Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tybet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tybet. Pokaż wszystkie posty

Ogromne więzienie pod otwartym niebem

Na początku marca kolejny Tybetańczyk dokonał aktu samospalenia. Tsekho Tukchak uczynił to tuż przed kolejną rocznicą powstania w Tybecie w 1959 r. Gdy dokonywał tego czynu, krzyknął: „Niech żyje dalajlama i wolność dla Tybetu!”. Zostawił matkę, żonę i dwie córki. Jak mówią znajomi, był bardzo przejęty tym, co spotyka jego rodaków pod rządami komunistycznych Chin.

Od 2009 roku na podobną formę protestu – samospalenie – przeciwko chińskiej okupacji Tybetu zdecydowały się, poza Tukchakiem, 152 osoby. Jak zauważa tybetańska pisarka i poetka Tsering Woeser w swojej książce „Tybet w ogniu”, samospalenia, wymagającego niewielkiego planowania, można dokonać w pojedynkę w okamgnieniu, przez co jest praktycznie niemożliwe do zatrzymania, a jednocześnie jednoznacznie mówi o oporze. I tak staje się najbardziej dramatycznym sposobem wykrzyczenia prawdy o Tybecie, gdy wszystkie inne możliwości zostały stłumione.
W świecie zajętym pieniędzmi i wielką polityką sprawa Tybetu i losu jego mieszkańców rzeczywiście została wyciszona. I tylko takie dramatyczne akty jak ten Tsekho Tukchaka przypominają na moment, że oparta na obecności setek tysięcy chińskich żołnierzy okupacja Tybetu trwa i jest pogwałceniem przepisów międzynarodowych oraz fundamentalnego prawa Tybetańczyków do niepodległości.

Powstanie przeciwko chińskiemu okupantowi
Zanim w 1949 roku oddziały Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej wkroczyły do Tybetu, był on niepodległym państwem. Miał swoje własne: rząd, język, walutę i system prawny. Komunistyczne władze chińskie natychmiast rozpoczęły działania w celu zmiany tradycyjnych struktur społeczno-gospodarczych w Tybecie. I tak doszło do sekularyzacji dóbr klasztornych i kolektywizacji. To doprowadziło do wybuchu 10 marca 1959 r. antychińskiego powstania, krwawo stłumionego przez Chińczyków.
Według szacunków tybetańskiego rządu na uchodźstwie podczas walk powstańczych w 1959 r. zginęło blisko 90 tys. Tybetańczyków. Aresztowano i stracono tysiące tybetańskich mnichów. Większość świątyń i klasztorów ograbiono i zniszczono. Na karę śmierci chińscy komuniści skazywali każdego, kto posiadał w domu jakąkolwiek broń. W związku z tymi wydarzeniami ponad 80 tys. tybetańskich uchodźców wyemigrowało do Indii, a wraz z nimi duchowy przywódca Dalajlama XIV.
Lhakpa Dolma pamiętająca te tragiczne dni z 1959 r., których była świadkiem jako dziecko, tak je opisała dziennikarzom „History Today”, historycznemu czasopismu wydawanemu w Wielkiej Brytanii: „Bardzo dobrze pamiętam początek tybetańskiego powstania narodowego w Lhasie. 10 marca 1959 roku odbyło się masowe zebranie przed pałacami Potala i Norbu Lingka, na którym potępiono chiński reżim komunistyczny, a następnie ludzie przemaszerowali ulicą; podczas marszu ogłoszono, że Tybet jest niezależny i że Chiny muszą go opuścić. Przez cały czas chińscy żołnierze z bronią maszynową w pogotowiu obserwowali tłum z dachów, grożąc przez głośniki, że jeśli Tybetańczycy nie poddadzą się natychmiast, Lhasa zostanie ostrzelana... Mam żywe wspomnienia z przyłączenia się do marszu i kroczenia Bha-Khor, główną ulicą Lhasy. Na początku, jako dziecko, nie zdawałam sobie sprawy ze znaczenia tego historycznego marszu i wszystkiego, co się działo, dopóki nie usłyszałam groźby chińskich żołnierzy. Był to czas bardzo napięty i bardzo niepewny, a po dwóch dniach ostrzału i walk Chińczycy całkowicie kontrolowali miasto. To była tragedia dla Tybetańczyków, którzy nie wiedzieli, jaka będzie sytuacja pod chińskimi rządami, i byliśmy bardzo zaniepokojeni bezpieczeństwem Jego Świątobliwości Dalajlamy”.

Niszczenie narodu
Od narodowego powstania w Tybecie zamordowano ponad 1,2 mln jego mieszkańców, a tysiące są więzione i poddawane torturom. Utworzony przez Pekin Tybetański Region Autonomiczny jest niezależny tylko z nazwy. Chińskie władze robią wszystko, aby zanikła tożsamość tybetańska. Ponad 6 tys. klasztorów zostało zniszczonych w obszarach miejskich i części wiejskich, dużą liczbę mieszkańców stanowią chińscy koloniści, czyniąc z Tybetańczyków mniejszość w swoim własnym kraju. Pekin twierdzi, iż przyczynia się do rozwoju Tybetu. Jednak większość stanowisk pracy przyznawana jest Chińczykom. Wydawane są ogromne sumy na rozwój dróg i zakładów przemysłowych, co służy rosnącej militaryzacji Tybetu. Całkowicie zaniedbany jest rozwój edukacji i systemu opieki zdrowotnej. Komuniści stopniowo niszczą środowisko naturalne Tybetu. Działalność kopalni odkrywkowych, zaśmiecanie odpadami nuklearnymi i wycinka lasów na olbrzymią skalę doprowadzają do degradacji regionu nazywanego dachem świata.

