Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AIIB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AIIB. Pokaż wszystkie posty

I nici z chińskim bankiem

Podobno jesteśmy zaskoczeni, że wśród wiceprezesów Azjatyckiego Bank Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB) nie ma nikogo z Polski.
Nazwiska 5 wiceprezesów ogłoszono 5 lutego  w Pekinie. Wśród nich jest Daniel Alexander, współpracownik premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona  - osoba, która w latach 2010-2015 był ministrem ds. Szkocji, a potem naczelnym sekretarzem skarbu. Drugim wiceprezesem został niemiecki bankier Jachim von Amberg, który był wiceprzewodniczącym Banku Światowego. Pozostali trzej wiceprezesi są z Azji (z Indii, Korei Południowej i Indonezji).

Wielka Brytania i Niemcy od ponad roku prowadziły twarde negocjacje z Pekinem dotyczące ich udziału w AIIB . Rozmowy te poprzedzone były przygotowaniem analizy kosztów i potencjalnych zysków płynących z przystąpienia do chińskiego banku. Londyn i Berlin od pierwszych dni negocjacji jasno mówiły Pekinowi, że chcą być w kierownictwie banku. 

Jak przystępowała do banku rządząca jeszcze w 2015 r.  koalicja PO-PSL wielu już pewnie nie pamięta. Najpierw wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński poinformował, że nasz kraj na razie nie będzie składał wniosku o przystąpienie do Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych, bo „mamy inne elementy rozgrywania naszej strategii”. Tego samego dnia Izabela Leszczyna, sekretarz stanu w Ministerstwie Finansów, oznajmiła na Twitterze, że wysłano już list, w którym Polska zgłosiła swój akces do AIIB.
A więc chaos i brak jakichkolwiek analiz. Nic więc dziwnego że Pekin nie specjalnie poważnie nas traktował. Nie zmieniła tego niestety wizyta prezydenta A. Dudy w Chinach.
W jej trakcie prezydent zabiegał o stanowisko dla Polaka w kierownictwie banku. 5 lutego Pekin pokazał że stawia przede wszystkim na współpracę ze “starą” Europą i stąd wiceprezesi z Wielkiej Brytanii i Niemiec.

Polskie członkostwo w AIIB to jednocześnie wymóg zainwestowania w chiński projekt 831,8 miliona USD  (20 udziału %, ok. 166 milionów US to kapitał wpłacony, a pozostała część to kapitał płatny na żądanie ).

Nie mamy nikogo w kierownictwie banku, nieciekawie też wygląda sprawa naszego eksportu do ChRL-u, może więc to najlepszy moment, aby dobrze zastanowić się czy nasz dalszy udział w projekcie AIIB ma sens.

W indeksie wolności gospodarczej przygotowywanym właśnie przez The Heritage Foundation i The Wall Street Journal Chiny znajdują się na dalekiej 144 pozycji (Polska na 39-tej). Tak, ChRL to nadal kraj o bardzo ograniczonej wolności gospodarczej (to państwo, w którym ogólnie wolność nie ma się najlepiej) i większość decyzji np. takich czy otworzyć chiński rynek dla owoców (np. jabłek ) i kosmetyków z Polski to decyzje polityczne. Jak widać na razie w Pekinie nie ma woli politycznej, aby współpraca polsko-chińsko wyszła poza puste zapewnienia o strategicznym partnerstwie.

