Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czerwoni Khmerzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czerwoni Khmerzy. Pokaż wszystkie posty

Dożywocie dla komunistycznych zbrodniarzy

Dziś Nadzwyczajna Izba Sądu Kambodży utrzymała wyrok dożywocia dla przywódców Czerwonych Khmerów: Khieu Samphana (l. 85) i Nuona Chea  (l.90). W 2014 r zostali oni uznani winnymi popełnienia zbrodni przeciwko ludzkości.
Khieu Samphan w okresie reżimu Czerwonych Khmerów był prezydentem Demokratycznej Kampuczy, a Nuon Chea, głównym ideologiem komunistycznego reżimu. Chea był jednym z nielicznych przywódców Czerwonych Khmerów, którzy nie studiował w Paryżu. Samphana uzyskał doktorat na Uniwersytecie Paryskim.
Reżim Czerwonych Khmerów (1975–1979) to jedna z najkrwawszych tyranii komunistycznych w historii. Pochłonęła prawie 2 mln ofiar, głównie inteligentów, mnichów, „wrogów rewolucji” – oskarżanych na podstawie fałszywych lub wymuszonych zeznań. Główny sprawca tej tragedii, Pol Pot, uczeń Jean-Paula Sartre’a, umarł nieosądzony. Na łożu śmierci Pol Pot twierdził, że ma czyste sumienie, a o rządach Czerwonych Khmerów mówił: „Byliśmy jak dzieci uczące się chodzić”.

HS: “W 1989 r., kiedy upadł system komunistyczny w Polsce, nasz polityczny establishment wmówił nam, że ściganie sądowne komunistycznych aparatczyków to nie akt sprawiedliwości, ale zemsta. W rezultacie w Polsce nie dokonano dekomunizacji. Jak Kambodża radzi sobie z rozliczaniem się ze zbrodni popełnionych przez komunistyczny reżim Czerwonych Khmerów, który pochłonął prawie 2 mln ofiar?
SE: W Kambodży, niestety, także próbuje się przymknąć oczy na te zbrodnie. Trzeba pamiętać, że obecny premier Hun Sen był Czerwonym Khmerem, ale pod koniec lat 70. uciekł do Wietnamu. Obowiązująca narracja jest taka: byli dobrzy Czerwoni Khmerzy (do nich oczywiście zalicza się Hun Sen), którzy występowali przeciwko złym Czerwonym Khmerom. Taką retorykę promowało od samego początku wielu lewicowych naukowców na Zachodzie. Dla mnie jest to pozbawione sensu.
Pod koniec lat 90. Hun Sen powiedział obywatelom Kambodży, aby „wykopali dół i pogrzebali przeszłość”. Dziś, gdy pojawiają się żądania sprawiedliwości, grozi się, że spowoduje to powrót do przemocy. A spóźniona sprawiedliwość to niesprawiedliwość! A niesprawiedliwości dziś w Kambodży jest ogrom i tylko niewidomy mógłby jej nie zauważyć. Moja nieżyjąca już, niestety, mama jako buddystka wierzyła w prawo karmy, w to, że w tym lub następnym życiu będziemy musieli zapłacić za nasze winy. I ja też ufam, że każdy dobry czyn przyniesie dobro, a każdy zły będzie ukarany.

-->
fragment wywiadu jaki przeprowadziłam  w 2013 r. dla Nowego Państwa z Sophalem Ear. Jego rodzinie udało się uciec z polpotowskiego piekła na ziemi(poza ojcem który zmarł w trakcie ucieczki)
zdj. Kambodża, czaszki z Pól śmierci

Kraina uśmiechu i bólu

O Kambodży mówi się, że to dziś kraina uśmiechów.
Na odwiedzających stolicę Phnom Penh czy Siem Reap, w okolicach którego znajduje się Angkor, pozostałości dawnej stolicy Imperium Khmerskiego, czekają radosne twarze tubylców. Ale w powietrzu unosi się trauma po piekle, jakie zgotowali mieszkańcom Kambodży kształcony na Sorbonie Pol Pot i Czerwoni Khmerzy.
Pola śmierci. Drzewo-pomnik, o które roztrzaskiwano małe dzieci
Efekty rządów komunistów w latach 1975–1978 to prawie 2 mln ofiar, głównie inteligentów, księży, mnichów. Ci „wrogowie rewolucji” oskarżani byli na podstawie fałszywych lub wymuszonych zeznań. Często już sam fakt noszenia okularów czy posiadania zbyt gładkich dłoni utożsamiany był z przynależnością do „zgniłej, burżuazyjnej inteligencji”, co oznaczało wyrok śmierci. Na miejscu kaźni, polach śmierci w Choeung Ek, oddalonych o około 17 km od Phnom Penh, do dziś w dołach i stawie można odnaleźć szczątki ofiar i ich ubrań. A widok drzewa, o które Czerwoni Khmerzy roztrzaskiwali dzieci, paraliżuje.

Lewicowe media na Zachodzie często piszą o tym, iż współczesna Kambodża nie chce zajmować się historią, a zbrodnie dokonane przez komunistów traktuje jako zamierzchłe czasy. Nic bardziej błędnego. Pamięć o ludobójstwie dokonanym przez komunistów i  ofiarach jest tu kultywowana – na polach śmierci czy w Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng (dawne więzienie i centrum przesłuchań w okresie reżimu Czerwonych Khmerów”) można spotkać dużo młodych ludzi. Szkoły organizują specjalne wycieczki do miejsc pamięci.
Bou Meng, którego spotkałam na terenie Tuol Sleng, przyznał, że często dostaje zaproszenia ze szkół, aby opowiedzieć o „tamtym piekle”. Meng przetrwał je tylko dlatego, że miał zdolności plastyczne i wybrano go jako malarza portretu Pol Pota (wcześniej wszyscy profesjonalni artyści zostali przez reżim wyrżnięci). Nie miała jednak szczęścia Neary, żona Bou Menga – zabito ją właśnie w Tuol Sleng. Dziś Meng jest jednym z czołowych świadków na procesie przywódców Czerwonych Khmerów, jaki toczy się przed Trybunałem ONZ ds. osądzenia zbrodni popełnionych przez Czerwonych Khmerów. „To nie zemsta, to sprawiedliwość. jestem to winny mojej żonie i innym” – mówi mi Meng.