Nowy Mao i jeszcze większe więzienie
Chiński prezydent Xi Jinping rozpoczyna właśnie drugą kadencję swoich rządów. Takich kadencji może być jeszcze kilka, bo w marcu tego roku na sesji Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych (OZPL), chińskiego parlamentu, dokonano zmiany w konstytucji ChRL, która pozwala Xi rządzić dożywotnio. Nic więc dziwnego, że do obecnego przywódcy Państwa Środka od razu przylgnęło określenie Mao 2.0.
Gdy Xi Jinping dochodził do władzy w 2012 r., pojawiła się nadzieja, że mogą nastąpić zmiany w chińskiej polityce wobec Tybetu, ale szybko okazało się, że Xi jest wiernym wyznawcą polityki stabilność ponad wszystko. A stabilność według przywódcy Chin to rządy KPCh i rozprawianie się ze wszelkimi przejawami tworzenia się społeczeństwa obywatelskiego. Podczas XIX Zjazdu KPCh w październiku ubiegłego roku Xi w swoim przemówieniu zagroził tym, którzy ośmieliliby się podważyć tę stabilność i którzy jak Tybetańczycy żyją pod okupacją: „Nie pozwolimy nikomu, żadnej organizacji lub jakiejkolwiek partii politycznej, w żadnym dowolnym momencie lub w jakiejkolwiek formie oddzielić jakąkolwiek część chińskiego terytorium od Chin”. Polityka Xi polega na zduszeniu wszelkiej formy oporu w Tybecie. W miastach utworzono setki nowych posterunków policji, co zezwala służbie bezpieczeństwa na dokładne monitorowanie mieszkańców. Ponad 20 tys. pracowników bezpieki zostało rozmieszczonych tylko po to, by śledzić codzienne życie mieszkańców tybetańskich wiosek. Te środki wraz ze ścisłą kontrolą Internetu i ogromną ilością kamer, nawet w klasztorach, mają na celu wykorzenienie wszelkich potencjalnych tzw. separatystów lub sabotażystów, wrogów tak cenionej przez Xi stabilności.
Podczas październikowego zjazdu KPCh cały Tybetański Region Autonomiczny został zamknięty dla turystów, zwiększono także chińskie siły bezpieczeństwa stacjonujące w prowincji, a w Internecie i mediach społecznościowych wprowadzono dodatkowe ograniczenia. W czasie trzygodzinnego przemówienia prezydenta Xi podczas zjazdu jedyną rzeczą, jaką Tybetańczycy mogli robić, było słuchanie tyrady komunistycznego przywódcy. Nawet dzieci w przedszkolu, pacjenci w szpitalach i więźniowie musieli obejrzeć przemówienie.
John Jones z Free Tibet, organizacji zrzeszającej Tybetańczyków i aktywistów podejmujących działania na rzecz wolności Tybetu, opisuje sytuację panującą obecnie w Tybecie jako „ogromne więzienie pod otwartym niebem”.
Rząd Xi Jinpinga także na arenie międzynarodowej zmusza inne państwa do milczenia na temat sytuacji w Tybecie, m.in. dotyczących łamania praw człowieka. We wrześniu ubiegłego roku Financial Times ujawnił, że niemiecka grupa wydawnicza Springer Nature, która rozszerza swoją współpracę z ChRL, zablokowała dostęp do co najmniej 1000 artykułów naukowych w Chinach, które dotyczyły tematów uznanych przez Pekin za wrażliwe, w tym Tajwanu, Tybetu i Hongkongu.

Partia o Tybecie prawdy nie powie
Komunistyczna Partia Chin poza represjami wobec Tybetańczyków prowadzi także kampanię propagandowo-edukacyjną, która powoduje, że sami Chińczycy mają wypaczony obraz Tybetu i Tybetańczyków.
Chiński dysydent i publicysta prawicowy mieszkający obecnie w USA Cao Changqing w artykule opublikowanym w 2008 r. pt. „Tybet: prawda a manipulacja”, opierając się m.in. na własnym doświadczeniu, choć także innych Chińczyków, pokazuje, jak do kwestii Tybetu podchodzą urodzeni w ChRL. Chińczyk wychowany w państwie, w którym nie ma wolności słowa, wolnych mediów, w którym rząd decyduje, jak interpretowana jest historia, wierzy, że Tybet niemal od zawsze był chiński, a dalajlama to terrorysta. Cao Changqing pisze, że wydana w maju 1993 r. przez pekińskie wydawnictwo Huaqiao książka pt. „Zapis niebywałych zmian w Tybecie” stwierdza m.in., że „zdławienie rebelii” w 1959 r. przyniosło „raj, jakiego wcześniej Tybetańczycy nie znali” i że „w Tybecie dokonała się tak duża zmiana, że można to nazwać cudem”. Jak podaje Cao, uznawany w ChRL za czołowego badacza Tybetu Ya Hanzhang przyznał, że pisał książki na zamówienie „z góry”, które miało służyć „walce ideologicznej”. Za pomocą takich kłamliwych i pisanych pod tezę publikacji rząd może mieć pewność, że żadne niepoprawne wiadomości nie zaśmiecają umysłów obywateli. Ale zdarzały się błędy. I to nawet samemu wielkiemu wodzowi Mao Zedongowi. W wydanej w 1945 roku książce „Rząd koalicyjny” Mao stwierdził, że Tybet ma prawo „do samostanowienia”, ale ten fragment w późniejszym wydaniu partia wykreśliła. W Hongkongu jeszcze kilka lat temu można było kupić pierwotne wydanie „Rządu koalicyjnego”.
Poddani praniu mózgów Chińczycy mają tylko taką wiedzę na temat Tybetu, jaką przekazuje im rząd. Cao Changqing podaje przykład swojej znajomej – członkini władz centralnych KPCh, która odwiedziła go w Nowym Jorku. Cao podarował jej książkę dalajlamy „O współczuciu”. „Jak zareagowała owa pani? »Dziwne, jego uśmiech wydaje się szczery i pełen miłości« – rzekła, patrząc na zdjęcie dalajlamy umieszczone na okładce, i przyznała, że nigdy nie widziała żadnej jego podobizny, ale to zdjęcie zupełnie nie pasowało do wizerunku, jaki utrwaliła w jej głowie propaganda komunistyczna – nie tak miał wyglądać »separatystyczny terrorysta i zdrajca«”. Po lekturze znajoma Cao zabrała dodatkową kopię książki dalajlamy do Pekinu, aby podarować ją znajomej.
Cao Changqing pisze, że nie bardzo zdziwiła go reakcja znajomej, bo sam doświadczył czegoś podobnego. W Chinach pracował jako dziennikarz, a jego wiedza na temat Tybetu ograniczała się do tego, co powiedział rząd. „Chociaż wydawało mi się, że Tybet to odległy i obcy ląd, to nigdy nie wątpiłem, że jest to część Chin. Dopiero kiedy przyjechałem do Stanów Zjednoczonych i zacząłem czytać prace opublikowane przez zachodnich i tybetańskich naukowców, zrozumiałem, że poglądy na temat Tybetu przedstawiane przez komunistów są jednostronne, a wiele z nich to po prostu nieprawda”.
Biorąc udział w Nowym Jorku w obchodach rocznicy powstania tybetańskiego, Cao Changqing zauważył, jak bardzo silny jest gniew młodego pokolenia Tybetańczyków wobec Chińczyków. Jeden z nich tłumaczył Cao: „Czy rzeczywiście nasza nienawiść jest bezpodstawna? Większość Chińczyków, jakich spotykamy, popiera chińską okupację Tybetu. Trudno nam więc zauważyć, że stanowisko komunistycznego rządu chińskiego różni się od podglądów Chińczyków”. Cao dochodzi więc w artykule do refleksji: „Może rzeczywiście powinniśmy się zacząć zastanawiać, dlaczego Tybetańczycy tak nas, Chińczyków, nienawidzą? Czy gdyby nie pogarda rządu komunistycznego i Chińczyków okazywana Tybetańczykom, to uczucie byłoby tak silne? […] Jestem święcie przekonany, że w Chinach, w których panowałby wolny przepływ informacji, większość Chińczyków uszanowałaby wybór Tybetańczyków, bo z głębi serca Chińczyków i Tybetańczyków wychodzi ten sam głos: wołanie o wolność!”. Cao Changqing uważa, że problemu Tybetu nie należy sprowadzać tylko do polityki wobec mniejszości czy nawet kwestii niepodległości Tybetu. Tu chodzi o wartości. „Jeśli wolność człowieka nie będzie traktowana jako najwyższa wartość, to Chiny nigdy nie staną się wolnym i demokratycznym państwem i nigdy nie będą w stanie sprostać problemom etnicznym czy sporom terytorialnym”.
Nowe Państwo

Tybet – rozpaczliwe wołanie o wolność

Okupacja klasztorów i brutalne traktowanie mnichów doprowadziła do powstania pewnej formy oporu – samopalenia. Ta forma protestu stała się dla buddyjskich mnichów i mniszek ostatecznym wyrazem sprzeciwu wobec chińskiej dominacji. Tymczasem władze komunistyczne określają akty samospalenia mianem „terrorystycznych”.