W trakcie grudniowej wizyty w ChRL-u prezydent Andrzej Duda zapowiedział nowe otwarcie gospodarcze Polski na tej kraj.
Czas aby przygotowując się do kolejnych wizyt (w tym roku będą miały miejsce dwie ważne wizyty: min. Waszczykowskiego w Chinach i prezydenta Xi Jinpinga w Polsce) dać jasny sygnał Pekinowi że to oni muszą otworzyć się na nas. I najwyższy czas, aby wpływ na rozmowy ze stroną chińską dotyczące inwestycji i umów gospodarczych przestali mieć wpływ absolwenci sowieckiego instytutu stosunków międzynarodowych MGiMO (np. ten znany ze swojej twórczości na Twitterze gdzie chwalił się min. tym że polskie stoisko na Expo w Mediolanie odwiedził Zygmunt Bauman i gdzie przed wyborami zachęcał do głosowania „na Bronka”, a Andrzeja Dudę przedstawiał zaś jako „faceta ze złośliwym uśmiechem i spoconą twarzą”). To właśnie "stara" ekipa przygotowywała od strony gospodarczej wizytę prezydenta Dudy. I nic dziwnego, że mieliśmy w jej trakcie takie "kwiatki" jak choćby próba przedstawienia  jako sukces faktu podpisania kontraktu na sprzedaż 4 mln l. mleka do Chin. Dość wątpliwy to triumf skoro firma, której umowa dotyczy przerabia dziennie 1,6 mln l. 










Chińskie lobby rozgrywa Polskę

PEKIN-WARSZAWA RZESZA URZĘDNIKÓW NIE MA CZASU NA SPRAWDZENIE PROPONOWANYCH PRZEZ PEKIN PRZEDSIĘWZIĘĆ

„Nie wchodzimy, wchodzimy, na razie nie wchodzimy” – tak pokrótce można opisać ewolucje polskiego stanowiska wobec chińskiej inicjatywy Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB), jakie miały miejsce tylko w ciągu trzech miesięcy. Koalicja PO-PSL jeszcze raz pokazała, że nie jest w stanie wypracować żadnej jednolitej i konsekwentnej polityki. Swoją niezaradność na arenie międzynarodowej urzędnicy tłumaczą „brakiem czasu”.

