Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawa czlowieka w Chinach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawa czlowieka w Chinach. Pokaż wszystkie posty

Co raport Departamentu Stanu USA mówi o Chinach


Opublikowany właśnie przez amerykański Departament Stanu raport nt. przestrzegania praw człowieka w 2017 r. (2017 Human Rights Report) stwierdza , że rządy Chin, Rosji, Iranu i Korei Płn. “codziennie naruszają prawa osób żyjących w granicach tych państwa i są (przyp. te rządy ) w rezultacie siłami powodującymi niestabilność”.
Raport określa Chiny jako państwo autorytarne, które łamie prawa człowieka min. poprzez:
1. pozbawianie życia przeciwników politycznych, mordy polityczne – tu wymieniono min. przypadek zmarłego w zeszłym roku laureata Pokojowej Nagrody Nobla, Liu Xiaobo, a także zabójstwa w Autonomicznym Regionie Xinjiang  (np. 8 stycznia ub.r. chińska bezpieka w mieście Hotan zastrzeliła trzech członków rzekomej grupy terrorystycznej, którzy stawiali opór. Władze nie przedstawiły żadnych szczegółów dot. wydarzenia).
2. aresztowania opozycjonistów i przetrzymywanie ich w nieznanych lokalizacjach. Tu wymieniono min. przypadek prawnika Gao Zhishenga, który zaginął w sierpniu ub.r. Według rodziny, Gao przetrzymywany jest przez przez policję w nieznanym miejscu; nie podano powodu jego zatrzymania.
Inne przypadki “zniknięć” w Chinach to min.:
- Zhao Suli – żona Qin Yongmina, założyciela Chińskiej Partii Demokratycznej. Qin w więzieniu oczekuje na proces. Jest oskarżony o prowadzenie działalności wywrotowej. Nie wiadomo gdzie przetrzymywana jest jego żona. Rodzina obawia się, że kobieta nie żyje.
- prawnik Wang Quanzhang – zatrzymany w czasie serii aresztowań chińskich prawników w lipcu 2016 r. Nie wiadomo gdzie przetrzymywany jest Wang. Od grudnia 2017 r. nie ma żadnych informacji od niego i o nim. Wang bronił min. członków podziemnych kościołów Chinach.
- Gui Minhai – hongkoński wydawca, obywatel Szwecji; porwany przez chińską bezpiekę w 2015 r. do Chin; wypuszczony z więzienia z zakazem opuszczenia kraju. (Raport nie podaje informacji ze stycznia 2018 r. kiedy to Gui został ponownie porwany z pociągu jadącym do Pekinu. Prawdopodobnie jest przetrzymywany w areszcie w mieście Ningbo. W trakcie badania po pierwszym porwaniu wykryto że Gui wykazuje symptomy świadcce o tym, że może chorować na stwardnienie zanikowe boczne).
3. tortury i inne okrutne kary
Raport Departamentu Stanu stwierdza że „wielu byłych więźniów i zatrzymanych zgłosiło, że byli bici, poddawani elektrycznym wstrząsom , zmuszani do godzinnego siedzenia na stołkach, zawieszani za nadgarstki, pozbawiani snu, karmieni na siłę, zmuszani do przyjmowania leków wbrew ich woli i poddani w inny sposób fizycznym i psychicznym nadużyciom. Władze więzienne znęcają się nad zwykłymi więźniami, ale wybierają dysydentów politycznych i religijnych do szczególnie surowych tortur.
Wśród tych którzy poddawani byli torturom są min.:
bloger Wu Gan
prawnik Xie Yang
Peter Dahlin, obywatel Szwecji, aktywista na rzecz praw człowieka. W 2016 r. był przetrzymywany w Chinach przez 23 dni. Dahlin opowiadał że w trakcie zatrzymania min. “zawiązywano mu oczy, pozbawiano go snu, przesłuchano przez wiele godzin” .
4. osadzanie przeciwników politycznych w Chinach w szpitalach psychiatrycznych.
„Według “Dziennika Prawnego” (państwowej gazety zajmującej się sprawami prawnymi) Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego bezpośrednio zarządza 23 wysokowyspecjalizowanymi szpitalami psychiatrycznymi dla obłąkanych przestępców”, czytamy w raporcie.
Do psychiatryka w kwietniu 2017 r. trafiła Cai Yinglan. Cai została oskarżona przez lokalnych urzędników o "niszczenie społeczeństwa poprzez składanie petycji". W petycji Cai domagała się wypłaty zaległych dopłat rolniczych.