Zanim w 1949 r. oddziały Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej wkroczyły do Tybetu, był on niepodległym państwem. Miał swoje własne: rząd, język, walutę i system prawny. Komunistyczne władze chińskie natychmiast rozpoczęły działania w celu zmiany tradycyjnych struktur społeczno-gospodarczych w Tybecie. I tak doszło do sekularyzacji dóbr klasztornych i kolektywizacji. To doprowadziło do wybuchu antychińskiego powstania, krwawo stłumionego przez Chińczyków (zamordowano wtedy prawie 90 tys. Tybetańczyków) i ucieczki Dalajlamy XIV do Indii, gdzie powstał emigracyjny rząd Tybetu.
Od tego czasu w Tybecie zamordowano ponad 1,2 mln jego mieszkańców, a tysiące są więzione i poddawane torturom. Utworzony przez Pekin Tybetański Region Autonomiczny jest niezależny tylko z nazwy. Chińskie władze robią wszystko, aby zanikła tożsamość tybetańska. Ponad 6 tys. klasztorów zostało zniszczonych w obszarach miejskich i części wiejskich, dużą liczbę mieszkańców stanowią chińscy koloniści, czyniąc z Tybetańczyków mniejszość w swoim własnym kraju. Pekin twierdzi, iż przyczynia się do rozwoju Tybetu. Jednak większość stanowisk pracy przyznawana jest Chińczykom. Wydawane są ogromne sumy na rozwój dróg i zakładów przemysłowych, co służy rosnącej militaryzacji Tybetu. Całkowicie zaniedbany jest rozwój edukacji i systemu opieki zdrowotnej. Komuniści stopniowo niszczą środowisko naturalne Tybetu. Działalność kopalni odkrywkowych, zaśmiecanie odpadami nuklearnymi i wycinka lasów na olbrzymią skalę doprowadzają do degradacji regionu nazywanego dachem świata.

Niebezpieczni mnisi i intelektualiści
Największym represjom poddani są buddyjscy mnisi i intelektualiści. Pod koniec października tego roku władze chińskie skazały na trzy lata pozbawienia wolności tybetańskiego nauczyciela Jolepa Dawa. Sąd nie uznał za stosowne podania zarzutów, na podstawie jakich go skazano. Dawe był także redaktorem naczelnym tybetańskiego czasopisma „Durab Kyi Nga” i często organizował spotkania i imprezy promujące kulturę tybetańską. Po aresztowaniu mógł raz spotkać się z żoną i dziećmi, ale obu stronom zakazano jakichkolwiek rozmów. Podobny los spotkał Tashi Rabten, wydawcę tybetańskiego magazynu „Shar Dungri”. Czasopismo uznane zostało za wywrotowe, a Rabten otrzymał wyrok czterech lat pozbawienia wolności.
Według raportu Amerykańskiego Departamentu Stanu wobec wielu tybetańskich mnichów i mniszek przebywających w chińskich więzieniach „stosowane są takie kary, jak bicie, pozbawienie jedzenia, picia czy snu przez długi okres”.
7 września tego roku kilka dni po opuszczeniu więzienia w rejonie Nagchu zmarł mnich Yeshe Tenzin. Skazany został w 2001 r. za drukowanie i kolportowanie plakatów o tematyce niepodległościowej. Według rodziny w momencie zwolnienia mnich był w stanie totalnego wyczerpania. Nie mógł chodzić, a na jego ciele były liczne oznaki pobicia. Według Radia Wolna Azja nawet jeśli buddyjscy mnisi opuszczają więzienia o własnych siłach i wydają się być w dość dobrym stanie, to często przed zwolnieniem podawana jest im trucizna, „aby zmarli jak najszybciej”.

Protesty i płonące pragnienie wolności
Mimo represji, aresztowań i tortur Tybetańczycy wołają o wolność. Walczą o zachowanie tożsamości i o prawo do samostanowienia. Co roku w rocznicę antychińskiego powstania z 1959 r. odbywają się demonstracje. W 2008 r. protesty doprowadziły do kilkudniowych zamieszek. Tylko w ciągu jednego dnia, 14 marca, na ulicach Lhasy zgromadziło się 20 tys. protestantów. Z danych opublikowanych przez tybetańskie władze na uchodźstwie podczas antychińskich wystąpień zostało rannych ponad tysiąc osób. Tylko w okresie od 10 marca do 20 marca zginęło 220 Tybetańczyków. W wyniku protestów władze w Pekinie rozpoczęły tzw. kampanię edukacji patriotycznej, tj. masowe aresztowania mnichów i mniszek, rewizje i okupowanie klasztorów. Podczas rewizji policjanci niszczyli ołtarze, wizerunki Dalajlamy i innych buddyjskich mistrzów. Zamknięto wiele przyklasztornych szkół. Komuniści twierdzą, że kampania ma na celu „zwalczanie separatyzmu, strzeżenie stabilizacji i promowanie rozwoju”.
Ale protesty trwają i wykraczają poza Tybetański Region Autonomiczny. Pod koniec września tego roku w Seda w prowincji Sichuan (środkowo-zachodnie Chiny) doszło do demonstracji po tym, jak lokalna policja zdjęła z jednego z budynków fotografię Dalajlamy i flagę tybetańską. Protestujący w Seda domagali się powrotu Dalajlamy i wolności Tybetu. Policja usiłowała interweniować, ale wycofała się w miarę, jak narastał tłum. Kilka dni później, gdy doszło do ponownej demonstracji, policja użyła już broni. Postrzelono dwie osoby i aresztowano siedem.
Okupacja klasztorów i brutalne traktowanie mnichów doprowadziła do powstania innej formy oporu – samopalenia. 7 października tego roku dwóch mnichów Chopel (lat 19) i Khayang (lat 17) podpalili się w mieście Ngaba w prowincji Sichuan. Chopel został wcześniej usunięty z klasztoru w Kirti po tym, jak 16 marca podpalił się tam innych mnich. W połowie października aktu samospalenia dokonał następny mnich, 19-letni Norbu Damdul. Przed podpaleniem młody Tybetańczyk wznosił okrzyki: „Wolny Tybet” i „Powrót Dalajlamy do Tybetu”. Na miejsce natychmiast przybyła policja. Ugasiła ogień i zabrała żywego jeszcze Damdula do samochodu. Trzy dni później 20-letnia mniszka Tenzin Wangmo podpaliła się u wrót konwentu Dechen Chokorling w prowincji Sichuan. Tenzin także wznosiła okrzyki niepodległościowe i domagała się wolności religijnej. Ciało zmarłej mniszki chińskie władze zgodziły się wydać konwentowi pod warunkiem, że ceremonia pogrzebowa odbędzie się natychmiast. Od marca do listopada tego roku doszło do 10 przypadków samopodpalenia się przez Tybetańczyków. Ta forma protestu stała się dla buddyjskich mnichów i mniszek ostatecznym wyrazem sprzeciwu wobec chińskiej dominacji. Tymczasem władze komunistyczne określają akty samospalenia mianem „terrorystycznych”.