Powstający z inicjatywy Chin AIIB ma oficjalnie służyć rozwojowi transportu, energetyki, telekomunikacji i innych dziedzin infrastruktury w Azji. Już pod koniec grudnia zeszłego roku chiński prezydent Xi Jinping mówił, że Azja może rządzić się sama. Komunistyczne media ­ChRL-u często zaś powtarzają, że przyszedł czas na „wiek Azji”, a nie Ameryki.
Większość krajów, które zdecydowały się przystąpić do tego projektu, np. Niemcy, Wielka Brytania czy Francja, zrobiła to na podstawie analiz opracowanych przez swoich ekspertów, często przedstawionych uprzednio parlamentarzystom danych krajów. Państwa te negocjowały także twardo z Chinami warunki swojej obecności w AIIB. I tak na przykład Niemcy, które będą czwartym największym udziałowcem w banku (4,5 proc. udziałów), po Chinach (30,4 proc.), Indiach (8,5 proc.) i Rosji (6,7 proc.), od początku miały jasny plan działań. Berlin zainwestuje w chiński bank 900 mln dol. w latach 2016–2019, a w późniejszym okresie 3,6 mld dol., i będzie jego najbardziej liczącym się członkiem spośród państw nieazjatyckich. Jeden z dyrektorów AIIB ma pochodzić właśnie z Niemiec. Warunki, na jakich Berlin przystępuje do AIIB, mają być jeszcze zatwierdzone przez rząd, a następnie przegłosowane przez Bundestag.
Tymczasem wydaje się, że Polska nie wykonała żadnej analizy kosztów i potencjalnych zysków płynących z przystąpienia do chińskiego banku i stąd nasze chwiejne stanowisko w tej sprawie.
Najpierw wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński poinformował 31 marca, że nasz kraj na razie nie będzie składał wniosku o przystąpienie do Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych, bo „mamy inne elementy rozgrywania naszej strategii”. Tego samego dnia Izabela Leszczyna, sekretarz stanu w Ministerstwie Finansów, oznajmiła na Twitterze, że wysłano już list, w którym Polska zgłosiła swój akces do AIIB. Informację tę potwierdziła rzecznik resortu Wiesława Dróżdż. A więc zgłoszono akces, choć – jak przyznała to pani wiceminister – Pekin „nie podał reguł i kosztów” związanych z przystąpieniem do tego projektu, a resort musi dopiero ustalić, „czy koszty nie przewyższą ewentualnych zysków”. Wydawało się, że skoro jednak mówimy w ten sposób o chińskiej inicjatywie, to rząd w Warszawie wykorzysta następne tygodnie do przygotowania analizy i negocjowania warunków z ChRL-em. Jeszcze w trakcie swojej niedawnej wizyty w Pekinie minister spraw zagranicznych Grzegorz Schetyna chwalił się, że prowadził rozmowy „o obecności Polski w lansowanym przez Chiny Azjatyckim Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB)”.
Jak skończyły się te rozmowy, już wiemy. Na poniedziałkowej uroczystości podpisania aktu założycielskiego AIIB w Pekinie pojawił się minister finansów Mateusz Szczurek, ale nie złożył podpisu na akcie. Krótko mówiąc, minister Szczurek wybrał się na wycieczkę do Chin. Rzecznik Ambasady RP w Pekinie Wojciech Jakóbiec próbował tłumaczyć, że polscy urzędnicy nie podpisali dokumentu, ponieważ Warszawa po raz kolejny zmieniła zdanie, a poza tym „relatywnie krótki czas pomiędzy zakończeniem w maju negocjacji założycielskich AIIB a podpisaniem aktu w poniedziałek był niewystarczający dla polskich ministerstw i rządowych prawników, by przeprowadzić konsultacje”. Zapracowany rząd RP i rosnąca w Polsce kadra urzędników nie miała czasu, aby zastanowić się nad warunkami, jakie zaoferował nam Pekin – wyłożenia 800 mld dol. z kieszeni polskiego podatnika i otrzymanie za to 0,8 proc. udziałów w AIIB (nie wynegocjowano co prawda liczby głosów dla Polski w banku, ale powinno to być w okolicy 0,8 proc.).
Brak jasnego stanowiska w samym rządzie RP i zasłanianie się brakiem czasu tylko ośmiesza Polskę na arenie międzynarodowej i pokazuje, że koalicyjny rząd PO-PSL nie potrafi przygotować analiz projektów, na które się decyduje. Tym bardziej nie jest w stanie oszacować niebezpieczeństw, jakie chińskie inwestycje ze sobą niosą.
Kredyty udzielane przez AIIB, które pójdą na projekty dotyczące rozwoju infrastruktury w tym lub innym kraju, będą w większości źródłem dochodów chińskich firm, powiązanych z aparatem partii komunistycznej. Taka więź polityczno-biznesowa w Państwie Środka jest przyczyną ogromnej korupcji i ta przypadłość grozi też rozwijającej się pod chińską kontrolą inicjatywie AIIB.
Poza aspektem ekonomicznym tego projektu należy też pamiętać i o tym politycznym. Jest to inicjatywa wymierzona w Stany Zjednoczone i amerykańskiego dolara, który jest dominującą w świecie walutą w obrotach handlowych i na rynku pieniężnym.

Rząd kręci w sprawie chińskiego banku

Choć minister wicepremier i minister gospodarki stwierdził, że Polska nie będzie składała wniosku o przystąpienie do Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych, to przedstawicielka resortu finansów oświadczyła, że nasz kraj już zgłosił akces do AIIB. Jeśli to prawda, to oznacza, że polski rząd podjął decyzję w tej sprawie bez wewnętrznych konsultacji i odpowiednich analiz.

