, przekonywałam swoich studentów, aby zdobyli większe doświadczenie życiowe, ostrzegałam, odciągałam ich. Wtedy, myślę, uważali mnie za egoistkę, a nawet tchórza.
Jednak gdy katastrofa spadła na mnie, gdy syn wyrwał się z moich rąk ku śmierci… od tego momentu do dziś, przez te długie 23 lata, nawet gdy zostałam ukarana przez władze uczelni, gdy wyrzucono mnie z partii, gdy bezpieka siłą porwała mnie z domu, gdy mnie śledzono, potajemnie uwięziono i przesłuchiwano raz za razem, gdy zastraszano, już nie odczuwałam strachu. Nagle stałam się inną osobą.
Myślę, że to mój syn, jego młode życie obudziło sumienie matki, obudziło sumienie chińskiej intelektualistki. Od momentu, gdy moje dziecko mnie opuściło, połączyłam się z jego duszą i jedynym powodem, dla którego żyję, jest szukanie sprawiedliwości i zadośćuczynienia dla ofiar masakry 4 czerwca 1989 r.”.
Wtedy dziennikarz zapytał ponownie: „A skąd Pani bierze siłę?”. Odpowiedziałam prawie bez wahania: „Z macierzyństwa”.
Siła matczynej miłości
W 2001 r. w imieniu naszej organizacji napisałam takie oto słowa: „Jestem jednym z członków organizacji Matki Tiananmen. Nasze członkinie mają różny status społeczny, żyją w różnych warunkach, mają także odmienne przekonania polityczne i wyznają różne religie, ale jako matki łączy nas miłość do swoich dzieci i pragnienie, aby żyły w pokoju i poczuciu bezpieczeństwa, bez despotyzmu, przemocy, zabójstw, nienawiści; to wszystko związane jest instynktem matki. Może nie mamy nic, nic nie możemy zrobić, ale mamy matczyną miłość. To siła tej miłości kazała nam się zorganizować razem i szukać sprawiedliwości. To siła tej miłości spowodowała, że jako ludzie, którzy mają poczucie godności i wiary w siebie, przyłączyłyśmy się do walki o wolność, demokrację i prawa człowieka”.
Wydaje się dzisiaj, że ta wypowiedź dokładnie wyrażała moje uczucia. Mimo że straciłam ukochanego syna i pewnie nie uda się usunąć związanego z tą utratą bólu, to ja, jako matka Jiang Jielana, jestem pełna matczynej miłości – i ona nie maleje, lecz rośnie. Matczyna miłość jest najpiękniejszym, najbardziej bezinteresownym, najszlachetniejszym uczuciem na Ziemi. Niezmierzona siła matczynej miłości to moje wsparcie; dzięki niej brnę dalej przez nawet najbardziej złowrogie momenty życia; to ona scaliła na śmierć i życie mnie i pozostałych członków organizacji Matki Tiananmen.
W totalitarnym reżimie, jakim są dzisiaj Chiny, organizacja Matki Tiananmen jest rzadkością. To, że działa, graniczy z cudem, ale tak długo jak istnieje nasza matczyna miłość, tak długo Matki Tiananmen będą istnieć. Siła matczynej miłości powoduje, że nasze dążenie do prawdy, zadośćuczynienia, i odpowiedzialności nie zaniknie.
Zawsze sobie mówię: nic nie dzieje się bez powodu; nie smuć się, nie płacz, okaż wdzięczność. Dziękujmy Bogu za danie nam tej wielkiej miłości, danie nam siły. Musimy wypełnić to ostatnie i niedokończone życzenie naszych synów i córek. A więc nie możemy ustać aż do końca życia.
Szczerze modlę się za pokój i szczęście dla wszystkich matek! Niech świętują Dzień Matki! Oby nie cierpiały jak Matki Tiananmen.               


Śródtytuły pochodzą od redakcji „NP”.