Ucieczka do wolności
Granice Chin z Indiami i Nepalem coraz bardziej zaczynają przypominać twierdzę. Armia indyjska od dawna zwraca uwagę na dynamiczny rozwój chińskiej infrastruktury komunikacyjnej i wojskowej w Tybecie w pobliżu granicy z Indiami. Długość dróg wiodących w stronę granicy sięga niemal 60 tys. kilometrów. Rozwój sieci kolejowej ma połączyć Tybet z Nepalem, Birmą, Bhutanem, Pakistanem, a także krajami Azji Centralnej. Tak rozbudowana infrastruktura ma ułatwić przerzucanie wojsk w rejon graniczny.
W takich warunkach i w wyniku wprowadzenia przez władze chińskie nadzwyczajnych środków bezpieczeństwa i zaostrzenia kontroli na granicy z Indiami i Nepalem po demonstracjach w 2008 r. - spada liczba uchodźców. Wcześniej niemal 3 tys. osób rocznie uciekało z Tybetu do Nepalu i Indii; obecnie jest to ledwie kilkaset osób. Wśród tych, którym powiodła się ucieczka, jest trzech mnichów: Lobsan Norbu, Khedup Gyatso i Kung Rinchen. Po zorganizowaniu protestu w jednym z miast prowincji Sichuan mnisi byli poszukiwani przez policję. Władze wyznaczyły nagrodę 50 tys. yuan (ok. 27,5 tys. zł) za wskazanie miejsca pobytu niepokornych Tybetańczyków. W tej sytuacji mnisi zdecydowali się na ucieczkę w październiku 2010 r. Po 23 dniach marszu dotarli do granicy tybetańsko-nepalskiej, a po dwóch tygodniach byli już w Indiach. Nie zawsze jednak ucieczka przebiega tak pomyślnie.
30 września 2006 r. trzej alpiniści z Wielkiej Brytanii i Australii byli świadkami strzelaniny po chińskiej stronie Himalajów w okolicy Nangpa La. Żołnierze chińscy strzelali do grupy Tybetańczyków. Radio Free Asia podało, że zabito siedmiu z nich. Jeden z alpinistów stwierdził, że ponad 10 Tybetańczyków zostało aresztowanych. „Byliśmy zszokowani, ponieważ wybraliśmy się w góry na wspinaczkę, a byliśmy świadkami strzelaniny do ludzi” - stwierdził Steve Lawes, brytyjski alpinista. Według Lawesa żołnierze chińscy strzelali do grupy 20-30 Tybetańczyków, którzy próbowali przekroczyć granicę z Nepalem. „Najpierw usłyszałem dwa strzały. Potem było ich dużo więcej, jeden za drugim - dodał. Widział, że jeden z Tybetańczyków upadł, a następnie wstał i po przejściu kilku metrów został ponownie postrzelony i upadł. Australijski alpinista, który pragnął zachować anonimowość, widział przez teleskop ciało leżące na lodowcu przez 28 godzin, zanim zostało zabrane przez żołnierzy chińskich. Grupy uchodźców Tybetańskich, a także londyńska Akcja na Rzecz Tybetu stwierdziły, że w wyniku strzelaniny zginęła jedna z mniszek i prawdopodobnie młody chłopiec. Lawes potwierdził, że w grupie Tybetańczyków były dzieci w wieku około 12 lat.

Gniewni Tybetańczycy i zindoktrynowani Chińczycy
Według raportu Freedom House pt. „Najgorsi z najgorszych 2011: Najbardziej represyjne społeczeństwa” Tybet to jedno z najgorszych miejsc pod względem braku wolności. Brak swobód obywatelskich, wolności religijnej i możliwości wpływania na przyszłość własnego kraju doprowadził do powstania silnego gniewu wobec Chińczyków wśród młodego pokolenia Tybetańczyków. Cao Changqing, chiński dysydent, pisarz i twórca portalu internetowego Youpai (Prawica) twierdzi, że ta nienawiść nie jest bezpodstawna. Większość Chińczyków popiera chińską okupację Tybetu; ich poglądy nie różnią się więc od stanowiska komunistycznego rządu chińskiego. Chińczyk wychowany w państwie, w którym nie ma wolności słowa, wolnych mediów, gdzie rząd decyduje, jak interpretowana jest historia, wierzy, że Tybet niemal od zawsze był chiński, a Dalajlama to terrorysta.
Wydana w maju 1993 r. przez pekińskie wydawnictwo Huaqiao książka pt. „Zapis niebywałych zmian w Tybecie” stwierdza m.in., że „zdławienie rebelii” w 1959 r. przyniosło „raj, jakiego wcześniej Tybetańczycy nie znali” i że „w Tybecie dokonała się tak duża zmiana, że można to nazwać cudem”. Uznawany w ChRL za czołowego badacza Tybetu, Ya Hanzhang, przyznał, że pisał książki na zamówienie „z góry”, które miały służyć „walce ideologicznej”. Rząd stoi na straży, aby żadne niepoprawne wiadomości nie zaśmieciły umysłów obywateli. A błędy popełniał nawet sam wielki wódz Mao. W wydanej w 1945 r. książce „Rząd koalicyjny” Mao Zedong stwierdził, że Tybet ma prawo do „do samostanowienia”, ale ten fragment w późniejszym wydaniu publikacji partia wykreśliła. W Hong Kongu można jeszcze kupić pierwotne wydanie „Rządu Koalicyjnego”.
Poddani praniu mózgów Chińczycy mają tylko taką wiedzę na temat Tybetu, jaką przekazuje im rząd. Cao Changqing podaje przykład swojej znajomej – członkini władz centralnych KPChL, która odwiedziła go w w Nowym Yorku. Cao podarował jej książkę Dalajlamy „O współczuciu”. Jaka zareagowała? „Dziwne, jego uśmiech wydaje się szczery i pełen miłości” - rzekła, patrząc na zdjęcie Dalajlamy umieszczone na okładce i przyznała, że nigdy nie widziała jego żadnej podobizny, ale to zdjęcie zupełnie nie pasowało do wizerunku, jaki utrwaliła w jej głowie propaganda komunistyczna – nie tak miał wyglądać „separatystyczny terrorysta i zdrajca”. Po lekturze znajoma Cao zabrała dodatkową kopię książki Dalajlamy do Pekinu, aby podarować ją znajomej. Doświadczenie Cao Changqing jest bardzo podobne; w Chinach pracował jako dziennikarz; jego wiedza na temat Tybetu ograniczała się do tego, co powiedział rząd.
„Chociaż wydawało mi się, że Tybet to odległy i obcy ląd, to nigdy nie wątpiłem, że jest to część Chin. Dopiero kiedy przyjechałem do Stanów Zjednoczonych i zacząłem czytać prace opublikowane przez zachodnich i tybetańskich naukowców, zrozumiałem, że poglądy na temat Tybetu przedstawiane przez komunistów są jednostronne, a wiele z nich to po prostu nieprawda”.
„Może rzeczywiście powinniśmy się zacząć zastanawiać, dlaczego Tybetańczycy tak nas, Chińczyków nienawidzą? Czy gdyby nie pogarda rządu komunistycznego i Chińczyków okazywana Tybetańczykom, to uczucie byłoby tak silne? [...]
Jestem święcie przekonany, że w Chinach, w których panowałby wolny przepływ informacji, większość Chińczyków uszanowałaby wybór Tybetańczyków, bo z głębi serca Chińczyków i Tybetańczyków wychodzi ten sam głos: wołanie o wolność!” - twierdzi Cao. Uważa, że problemu Tybetu nie należy sprowadzać tylko do polityki wobec mniejszości czy nawet kwestii niepodległości. Tu chodzi o wartości. „Jeśli wolność człowieka nie będzie traktowana jako najwyższa wartość, to Chiny nigdy nie staną się wolnym i demokratycznym państwem i nigdy nie będą w stanie sprostać żadnym problemom etnicznym czy sporom terytorialnym”.
Nowe Panstwo