Raport opisuje także jak działają chińskie sądy, w których
sędziowie w toku sprawy regularnie otrzymują instrukcje od władz i KPCh min. dotyczące tego jakie ma być wyroki. W systemie sądowniczym wczechobecna jest korupcja.
Raport pisze także o wymuszonych przyznaniach się do win oskarżonych nadawanych w telewizji. Doświadczyli tego zatrzymani prawnicy, zagraniczni i krajowi blogerzy, dziennikarze i przedsiębiorcy. W większości przypadków takie wymuszone publiczne wyznania winy są efektem tortur.

Oczywiście raport mówi także o tym co publikowały już inne podobne dokumenty. a więc że w ChRL nie ma wolności religijnej i swobody wypowiedzi.
W marcu ub.r. Su Changlan skazana została na 3 lata więzienia za prowadzenie działalności wywrotowej. Polegała ona na tym, że w internecie wyrażała poparcie dla protestu w Hongkongu w 2014 r. (tzw. Rewolucja Parasoli), a także prowadziła kampanię na rzecz praw lokalnych społeczności rolniczych. 26 maja ub.r. He Weifang., profesor Uniwersytetu Pekinskiego i prawnik Liu Xiaobo, został zmuszony do zamknięcia swojego konta na Weibo i WeChat (chińskie portale społecznościowe). Konta He obserwowały miliony, a  on  w swoich wpisach krytykował władze za łamanie wolności wypowiedzi i niezależności sędziowskiej.
Odnosząc się do kwestii łamania wolności mediów raport przypomina jak w czasie wizyty w głównych mediach w kraju, prezydent Xi powiedział dziennikarzom, że są oni “frontem propagandowym” rządu i partii, i że muszą "propagować wolę partii" i "chronić autorytet partii".” Władze jednocześnie często stosują przemoc, zastraszanie i areszt wobec dziennikarzy i ich rodzin. I tak np. w czerwcu ub.r. policja w prowincji Sichuan aresztowała dziennikarkę Yang Xiuqiong za “przekazywanie państwowych tajemnic zagranice”. W rzeczywistości chodziło o to, że Yang pracowała dla portalu 64 Tianwang, który często opisywał przypadki łamania praw człowieka w ChRL.
Zagraniczni dziennikarze mówią o pogarszających się warunkach pracy w Chinach ze względu na powiększające się represje ze strony władz ChRL. W sierniu ub.r. reporterzy Głosu Ameryki (VOA) relacjonujący proces dysydenta-blogera Wu Gana zostali najpierw napadnięci, a następni zatrzymani na cztery godziny pod fałszywym pretekstem.
W kwietniu ub.r. korespondent BBC John Sudworth i jego ekipa została napdnieta gdy kręcili program o Chińczyku z prowincji Hunan, który ze swoją petycją starał się udać do władz w Pekinie. Grożąc użyciem siły policja i lokalni urzędnicy zmusili ekipą BBC do podpisania przeprosin,
14 grudnia ub.r. chińska ochrona pobiła 2 dziennikarzy południowokoreańskich, którzy relacjonowali wizytę ich prezydenta Moon Jae-ina w Pekinie. Jeden z reporterów trafił do szpitala.
W kwestii łamania wolności akademickiej raport donosi że “rząd kontynuje ograniczanie wolności akademickiej i artystycznej oraz dyskursu politycznego i społecznego w szkołach wyższych, uniwersytetach i instytutach badawczych(…). KPCh wymaga od uczniów studiów licencjackich, niezależnie od kierunku akademickiego, ukończenia kursów ideologii politycznej, na których wykładane sa marksizm, maoizm i myśl Deng Xiaopinga. (…)
W czerwcu ub.r. minister edukacji Chen Baosheng podkreślił, że instytucje szkolnictwa wyższego muszą lepiej promować marksistowską teorię i " podstawowe wartości socjalistyczne ". W styczniu  czerwcu ub.r. dwaj chińscy profesorowie zostali zwolnieni z pracy na uniwersytetach za krytykowanie w internecie Mao Zedonga.”
Odnośnie prawa do zgromadzeń i zrzeszania się raport pisze o coraz większej liczbie protestów dot. eksmisji, przymusowych przesiedleń, niewystarczających odszkodowań. Często kończę się one aresztowaniami i oskarżeniami protestujących.
“Rzad utrzymuje ścisłą kontrolę nad organizacjami społecznymi i dochodzi do zatrzymań i nękania pracowników organizacji pozarzadowych.”
Raport odnosi się także do kwestii korupcji w Chinach stwierdzając że “chociaż urzędnikom grożą kary za korupcję, to rząd i KPCh nie wdrożyły w tej kwestii klarownego i przejrzystego  prawa. Korupcja jest powszechna, a wiele przypadków korupcji dotyczy obszarów ściśle regulowanych przez rząd, takich jak prawo do użytkowania gruntów, nieruchomości, górnictwa i rozwóju infrastruktury.” Departament Stanu pisze również o sytaucji kobiet w Chinach - przemocy domowej, wymuszonych aborcjach i sterylizacaji - a także sytuacji dzieci. “Mimo że w Chinach obowiązuje 9-letnia edukacja to wiele dzieci z obszarów wiejskich nie uczęszcza do szkoły przez wymagany okres ze względu na trudną sytuację ekonomiczną.” Nadal też poważnym problemem jest seksualne wykorzystywanie dzieci. W 2016 r. “The Economist” pisał o milionach takich ofiar. Raport pisze także o dzieciach pozostawionych przez rodziców, którzy migrują za pracą do chińskich miast. Ostatnie oficjalne dane chińskie mówią, że takich dzieci jest 9 mln.
Dokument Departamentu Stanu opisuje też prześladowania mniejszości np. Tybetańczyków i Ujgurów.”