Aleja Mao
A o sprawiedliwość we współczesnej Kambodży niełatwo. Jeśli spojrzeć na suche liczby, to kraj rozwija się w niesamowitym tempie. Roczny wzrost gospodarki wynosi około 10 proc. Jednak głównymi beneficjentami tego rozwoju są rządzący i bogaci inwestorzy głównie z Chin, Korei, Japonii i Tajwanu. To będący u władzy mogą skonfiskować ziemie swoich obywateli, aby na niej Chińczycy wybudowali np. fabrykę, w której kambodżańscy urzędnicy będą mieli udziały. W takim zakładzie robotnica z Kambodży pracuje za 80 dolarów miesięcznie – to już prawie o połowę mniej niż w Chinach, więc coraz więcej firm z ChRL lokuje swoje zakłady właśnie tu. Ale Chińczycy potrafią być też hojni...
Odrestaurowali ostatnio w centrum stolicy aleję Mao Zedonga, a za 30 mln dolarów wybudowali aleję Rosji – dziś jedną z głównych ulic stolicy.
Phnom Penh to miasto niesamowitych kontrastów – rezydencje oficjeli z rządzącej Kambodżą prawie 30 lat Kambodżańskiej Partii Ludowej czy niemal pałace tajwańskich i chińskich inwestorów często wyrastają w centrum slumsów. Obok luksusowych samochodów są tysiące motorów, rowerów, tuk-tuków. Przeciętny mieszkaniec Kambodży musi przeżyć za dolara dziennie. Bogaci poza okazałymi willami i drogimi samochodami wysyłają dzieci do szkół międzynarodowych, gdzie miesięczna opłata może wynosić nawet kilka tysięcy dolarów. Ale też wiedzą, na czym można „oszczędzić”. Zwiedzając Angkor Wat spotkałam Brytyjkę, która przyjechała do Kambodży z zamiarem pracy dla jednej z pozarządowych organizacji – miała uczyć tutejsze biedne dzieci angielskiego. Jakie było jej zdziwienie, gdy uczniami okazali się kambodżańscy oficjele i ich rodziny. „Przecież ich stać na naukę nawet w Stanach czy Anglii. Nie potrzebują wsparcia” – mówiła zdenerwowana Brytyjka. „Podziękowałam i wyjeżdżam z tego kraju”. Świątynia w Angkor Wat, wybudowana w XII w. i uznana przez wielu za jeden z siedmiu cudów świata średniowiecznego, była ostatnim miejscem, jakie chciała zobaczyć w Kambodży.
Jeden dolar albo wycieczka do Francji


Kambodża jest jednym z najbardziej skorumpowanych krajów na świecie. Rząd, policja, szkoły, urzędy... Gdy zaparkowaliśmy samochód przed restauracją, natychmiast pojawił się obok uśmiechnięty policjant. Nasza gospodyni, mieszkająca w Kambodży od prawie 20 lat Tajwanka, natychmiast wyciągnęła z torebki dolara. „Dlaczego dajesz mu pieniądze? Przecież zaparkowaliśmy legalnie” – dopytywałam się. „Unikniemy w ten sposób problemów” – usłyszałam. Na ulicach Phnom Penh czy tuż przy zabytkowych ruinach w Angkor co chwila podchodziły do nas dzieci, wyciągały ręce i wołały: „One dollar” albo „Two dollars”. Niektóre nawet umiały to powiedzieć po chińsku!
Ale nie tylko o dolara tu chodzi. Przybyłam do Kambodży akurat w dniu wyborów. Wynik był raczej do przewidzenia – po raz kolejny zwyciężył premier Hun Sen (obecnie najdłużej urzędujący  szef rządu na świecie) i jego Kambodżańska Partia Ludowa. Kilka godzin po ogłoszeniu wyników wyborów sytuacja na ulicach Phnom Penh była dość napięta. Opozycyjna Partia Ocalenia Narodowego ogłosiła, że nie uznaje wyników wyborów, a pod jej siedzibą zaczęli zbierać się wyborcy. Następnego dnia wszystko jednak wróciło do normy, a obywatele Kambodży do pracy. Nękani duchami tragedii zgotowanej im przez Pol Pota obawiają się konfliktów. Nauczyli się być „ulegli”
„Teraz już może być tylko lepiej” – wytłumaczyła mi pani Huang, której rodzina przeniosła się tu ponad 20 lat temu z Tajwanu i handluje ziemią. Lepiej, to znaczy po staremu, i nikt nie będzie dochodzić, na ile legalne są zawierane transakcje i dlaczego, aby czasem do nich doszło, trzeba zabrać lokalnego oficjała na wycieczkę do Francji czy Włoch...
***
Kambodża to kraj pamiętający o swojej przeszłości, ale borykający się z teraźniejszością: korupcją i ogromnymi nierównościami społecznymi. Na zawsze zostaną w mojej pamięci: czaszki ofiar reżimu komunistycznego na polu śmierci i Bou Meng mówiący ze łzami o swojej zabitej żonie, Srebrna Pagoda w Pałacu Królewskim w Phnom Penh (a odrestaurowana  także dzięki pomocy konserwatorów z Polski), tłumy robotnic wychodzące z jednej z fabryk na przedmieściach stolicy, no i urzędnik imigracyjny, który uśmiechając się od ucha do ucha i oddając mi paszport, na pożegnanie prosił: „One dollar”.