Ding Zilin (ur. 1936 r.) wstąpiła do partii komunistycznej, gdy miała 24 lata. Nawet Rewolucja Kulturalna, podczas której będąca w ciąży młoda Zilin została wysłana na wieś, by odbyć reedukację przez przymusową pracę, nie zachwiała jej wiary w partię. W 1972 r. urodziła syna Jiang Jielana. Ding Zilin i jej mąż rozpoczęli pracę na Uniwersytecie Ludowym w Pekinie. Ich syn okazał się bardzo utalentowanym dzieckiem – w 1979 r. np. brał udział w międzynarodowej olimpiadzie z fizyki. Ale przyszedł rok 1989 i zaczęły się protesty studentów, którzy domagali się walki z korupcją i reform politycznych w Chinach. W nocy z 3 na 4 czerwca 1989 r. policja przyszła do domu Ding Zilin w Pekinie i zostawiła na podłodze przeszyte kulą ciało jej syna. Prof. Ding była jednym z niewielu rodziców, którzy odzyskali ciała swoich dzieci zabitych na Placu Niebiańskiego Spokoju. Większość młodych zaginęła bez śladu.
Ding Zilin na wieść o tym, że niektórzy rodzice zostali pozbawieni podstawowych środków do życia tylko za stwierdzenie, że dziecko zaginęło na Placu Niebiańskiego Spokoju, próbowała zebrać pieniądze wśród Chińczyków mieszkających za granicą. Partia oskarżyła ją o przemyt i wsadziła do więzienia na kilka tygodni. Ale prof. Ding nie poddała się i założyła stowarzyszenie rodzin ofiar zwane Matki Tiananmen, które wzywa komunistyczny rząd Chin, aby pozwolił rodzinom upamiętnić zamordowanych na placu. Stowarzyszenie chce, aby rodziny zamordowanych mogły otrzymywać pomoc z zagranicy od organizacji i osób prywatnych. Matki Tiananmen domagają się także zwolnienia tych, którzy uczestniczyli w protestach w 1989 r., a są nadal więzieni, oraz rozpoczęcia dochodzenia w sprawie masakry z 4 czerwca i ukarania osób odpowiedzialnych za zbrodnię.

Nowe Panstwo

Matki Tiananmen: aby sprawiedliwości stało się zadość

Na ponad miesiąc przed 25. rocznicą masakry na Placu Tiananmen władze chińskie zakazały profesor Ding Zilin powrotu do Pekinu. Przebywającą wraz z mężem Jiang Peikunem w Wuxi (miasto we wschodnich Chinach) prof. Ding usłyszała od funkcjonariuszy Biura Bezpieczeństwa, że może pojawić się w stolicy ChRL-u dopiero po 4 czerwca. Dlaczego komuniści chińscy tak bardzo boją się drobnej, 78-letniej kobiety?
Ding Zilin (ur. 1936) wstąpiła do partii komunistycznej, gdy miała 24 lata. Nawet Rewolucja Kulturalna, podczas której będąca w ciąży młoda Zilin została wysłana na wieś, by odbyć reedukację przez przymusową pracę, nie zachwiała jej wiary w partię. W 1972 r. urodziła syna Jiang Jielana. Ding Zilin i jej mąż rozpoczęli pracę na Uniwersytecie Ludowym w Pekinie. Ich syn okazał się bardzo utalentowanym dzieckiem – w 1979 r. np. brał udział w Międzynarodowej Olimpiadzie z fizyki. Ale przyszedł rok 1989 i zaczęły się protesty studentów, którzy domagali się walki z korupcją i reform politycznych w Chinach. W nocy z 3 na 4 czerwca ciężko uzbrojone oddziały wojska i pancerne pojazdy wojskowe wkroczyły na Plac Tiananmen, aby zlikwidować pokojową demonstrację.
Wieczorem 3 czerwca Ding Zilin po raz ostatni widziała 17-letniego syna żywego. Jechał na rowerze na Plac Tiananmen. Matka próbowała go zatrzymać, tłumacząc, że na Placu jest niebezpiecznie, że on jeden niewiele może zmienić. Odpowiedział jej, że „ważne jest, by być obecnym, by wziąć udział”. Później koledzy szkolni Jielana opowiadali Ding, że ostatnie słowa, jakie wykrzyknął do armii, to: „Nie używajcie siły wobec obywateli”, a zaraz potem – już trafiony kulą – wyszeptał tylko: „Chyba mnie postrzelili”. W nocy z 3 na 4 czerwca 1989 r. policja przyszła do domu Ding Zilin w Pekinie i zostawiła na podłodze przeszyte kulą ciało jej syna. Prof. Ding była jednym z niewielu rodziców, którzy odzyskali ciała swoich dzieci zabitych na Placu Niebiańskiego Spokoju (Tiananmen). Większość młodych zaginęła bez śladu.