Zło nie zwycięża, gdy dobrzy ludzie działają

Trump, krytykowany za to, że nie zajmuje się prawami człowieka, uratował Chinkę Chen Guiqiu i jej dwójkę dzieci przed deportacją z Tajlandii do Chin. Dziś Chen i jej dwie córki są w USA, a ona zeznawała w czwartek przed jedną z komisji Kongresu USA i wraz z żonami innych aresztowanych w ChRL spotkała się z doradcą Trump ds. bezpieczeństwa narodowego Mattem Pottingerem (na zdjęciu).
Mąż Chen Guiqiu, prawnik Xie Yang przez 2 lata przebywał w wiezieniu, gdzie był torturowany. Zwolniono go za kaucją w zeszłym tygodniu, ale cały czas jest obserwowany przez agentów bezpieczeństwa. Po aresztowaniu męża Chen została wyrzucona z pracy, a dzieci nie mogły chodzić do szkoły. W lutym br. z pociechami uciekła do Tajlandii, gdzie została zatrzymana przez policję. Na miejscu zaraz pojawiła się chińska bezpieka. Sąd w Tajlandii zdecydował, że Chen i jej dzieci będą wydalone do ChRL. Wtedy rozpoczęła się niesamowita akcja chińskich dysydentów w USA i amerykańskich dyplomatów w Chinach, by ratować matkę z dziećmi. Trump podpisał dokument o przeprowadzeniu akcji. Amerykanie przekonali pracowników więzienia w Tajlandii, by wypuścić Chen z dziećmi tylnymi drzwiami aresztu – przy głównym wejściu stali agenci chińskiej bezpieki. Na lotnisku władze Tajlandii próbowały jeszcze nie dopuścić do wyjazdu Chen do USA. Tłumaczyli się Amerykanom, że Chiny wywierają na nich presję, by deportować matkę z dziećmi do ChRL. Na lotnisku rozpoczęła się kilkugodzinna konfrontacja  pomiędzy dyplomatami USA oraz przedstawicielami Tajlandii i Chin – w momentach b. gorąca. Wszystko zakończyło się dla Chen i jej dzieci dobrze dzięki paru dobrym ludziom, którzy nie zastanawiali się czy los Chinki i jej dzieci powinien nas obchodzić i nie uwierzyli w bajki, że prawami człowieka w Chinach już nikt się zajmuje. Wspaniała postawa pastora Boba Fu z China Aid i Amerykanów....to także oznaka  zmiany w USA, bo podobne przypadki w poprzednich latach kończyły się w większości niepowodzeniem także z powodu bierności urzędników Obamy…  historia jak z filmu, ale dziejąca się tu i teraz.
-->