Więcej zdjęć z Kambodży  Album1     Album2   Album3

Spóźniona sprawiedliwość to niesprawiedliwość

Obowiązująca narracja jest taka: byli dobrzy Czerwoni Khmerzy, którzy występowali przeciwko złym Czerwonym Khmerom. Taką retorykę promowało od samego początku wielu lewicowych naukowców na Zachodzie. Dla mnie jest to pozbawione sensu – z Sophal Ear rozmawia Hanna Shen.
Czerwoni Khmerzy mówili, iż stworzą niebo na ziemi dla „dobrych żołnierzy”. Ci „źli”, czyli intelektualiści, zakonnicy, kapłani, kobiety (nawet te w ciąży) i dzieci, byli wysyłani do obozów pracy lub na pola śmierci. Co stało się z Pańską rodziną, kiedy Pol Pot objął władzę?
Mieszkaliśmy w mieście, a mój ojciec był właścicielem apteki; automatycznie zostaliśmy zakwalifikowani przez Czerwonych Khmerów jako tzw. nowi ludzie, co oznaczało, że byliśmy podludźmi wobec „starych ludzi”, czyli chłopów. Wysłano nas do prowincji Pursat i moi rodzice musieli pracować na roli. Byliśmy wycieńczeni, wygłodzeni i czuliśmy, że umieramy. Nagle, w listopadzie 1975 r. Czerwoni Khmerzy ogłosili, że Wietnamczycy mieszkający w Kambodży mogą wrócić do Wietnamu. Moja mama jako dziecko nauczyła się wietnamskiego, rozmawiając ze służbą, która głównie pochodziła z Wietnamu. Postanowiła więc, że aby wydostać się z tego polpotowskiego piekła na ziemi, będziemy udawać Wietnamczyków. Przetransportowano nas do obozu, gdzie czekaliśmy na rozmowę z wietnamskimi urzędnikami, podczas której głównie sprawdzano znajomość języka. Liczono się z tym, że będzie wielu takich jak my, „fałszywych Wietnamczyków”, którym za złapanie groziła śmierć. W tym czasie mój ojciec był już ciężko chory na czerwonkę. Nie było żadnych lekarstw, mogliśmy tylko patrzeć, jak w cierpieniu umiera. Po śmierci taty mama owinęła nas (piątkę dzieci) kocami, musieliśmy udawać bardzo chorych i udaliśmy się na rozmowę z wietnamskimi oficjałami. Przeszła pomyślnie i znaleźliśmy się na łodzi płynącej do Wietnamu.
To wszystko wymagało niesamowitej odwagi ze strony Pańskiej matki. Jak to się stało, że w końcu znaleźliście się w Stanach?
Mama powiedziała: „Jeśli już mamy zginąć, to lepiej uciekając niż w obozie pracy w Kambodży”. Tak, to niesamowita odwaga. Naprawdę sprawdzano jej znajomość języka dwukrotnie – najpierw zrobili to Czerwoni Khmerzy, a potem Wietnamczycy. Dwukrotnie „zdała test”, ale nie była to tylko jej zasługa. Nawet w obozie Wietnamczycy pomagali jej „doszlifować” język. I tak z pomocą Buddy się udało. Siostra mojej mamy mieszkała w Wietnamie i byliśmy u niej do 1978 r. Stąd udaliśmy się do Francji, a po siedmiu latach byliśmy już w USA.
Jako uczeń już w Stanach napisał Pan list do prezydenta Reagana, dziękując mu za walkę z komunizmem. To też wymagało odwagi. Przecież kręgi akademickie w USA są bardzo lewackie. Pokazał Pan ten list swojej nauczycielce?
Odczułem na własnej skórze, jakich szkód może dokonać komunizm – zniszczył moją rodzinę, odebrał możliwość cieszenia się z życia rodzinnego, spowodował śmierć mojego ojca. Do dziś nie wiem, co się stało z moim najstarszym bratem Sangkum (mieszkał on z siostrą mojej mamy, której mąż był ministrem. Po dojściu do władzy Pol Pota słuch po nich zaginął). Uważałem, że powinienem podziękować Reaganowi, który powiedział, że „komunizm jest złem”. Miał odwagę nazywać rzeczy po imieniu. I oczywiście nie mogłem pokazać tego listu mojej nauczycielce pani Morrisom, bo z pewnością nie spodobałby się jej. Przecież mieszkaliśmy w „Ludowej Republice Berkley!” Ale byłem wtedy dość naiwny i często wdawałem się w spory z innymi uczniami, a moje prawicowe widzenie świata było czymś niekonwencjonalnym. Tak naprawdę nie zostawiano ludziom o poglądach takich jak moje żadnego miejsca w debacie. Obrona wartości republikańskich stała się wręcz niebezpieczna. Ale kiedy po latach wróciłem do Berkley, byłem miło zaskoczony, bo największym klubem na kampusie okazał się Republikański Klub Uniwersytetu Berkley. Co za uciecha! Nigdy nie należy tracić nadziei.
W 1989 r., kiedy upadł system komunistyczny w Polsce, nasz polityczny establishment wmówił nam, że ściganie sądowne komunistycznych aparatczyków to nie akt sprawiedliwości, ale zemsta. W rezultacie w Polsce nie dokonano dekomunizacji. Jak Kambodża radzi sobie z rozliczaniem się ze zbrodni popełnionych przez komunistyczny reżim Czerwonych Khmerów, który pochłonął prawie 2 mln ofiar?
W Kambodży, niestety, także próbuje się przymknąć oczy na te zbrodnie. Trzeba pamiętać, że obecny premier Hun Sen był Czerwonym Khmerem, ale pod koniec lat 70. uciekł do Wietnamu. Obowiązująca narracja jest taka: byli dobrzy Czerwoni Khmerzy (do nich oczywiście zalicza się Hun Sen), którzy występowali przeciwko złym Czerwonym Khmerom. Taką retorykę promowało od samego początku wielu lewicowych naukowców na Zachodzie. Dla mnie jest to pozbawione sensu.
Pod koniec lat 90. Hun Sen powiedział obywatelom Kambodży, aby „wykopali dół i pogrzebali przeszłość”. Dziś, gdy pojawiają się żądania sprawiedliwości, grozi się, że spowoduje to powrót do przemocy. A spóźniona sprawiedliwość to niesprawiedliwość! A niesprawiedliwości dziś w Kambodży jest ogrom i tylko niewidomy mógłby jej nie zauważyć. Moja nieżyjąca już, niestety, mama jako buddystka wierzyła w prawo karmy, w to, że w tym lub następnym życiu będziemy musieli zapłacić za nasze winy. I ja też ufam, że każdy dobry czyn przyniesie dobro, a każdy zły będzie ukarany.
Ale mam wrażenie, że łatwiej o sprawiedliwość w Kambodży niż w Polsce. Jednak przywódcy Czerwonych Khmerów są teraz sądzeni (a niektórzy już zostali skazani) przed Trybunałem ONZ ds. osądzenia zbrodni popełnionych przez Czerwonych Khmerów (ECCC). I to mimo ich sędziwego wieku. Oczywiście są próby opóźniania obrad Trybunału ze względu na „zły stan fizyczny oskarżonych”. Takie same argumenty wysuwa się w Polsce, gdy chce się postawić przed sądem komunistycznych przywódców. Jak Pan reaguje na takie wymówki? I jakie znaczenie ma dla narodu Kambodży to, że ci, którzy dokonywali na nim zbrodni, stają przed obliczem Temidy?
Oczywiście wściekłem się, gdy na przykład była minister spraw socjalnych za rządów Pol Pota została zwolniona z aresztu z powodu choroby Alzheimera albo gdy jej mąż Ieng Sary, były minister spraw zagranicznych, umarł kilka miesięcy temu i uniknął sprawiedliwości. Jest zatem nadal uważany za niewinnego, mimo że obciążające go dowody są porażające! I był jednym z tych, którzy nagromadzili przez lata spore środki finansowe.
Ten proces ma znaczenie dla przyszłych pokoleń – tu chodzi o odpowiedzialność. Mówi się, że dzisiejsi więźniowie mogą być w przyszłości premierami. Ale może też być odwrotnie. Wystarczy zapytać o to mieszkańców krajów, w których doszło do Arabskiej Wiosny.
Wspomniani przywódcy Czerwonych Khmerów Pol Pot i Ieng Sary ukończyli szkoły na Zachodzie, m.in. paryską Sorbonę. Kiedy francuski ks. François Ponchaud alarmował Zachód, jakich zbrodni dokonują komuniści w Kambodży, wielu zachodnich intelektualistów, np. Noam Chomsky, zaatakowało misjonarza, występując w obronie Czerwonych Khmerów. Zachód edukował więc przyszłych zbrodniarzy, a potem racjonalizował
ich działania. Czyli zachodnia lewica jest w jakimś stopniu współodpowiedzialna za zbrodnie popełnione w Kambodży. Na rozprawach Trybunału ks. Ponchaud apeluje, aby przed sądem stanęli nie tylko Czerwoni Khmerzy, ale i np. Kissinger…
Nie można zaprzeczyć, że Kambodża została w ogromny sposób zniszczona przez amerykańskie bombardowania. Postawa lewicowych intelektualistów to porażka. Jednak uważam, że to Czerwoni Khmerzy muszą odpowiedzieć za dokonane zbrodnie. Tak samo muszą być pociągnięci do odpowiedzialności ci, którzy dziś przyczyniają się do rozwoju korupcji i do opieszałości wymiaru sprawiedliwości.
Kilka miesięcy temu Kambodża wprowadziła prawo karzące za negowanie zbrodni Czerwonych Khmerów. Prawo to jednak nie zakazuje byłym żołnierzom Czerwonych Khmerów piastowania funkcji państwowych. Jak Pan odbiera tę regulacje?
To jednak wyłącznie gra polityczna wymierzona w opozycję (niektórzy jej liderzy rzeczywiście próbowali umniejszać zbrodnie dokonane przez Czerwonych Khmerów). Nowe prawo przegłosowano tuż przed wyborami w rekordowym tempie, a tymczasem prace nad jakąkolwiek ustawą wymierzoną w korupcję ciągną się latami. Gdyby wprowadzono zakaz sprawowania władzy przez byłych Czerwonych Khmerów, to byłaby dopiero zmiana, doszłoby do prawdziwej wymiany elit politycznych. Ale dzisiejsza Kambodża to dziwne miejsce, w którym, jeśli chcesz być częścią obowiązującego systemu, częścią establishmentu, zapomnij o zdrowym rozsądku; jeśli mówi ci się, że białe to czarna, a czarne to białe, to musisz to powtarzać.
Thomas Jefferson powiedział, że „gdy ludzie boją się rządu, wtedy jest tyrania; gdy rząd boi się ludzi, wtedy jest wolność”. Kambodża zmienia się, osiągnęła niesamowity rozwój gospodarczy – roczny wzrost gospodarki wynosi około 10 proc. rocznie. Z drugiej strony kraj trawi korupcja, patologiczny układ, w którym powiązani z rządzącą partią biznesmeni dostają intratne rządowe kontrakty. Jaka jest naprawdę dzisiejsza Kambodża? Ile tu tyranii, a ile wolności?
Kambodża to, niestety, nadal miejsce, w którym obywatele boją się rządu, ponieważ ten może odebrać im to, co posiadają, zabrać wolność, a w niektórych przypadkach nawet życie. Raport opublikowany przez międzynarodową organizację pozarządową mającą na celu ochronę praw człowieka, Human Rights Watch, zakazany w Kambodży, podaje wiele takich przypadków. Rok temu zastrzelono Chut Wutty, który walczył o ochronę środowiska Kambodży, a zwłaszcza lasów w prowincji Pursat. Tu wycina się ogromne połacie zieleni i buduje głównie chińskie fabryki. Udziały w tych zakładach mają wysoko postawieni urzędnicy z ministerstw spraw socjalnych i obrony. Okoliczna ludność mówiła, że strzały do Wutty oddała żandarmeria. Profesor Harvardu Jim Robinson, współautor książki „Dlaczego narody upadają”, opowiedział mi, co odpowiedział mu jeden z mieszkańców wioski w Kambodży, gdy ten zapytał, jak wygląda rozwój kraju: „Rząd buduje drogę na ziemi, którą ci zabrał”.
Dwucyfrowy rozwój gospodarczy to rzeczywiście imponujące. Obawiam się, jak bardzo zrównoważony jest ten rozwój I czy będzie on trwał więcej niż jedną dekadę. Kambodża jest nadal na początku drogi rozwoju. Brak możliwości dla młodych, wzrastają nierówności majątkowe, a rację ma zawsze władza. Mówienie prawdy staje się coraz trudniejsze. Proszę pamiętać, że przez ostatnie 30 lat Kambodżą rządzi ten sam człowiek – Hun Sen. Ale coś z tym będziemy musieli zrobić, bo parafrazując mędrca Hillela, „jeśli nie my, to kto, jeśli nie teraz, to kiedy?”.