Kilka lat później w wypowiedzi dla ukazującej się w Singapurze gazety „South China Morning Post” Ding Zilin powiedziała, że nie mogła wybaczyć partii, która strzela do swoich ludzi, nie mogła wybaczyć rządowi, który kłamie.
„Nie mogę stać z boku”
W innych (nielicznych) wypowiedziach dla mediów zagranicznych, jakich mogła udzielić prof. Ding, zawsze podkreślała, że pierwsze dwa lata po zamordowaniu jej syna przez komunistycznych oprawców były dla niej „gorsze niż śmierć”. Kilka razy próbowała popełnić samobójstwo. Ale z czasem, gdy zaczęła spotykać się z rodzicami innych ofiar masakry, odnalazła sens swojego życia. Ding Zilin i jej mąż przygotowali listę ofiar, aby upamiętnić zmarłych i zaginionych, a także pomóc rodzicom pogodzić się ze stratą. Do listy Ding dołączyła następujący komentarz:
„Po prostu nie mogę stać z boku i udawać, że jestem ślepa na cierpienie tych, którzy stanęli w obliczu tak samo tragicznego losu jak ja! W tym świecie pełnym egoizmu, chciwości i obojętności ofiary te są, podobnie jak ja, pełne bólu i męki z powodu utraty bliskiej osoby, a jednocześnie zabrania nam się otwarcie opisać ten krzyż. Są grupy, które zostały zapomniane, a nawet porzucone w naszym społeczeństwie. W obliczu tak okrutnej rzeczywistości można zamknąć oczy i zasłonić rękami usta, ale ja po prostu nie mogę tak postąpić”.
Ding Zilin na wieść o tym, że niektórzy rodzice zostali pozbawieni podstawowych środków do życia tylko za stwierdzenie, że dziecko zaginęło na Placu Niebiańskiego Spokoju, próbowała zebrać pieniądze wśród Chińczyków mieszkających za granicą. Partia oskarżyła ją o przemyt i wsadziła do więzienia na kilka tygodni. Ale prof. Ding nie poddała się i założyła stowarzyszenie rodzin ofiar zwane „Matki Tiananmen”, które wzywa komunistyczny rząd Chin, aby pozwolił rodzinom upamiętnić zamordowanych na Placu. Stowarzyszenie chce, aby rodziny zamordowanych mogły otrzymywać pomoc z zagranicy od organizacji i osób prywatnych. „Matki Tiananmen” domagają się także zwolnienia tych, którzy uczestniczyli w protestach w 1989 r., a są nadal więzieni, oraz rozpoczęcia dochodzenia w sprawie masakry z 4 czerwca i ukarania osób odpowiedzialnych za zbrodnię.
Represje
Za swoją działalność prof. Ding i jej męża spotykają liczne represje; gdy w 1991 r. udzieliła wywiadu amerykańskiej stacji telewizyjnej ABC, rząd zawiesił ją w pracy na uczelni, zakazano jej publikacji naukowych, a w końcu aresztowano na 40 dni. Władze żądały, aby „trzymała język za zębami” i podkreślały, że jej syn, wzorowy uczeń szkoły średniej, był „kryminalistą”, bo wziął udział w „kontrrewolucyjnych zamieszkach”. W 1996 r. mąż Ding Zilin został wysłany na wcześniejszą emeryturę.
Prof. Ding mówi także o ostracyzmie, jaki spotkał ją w środowisku naukowym. Po śmierci syna współpracownicy Ding Zilin często z nią rozmawiali, pocieszali, że „ma dbać o siebie”, że „z czasem będzie lepiej”, ale im bardziej Ding angażowała się na rzecz pomocy rodzinom ofiar masakry, tym bardziej jej unikali – bali się.