-->

List dyplomatów do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Chin

Jak podaje kanadyjska gazeta "The Globe and The Mail" dyplomaci 11 państw podpisali list wzywający władze w Pekinie do zaprzestanie tortur wobec więzionych prawników. Wśród przedstawicieli krajów, które się podpisały są mała Estonia i małe Czechy, które rozwijają relacje ekonomiczne z ChRL, ale jednocześnie nie boją się zademonstrować jakie wartości są im bliskie. Polska się pod listem nie podpisała...cóż naszą dyplomacją w Pekinie nadal kieruje absolwent MGIMO. List wysłano do Guo Shengkun, ministra bezpieczeństwa publicznego ChRL. Wśród wspomnianych w liście aresztowanych i torturowanych przez chińską bezpiekę prawników są chrześcijanie np. Li Heping. Li to jeden z najbardziej znanych mecenasów zajmujących się prawami człowieka w Chinach Był obrońcą w najbardziej spektakularnych sprawach w tym kraju. Reprezentował min. niewidomego adwokata Chen Guangchenga, po tym jak Chen został aresztowany za ujawnienie przymusowych aborcji i sterylizacji prowadzonych w prowincji Shandong. Li Heping bronił też wielu swoich współwyznawców prześladowanych w Chinach. W więzieniu przebywa od sierpnia 2015 r.

Chiński reżim nie odpuszcza aktywistom

W ostatnich dniach w Chinach skazano na kilkuletnie więzienie cztery osoby zajmujące się prawami człowieka. Oskarżono je o prowadzenie działalności wywrotowej przeciwko władzom. Jest to kolejna odsłona walki, jaką chiński prezydent Xi Jinping wypowiedział tzw. zachodnim wpływom, czyli wartościom, takim jak demokracja, wolność wypowiedzi czy chrześcijaństwo.

Uważa się, że prowadzona w ostatnich dniach nowa fala represji wobec obrońców swobód obywatelskich i chrześcijan w Chinach to próba odstraszenia przez władze w Pekinie innych opozycjonistów od dalszej działalności na rzecz budowy społeczeństwa obywatelskiego w ChRL-u.

Wszyscy skazani w ostatnich dniach zostali aresztowani w lipcu 2015 r. podczas ogólnokrajowej kampanii wymierzonej w działaczy i prawników związanych głównie z kancelarią Fengrui. W ramach tej akcji zatrzymano w sumie ok. 300 osób. Prawnicy Fengrui byli obrońcami w najbardziej spektakularnych sprawach w Chinach Ludowych. Prowadzili m.in. sprawę niewidomego prawnika Chen Guangchenga, którego aresztowano za ujawnienie przymusowych aborcji i sterylizacji w prowincji Shandong. Adwokaci pomagali również wielu prześladowanym przez reżim chrześcijanom czy rodzicom, których dzieci stały się ofiarami zatrutej żywności w słynnej chińskiej aferze mlecznej.

Kilka dni temu współpracujący z firmą Fengrui 55-letni aktywista Zhai Yamin usłyszał wyrok trzech lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na cztery lata. Na trzy lata skazany został także chrześcijański działacz, 55-letni Gou Hongguo. Jednym z dowodów na winę Gou miał być jego udział w 2014 r. w konferencji religijnej na Tajwanie. Innym chrześcijaninem, który usłyszał wyrok w zeszłym tygodniu, jest 61-letni Hu Shigen. Ma on spędzić w więzieniu ponad 7 lat. Hu był już wcześniej skazany na 20 lat więzienia za upamiętnianie rocznic masakry na Tiananmen oraz za próby stworzenia w ChRL-u Chińskiej Wolnej Partii Demokratycznej, a także Chińskiego Wolnego Związku Zawodowego. Czwarty ze skazanych to 52-letni prawnik Zhou Shifeng, który kierował kancelarią Fengrui. Usłyszał wyrok 7 lat więzienia.

Każdy z nich miał rzekomo przyznać się do zarzucanych czynów. Wielu komentatorów podkreśla jednak, że są to prawdopodobnie sfałszowane, a być może i wymuszone za pomocą tortur zeznania.

Warto podkreślić, że twierdzenia władz w Pekinie o tym, że procesy były otwarte dla obserwatorów, okazały się nieprawdziwe. Na salę sądową nie wpuszczono najbliższych oskarżonych, m.in. żony Gou Hongguo. Powiązany z Komunistyczną Partią Chin dziennik „Global Times” twierdził z kolei, że rodzina prawnika Zhou Shifenga nie była na rozprawie na prośbę samego oskarżonego. Najbliżsi prawnika jednak temu zaprzeczają.