Nowe Panstwo

Kara za negowanie komunistycznych zbrodni

W piątek 7 czerwca parlament w Kambodży uchwalił ustawę penalizującą negowanie zbrodni popełnionych w okresie reżimu Czerwonych Khmerów. Za zaprzeczanie mordom popełnionym przez komunistów lub za gloryfikowanie rządów Pol Pota grozi kara do dwóch lat pozbawienia wolności.
Ustawa została zatwierdzona głosami wszystkich 86 obecnych na sali deputowanych. O wprowadzenie odpowiedzialności karnej za negowanie zbrodni Czerwonych Khmerów wystąpił premier Hun Sen w końcu maja tego roku. Była to reakcja na wypowiedź jednego z opozycyjnych polityków, który sugerował, że eksponaty w Muzeum Ludobójstwa w więzieniu Tuol Sleng w Phnom Penh są sfabrykowane.
W Phnom Penh toczy się obecnie proces przywódców komunistycznego rządu Czerwonych Khmerów. W 2010 r. na 30 lat więzienia skazany został 68-letni w momencie ogłoszenia wyroku Kaing Guek Eav alias „Duch”, który kierował więzieniem Tuol Sleng.
W trakcie rozprawy zmarł Ieng Sary, wicepremier i minister spraw zagranicznych za rządów Pol Pota. Obrońcy Sary’ego początkowo wystąpili o zawieszenie postępowania ze względu na zły stan zdrowia oskarżonego. Ostatecznie Nadzwyczajne Izby Sądów Kambodży, specjalny trybunał ONZ-etu ds. osądzenia zbrodni Czerwonych Khmerów, uznały, że Ieng Sary powinien odpowiedzieć za popełnione zbrodnie. Zdaniem sędziów był on w dostatecznie dobrym stanie fizycznym i mentalnym, by brać udział w toczącym się przeciwko niemu procesie.
Reżim Czerwonych Khmerów (1975–1979) to jedna z najkrwawszych tyranii komunistycznych w historii. Pochłonęła prawie 2 mln ofiar, głównie inteligentów, mnichów, „wrogów rewolucji” – oskarżanych na podstawie fałszywych lub wymuszonych zeznań. Główny sprawca tej tragedii, Pol Pot, uczeń Jean-Paula Sartre’a, umarł nieosądzony. Na łożu śmierci Pol Pot twierdził, że ma czyste sumienie, a o rządach Czerwonych Khmerów mówił: „Byliśmy jak dzieci uczące się chodzić”.
GPCodziennie