Co roku, gdy zbliża się rocznica 4 czerwca, Ding Zilin jest poddawana szczególnej kontroli. Tuż przed Olimpiadą w Pekinie w 2008 r. wysłano ją na przymusowe wakacje za miasto. Rok później władze chińskie zezwoliły 50 członkom rodzin ofiar tragedii na Placu Niebiańskiego Spokoju spotkać się w jednej z dzielnic Pekinu w rocznicę masakry. Nie zezwolono jednak na udział innych osób, na fotografowanie i obecność zagranicznych dziennikarzy. Osobą, która miała wygłosić mowę na tej uroczystości upamiętniającej zabitych 4 czerwca 1989 r., miała być Ding Zilin. Policja nie wypuściła jej jednak z domu.
Represje spotykają także innych członków organizacji „Matki Tiananmen”. Zhang Xianling, matka Wang Nana zabitego strzałem w głowę o 3:30 nad ranem, rok temu miała jechać do Hongkongu ze swoim mężem, który został zaproszony jako doradca na wydarzenie muzyczne. Pobyt przypadał akurat na początek czerwca, więc policjanci, którzy odwiedzili Zhang przed wyjazdem, „radzili”, aby razem z mężem zrezygnowali z podróży, bo „miasto jest w ostatnim czasie niespokojne”. Para nie posłuchała tego ostrzeżenia i kontynuowała swoje przygotowania do podróży. Jednak organizator muzycznego wydarzenia odwołał później swoje zaproszenia, twierdząc, że „nadchodzi 4 czerwca, więc nie powinni przyjeżdżać do Hongkongu w tym drażliwym okresie”.
30 marca 2008 r. grupa pisarzy i naukowców z Pekinu została aresztowana przez Biuro Bezpieczeństwa, ponieważ opublikowali oni artykuły na stronie internetowej „Matek Tiananmen” (www.tiananmenmother.org.4), w których m.in. wyrazili poparcie dla postulatów organizacji. Zatrzymany wtedy chiński pisarz i laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 2010 r. Liu Xiaobo do dziś przebywa w więzieniu za „uprawianie działalności wywrotowej i podżeganie do obalenia ustroju państwowego”.
Nie wszystkim starcza sił na walkę o prawdę i pamięć o ukochanych. Dwa lata temu 73-letni Ya Wilin powiesił się na jednym z parkingów szpitala w Pekinie. Ya stracił wiarę w to, że kiedykolwiek ujrzy odpowiedzialnych za śmierć jego 22-letniego syna Ya Aiguo na ławie oskarżonych.
Pieniądze za milczenie
Siła „Matek Tiananmen” tkwi w tym, że trzymają się razem i że mówią jednym głosem. W 2011 r. komuniści próbowali rozbić jedność organizacji, zwracając się do niektórych z jej członków z ofertą „rekompensaty finansowej” w zamian za zaprzestanie dalszej działalności. Ci, którzy otrzymali propozycję władz, odrzucili ją, a organizacja w liście otwartym do rządu stwierdziła, że „władzom chodzi tylko o rozwiązanie problemu 4 czerwca za pomocą pieniędzy, i to wręczanych pod stołem. Co dobrego może z tego wyniknąć?” Rodziny ofiar jeszcze raz jednym głosem w liście przypomniały o swoich postulatach. W tym roku „Matki Tiananmen” także wystosowały list do władz chińskich, w którym domagają się prawdy i pociągnięcia winnych do odpowiedzialności.
„Jeśli ktoś na świecie mówi o Was [o partii komunistycznej – przyp. red.], że nie macie moralności, nie macie sumienia, to odpowiadacie, że mówią bzdury. Jeśli dwie osoby mówią to samo, to można jeszcze twierdzić, że to nieprawda. Jeśli trzy lub cztery osoby mówią to samo, serce zaczyna bić szybciej. Jeśli wiele osób mówi to samo albo nie mówią nic, ale grupami uciekają z kraju, to pokazuje, że nikt już Wam nie wierzy, a Wy tkwicie w swoim tchórzostwie i głupocie. Mówicie, że nasza gospodarka stała się drugą co do wielkości na świecie, a za kilka lat będzie największą, ale my widzimy wciąż tylko tchórzostwo i głupotę” – czytamy w liście, który podpisało 35 przedstawicieli rodzin ofiar masakry na Placu Tiananmen.