W ostatnim czasie w mediach, kontrolowanych przez chińskie władze, ukazały się także publiczne przyznania do win innych prawników i działaczy związanych z firmą Fengrui, m.in. 45-letniej prawniczki Wang Yu. Swego czasu reprezentowała ona Ilhama Tothi, ujgurskiego uczonego skazanego dwa lata temu na karę dożywocia za rzekomy separatyzm. Kilka dni temu Wang w wywiadzie opublikowanym w hongkońskim, propekińskim dzienniku „Oriental Daily” miała ujawnić, że w Chinach działają „obce siły, które szkolą chińskich aktywistów, jak atakować krajowe władze”. Znany ekspert ds. Chin prof. Jerome A. Cohen określił takie publiczne wymuszone wyznania win jako patetyczne i dodał, że „dziesiątki milionów Chińczyków nie są głupi i nie wierzą w taką farsę”.
Gazeta Polska Codziennie

Chińska Farsa

Zaledwie kilka tygodni po opuszczeniu Państwa Środka przez dysydenta Chena Guangchenga usłyszeliśmy o nowych ofiarach chińskiego reżimu.
Zgoda, jaką władze w Pekinie wydały na wyjazd chińskiego dysydenta Chen Guangchenga do Stanów Zjednoczonych, zakończyła dramat, który zaczął się od brawurowej ucieczki mężczyzny z aresztu domowego do Ambasady USA. Dysydent wraz z rodziną rozpoczyna nowe życie w Nowym Jorku i opowiada o pogarszającej się sytuacji w kwestiach praw człowieka i narastających represji w Chinach.

Powiesił się, stojąc
Na początku czerwca w Pekinie poinformowano o śmierci chińskiego dysydenta Li Wangyanga. Li został znaleziony martwy w jednym z pokoi w szpitalu w mieście Shaoyang (prowincja Hunan). 6 czerwca jego rodzina w rozmowie telefonicznej dowiedziała się, że mężczyzna powiesił się wczesnym rankiem. 4 czerwca w rocznicę masakry na Placu Niebiańskiego Spokoju pod pokojem szpitalnym Li pojawiła się tajna policja i nie opuszczała szpitala aż do momentu, kiedy znaleziono mężczyznę martwego. 5 czerwca Li odwiedziła siostra i, jak twierdzi, przeprowadziła z bratem normalną rozmowę. Nic nie wskazywało na to, że Li ma jakieś samobójcze plany: „Byliśmy zszokowani [...] Nigdy nie mówił o samobójstwie i zachowywał się bardzo normalnie” – powiedział w wywiadzie dla agencji AP szwagier Li, Zhao Baozhu. Rodzinie pozwolono zobaczyć zmarłego, ale policja szybko zabrała ciało. Nie zgodzono się także na zrobienie zdjęć. Mimo to w chińskim Internecie pojawiły się fotografie (prawdopodobnie wykonane przez kogoś z personelu szpitala) powieszonego Li z nogami spoczywającymi na podłodze (!). Prośba siostry, aby wykonać autopsję, została odrzucona. Policja robi wszystko, aby ograniczyć kontakt rodziny Li Wangyanga z prasą i innymi dysydentami; nikt nie miał wstępu do pokoju hotelowego, w którym zatrzymali się siostra zmarłego i jej mąż. Telefony komórkowe krewnych Li są cały czas zajęte. Policja twierdzi, że rodzina Li musi być odizolowana „dla własnego bezpieczeństwa”.

Marzył o chińskiej „Solidarności”
Li Wangyang spędził ponad 20 lat w chińskim więzieniu. Był zafascynowany polską „Solidarnością”. W 1989 r., w trakcie protestów studentów na Placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie, Li został skazany na 13 lat za próbę ustanowienia niezależnego związku zawodowego w rodzinnym mieście Shaoyang. Ze względu na problemy zdrowotne chiński opozycjonista opuścił więzienie w 2000 r., ale już rok później został ponownie skazany na 10 lat za „działalność wywrotową”. Tym razem prawdziwym powodem aresztowania Li były jego kontakty z zachodnimi dziennikarzami, którym opowiadał o warunkach, jakie panują w chińskich więzieniach. Opowiedział o torturach, jakim poddawani są polityczni skazańcy, także swojej siostrze Li Wangling. Ją więc również musiało spotkać więzienie. W 2001 r. skazana została na trzy lata w laogai (chiński obóz pracy) za „kontaktowanie się z wrogimi siłami obcymi”.
Po odbyciu wyroku Li Wangyang opuścił więzienie w maju 2011 r. W wyniku tortur więziennych stracił wzrok, prawie nie słyszał i miał kłopoty z chodzeniem. Miał też problemy z sercem i cukrzycę. Odsiadując wyrok, Li często przebywał w celi wielkości trumny. Według wydawanej w Hongkongu gazety „Minggpao” zdarzało się, że Li trzymany był w tym pomieszczeniu nawet przez trzy miesiące. Taka cela była zupełnie pozbawiona światła, wypełniona komarami i innymi insektami. Jeśli Li protestował przeciwko nieludzkiemu traktowaniu i na przykład rozpoczynał strajk głodowy, to przykuwano mu do nóg ciężary ważące około 45 kg każdy. Strażnicy używali także metalowych szczypiec do miażdżenia jego nadgarstków. Ściskali tak mocno, aż więzień mdlał.
Na 9 czerwca Li miał zaplanowany wywiad dla jednej ze stacji telewizyjnych z Hongkongu. Rozmowa miała dotyczyć wydarzeń z 1989 r. i konieczności rozliczenia władzy za masakrę i aresztowania, jakich dokonano w tym okresie. Do wywiadu nie doszło, bo według oficjalnej wersji Li powiesił się… i zrobił to, stojąc.