Dalajlama na Tajwanie – Pekin wściekły

Od niedzieli na Tajwanie przebywa Dalajlama. Swoje poirytowanie w związku z tą wizytą okazuje Pekin.
Duchowy przywódca Tybetańczyków został zaproszony przez przedstawicieli obszarów dotkniętych tajfunem Morakot (w tragedii na początku sierpnia zginęło prawie 700 osób). Wizytę zaaprobował prezydent Tajwanu Ma Yingjiu, mimo że jeszcze kilka miesięcy wcześniej twierdził, że Dalajlama nie jest mile widziany na Tajwanie. „Jako buddyjski mnich, mam moralny obowiązek przybyć tutaj, spotkać się z bliskimi poległych i dzielić z nimi ból i smutek" stwierdził po przylocie na Tajwan Dalajlama.Dodał także, że jego wizyta nie ma charakteru politycznego, o co oskarżyły go komunistyczne Chiny. Dalajlama przyznał, że jest pod dużym wrażeniem wolności jaką cieszą się Tajwańczycy. Wizyta duchowego przywódcy Tybetańczyków rozzłościła Pekin. „Chiny są stanowczo przeciwne wizycie Dalajlamy na Tajwanie, który uważają za część swego terytorium”, oświadczyło chińskie Biuro ds. Tajwanu. Pekin poinformował także iż gotowy jest odwołać umowy dot. współpracy gospodarczej z Tajwanem wartości ok. 1.4 mld USD i straszy wyspę, iż wstrzymane zostaną wizyty oficjałów i biznesmanów chińskich na Tajwanie.
Przebywający na Tajwanie Dalajlama spotkał się z kard. Paulem Shan Kuo-hsi, emerytowanym biskupem diecezji Kaohsiung. W spotkaniu, które miało formę otwartego dialogu, wzieło udział ponad 1000 osób, w tym także Chen Chu, burmistrz miasta Kaoshiung i Nita Ing, dyrektor Taiwan High Speed Rail. Obaj duchowni wezwali mieszkanców wyspy do większej pracy nad rozwojem duchowym. Kardynał Shan odnosząc się do zniszczeń jakie spowodował tajfun Morakot na wyspie zaapelował do rządu nie tylko o skuteczne ratowanie ofiar, ale zwrócenie większej uwagi na działania prewencyjne i ograniczające skutki katastrof.
Kardynał Paul Shan, który otrzymal godność kardynalską z rąk Jana Pawal II, jest jedynym przywódcą religijnym z jakim na wyspie spotkał się Dalajlama.
Zdj. Taipei News

Tybet - Polski akcent

W weekendowym wydaniu „Naszego Dziennika” ukazał się bardzo ciekawy artykuł o polskich pilotach pomagającym Tybetańczykom w ich walce o niepodległość w latach 50-tych w ramach zorganizowanej przez CIA operacji noszącej kryptonim „St Circus.” Pierwsza część operacji, w której brali udział Polacy nazwano "St Barnum". W roku 195 Chińska Armia -Ludowo Wyzwoleńcza zajęła Tybet. W związku z narastającym uciskiem politycznym dochodziło do coraz częstszych wystąpień ze strony Tybetańczyków. W połowie lat 50-tych CIA postanowiło pomóc opozycyjonistom tybetańskim.
W ramach operacji "St Barnum" wytypowano grupę 6 skoczków tybetańskich, którzy mieli dostarczyć radiostację i włączyć się w działania prowadzone przez partyzantów.
Gdy Tybetańczy przechodzili 6-miesięczny trening na wyspie Saipan, Amerykanie szukali załogi zdolnej przerzucić skoczków ze sprzętem na terytorium ChRL-u.
Na Tajwanie Amerykanie dysponowali dobrze zorganizowanym lotnictem jednak nie chcieli korzystać z pomocy Chang Kaisheka. Republika Chińska na Tajwanie, tak samo jak ChRL, nie uznawała odrębności Tybetu. Obawiano się sabotażu ze strony Chińczków na Tajwanie. Wybrano więc cieszących się doskonałą opinią polskich pilotów, ktorzy w tym czasie w Wiesbaden brali udział w operacji Project Cherry (wykonywali loty szpiegowskie nad terytorium Polski, państw nadbałtyckich, Rosji, Ukrainy i Białorusi). Zastępca wydziału lotniczego dalekowschodniego oddziału CIA, Gar Thorsrud potrzebował dwóch załóg pięcioosobowych. Pierwszą dowodził kapitan Franciszek Czekalski, a drugą kapitan Jan Drobny. Do operacji wybrano samoloty B-17 Flying Fortress[h1] , z których korzystało lotnictwo Republiki Chińskiej na Tajwanie. Polacy wcześniej nie latami na B-17 więc przeszli szkolenie pod okiem zarządzającego oddziałem przy lotnictwie Republiki Chińskiej Roberta Kleya.
Operację rozpoczęto w październiku 1957 roku. W ramach pierwszego lotu planowano dwa zrzuty. Wykonano jednak tylko jeden; z drugiego rezygnowano z powodu złych warunków pogodowych; następny zrzut odbył się listopadzie. Polacy powrócili do Wiesbaden, ale akcje zrzutowe dla Tybetańczków były kontynuowane do maja 1960 roku.
Z czasem w obliczu konfliktu Chin Ludowych i ZSRR, Pekin stał się sprzymierzeńcem Zachodu i w 1968 Amerykanie zaprzestali pomocy partyzantom tybetańskim.
Tak jak Polacy Tybetańczycy poczuli smak zdrady.