Decyzja o zaangażowaniu Polski w organizowany przez Chińczyków AIIB jest niezwykle ważna, bo to kontrowersyjny projekt, którego szczegóły nie są jeszcze do końca znane. Na dodatek wiele wskazuje, że jest on wymierzony w Stany Zjednoczone i amerykańskiego dolara, który jest dominującą w świecie walutą w obrotach handlowych i na rynku pieniężnym. W USA pojawiło się wiele krytycznych komentarzy sugerujących, że inicjatywa powołania AIIB to próba stworzenia konkurencji dla zdominowanego przez Amerykanów Banku Światowego. Przystąpienie Polski do AIIB będzie więc oznaczało opowiedzenie się po jednej ze stron. Dlatego decyzja o udziale naszego kraju w chińskim projekcie powinna być podejmowana z rozwagą i uwzględniać nie tylko biznesowy, ale także polityczny aspekt projektu.
Tymczasem ze strony polskiego rządu płyną w tej sprawie sprzeczne komunikaty. Najpierw wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński poinformował 31 marca, że nasz kraj na razie nie będzie składał wniosku o przystąpienie do Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych, bo „mamy inne elementy rozgrywania naszej strategii”. Tego samego dnia, jak doniósł dziennik „Rzeczpospolita”, Izabela Leszczyna, sekretarz stanu w Ministerstwie Finansów, oznajmiła na Twitterze, że wysłano już list, w którym Polska zgłosiła swój akces do AIIB. Informację tę potwierdziła rzecznik resortu Wiesława Dróżdż. A więc zgłoszono akces, choć – jak przyznała to pani wiceminister – Pekin „nie podał reguł i kosztów” związanych z przystąpieniem do tego projektu, a resort musi dopiero ustalić, „czy koszty nie przewyższą ewentualnych zysków”. 
Kraje, które były zainteresowane udziałem w projekcie, decyzje o przystąpieniu do AIIB podejmowały na podstawie analiz opracowanych przez ekspertów i przedstawionych parlamentarzystom danych krajów. Jeśli więc prawdą jest, że polski rząd zgłosił już swój akces do chińskiego projektu, to zrobił to bez odpowiedniego przygotowania. Hipotezę tę potwierdza Ministerstwo Finansów, które w przesłanym do RMF FM oświadczeniu stwierdziło, że planuje się przeprowadzenie wraz z innymi zainteresowanymi resortami stosownej analizy potencjalnych korzyści i kosztów oraz szans i ewentualnych zagrożeń płynących z potencjalnego zgłoszenia przez Polskę ewentualnego akcesu do AIIB. Analizy więc dopiero powstaną, mimo to rząd zdecydował się złożyć wniosek o przystąpienie do AIIB. Na stronie resortu finansów nie można znaleźć oficjalnego stanowiska i wyjaśnienia, dlaczego mimo że wicepremier Piechociński mówił o nieskładaniu wniosku, wniosek ten jednak wysłano.
Gazeta Polska Codziennie

Chińczycy wciągają Polskę w wątpliwy projekt

Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB) to teraz gorący temat dyskusji wszędzie na świecie – wszędzie, ale nie w Polsce, gdzie rząd wydaje się nie mieć jednoznacznego stanowiska w sprawie tego projektu. Oficjalnie mówi się, że bank ma stwarzać bodźce dla wzrostu inwestycji na terenie Azji. W rzeczywistości długofalowym celem Chin jest doprowadzenie do końca dominacji Stanów Zjednoczonych w międzynarodowym sektorze bankowym.