„To było morderstwo”
Organizacje zajmujące się prawami człowieka, np. Amnesty International, zwróciły się do władz w Pekinie z żądaniem dokładnego zbadania przyczyn śmierci Li. W odpowiedzi rzecznik ministerstwa spraw zagranicznych ChRL Liu Weimin stwierdził, że „osobnik Li Wangyang nie jest mu zbyt znany”.
Bliski przyjaciel Li, chiński opozycjonista Zhou Zhirong, wątpi, iż było to samobójstwo. Skoro Li spędził ponad dwie dekady w więzieniu i nigdy nie targnął się na swoje życie, dlaczego miałby dokonać tego właśnie teraz? Według Zhou Li Wangyang był pełen wiary, że dyktatura komunistów w Państwie Środka dobiega końca.
Grupa znajomych Li, m.in. dziennikarz Bei Feng, ekonomista Xia Yeliang i pisarz Wu Renhua, stworzyli tekst petycji zatytułowanej „Apel o zorganizowanie poważnego śledztwa w sprawie śmierci Li Wangyang”; 7 czerwca, zaledwie godzinę po opublikowaniu dokumentu w Internecie, petycję podpisało tysiąc osób.
Chińskojęzyczna prasa na Tajwanie i w Hongkongu poświęciła dużo uwagi tajemniczej śmierci chińskiego dysydenta. W wypowiedzi dla „Nowego Państwa” mieszkający obecnie na Tajwanie chiński opozycjonista i publicysta Lin Baohua twierdzi, że śmierć Li to z pewnością morderstwo dokonane na zlecenie Komunistycznej Partii Chin Ludowych. „W prowincji Hunan [skąd pochodził Li Wangyang – H.S.] władze komunistyczne słyną z okrucieństwa i stosują mafijne metody do rozwiązywania problemów natury politycznej” – twierdzi Lin.
W Hongkongu na wieść o śmierci Li Wangyanga zorganizowano marsz-protest, w którym wzięło udział 25 tys. osób (dwa dni wcześniej ulicami Hongkongu przeszła prawie 100-tysięczna demonstracja zorganizowana w celu upamiętnienia ofiar masakry na Placu Niebiańskiego Spokoju). „Mieszkańcy Hong Kongu bardzo przejęli się tą wiadomością i ze szczególną uwagą śledzą wszelkie informacje dotyczące śmierci Li” – stwierdził Ivan Choy, wykładowca na Chińskim Uniwersytecie w Hongkongu.

„Nie zamierzam się zabić”
Większość chińskich dysydentów podziela opinię Lin Baohua, że Li Wangyang został zamordowany. Na forach internetowych, na Twitterze i blogach zaczęły się pojawiać oświadczenia opozycjonistów, że jeśli cokolwiek im się przytrafi, to z pewnością nie będzie to samobójstwo, ale „morderstwo z rozkazu KPChL”. Hu Jia, laureat przyznawanej przez Parlament Europejski Nagrody im. A. Sacharowa, który nagłośnił m.in. sprawę masowych zakażeń HIV przez transfuzje w Chinach, oznajmił na Twitterze, że podpisał w biurze notarialnym dokument stwierdzający, że nie zamierza popełnić samobójstwa. „Namawiam innych, aby także udali się do notariusza i przygotowali takie oświadczenie. Mamy zbyt wiele przypadków śmierci, którym przykleja się etykietkę samobójstw” – napisał Hu. Xia Yelang, profesor pekińskiej Ekonomicznej Szkoły Wyższej, także opublikował podobne oświadczenie. „Poza totalitarnym reżimem nie mam żadnych innych wrogów” – kończy list Xia. Zapewnienia chińskich opozycjonistów, że nie planują się zabić, publikowane na chińskich stronach internetowych, są szybko usuwane przez władze. „Umieściłam oświadczenie, iż nie popełnię samobójstwa na stronie Sino.com i mój profil został prawie natychmiast usunięty” – opowiada walcząca o prawa człowieka w Chinach opozycjonistka Wang Lihong.