Nie odpowiedział za popełnione zbrodnie

W czwartek rano zmarł Ieng Sary, jeden z twórców reżimu Czerwonych Khmerów w Kambodży. W Phnom Penh toczył się właśnie proces przeciwko przywódcom komunistycznego rządu, którzy oskarżeni są o zamordowanie prawie 2 mln ludzi. Na ławie oskarżonych zasiadł także Ieng Sary.
W trakcie procesu prawnicy Sary’ego wnioskowali o wyłączenie go z procesu ze względu na zły stan zdrowia, a także próbowali opóźnić prace Trybunału ONZ ds. osądzenia zbrodni popełnionych przez Czerwonych Khmerów (ECCC), wysuwając wobec niego zarzuty korupcyjne. W listopadzie zeszłego roku Trybunał uznał jednak, że Sary powinien odpowiedzieć za  popełnione zbrodnie. Zdaniem sędziów był on w dostatecznie dobrym stanie fizycznym i mentalnym, by brać udział w toczącym się przeciwko niemu procesie.
Ieng Sary, tak jak Pol Pot, studiował w Paryżu i był tam założycielem Koła Marksistowskiego Studentów Khmerskich, współpracującego z Francuską Partią Komunistyczną. W 1957 r. wrócił do Kambodży, gdzie początkowo pracował jako nauczyciel. Gdy Czerwoni Khmerzy przejęli władzę, został wicepremierem i ministrem spraw zagranicznych. Po upadku reżimu Pol Pota uciekł do Tajlandii, kontynuował tam swoje zaangażowanie w działalność rządu khmerskiego na uchodźstwie. W sierpniu 1996 r., w zamian za akt łaski udzielony mu przez króla Kambodży, odciął się od Czerwonych Khmerów i wrócił do kraju. Do momentu aresztowania w 2007 r. mieszkał wraz z żoną w luksusowej willi w stolicy Phnom Penh. Został zatrzymany na podstawie nakazu wydanego przez Nadzwyczajną Izbę Sądu dla Kambodży i stał się jednym z głównym oskarżonych w toczącym się od 2009 r. procesie członków reżimu Czerwonych Khmerów.
Reżim Czerwonych Khmerów (1975–1978) to jedna z najbardziej krwawych tyranii komunistycznych, która pochłonęła prawie 2 mln ofiar, głównie inteligentów, mnichów, „wrogów rewolucji” –  oskarżanych na podstawie fałszywych lub wymuszonych zeznań. Główny sprawca tej tragedii, Pol Pot, uczeń Jeana Paula Sartre’a, umarł nieosądzony.
GPCodziennie