Ding Zilin przyznaje, że 4 czerwca 1989 r. i praca dla „Matek Tiananmen” to także jej edukacja – odrodzenie moralne i intelektualne, za które przyszło jej zapłacić najwyższą cenę – życie syna. „W ciągu ostatnich lat zrozumiałam, że rodzimy się z prawem do życia i z prawem do wolności. Nikt tych praw nie może nam zabrać. Nawet rząd i jego przywódcy nie mają prawa arbitralnie pozbawiać obywateli życia, pozbawiać życia naszych najbliższych. Dlatego właśnie dla naszych bliskich, którzy zginęli, lecz także dla tych, którzy jeszcze żyją, i w trosce o nasze prawa i naszą godność – musimy zrobić wszystko, aby sprawiedliwości stało się zadość” – mówiła prof. Ding Zilin w wywiadzie udzielonym CNN w 1999 r.
Nowe Panstwo

20 lat po Tiananmen

Choć od wydarzeń na Placu Niebiańskiego Spokoju (Tiananmen) w Pekinie minęło już 20 lat, trudno zapomnieć o zbrodni, jakiej wtedy dokonano. W 1989 r. wielu Chińczyków miało nadzieje na zmiany: liczono na szybką śmierć Deng Xiaopinga (tego, który faktycznie wydał rozkaz użycia broni 4 czerwca) i na reformy; tymczasem Deng przetrwał następne osiem lat, a przed śmiercią na swego następcę wyznaczył Jiang Zemina, także despotę.

Gdy17 kwietnia 1898 r. na Placu Niebiańskiego Spokoju rozpoczął się studencki wiec, nie przypuszczano, że jego koniec będzie tak tragiczny. Protestujący praktycznie nie wysuwali haseł bezpośrednio atakujących władzę KPCh. Domagano się reform i walki z korupcją. 3 czerwca chińskie kierownictwo postanowiło rozprawić się z protestującymi. O drugiej w nocy 4 czerwca 1989 r. na plac Tiananmen wjechały czołgi i opancerzone transportery. Według nieoficjalnych danych liczbę zabitych w czasie masakry szacuje się na ok. 5 tys., rannych na ok. 10 tys., a aresztowanych na ponad 2,5 tys. osób (w procesach politycznych kilkunastu skazano na karę śmierci).
Z przeszłością, ale bez przyszłości
Co dziś dzieje się z tymi którzy brali udział w protestach studenckich w Chinach w 1989 roku?
Według raportu przygotowanego przez amerykański Departament Stanu 20 lat po masakrze na Placu Niebiańskiego Spokoju w chińskich więzieniach przebywa nadal 50–200 uczestników tamtych protestów. Ale wyjście z więzienia to nie koniec gehenny. Napiętnowani jako „skazańcy” uczestnicy protestów, a także ci, którzy poparli studentów, mają kłopoty ze znalezieniem stałej pracy. Często schorowani żyją w biedzie.
41-letni Zhang spędził w więzieniu 14 lat. W momencie wybuchu protestów w 1989 r. Zhang pracował w Centrum Wystawowym w Pekinie; nie był studentem, nie brał udziału w organizowaniu demonstracji. 4 czerwca był na Placu Niebiańskiego Spokoju i widział, jak żołnierze filmowali protestujących. Zdając sobie sprawę, że dojdzie do aresztowań tych, których zarejestrowały kamery, ukradł i zniszczył jedną z taśm. Aresztowany został zwolniony warunkowo w 2003 r. z ostrzeżeniem, że jeśli będzie udzielać wywiadów mediom, publikować i podróżować po Chinach, to „wróci tam, skąd wyszedł”. Dziś Zhang bez możliwości stałego zatrudnienia mieszka w małym mieszkaniu razem z mamą i oboje utrzymują się z jej emerytury wynoszącej 1000 chińskich yuanów (ok. 460 zł).