Powstający z inicjatywy Chin AIIB ma zostać utworzony do końca roku, a jego siedziba będzie się znajdowała w Pekinie. Ma oficjalnie służyć rozwojowi transportu, energetyki, telekomunikacji i innych dziedzin infrastruktury w Azji. Już pod koniec grudnia zeszłego roku chiński prezydent Xi Jinping mówił, że Azja może rządzić się sama. Komunistyczne media ChRL-u często zaś powtarzają, że przyszedł czas na „wiek Azji”, a nie Ameryki.
Na dzień 12 kwietnia br. na oficjalnej liście państw, które ChRL zaakceptowała jako członków założycieli banku, znalazło się 46 krajów. Większość to kraje regionu azjatyckiego lub Bliskiego Wschodu. Jednak jest również kilka europejskich graczy, m.in. Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Włochy, Dania, Finlandia, Szwajcaria, Luksemburg oraz Malta. Chińskie ministerstwo nie wymienia jeszcze Polski i Rosji, mimo że oba państwa twierdzą, że złożyły wnioski aplikacyjne. Do inicjatywy nie przystąpią USA. Na razie wstrzymują się także np. Japonia, Belgia i Irlandia. Pełna lista uczestników ma być znana 15 kwietnia.
Sam projekt AIIB jest jeszcze w powijakach, a zasady już ulegają zmianom. Naciski Wielkiej Brytanii spowodowały, że Pekin zapowiedział rezygnację z prawa weta w banku. Korea Południowa zapowiedziała, że wysunie żądanie, aby siedziba instytucji nie mieściła się w Pekinie.
Co do składek, to państwa same zgłaszają wkład do kapitału zakładowego banku. Australia zaoferowała udział w wysokości 600 mln dol., a docelowo miałaby przekazać 3 mld dol. Korea Południowa na początek chce wnieść 180 mln dol., a w całości 1,7 mld dol. Tajwan mówi o 200 mln dol.
W wielu państwach, jak choćby w Japonii czy na Tajwanie, media szeroko komentują decyzje podjęte przez rządy w sprawie AIIB, a władze dość jasno prezentują swoje stanowisko. Japonia np. podjęła decyzję o niewysyłaniu na razie wniosku o przystąpienie do AIIB, ponieważ, jak mówi premier Japonii Shinzo Abe, wątpliwości jego rządu budzą m.in. standardy zarządzania bankiem oraz procedury selekcji instytucji kwalifikujących się do uzyskania kredytu z AIIB. Japońskie MSZ przyznało, że Tokio nie otrzymało dotąd od Chińczyków satysfakcjonujących wyjaśnień w sprawie zgłaszanych wątpliwości.
Gorąca dyskusja na temat chińskiej inicjatywy toczy się także na Tajwanie, którego prezydent, mimo rekomendacji ekspertów, aby na razie wstrzymać się z decyzją o przystąpieniu do AIIB, zdecydował złożyć w imieniu swojego kraju wniosek aplikacyjny. Popularny tajwański bloger i komentator polityczny Lu Huaixuan na łamach tamtejszej gazety „Liberty Times” pisze, że istnieje obawa, iż kraje ubiegające się o fundusze będą musiały „popierać chińskie inicjatywy dyplomatyczne, ekonomiczne i militarne – otwierać swoje rynki dla Chin i kupować chiński sprzęt wojskowy”. Bloger zauważa, że kredyty, które będą udzielane przez AIIB na projekty dotyczące rozwoju infrastruktury w tym lub innym kraju, będą w większości źródłem dochodów chińskich firm, powiązanych z aparatem partii komunistycznej. To właśnie Chińczycy bowiem najprawdopodobniej będą zatrudnieni do budowy nowych dróg. Taka więź polityczno-biznesowa w Państwie Środka jest przyczyną ogromnej korupcji i ta przypadłość grozi też rozwijającej się pod chińską kontrolą inicjatywie AIIB.
Nie jest to ostatni budzący wątpliwość fakt. Dane opublikowane w zeszłym roku przez Chińską Radę Promocji Handlu Zagranicznego (CCPIT) wskazują, że z ponad 20 tys. chińskich firm inwestujących za granicą 90 proc. poniosło straty o łącznej wartości 200 mld dol. Polskim firmom mówi się, że nasze uczestnictwo w AIIB przyniesie im kontrakty i większą obecność na chińskim rynku. To samo mówiono, gdy w czasie wizyty prezydenta Bronisława Komorowskiego w 2011 r. w ChRL-u Polska zawierała z Pekinem partnerstwo strategiczne. Jednak należy pamiętać, że to Chiny będą miały decydujący głos w przyznawaniu kontraktów i wykorzystają projekty inwestycyjne podjęte w ramach AIIB do ratowania swoich firm przynoszących straty na lokalnym rynku. Na przykład huty – duże państwowe konglomeraty, które nie mogą być zlikwidowane, bo oznaczałoby to utratę pracy dla setek tysięcy ludzi, a tym samym zamieszki w kraju. Władze chińskie zrobią wszystko, aby zagraniczne projekty w ramach AIIB służyły chińskiemu przemysłowi stalowemu, cementowemu, transportowemu, budowlanemu itd. 
Gazeta Polska Codziennie

Protesty na Tajwanie

Od kilku dni jesteśmy świadkami różnego rodzaju protestów na Tajwanie. Najpierw w parlamencie doszło do strać pomiędzy paniami posłankami z opozycji i tymi reprezentującymi partię Kuomintang. Wczoraj w nocy przed Pałacem Prezydenckim protestowali studenci.