Kambodża – Kościół żyje


W okresie terroru Pol Pota katolicy w Kambodży mówili o sobie, iż są „kościołem krwi i łez”. Wśród dwóch milionów ofiar zbrodniczego reżimu Czerwonych Khmerów znalazły się tysiące katolików, w tym biskupi, kapłani, zakonnice i katecheci. Dziś, jak twierdzi wikariusz apostolski Phnom Penh (stolica Kambodży), bp Olivier Schmitthaeusler, po latach męczeństwa „Kościół katolicki w Kambodży powoli się odradza”.
Zanim Pol Pot i jego bracia przejęli władzę w Kambodży, najpierw zdobywali wiedzę w Paryżu (wielu jak Pol Pot na Sorbonie) i przechodzili szkolenia, także militarne, w szeregach francuskiej partii komunistycznej. Wracali do kraju zauroczeni lewacko-sartre’owską doktryną koniecznej przemocy, maoistowską ideą przeniesienia życia społecznego do wiosek i stalinowską ideą kolektywizacji. W 1975 r. rozpoczęli budowę „marksistowskiego raju na ziemi”. Efekty rządów Czerwonych Khmerów w latach 1975–1978 to prawie 2 mln ofiar. Zapowiadana arkadia stała się piekłem. Ofiarami krwawego reżimu padli inteligenci, księża, mnisi, „wrogowie rewolucji” – oskarżani na podstawie fałszywych lub wymuszonych zeznań. Często fakt noszenia okularów czy posiadania zbyt gładkich dłoni utożsamiany był z przynależnością do „zgniłej, burżuazyjnej inteligencji”, co oznaczało wyrok śmierci. Rozbijano więzi rodzinne: dzieci donosiły na rodziców, a gdy trzeba było, to wykonywały na nich wyroki śmierci. Gdy Czerwoni Khmerzy odkryli, że ktoś jest chrześcijaninem, niemal natychmiast wykonywali wyrok śmierci pod zarzutem przynależności do CIA.
Kościół męczenników
W książce pt. „Ludobójstwo Czerwonych Khmerów: analiza demograficzna” Marek Śliwiński pisze, iż katolicy w Kambodży „byli grupą, którą spotkał najgorszy los”. Mimo że stanowili tylko 4 proc. ludności kraju (85 proc. to byli buddyści), to jednak „cierpieli nieproporcjonalnie”, ponieważ większość z nich mieszkała w miastach i byli uważani za popleczników kolonialnych imperialistów. Pierwszym budynkiem, który Czerwoni Khmerzy doszczętnie zniszczyli w Phnom Penh, była wybudowana w XIX w. na wzór katedry w Reims katedra Phnom Penh. Okoliczny cmentarz zaorano i zamieniono w plantację bananów.
Większość księży i zakonnic spotkał los podobny do tego, jaki przypadł pierwszemu pochodzącemu z Kambodży bp. Josephowi Chhmar Salasowi. Zdecydował się on w 1975 r. na powrót po studiach w Paryżu do Kambodży, mimo iż zdawał sobie sprawę z nadchodzącego niebezpieczeństwa – władzy Pol Pota. Rząd Czerwonych Khmerów nakazał cudzoziemcom, w tym także księżom i siostrom zakonnym, opuszczenie kraju. Z Kambodży musiał więc wyjechać Francuz, biskup Yves Ramousse, będący głową tamtejszego Kościoła katolickiego; jego miejsce zajął bp Salas. Jednak nie na długo. W 1976 r. biskup został aresztowany i zesłany do pracy na polach ryżowych, które de facto były obozami pracy; tu narzucano nierealne normy produkcyjne: z jednego hektara kazano uzyskać trzy tony ryżu. Przed rewolucją Czerwonych Khmerów, kiedy stosowano nowocześniejsze metody produkcji, otrzymywano jedną tonę na hektar. Nic więc dziwnego, że więźniowie pracujący na polach ryżowych zmuszani do nadludzkiej pracy ginęli z głodu i wycieńczenia. Biskup Joseph Salas zmarł we wrześniu 1977 r. Ale swoją posługę pełnił do końca, odprawiając potajemnie mszę w baraku łagrowym i opiekując się chorymi.
A świat nie wierzył
Francuski historyk Jean-François Revel zauważył, że gdy przyjrzeć się gazetom w USA, Anglii czy Francji z lat 1975–1979, czyli okresu dyktatury Pol Pota, nikt nie mógłby się domyśleć, że w tym czasie w Kambodży odbywało się metodyczne ludobójstwo.
Świat początkowo rzeczywiście nie wiedział, co działo się w Kambodży. Jednak gdy tylko pojawiły się pierwsze doniesienia o rozgrywającej się tam tragedii, przyjmowano je z niedowierzaniem. Wielu informacjom zaprzeczali m.in. członkowie francuskiej partii komunistycznej. Jednym z pierwszych, który przekazał informacje o zbrodniach Pol Pota w Kambodży, był ks. Francois Ponchaud. W wywiadzie dla Radia Watykańskiego stwierdził, że przed trybunałem powinni stanąć dziś także ci, którzy na Zachodzie wspierali reżim Czerwonych Khmerów. Ksiądz Ponchaud wspomina np. o szczegółowej dokumentacji, którą przesłał w 1978 r. do Amnesty International. Nie było jednak żadnej reakcji ze strony tej organizacji. Ks. Ponchaud opisał zbrodnie Czerwonych Khmerów w książce pt. „Kambodża – Rok Zero”; publikacja spotkała się z ogromną krytyką zachodniej lewicy; Noam Chomsky, guru lewicowych intelektualistów, stwierdził, że przytoczone przez Ponchauda przykłady bestialstwa Pol Pota i jego współbraci „są albo wyolbrzymione, albo są po prostu zmyślone”, a cała książka to tylko jeden z „elementów propagandy skierowanej przeciwko rządowi Czerwonych Khmerów”.
Ku odrodzeniu
W tym roku wierni w Kambodży spotkali się 5 maja w sanktuarium Tangkok na uroczystościach ku czci męczenników z czasów dyktatury Czerwonych Khmerów. W wydanym z tej okazji liście pasterskim biskup Schmitthaeusler stwierdził, że „pamięć o męczennikach powinna być dla Kościoła powodem do dumy, gdyż krew przelana przez nich w przeszłości umacnia wiarę współczesnych wspólnot”.
A dzisiejsza wspólnota katolicka w Kambodży choć jeszcze mała, to powoli rośnie. Wśród 13-milionowej ludności w kraju katolicy stanowią zaledwie 0,2 proc. Jedna trzecia to Khmerzy, a reszta to ludność pochodzenia wietnamskiego. Pomiędzy tymi dwoma nacjami dość często dochodziło i nadal dochodzi do napięć, także na tle religijnym, jako że obie grupy są wyznawcami innych odłamów buddyzmu. Jednak wśród katolików nie ma konfliktu. Jak zauważa były wikariusz apostolski Phnom Penh, bp Emile Destombes, „wiara w Chrystusa potrafiła zjednoczyć te nacje”.
Bardzo dobre efekty przynosi także praca z młodzieżą. „Młodzi są najlepszymi misjonarzami, bo przyciągają swych kolegów. Co niedzielę przychodziło do kościoła około 100 młodych. 60 z nich to buddyści. Z tej sześćdziesiątki 20 czy 30 rozpocznie z czasem katechumenat. I tak rozwija się Kościół” – twierdzi w wypowiedzi dla Radia Watykańskiego bp Schmitthaeusler. Hierarcha mówi także o udanej współegzystencji buddystów z katolikami. Protestanci, próbując ewangelizować Kambodżę, rozpoczęli od dyskredytacji buddystów. „To dla miejscowej ludności było zupełnie niezrozumiałe i spowodowało, że buddyści mieli dość negatywny stosunek do chrześcijan”. Społeczność buddyjska jest dziś jednak bardzo przyjaźnie nastawiona do katolików, a przyczynił się do tego m.in. papież Jan Paweł II, spotkając się z głową buddystów w Kambodży. To spotykanie pozytywnie zmieniło nastawienie do katolików, a mały Kościół Kambodży jest według wikariusza Phnom Penh „laboratorium ewangelizacji w świecie buddyjskim dotkniętym także procesami światowej sekularyzacji”.
Niesienie pomocy
Poza ewangelizacją Kościół bierze aktywny udział w procesie rozwoju wyniszczonej wojnami i korupcją Kambodży, przede wszystkim w sektorach służby zdrowia i edukacji. W 2007 r. rzymski szpital Bambino Gesu, należący do Stolicy Apostolskiej, ufundował w Daneko na południu Kambodży nowoczesny oddział pediatryczny. Poza tym w kraju, w którym wymordowano niemal 1/3 ludności i gdzie ponad połowa z tych, co zostali, to analfabeci, jednym z najważniejszych zadań jest zapewnienie możliwości kształcenia młodym. W 2010 r. w oddalonym o 90 km od Phnom Penh mieście Takeo powstał Instytut św. Pawła. Jest to pierwsza szkoła wyższa zbudowana i sfinansowana przez Kościół katolicki. Jej zadaniem jest kształcenie młodzieży niemającej środków na wyższą edukację, głównie w dziedzinach takich jak rolnictwo i informatyka. Uczelnia współpracuje z Królewską Akademią Rolniczą w Phnom Penh i fundacją Lien Aid z Singapuru niosącą pomoc biednym społecznościom w Azji.
Kościół w Kambodży stara się także pomagać w zażegnywaniu konfliktów, jakie nadal nękają kraj, zwłaszcza w rejonach przygranicznych. Od lat pomiędzy Tajlandią a Kambodżą toczy się spór o górskie tereny, na których wznosi się licząca około tysiąca lat hinduistyczna świątynia Preah Vihear. Na początku 2011 r. po raz kolejny doszło do starć między oddziałami obu stron, co spowodowało śmierć co najmniej ośmiu osób. Tysiące Kambodżan i Tajlandczyków zostały zmuszone do opuszczenia zagrożonych terenów. Biskup Schmitthaeusler w specjalnie wystosowanym apelu wyraził ubolewanie z powodu niepotrzebnej śmierci i zniszczeń. Wezwał też do międzynarodowej współpracy, by pomóc w powstrzymaniu konfliktu. Ten pokojowy apel Kościoła katolickiego poparły również inne kambodżańskie organizacje, a katolicy w Kambodży zorganizowali pomoc charytatywną dla ofiar.
W czasie październikowego synodu biskupów Benedykt XVI wyraził zadowolenie ze świadectw mówiących o wzroście Kościoła i jako przykład podał właśnie Kambodżę. „Także dziś widzimy, że Pan jest obecny tam, gdzie tego nie oczekiwano, działa przez naszą pracę i naszą refleksję” – zaznaczył papież. Po latach cierpień i ogromnych ofiar społeczność katolicka w Kambodży odradza się i staje się coraz bardziej aktywna. Jak mówi bp Schmitthaeusler, w Kambodży „Kościół żyje”.