Artykul w ND Tutaj
Warto przeczytać także „The CIA’s Secret War in Tibet” Tutaj

[h1]Do rozwoju konstrukcji B-17 przyczynili się Polacy wynalazcy Jerzy Rudlicki i Władysław Świątecki

Tybetański Nowy Rok - bez świętowania

25 lutego rozpocznie się Tybetański Nowy Rok, Losar. Tym razem bez hucznych obchodów .
W tym roku atmosfera w Tybecie będzie bardzo napięta ze względu na pięćdziesięcioletnią rocznicę stłumionego przewrotu skierowanego przeciw rządom chińskim, a także z uwagi na pierwszą rocznicę brutalnego zdławienia antychińskich demonstracji w marcu 2008 roku.Tybetańczycy zamiast tradycyjnego świętowania postanowili, iż w tym roku będą modlić się za tych, którzy zginęli z rąk chińskich sił bezpieczeństwa. Premier Tybetu na uchodźstwie Samdong Rinpocze zwrócił się także do Tybetańczyków mieszkających zagranicą, aby powstrzymali się od uroczystego świętowania nowego roku. “Nie będzie żadnych uroczystych obchodów na znak solidarności z ludźmi cierpiącymi w Tybecie”, powiedział premier.Także Tajwan przygotowuje się do upamiętnienia ofiar chińskiej represji w Tybecie.„Po powstaniach w 1959 i 1989 roku, Tybetańczycy ponownie wystąpili przeciwko Chińczykom w zeszłym roku. Według danych tybetańskiego rządu na uchodźstwie zginęło 216 Tybetańczyków, a 6 tys. zostało uwięzionych”, stwierdziła Chow Mei-li, przewodnicząca Stowarzyszenia Tajwańskich Przyjaciół Tybetu. Tajwańczycy solidaryzując się z Tybetańczykami spotkają się wieczorem 25 lutego na Placu Wolności w centrum Tajpej na nocnym czuwaniu połączonym z modlitwą za ofiary opresyjnej polityki Chin w Tybecie. Na 14 marca ulicami Tajpej przejdzie marsz zorganizowany przez Stowarzyszenie Tajwańskich Przyjaciół Tybetu. Poza Tajpej demonstracje i marsze odbędą się także w Kaoshiung, drugim co do wielkości mieście na wyspie. Burmistrz Kaoshiung, Chen Chu,oglosiła 10 marca Dniem Tybetu.To właśnie 10 marca 1959 roku Dalajlama był zmuszony do ucieczki z Tybetu i życia na wygnaniu.

Chińskie rany

Powyższy film wykonany został przez Cao Changqing (曹長青) - dysydenta chińskiego, pisarza i publicysty prawicowego; Cao był zastępcą wydawcy "Shenzhen Youth News"; został wyrzucony z pracy w 1987 po opublikowaniu artykułu żądajacego od Deng Xiao-pinga przejścia na emeryturę; w 1988 uciekł z Chin; obecnie mieszka w Nowym Jorku.
Film nosi tytuł „Rany historii” (歷史的傷口) i jest poświęcony masakrze na Placu Niebiańskiego Spokoju. 4 czerwca mija 19 lat od tej tragedii. Ale w filmie są także odniesienia do dwóch ostatnich tragedii jakie dotkneły Chiny: masakry dokonanej na Tybetańczykach i trzęsieniu ziemi w Syczuanie. Cao Changqing przypomina, że Chińczycy nigdy nie poznali prawdy na temat masakry 4 czerwca 1989; tak samo nie dotarły do nich prawdziwe informacje na temat wydarzeń w Tybecie czy w przypadku trzęsienia ziemi na temat monitoringu aktywności sejsmiczynych albo akcji ratowniczej i rozprowadzania pomocy dla ofiar trzęsienia ziemi w Szczuanie. Chiny tak jak i 19 lat temu nadal są „imperium kłamstwa”.

Francjo, bądź cicho!

W wielu miastach chińskich przed sklepami sieci Carrefour dochodzi do protestów . W mieście Wuhan kilkaset zebranych wokół Carrefour wznosiło okrzyki “Bojkotujmy Carrefour”. Demonstrujący nieśli portret Mao Zedonga, a na fladze francuskiej namalowali swastykę - podaje tajwańska gazeta „Liberty Times”.
Podobne protesty odbyły się także w innych miastach chińskich. W Pekinie, Hefei, Qingdao czy Kunming protestujący zablokowali wejścia do supermaketów.
Chińczycy oskarżają Carrefour o popieranie grup opowiadających się za niepodległością Tybetu, a także krytykują władze Francji za to, że nie zapobiegły protestom w trakcie sztafety z ogniem olimpijskim w Paryżu. Według japońskiej agencji Kyodo 19 kwietnia pod amabsadą Fracji w Pekinie pojawiło sie około 15 samochodów z transparentami „ Francjo bądź cicho! Tybet jest częścią Chin!”, „Popieraj Olimpiadę !”. Za samochodami podążały wozy policyjne. Ani w przypadku demostracji pod sklepami sieci Carrefour ani pod ambasadą Francji w Pekinie policja nie interweniowała choć protesty polityczne są tłumione Państwie Środka. Władze w Peknie podszycają nastroje wśród społeczeństwa głosząc hasła o potrzebie obrony jedności Chin i w ten sposób sterują tzw. „patriotyczynymi demonstracjami”. Francuski ambasador w ChRLu Herve Ladsous na specjalnie zorganizowanej konferencji skrytykował protesty.


Zdj. EPA/Wu Hong

Protesty w Xinjiangu

Radio Wolna Azji (RFA) podało informację o protestach Ujgurów jakie pod koniec marca wybuchły w prowincji Xinjiang. Do demonstracji doszło po śmierci ujgurskiego biznesmana Mutallipa Hajim, lat 38. Policja przetrzymywała ciało biznesmana przez dwa miesiące i zwróciła je rodzinie na początku marca twierdząc, że Hajim zmarł na skutek problemów z sercem. Policja zażądała, aby rodzina natychmiast pochowała biznesmana i nie informowała o tym fakcie nikogo.
Demonstrujący Ujgurowie domagali się uwolnienia wiezniów politycznych, zaprzestania aresztowań i stosowania tortur wobec Ujgurów wzywających władze chińskie do zgody na większą autonomie prowincji i swobody religijne. Według naocznych świadków w jednej z demonstracji w mieście Khotan liczba protestujących wyniosła 600, z czego 400 zostało aresztowanych. Policja w Khotan zaprzecza, że doszło do jakichkolwiek demonstracji.
Xinjiang to prowincja sąsiadująca z Tybetem od południa, a z prowincjami Qinghai i Gansu od południowego wschodu. Większość mieszkanców prowincji Xinjiang stanowią Ujgurowie (8 mln.). Działania władz wobec Ujgurów nie różnią się wcale od tych podejmowanych w Tybecie. W ciągu dziesięciu lat osiedlono w Xinjiang około 1,3 miliona Chińczyków. Walka z dążeniami separatystycznymi oraz terroryzmem to pretekst dla stosowania represji. Zwykłe wyrażenie sprzeciwu uważa się za przestępstwo wobec bezpieczeństwa narodowego za co grozi kara śmierci. Na początku marca władze chińskie ogłosiły, że wykryły spisek ujgurskich terorrystów mający na celu zakłócenie przebiegu Olimpiady w Pekinie.
Po atakach 11września 2001 w USA Pekin zaczął przedstawiać Ujgurów jako współpracujących z Al-Kaidą.
Po protestach w Tybecie przebywający na wygnaniu przywódcy ujgurscy udzielili poparcia Tybetańczykom.