Co wzbudza tak ogromne emocje? Dwie sprawy i oczywiście obie dotyczą Chin Ludowych.
Pierwsza to otwarcie przez Pekin nowej drogi lotniczej (tzw. korytarz M 503) dla chińskich samolotów w Cieśninie Tajwańskiej. Pekin rozpoczął korzystanie z trasy 29 marca, mimo że strona tajwańska protestowała, iż M 503 znajduje się zbyt blisko kluczowego węzła komunikacji lotniczej obsługiwanej przez Tajwan. ChRL twierdzi, że nowa droga lotnicza jest konieczna ze względu na rosnące natężenie w ruchu lotniczym w regionie. Opozycja na wyspie uważa, że M 503 jest zagrożeniem dla bezpieczeństwa Tajwanu - gdy samolot leci z kontynentu, obrona powietrzna na wyspie może mieć za mało czasu, aby określić typ maszyny i rodzaj lotu (cywilny czy wojskowy).
Wojskowy pilot Huang Chih-cheng (黃植誠), który w 1981 roku uciekł z Tajwanu do ChRLu w wypowiedzi dla ukazującej się na Tajwanie propekińskiej gazety “China Times” twierdzi, że trasa M 503 to część strategii rządu w Pekinie. Według Huanga wprowadzając ją władze komunistyczne Chin chcą osiągnąć dwa cele; pierwszy to cel wjskowy  - poszerzanie chińskiej strefy identyfikacji obrony powietrznej na Morzu Wschodniochińskim, która powstała w listopadzie 2013 roku, a tym samym powstrzymanie amerykańskiego zaangażowania wojskowego w regionie. Drugi cel ma charakter polityczny. Nowa trasa ma odgrywać role straszaka i być kartą przetargową, która powstrzyma zwycięstwo w wyborach w 2016 roku na Tajwanie  proniepodległościowej partii  DPP. Partia ta nie uznaje istnienia tzw. “konsensusu z 1992 roku”[1], a prezydent Xi Jinping na zakończonej niedawno sesji Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych (OPZL), czyli parlamentu, jasno stwierdził, że warunkiem pokojowego rozwoju relacji z Tajwanem jest właśnie uznanie konsensusu przez stronę rządzącą na wyspie.
Huang Chih-cheng twierdzi, że Pekinowi zależy na pokojowym rozwiązaniu kwestii zjednocznia i że trasa nie zostanie wykorzystana do ataku na wyspę. W podobnym tonie, twierdząc  że nowa droga lotnicza nie jest zagrożeniem dla suwerenności wyspy, wypowiada się tajwański rząd z premierem Mao Chi-kuo (毛治國) na czele. Nie może inaczej, bo wladze Tajwanu zostały po prostu postawione przez Pekin przed faktem dokonanym.