Kompan Pol Pota zapłaci za zbrodnie

Trybunał ONZ ds. osądzenia zbrodni popełnionych przez Czerwonych Khmerów (ECCC) uznał, że 87-letni Ieng Sary, b. wicepremier i minister spraw zagranicznych Kambodży, odpowie za popełnione zbrodnie. Zdaniem sędziów Sary jest w na tyle dobrym stanie fizycznym i mentalnym, by brać udział w toczącym się przeciwko niemu procesie.

Ieng Sary w okresie rządów Czerwonych Khmerów odpowiadał m.in. za czystki w MSZ-ecie; część personelu ministerstwa trafiła do niesławnego więzienia Tuol Sleng. Z 17 tys. uwięzionych przeżyło 12 osób. Sara oskarżono o złamanie konwencji genewskiej z 1949 r. i zbrodnie ludobójstwa. Jego obrońcy próbowali przerwać toczący się proces, argumentując to albo słabym stanem zdrowia oskarżonego, albo zarzutami korupcyjnymi wobec Trybunału. 

Ieng Sary po upadku reżimu Pol Pota uciekł do Tajlandii gdzie kontynuował swoje zaangażowanie w działalność rządu khmerskiego na uchodźtwie. W sierpniu 1996 roku zamian za akt łaski udzielony mu przez króla Kambodży Norodoma Sihanouka oficjalnie odciął się od Czerwonych Khmerów i powrócił do kraju. Do momentu aresztowania w 2007 roku mieszkał wraz z żoną w luksusowej willi w stolicy Phnom Penh. Został zatrzymany na podstawie nakazu wydanego przez Nadzwyczajną Izbę Sądu dla Kambodży i stał się jednym z głównym oskarżonych w toczącym się od 2009 roku procesie członków reżimu Czerwonych Khmerów.W lutym tego roku międzynarodowy trybunał sądzący zbrodnie popełnione w Kambodży przez komunistyczny reżim skazał na dożywocie Kainga Gueka Java „Ducha”, byłego naczelnika więzienia Tuol Sleng. 
 Reżim Czerwonych Khmerów (1975-78) to jedna z najbardziej krwawych tyranii komunistycznych,która pochłoneła prawie 2 mln ofiar głównie inteligentów, mnichów, „wrogów rewolucji” – oskarżanych na podstawie fałszywych lub wymuszonych zeznań. Główny sprawca tej tragedii Pol Pot, uczeń Jean Paul Sartre'a, umarł nieosądzony. Na łożu śmierci Pol Pot twierdził, że ma czyste sumienie, a o rządach Czerwonych Khmerów mówił: „byliśmy jak dzieci uczące się chodzić”.Podstawą ideologii Pol Pota stały się myśli propagowane przez europejską lewicę, idee Mao Tse-tunga i ideologia Chińskiej Republiki Ludowej z okresu tzw. rewolucji kulturalnej.
Gdy pojawiły się informacje o mających sie ropocząć w 2009 roku w Kambodży procesach komunistycznych oprawców w mediach lewicowych nie omieszkano "zauważyć", że społeczeństwo Kambodży nie interesują "rozprawy" z przeszłością. Dr. John Ciorciari z Uniwersytetu Stanford, jeden z doradców Ośrodka Dokumentacji Kambodży, twierdzi że proces i prace trybunału są niesłychanie ważne dla społeczeństwa Kambodży i nie o zemstę w nich chodzi. "Po tylu latach bezkarności jest szansa na sprawiedliwość; wydaje mi się ważne, aby ofiary zobaczyły, że prawo istnieje i że nawet wysocy urzędnicy popełniający zbrodnie nie są bezkarni", twierdzi Ciorciara.
Ieng Sary, tak jak Pol Pot, studiował w Paryżu gdzie był założycielem Koła Marksistowskiego Studentów Khmerskich współpracującego ściśle z Francuską Partią Koministyczną. W 1957 roku wrócił do Kambodży gdzie najpierw pracował jako nauczyciel. Gdy Czerwoni Khmerzy przejęli władzę został wicepremierem i ministrem spraw zagranicznych.  Żoną Sary została Ieng Thirith, szwagierka Pol Pota, która za czasów komunistycznzch rządów sprawowała funkcję minister spraw socjalnych.Ta była studentka Sorbony specjalizująca się w twórczości Szekspira w okresie reżimu Czerwonych Kmerów była odpowiedzialna za czystki w kierowanym przez siebie ministerstwie. Żona Sary także zasiadła na ławie oskarżonych o zbrodnie ludobójstwa ale ze względu na demencję zostala w sierpniu tego roku wyłączona z procesu.