Nasz Dziennik

"Tybet: prawda a manipulacja”

Dużo pisze i mówi się o Tybecie. W tej dyskusji warto przyjrzeć się jednej z opinii Chińczyka. Cao Changqing (曹長青) w artykule „Tybet: prawda a manipulacja” opierając się między innymi na swoim własnym doświadczeniu, ale także i innych Chińczyków pokazuje jak do kwestii Tybetu podchodzą urodzeni w ChRL-u. Chińczyk wychowany w państwie w którym nie ma wolności słowa, wolnych mediów, w którym rząd decyduje jak interpretowana jest historia, wierzy że Tybet niemal od zawsze był chiński, a Dalaj Lama to terrorysta.
Wydana w maju 1993 roku przez pekińskie wydawnictwo Huaqiao książka pt. “Zapis niebywałych zmian w Tybecie” stwierdza między innymi, że „zdławienie rebelii”w 1959 roku ( zamordowano wtedy ponad 80 tys. Tybetańczyków) przyniosło „raj jakiego wcześniej Tybetańczycy nie znali”, i że „ w Tybecie dokonała się tak duża zmiana, że można to nazwać cudem”. Uznawany w ChRL za czołowego badacza Tybetu, Ya Hanzhang (牙含章 ), przyznał, że pisał książki na zamawienie ‘z góry’, które miały służyć „walce ideologicznej”. Rząd stoi na straży, aby żadne niepoprawne wiadomości nie zaśmieciły umysłów obywateli. A błędy popełniał nawet sam wielki wódz Mao. W wydanej w 1945 roku książce „Rząd koalicyjny” Mao Zedong stwierdził, że Tybet ma prawo do „do samostanowienia”, ale ten fragment w pożniejszym wydaniu publikacji partia wykreśliła. W Hong Kongu można jeszcze kupić pierwotne wydanie „ Rządu Koalicyjnego”.
Poddani praniu mozgów Chińczycy mają tylko taką wiedzę na temat Tybetu jaką przekazuje im rząd. Cao Changqing podaje przykład swojej znajomej – członkini władz centralnych KPChL, która odwiedziła go niedawno w w Nowym Yorku. Cao podarował jej książkę Dalaj Lamy „O współczuciu”. Jaka zareagowała owa pani? „Dziwne, jego uśmiech wydaje się szczery i pełen miłości” rzekła patrząc na zdjęcie Dalaj Lamy umieszczone na okładce i przyznała, że nigdy nie widziała żadnej podobizny Dalaj Lamy, ale to zdjęcie zupełnie nie pasowało do wizerunku jaki utrwaliła w jej głowie propaganda komunistyczna – nie tak miał wyglądać „separatystystyczny terrorysta i zdrajca”. Po lekturze znajoma Cao zabrała dodakową kopię książki Dalaj Lamy do Pekinu, aby podarować ją znajomej. Doświadczenie Cao Changqing jest bardzo podobne; w Chinach pracował jako dziennikarz; jego wiedza na temat Tybetu ograniczała się do tego, co powiedział rząd.
„Chociaż wydawało mi sie, że Tybet to odległy i obcy ląd, to nigdy nie wątpiłem, że jest to część Chin. Dopiero kiedy przyjechałem do Stanów Zjednoczonych i zacząłem czytać prace opublikowane przez zachodnich i tybetańskich naukowców zrozumiałem, ze poglądy na temat Tybetu przedstawiane przez komunistów są jednostronne, a wiele z nich to po prostu nieprawda”.

Biorąc w tym roku udział w Nowym Jorku w obchodach rocznicy powstania tybetańskiego Cao Changqing zauważył jak bardzo silny jest gniew młodego pokolenia Tybetańczyków wobec Chińczyków. Jeden z nich tłumaczył Cao:
„czy rzeczywiścies nasza nienawiść jest bezpodstawna? Większość Chińczyków jakich spotykamy popiera chińską okupację Tybetu. Trudno nam więc zauważyć , że stanowisko komunistycznego rządu chińskiego różni się od podlądów Chińczyków”.

„Może rzeczywiście powinniśmy się zacząć zastanawiać dlaczego Tybetańczycy tak nas Chińczyków nienawidzą? Czy gdyby nie pogarda rządu komunistycznego i Chińczyków okazywana Tybetańczykom, to uczucie byłoby tak silne?(..)
Jestem święcie przekonany, że Chinach, w których panowałby wolny przepływ informacji większość Chińczyków uszanowałaby wybór Tybetańczyków, bo z głębi serca Chińczyków i Tybetańczyków wychodzi ten sam głos: wołanie o wolność!” - pisze Cao

Cao Changqing uważa, że problemu Tybetu nie należy tylko sprowadzać do polityki wobec mniejszości czy nawet kwestii niepodległości Tybetu. Tu chodzi o wartości. „Jeśli wolność człowieka nie będzie traktowana jako najwyższa wartość to Chiny nigdy nie staną się wolnym i demokratycznym państwem i nigdy nie będą w stanie sprostać żadnym problemom etnicznym czy sporom terytorialnym.”

O decyzji Tuska i głowie bez pamięci

Decyzja DonaldaTuska, iż nie zamierza wziąć udziału w w ceremonii otwarcia igrzysk olimpijskich w Pekinie jest jak najbardziej słuszna.Cieszy fakt iż „Polska rozważa także inicjatywę dyplomatyczną, która skłoni do bardziej zdecydowanego stanowiska Unię Europejską”. Zdecydowane stanowisko rzadu polskiego było szeroko komentowane na Tajwanie. Wielu Tajwańczcykow mówiło mi, że premier RP "有卵蛋” (has guts).
Należy wierzyć, że rząd polski rzeczywiście wykaże determinacje w kwestii Tybetu i olimpiady i nie ugnie się przez groźbami rządu ChRL . Należy wierzyć, że stanowisko premiera Tuska to także stanowisko wszystkich członków partii rządzącej: tych w rządzie i w parlamencie.
Miejmy nadzieję, że z tym stanowiskiem identyfikuje się poseł PO Jarosław Wałęsa, który jeszcze w zeszłym roku wyznał:
„Rzeczywiście, zainwestowałem trochę pieniędzy w apartament w Pekinie.(...) Apartament w Pekinie zobaczę dopiero w przyszłym roku, podczas olimpiady. Podobno to bardzo ładne, dwupoziomowe mieszkanie”
Teraz już jednak poseł PO twierdzi, że inwestycja w Pekinie to „brzemię” i zapowiada: „sprzedam to mieszkanie i będzie z tym spokój. To faktycznie zaczyna mi być kulą u nogi.”
Poseł Wałęsa miał zamiar wybrać się na olimpiadę:
„ Zupełnie nie zastanawiałem się wcześniej, czy wypada, czy nie wypada tam jechać”
Na szczęście zmienił zdanie:
“Wydarzenia w Tybecie przypomniały mi jednak, że ciągle rządzi tam komunistyczny reżim.”
Jarosław Wałęsa nie jest takim sobie skromnym zjadaczem chleba, który informacje o świecie zdobywa z serwisu TVN24 czy „Szkła kontaktowego”. Jest politologiem, posłem , wiceprzewodniczącym Parlamentarnego Zespołu na Rzecz Tybetu, któremu dopiero brutalne wydarzenia ostatnich tygodni w Tybecie „przypomniały" o problemie Tybetu i przemocy w Chinach. Jak mówił Napoleon „Głowa bez pamięci to twierdza bez garnizonu”.

O „relacjach bez uprzedzeń”.