Druga kwestia, która wywołuje spore emocje na Tajwanie to dążenia rządu do przystąpienia do Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB) tworzonego pod auspicjami Chin.
Amerykanie twierdzą, że  zlokalizowana w Pekinie instytucja regionalna może udzielać kredytów bez odpowiedniego zabezpieczenia i może dojść w związku z tym do nadużyć. Japonia ma podobne obawy i ogłosiła, że na razie nie przystąpi do chińskiej inicjatywy.  Na razie nie składa wniosku o przystąpienie do Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych także Polska.
W ostatnich dniach akces do banku zgłosiły Rosja, Australia, Holandia i Dania. Wcześniej swoją zgodę wyraziły m.in. Niemcy, Francja, Włochy i Wielka Brytania.
W arykule pt. “AIIB jest zagrożeniem dla globalnego zarządzania gospodarczego” jaki ukazał się na łamach amerykańskiego dwumiesięcznika “Foreign Policy” autorka Paola Subacchi pisze, że twierdzenie strony chińskiej, iż AIIB będzie tylko nowym forum do współpracy międzynarodowej jest nieprawdziwe. Tak naprawdę powstaną dwa konkurujące ze sobą bloki – ten pod auspicjami Pekinu i ten, w którym dominującą rolę odgrywają USA i Japonia ( Azjatycki Bank Rozwoju/Bank Swiatowy). AIIB ma stanowić próbę osłabienia japońsko-amerykańskiej dominacji finansowej w regionie. Według ekspertów Chiny miałyby 67 proc. udziałów w projekcie, a więc w praktyce decydujący głos przy podejmowaniu strategicznych decyzji.

30 marca Tajwan oficjanie złożył wniosek o przystąpienie do AIIB. Dokument przesłano do TAO (Taiwan Affairs Office,國臺辦) czyli Biura ds. Tajwanu – rządowej agencji ChRLu, która odpowiada za politykę wobec wyspy. Pekin nie chciał się zgodzić, aby wniosek tajwański został przesłany tak jak wnioski innych państw czyli bezpośrednio do AIIB. Opozycja i protestujący w nocy z 31 marca na 1 kwietnia przed Pałacem Prezydenckim Tajwańczycy twierdzą, że taka forma aplikacji przez rząd Tajwanu oznacza zgodę na to, że Tajwan jest częścia Chin, a nie niezależnym krajem.
Decyzja o sposobie ubiegania się o członkostwo w AIIB została podjęta za zamkniętymi drzwiami na spotkaniu prezydenta Tajwnau Ma Yingjiu z członkami Rady Bezpieczeństwa Narodowego. To także wzbudziło ogromne niezadowolenie na wyspie.  Przypomina to sytuację z zeszłego roku kiedy to rząd Ma bez konsultacji podjął decyzję o ratyfikowaniu umowy  z Chinami o współpracy gospodarczej w dziedzinie usług. To wywołało fale protestów w Tajpej  min. 24-dniową okupację parlamentu przez studentów i półmilionową demonstrację na ulicach stolicy Tajwanu.  Jednym z organizatorów ubiegłorocznego protestu noszącego nazwę Rewolucji Słoneczników i organizatorem wczorajszej demonstracji jest stowarzyszenie Black Island Youth Front (黑色島國青年陣線). Wczorajszy protest spotkał się z ostrą reakcją policji; aresztwano ponad 20 młodych ludzi. Wydaje się, że to tylko początek nowej fali sprzeciwu na wysie. Rząd Tajwanu powraca do wcześniej stosowanych praktyk - podejmowania decyzji mających ogromne znaczenie dla suwerenności kraju bez konsultacji i informowania społeczeństwa.



[1] Konsesus z 1992 roku miał być zawarty na spotkaniu w Hongkongu pomiędzy przedstawicielami ChRLu i Republiki Chińskiej (Tajwan). Miano wtedy ustalić, że obie strony uznają, że istnieją „jedne Chiny”, ale każda ze stron interpretuje owe „jedne Chiny” inaczej. Na Tajwanie poza partią DPP także ówczesny prezydent Tajwanu Lee Tenghui (w 1992 był w Kuomintangu) zaprzeczają, że zawarto wtedy takie porozumienie. Kilka lat później Lee przedstawił swoją “teorię 2 państw” według której każda ze stron miałaby traktować drugą jako niezależne państwo. Pekin odrzuca takiego rozwiązanie, bo oznacza ono nic innego jak niepodległość Tajwanu.

Obrażone uczucia. Jak chińska maszyna wzięła się za polskiego siatkarza

W niedzielę 2 sierpnia hala w Ningbo skandowała „MVP", kiedy Tomasz Fornal odbierał nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów Ligi Naro...