Inwigilacja i opresje – prosperujący biznes
Chen Gaungcheng po przybyciu do Nowego Jorku opowiadał dużo o warunkach, jakie panowały w czasie jego aresztu domowego, ale także o swoich „opiekunach”. Chen był więziony w domu w małej wiosce, ale mimo to obserwowało go około 100 policjantów i tajnych agentów. Pieniądze za informacje dotyczące tego, co robili jego matka, żona i dzieci, brali także jego sąsiedzi – miejscowi rolnicy. Nie tylko otrzymywali dziennie 100 yuanów (ok. 55 zł), ale bezkarnie kradli także zapasy żywnościowe z domu Chena. Tylko w 2008 r. władze chińskie wydały na inwigilację Chena 30 mln yuanów (ok. 16 mln zł); w zeszłym roku podobno podwoiły tę kwotę.
Według opozycjonisty Yao Lifa, chiński system inwigilacji opozycjonistów to całkiem dobrze prosperujący biznes, na który rząd chiński wydaje rocznie ok. 700 mld yuanów (ok. 375 mld zł); pieniądze przekazywane są do poszczególnych prowincji pod niewinnie brzmiącą nazwą: „fundusz na rzecz utrzymania stabilizacji”. John Kamm z fundacji Dui Hua zajmującej się prawami człowieka w Chinach uważa, że do inwigilowania „niebezpiecznych osobników” w komunistycznych Chinach zatrudnionych jest około 1,3 mln ludzi. Według Kamma, najbardziej monitorowani są byli więźniowie polityczni, prawnicy zajmujący się prawami człowieka i chrześcijanie.
Obserwowane są także ich rodziny, znajomi i sąsiedzi. Wspomniany wcześniej Yao Lifa nigdy nie został skazany żadnym oficjalnym wyrokiem; domagał się jedynie wolnych i demokratycznych wyborów w Chinach. Pomagał także rolnikom protestującym przeciwko wysokim podatkom. W odpowiedzi rozpoczęły się krótkoterminowe zatrzymania, a wreszcie 24-godzinna inwigilacja. Teraz Yao spędza połowę dnia w szkole, w której kiedyś uczył. Siedzi tu zamknięty w pokoju. Do toalety może się udać tylko w towarzystwie eskorty. W pokoju razem z nim przebywają przynajmniej trzy osoby; jeden z „opiekunów” poddaje Yao komunistycznej indoktrynacji, drugi obserwuje jego reakcje, a trzeci robi notatki. Po południu Yao przewożony jest do domu i tu następuje zmiana warty. „Opiekunowie” za każdym razem podpisują dokumenty o przejęciu osobnika . Przy monitorowaniu Yao dziennie zaangażowanych jest ok. 15 osób. Każdy otrzymuje 50 yuanów dziennie (ok. 26 zł). Według Yao Lifa pieniądze otrzymują także inni nauczyciele z jego szkoły, którzy donoszą o poszczególnych krokach Yao. „Dla nauczyciela szkoły podstawowej zarabiającego przeciętnie 1000 yuanów miesięcznie [ok. 535 zł], jest to dodatkowy dochód” – przyznał Yao w wypowiedzi telefonicznej udzielonej amerykańskiej gazecie „Times Standard”. Za pomoc w monitorowaniu dodatkowe fundusze w wysokości 300 tys. yuanów (ok. 160 tys. zł) otrzymała także szkoła, w której pracuje Yao.
Według Feng Zhenghu opresyjna inwigilacja została zaostrzona po ucieczce Chen Guangchenga z aresztu domowego w maju tego roku. 57-letni Feng, który też przebywa w areszcie domowym w swoim mieszkaniu w Szanghaju, spędził w 2009 r. trzy miesiące na lotnisku Narita w Tokio, ponieważ władze ChRL nie chciały zezwolić na jego powrót do kraju. Od maja pod jego mieszkaniem pojawiło się 12 „opiekunów”. Wcześniej było ich tylko czterech. Jeden z monitorujących został także postawiony na straży na dachu budynku. Obserwujący Fenga to m.in. robotnicy, którzy przybyli do Szanghaju z innych prowincji w poszukiwaniu pracy. Za inwigilowanie mogą otrzymać nawet 1700 yuanów miesięcznie (ok. 900 zł). „Wchodzą do mojego mieszkania, kiedy tylko chcą, bez uprzedzenia i zabierają, co tylko im się podoba” – powiedział w wypowiedzi telefonicznej dla CNN Feng. Opozycjonista może wychodzić codzienne wraz z eskortą na półgodzinny spacer, aby „zaczerpnąć świeżego powietrza”. „Wyobraźcie sobie, ile osób straciłoby pracę, gdybym uciekł” – nie traci humoru Feng. Ale nie każdy może wytrzymać takie warunki. Atmosfery ciągłej obserwacji, napięcia, najść nie wytrzymała żona Fenga i wyjechała do rodziny do Niemiec.