Władze chińskie zezłościły się na zagraniczych dziennikarzy, którzy “są pełni uprzedzeń i jednostronnie komentują” wydarzenia w Tybecie.
Stąd też trzeba ukarać „niepoprawnych” dziennikarzy. YouTube w ChRL został zablokowany. Tylko na wspomnienie Tybetu transmisje CNN i BBC zostają przerywane. Strona internetowa New York Times jest często blokowana.
Chińska agencja Xinhua określiła relację CNN dotyczącą Tybetu jako „źle zobrazowaną”. Chińskie media prostują to nie rząd zabijał protestujących ale Tybetańczycy Chińczyków.
Wszystko to część kampanii prowadzonej przez Pekin, której celem jest przekonanie Chińczyków, że winnę za krwawe wydarzenia w Tybecie ponosi Dalaj Lama i że ChRL narażony jest na ataki separatystycznych terrorystów.
Ale Pekin ma dobrą wiadomość: wybiorą 12 dziennikarzy zagraniczych, którzy „pod ścisłym nadzorem władz odbędą podróź do Tybetu”...ocyzwiście aby przygotować „relacje bez uprzedzeń”.

Na zdjęciu chińska armia w drodze do Lhasy.

Znalazł się winny!!

Już wiadomo kto spowodował zamieszki w Tybecie. Poinformował o tym wczoraj na konferencji prasowej premier ChRL Wen Jiabao (溫家寶). Na pytanie dotyczące sytuacji w Tybecie Wen stwierdził, że rząd chiński jest w posiadaniu dowodów świadczących o tym, że to „grupa Dalaj Lamy” zorganizowała zamieszki, aby nie dopuścić do Olimpiady. Ale premier Wen widzi szansę na pokojowe rozwiązanie „jeśli tylko Dala Lama uzna, że Tybet jest nierozerwalną częścią Chin, jeśli Dalaj Lama uzna, że Tajwan jest nierozerwalną częścią Chin”. Wen Jiabao jest co prawda zaniepokojony, bo wydarzenia w Tybecie pokazują, że wszelkie deklaracje ze strony Dalaj Lamy okazują się fałszywe. Reporter CNN pytał premiera Wen także o wybory i referendum w sprawie przystąpienia Tajwanu do ONZ jakie mają się odbyć na wyspie 22 marca.
Czy Chiny uznają pozytywny wynik referendum jako deklarację niepodległości ze strony Tajwanu? Wen Jiaobao stwierdził, że taka deklatacja to z pewnościa zagrożenie dla pokoju gdyż będzie to próba zmiany relacji pomiędzy Tajwanem a Chinami opartej na zasadzie jednych Chin.

A co myśla o wypowiedziach Wen Jiabao obecni na konferencji prasowej dziennikarze:

Tubo 圖博

Na Tajwanie zaczęto używać dawnej nazwy Tybetu; do tej pory używano znaki: 西藏 Xizang; w dziesiejszych gazetach można już zobaczyć 圖博 Tubo; Tubo - brzmi to podobnie jak nazwa Tybet po tybetańsku; Xizang to nazwa nadana przez Chinczyków.
Na Tajwanie działa organizacja Taiwan Friends of Tibet 台灣圖博之友; warto zaglądać na ich strone
http://blog.yam.com/taiwanfortibet

Zdjęcia Lhasy wykonane przez reportera The Economist, (reporter otrzymał akredytację zanim rozpoczeły się demonstacje). W tle drugiego zdjęcia widać żołnierzy Armii Ludowo Wyzwoleńczej (w zielonych mundurach)

Postępowy Hu Jintao

Kto był sekretarzem Komitetu Regionu Autonomicznego Tybet KPCh gdy w 1989 doszło do masakry na Placu Niebiańskiego Spokoju?
Hu Jintao (胡錦濤) – obecny prezydent ChRL. Hu wprowadził wtedy w Tybecie stan wyjątkowy na 14 miesięcy i prawdopodobnie był zamieszany w śmierć 10-tego Panczenlamy (Panczenlama uważany jest za drugiego, po Dalaj Lamie, przywódcę duchowego Tybetańczyków). W tym czasie z rąk Armii Narodowo Wyzwoleńczej zgineło ponad 150 Tybetańczyków. Za to wszystko Deng Xiaoping (鄧小平) wynagrodził Hu – wyznaczył go na następcę Jiang Zemina (江澤民).
Patrząc na ostatnie wydarzenia w Tybecie widać jak bardzo „zreformowało” się kierownictwo Komunistycznej Partii Chin Ludowych.

Tajwan i Tybet

Rząd Tajwanu i czołowi politycy na wyspie potępili brutalny sposób w jaki władze chińkie stłumiły demonstarcje w Tybecie.
“Te wydarzenia pokazują tylko jak obce są Chinom prawa człowieka i wartości w jakie wyznają państwa demoktaryczne. Zapewniali nas przed Olimpiada, że jest inaczej; to są tylko puste obietnice” stwierdziła Phobe Ye(葉非比), rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Tajwanu.
Ye zapewniła, że rząd tajwański będzie bacznie przyglądać się sytuacji w Tybecie i wszelkimi dostępnymi kanałami będzie udzielać pomocy Tybetańczykom.
„Wypadki w Tybecie to ostrzeżenie; pokazują nam jak Chiny traktują własnych obywateli”, stwierdził Frank Hsieh (謝長廷), kandydat w wyborach prezydenckich .
Cao Chang-qing (曹長青), chiński komentator prawicowy w artykule z okazji 49 rocznicy stłumienia powstania w Tybecie przypomina o Siemiopunktowej Umowie jaką rząd chiński zawarł z Dalaj Lamą przed wybuchem powstania. Umowa zakładała wprowadzenie idei „jeden kraj dwa systemy” (to samo wprowadził Pekin w Hong Kongowi i chce na Tajwanie). Gdy tylko weszły wojska Chińskiej Armii Ludowo Wyzwoleńczej Tybetańczycy musieli zapomnieć o obiecanej autonomii; Cao Changqing ostrzega przed hasłami wysuwanymi w kampanii wyborczej na Tajwanie: jeden chiński rynek czy jeden kraj dwa systemy. Ich koniec będzie taki sam jak obietnic złożonych Tybetańczykom.
Sytuacja w Tybecie jest w tej chwili bardzo napięta; mimo ze władze nie wpuszczają zagranicznych reporterów do Tybetu, do mediów dostaja sią informacje o tym, że protest przenosi sie także do innych prowincji.
22 marcaTajwan ma zdecydować o swojej przyszłości – Tajwańczycy wybiorą swojego prezydenta. Stratujący w wyborach kandydat Kuomintangu Ma Ying-jiu chcę zjednoczenia - na razie gospodarczego tzw. wspólnego rynku; Frank Hsieh kandydat rzyadzacej DDP sperzciwia się takiej polityce. Czyż wydarzenia w Tybecie to nie jest jakiś znak z Niebios, ostrzeżenie dla nas Tajwańczyków? pyta politolog prof. Chih-Cheng Lo (羅致政)

Informacje o sytuacji w Tybecie można znaleźć na stronie organizacji STUDENTS FOR FREE TIBET.

Papież z Chicago i Tajwan. Leon XIV to nie Franciszek

W maju ubiegłego roku, gdy kardynałowie wybrali na papieża Roberta Prevosta, Amerykanina z Chicago, w Tajpej sporo osób się niepokoiło. Bano...