Sun Chuanheng za podpalenie dwóch ciężarówek wojskowych spędził w więzieniu 18 lat. 20 lat po wydarzeniach na Placu Tiananmen jako sprzedawcy w sklepie z wyrobami żelaznymi starcza mu pieniędzy na jeden posiłek dziennie. Więcej „szczęścia” miał Sun Liyong, były policjant, który za krytykę poczynań władz wobec studentów skazany został na siedem lat więzieniu. Sun dziś mieszka w Australii, pracuje dla firmy zajmującej się przeprowadzkami i ustanowił fundusz, który ma pomagać byłym więźniom – uczestnikom protestu z 1898 r.
Także zagranicą mieszka wielu z czołowych organizatorów manifestacji na Placu Niebiańskiego Spokoju. Dla niektórych z nich schronieniem okazał się Tajwan.
Wuer Kaixi mówi, że ma szczęście, bo ma dom. Co prawda przez ostatnie 20 lat nie mógł spotkać się ze swoimi rodzicami – mają zakaz opuszczania Chin – ale jest dwójka synów i żona, Tajwanka. W 1989 r. Kaixi był studentem Uniwersytetu w Pekinie i zorganizował strajk głodowy wśród studentów. Znalazł się na liście najbardziej poszukiwanych przez reżim chiński, ale zdołał zbiec, przez Hong Kong trafił do Francji, do Stanów i wreszcie w połowie lat 90. na Tajwan. Dziś na wyspie publikuje artykuły w lokalnej prasie i występuje w mediach.
Kilka dni przed tegoroczną rocznicą masakry na Placu Niebiańskiego Spokoju na Tajwan przybył Wang Dan, główny organizator protestów studentów w 1989 r. Aresztowany po 4 czerwca 1989 r. spędził w więzieniu 10 lat; Wang twierdzi, że zainteresowanie jego osobą zachodnich mediów i polityków spowodowało, że nie był zbyt okrutnie traktowany w więzieniu. Wypuszczony w 1993 r. został ponownie schwytany i skazany, tym razem na 11 lat za krytykowanie rządu. W 1998 r. tuż przed wizytą ówczesnego prezydenta USA, Billa Clintona w Chinach, Wang został wypuszczony warunkowo ze względu na pogarszające się zdrowie. Władze zezwoliły na jego leczenie w Stanach. Wang studiował na Harvardzie, a następnie Oxfordzie. Często odwiedzał Tajwan, a w tym roku postanowił ubiegać się o pracę na jednej z tajwańskich uczelni. Będzie pracował na Wydziale Historii Tajwanu, bo, jak twierdzi, proces demokratyzacji wyspy, to cenne doświadczenie dla Chin. „Tajwan pokazuje nam, Chińczykom, że nie należy bać się wolności i demokracji” – mówi Wang.
O pamięć zabitych
Ale poza tymi, którzy przeżyli masakrę na Placu Niebiańskiego Spokoju 4 czerwca 1989 r., są jeszcze ofiary i pamięć o nich, którą zachowują ich najbliżsi. Nie jest to łatwe, bo władza komunistyczna nawet dziś, 20 lat po tragedii, nieprzychylnie patrzy na jakiekolwiek formy uczczenia pamięci zabitych – „kontrewolucjonistów”. W tym roku zgodzono się, aby rodzice 50 zabitych spotkali się w jednej z dzielnic Pekinu pod koniec maja. Policja ostrzegała jednak, że w spotkaniu mogą brać udział tylko najbliżsi krewni zabitych, nie można fotografować i pod żadnym pozorem zaprosić dziennikarzy. W spotkaniu będącym uczczeniem pamięci zamordowanych na Placu Niebiańskiego Spokoju miała wziąć udział prof. Ding Zilin, założycielka organizacji Matki Tiananmen. Policja nie pozwoliła jej jednak opuścić domu. Ta wątłą siedemdziesięcioparoletnia kobieta uznana jest przez partię komunistyczną za wroga Chin. W nocy z 3 na 4 czerwca 1989 r. policja naszła jej dom, zostawiając na podłodze przeszyte kulami ciało jej 17-letniego syna, Jiang Jielan. Profesor Ding była jednym z niewielu rodziców, którzy odzyskali ciała swoich dzieci zabitych na Placu. Ponieważ większość młodych zaginęła bez