Brak już słów i łez
Czasami jedyną ucieczką okazuje się być samobójstwo. 25 maja tego roku powiesił się 73-letni Ya Weilin, członek organizacji „Matki Tiananmen” skupiającej ofiary i rodziny ofiar masakry na Placu Niebiańskiego Spokoju (placu Tiananmen) w 1989 r. Ya był ojcem Ya Aiguo postrzelonego 3 czerwca 1989 r. przez wojsko na ulicach Pekinu. 22-letni Aiguo zmarł tego samego dnia w szpitalu. Ojciec zamordowanego i jego mama Zhang Zhenxia byli aktywnymi członkami „Matek Tiananmen” i domagali się pociągnięcia do odpowiedzialności tych osób z władz, które dopuściły do tragedii z 1989 r. Rodzice Aiguo często byli nachodzeni i zatrzymywani przez policję i tajnych agentów. Ya Welin co roku zbierał podpisy pod petycją adresowaną do władz ChRL żądającej ukarania winnych. Robił tak przez ponad 20 lat, aż w końcu, jak twierdzi żona, stracił nadzieję. Ya zostawił list pożegnalny, który jednak policja skonfiskowała i do dnia dzisiejszego nie oddała rodzinie. W oświadczeniu, jakie organizacja „Matki Tiananmen” wydała na wieść o samobójstwie jednego ze swoich członków, czytamy m.in.: „Wiadomość o śmierci Ya zszokowała nas, Matki Tiananmen; jak miecz przeszyła nasze serca. Chcemy płakać, ale brak nam łez; chcemy o tym powiedzieć światu, ale brak nam słów”.

O prawach człowieka tylko ogólnie
Pekin zaostrza represje, ale ma także dość bycia upominanym za gwałcenie praw człowieka. Kilka tygodni temu władze chińskie dość dobitnie dały znać szefowej unijnej dyplomacji baronessie Catherine Ashton, że nie zamierzają brać udziału w rozmowach z Unią dotyczących praw człowieka. Unia nalegała na takie spotkania przynajmniej dwa razy w roku. Pekin poinformował, że będzie się pojawiać najwyżej raz do roku, bo nie chce tracić czasu na „indywidualne sprawy”. „Jeśli już, to oczekujemy raczej rozmów na temat polityki ochrony praw człowieka na bardziej ogólnym poziomie. Moim zdaniem tracimy zbyt dużo czasu i energii na jakieś indywidualne przypadki” – stwierdził Wang Xining, rzecznik chińskiego przedstawicielstwa w EU. Tymczasem organizacje zajmujące się ochroną praw człowieka, np. Human Rights Watch, zarzucają Unii, że spotkania z chińskimi oficjelami w sprawie praw człowieka to zwykły teatr, udawanie, bo Unia jest skoncentrowana na robieniu biznesu z Chińską Republiką Ludową.
Wyjazd Chen Guangchenga do Stanów Zjednoczonych przez moment stworzył nadzieję, że władze chińskie zmienią swój stosunek (zmniejszą opresje) wobec więźniów politycznych. Jednak tajemnicza śmierć Li Wangyanga kilka tygodni temu, presja i nadzór, jakim poddawani są inni dysydenci, pokazują, że dzieje się gorzej. Przyjaciel Li Wangyanga, mieszkający w USA chiński opozycjonista Tang Baiqiao, utworzył Komitet Badający Przyczyny Śmierci Li Wangyanga, bo, jak twierdzi w wypowiedzi dla „Nowego Państwa”, pragnie „uzmysłowić światu, jak bardzo się myli, twierdząc, że mamy do czynienia z bardziej cywilizowanym, mniej brutalnym reżimem Komunistycznej Partii Chin Ludowych”.
Nowe Panstwo

















































Obrażone uczucia. Jak chińska maszyna wzięła się za polskiego siatkarza

W niedzielę 2 sierpnia hala w Ningbo skandowała „MVP", kiedy Tomasz Fornal odbierał nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów Ligi Naro...