Skrucha komunistycznego kata

Duch" - jeden z przywódców Czerwonych Khmerów - pokajał się i poprosił, by dać mu „choć nadzieję na przebaczenie”.
"Chciałbym zacząć od tego, że za zbrodnie popełnione w okresie od 17 kwietnia 1975 do 6 stycznia 1979 pełną i jedyną odpowiedzialność ponosi Komunistyczna Partia Kambodży. W wyniku działań partii, której byłem członkiem, życie straciło ponad milion ludzi. Przyznaję, że ja także byłem odpowiedzialny za te zbrodnie” - stwierdził Duch w swojej mowie.
Oskarżony zapewnił, że będzie współpracował z Trybunałem ONZ ds. osądzenia zbrodni popełnionych przez Czerwonych Khmerów (ECCC). Oczekuje się, że proces Ducha zakończy się w drugiej połowie tego roku. Akt oskarżenia w procesie "Ducha" to 45 stron opisu brutalnych przesłuchań i makabrycznych mordów. Materiał dowodowy jest nie do podważenia, oskarżonemu grozi dożywocie.W komentarzu dla mediów, Youk Chhang, dyrektor Ośrodka Dokumentacji Kambodży (odpowiednik IPN) stwierdził, że „w procesie chodzi nie tylko o sprawiedliwość; tu chodzi także o pamięć naszego narodu. Proces Ducha daje szanse tym, którzy urodzili się już po okresie rządów Czerwonych Khmerow poznać ten okropny czas w historii naszego kraju. Nie ma jednej odpowiedzi na to, co się naprawdę stało. Jednak wszyscy mamy obowiązek brania udziału w procesie dążenia do prawdy”.Po przemówieniu Ducha przed sądem miał zeznawać kolejny oskarżony Ieng Sary, były wicepremier i minister spraw zagranicznych. Sary jest odpowiedzialny za czystki w MSZ (część personelu trafiła do więzienia Tuol Sleng). Oskarżony opuścił jednak salę sądową po 30 minutach ze względu na zły stan zdrowia.
Obroncy Ieng Sary wysunęli zarzuty korupcyjne wobec Trybunału. Twierdzili, że jeśli nie zostaną one zbadane, istnieje możliwość wstrzymania przez ONZ przekazywania funduszy na prace trybunału.
„W związku z coraz częściej pojawiającymi się zarzutami korupcyjnymi nawet nie wiemy, czy za 6 miesięcy czy rok ta instytucja będzie jeszcze istnieć”, stwierdził obrońcy Sary, Michael Karnavas.Oskarżenia wobec Trybunału pojawiły się już w mediach w zeszłym roku. Prasa pisała m.in. że kambodżańscy pracownicy trybunału są zmuszani do płacenia łapówek rządowi Kambodży w zamian za utrzymanie stanowisk w Trybunale. ONZ powołało grupę do zbadania zarzutów. Po tym jak przygotowany raport został przesłany rządowi Kambodży, nigdy nie ujrzał światła dziennego.
Ale choć zarzuty o korupcję kambodżańskich członków Trybunału nie wydają się bezpodstawne, wielu komentatorów wskazuje, że obrona wykorzystuje te posądzenia w celu odroczenia rozprawy. Obrońcy Ieng Sary wnioskowali 2 kwietnia o przesunięcie rozprawy do czerwca. Sędziowie odrzucili ten wniosek.
Powraca także sprawa zachowania francuskiego prawnika Jacques Verges, który wcześniej reprezentował niemieckiego zbrodniarza Klausa Barbiego i terrorystę "Carlosa", a na procesie Czerwonych Khmerów broni Khieu Samphan, byłego prezydenta Demokratycznej Kampuczy. Verges i jego kambodżanski pomocnik, prawnik Sa Sovan, często doprowadzają do ostrych potyczek słownych z rodzinami ofiar. Reprezentujący ofiary prawnik Silke Studzinsky zaapelował do obrony, aby „zachowali należny dystans i kontrolowali swoje słowa i gesty”.
Zdj. ECCC
Niezalezna.pl Nasz Dziennik Fronda PSZ

Prokuratora opóźnia proces

Przeciwko stawianiu przed sądem kolejnych członków Czerwonych Khmerów opowiedział się premier Kambodży Hun Sen. Prokuratorzy kambodżańscy i obrońcy oskarżonych robią wszystko, aby jak najdłużej przeciągnąć proces.- Wolałbym, aby ten trybunał odniósł porażkę, niż miał wywołać nową wojnę w kraju - oświadczył szef kambodżańskiego rządu. Hu Sen sam był członkiem Czerwonych Khmerów, który początkowo sprzeciwiał się powstaniu Trybunału ds. osądzenia zbrodni popełnionych przez Czerwonych Khmerów. Wczoraj przed trybunałem kontynuował zeznania Kaing Guek Eav alias "Duch", który kierował niesławnym więzieniem Tuol Sleng (S-21). Wprowadzony przez niego system tortur miał zapewnić przyznanie się więźniów do wszystkich postawionych im zarzutów. Bicie, elektrowstrząsy, przypalanie rozżarzonym metalem czy duszenie plastikową torbą to tylko niektóre ze sposobów na wyciągnięcie zeznań. Już przed rozpoczęciem procesu "Duch" przyznał się do winy i zwrócił się do rodzin ofiar z prośbą o przebaczenie. Do tej pory Duch jest jedynym z 5 oskarżonych, który przyznał się do popełnionych zbrodni.Trybunał wysłucha świadków: ofiar, ale także byłej kadry partyjnej, np. pracowników więzienia Tuol Sleng. Oczekiwana jest też mowa "Ducha", który oskarżony jest o zbrodnie przeciwko ludności, zbrodnie wojenne, tortury i morderstwa. Grozi mu dożywocie.Youk Chhang, dyrektor Centrum Dokumentacyjnego w Kambodży (odpowiednik polskiego IPN), twierdzi, że wszystkie zeznania przed trybunałem "będą ważnym krokiem na drodze leczenia ran narodu kambodżańskiego".Wielu komentatorów podkreśla, że prokuratorzy z Kambodży i obrońcy oskarżonych będą robić wszystko, aby spowolnić proces. Wielu ze świadków to osoby starsze i istnieją obawy, że umrą, zanim zakończy się proces. Ponownie podniesiono zarzuty wobec kambodżańskich członków trybunału o brak niezależności. Zagraniczni członkowie trybunału wskazują na konieczność rozszerzenia listy oskarżonych. Postulował to w poniedziałek ponownie kanadyjski prawnik Robert Petit. Stanowczo sprzeciwia się temu kambodżańska prokurator Chea Leang, siostrzenica jednego z ministrów. Popiera ją wielu byłych Czerwonych Khmerów. - Jeżeli więcej eks-Czerwonych Khmerów stanie przed sądem, może dojść do problemów i rozruchów - grozi w wypowiedziach dla mediów były dowódca oddziałów Czerwonych Khmerów Meas Muth. To właśnie postawienia przed sądem Mutha domaga się między innymi Robert Petit.
Nasz Dziennik Zdj. ECCC

Obrażone uczucia. Jak chińska maszyna wzięła się za polskiego siatkarza

W niedzielę 2 sierpnia hala w Ningbo skandowała „MVP", kiedy Tomasz Fornal odbierał nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów Ligi Naro...