śladu, Ding Zilin i jej mąż przygotowali listę ofiar. Chcieli upamiętnić zmarłych i zaginionych, a także pomóc rodzicom pogodzić się ze stratą. W wyniku tego działania zaczęli być nękani przez bezpiekę, a wkrótce stracili pracę na uniwersytecie. Ding Zilin na wieść, że inni rodzice zostali pozbawieni podstawowych środków do życia tylko za stwierdzenie, że dziecko zaginęło na Placu Niebiańskiego Spokoju, próbowała zebrać pieniądze wśród Chińczyków mieszkających zagranicą. Partia oskarżyła ją o przemyt i wsadziła do więzienia. Ding Zilin nie poddaje się i zorganizowała stowarzyszenia rodzin ofiar zwane Matki Tiananmen. Zebrała imiona i nazwiska 600 osób, które uważane są za zmarłe. Co roku, gdy zbliża się rocznica 4 czerwca, Ding Zilin jest przetrzymywana w areszcie domowym. Tuż przed Olimpiadą w Pekinie w 2008 r. wysłano ją na przymusowe wakacje poza Pekin.„Nasi odważni, mądrzy synowie i córki. Minęło już 20 lat, ale my nigdy Was nie zapomnimy” – powiedziała na spotkaniu rodzin ofiar masakry na Palcu Niebiańskiego Spokoju, Tan Shuqin, matka jednej z zabitych. 20 lat po Tiananmen, w ChRL, państwie cudu gospodarczego, wielu nadal walczy o przetrwanie, o pamięć.
Niezależna Gazeta Polska wydanie czerwcowe, psz.pl

Matki Tiananmen

„Matki Tiananmen” to organizacja założona i kierowana przez prof. Ding Zilin. W nocy z trzeciego na czwartego czerwca 1989 roku policja naszła dom Ding Zilin w Pekinie zostawiając na podłodze przeszyte kulami ciało jej 17-letniego syna, Jiang Jielan. Prof. Ding była jednym z niewielu rodziców, którzy odzyskali ciała swoich dzieci zabitych na Placu Niebiańskiego Spokoju (Tiananmen). Większość młodych zagineła bez śladu. Ding Zilin i jej mąż przygotowali listę ofiar, aby upamiętnić zmarłych i zaginionych, a także pomóc rodzicom pogodzić się ze stratą. Ding Zilin na wieść, że inni rodzice zostali pozbawieni podstawowych środków do życia tylko za stwierdzenie, że dziecko zagineło na Placu Niebiańskiego Spokoju, próbowała zebrać pieniądze wśród Chińczyków mieszkających zagranicą. Partia oskarżyła ją o przemyt i wsadziła do więzienia. Ale prof. Ding nie poddaje się i założone przez nią stowarzyszenia rodzin ofiar zwane „Matki Tiananmen” wzywa komunistyczny rząd Chin, aby pozwoliły rodzinom upamiętnić zamordowanych na Placu Niebiańskiego Spokoju. Stowarzyszenie chce, aby rodziny zamordowanych mogły otrzymywać pomoc z zagranicy od organizacji i osób prywatnych. “Matki Tiananmen” domagają się także zwolnienia tych, którzy uczetniczyli w protestach w 1989 roku, a są nadal wiezieni, a także rozpoczęcia dochodzenia w sprawie masakry jaka miała miejsce 4 czerwca 1989 roku na Placu Tiananmen.
Co roku gdy zbliża się rocznica 4 czerwca Ding Zilin jest przetrzymywana w areszcie domowym. Tuż przed Olimpadą w Pekinie w 2008 wysłano ją na przymusowe wakacje poza Pekin. W tym roku władze chińskie zezwoliły 50 członkom rodzin ofiar tragedii na Placu Niebiańskiego Spokoju spotkać się w jednej z dzielnic Pekinu. Nie zezwolono jednak na udział innych osób, na fotografowanie i obecność zagranicznych dziennikarzy. Osobą, która miała wygłosić mowę na tej uroczystości upamiętniającej zabitych 4 czerwca 1989 roku miała być Ding Zilin. Policja nie wypuściła jej jednak z domu.

Obrażone uczucia. Jak chińska maszyna wzięła się za polskiego siatkarza

W niedzielę 2 sierpnia hala w Ningbo skandowała „MVP", kiedy Tomasz Fornal odbierał nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów Ligi Naro...