Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajwan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajwan. Pokaż wszystkie posty

Amerykanin mówi Tajwanowi to, czego Warszawa też powinna posłuchać

J

Jedidiah Royal odszedł 1 sierpnia ze stanowiska pierwszego zastępcy pomocnika sekretarza wojny do spraw bezpieczeństwa Indo-Pacyfiku, czyli z drugiej pozycji w komórce Departamentu Wojny odpowiedzialnej za Chiny, Tajwan, Azję Wschodnią i Południowo-Wschodnią. Trzy dni później był już w Tajpej, na Forum Ketagalan, i udzielał wywiadu agencji CNA. Ludzie schodzący z takich stanowisk mówią zwykle swobodniej niż urzędnicy w służbie czynnej, więc warto uważnie przyjrzeć się wypowiedzi Royala. Zwłaszcza że przy odrobinie wysiłku da się w nim zobaczyć nie tylko Tajwan.

 Zaplecze, którego nie ma się na własność

Punkt wyjścia Royala jest chłodny i logistyczny. Kiedy dojdzie do kryzysu na pierwszym łańcuchu wysp, siły amerykańskie najprawdopodobniej sięgną po zaplecze przemysłowe, które nie należy do Stanów Zjednoczonych. Royal używa terminu "non-organic defense industrial base", czyli bazy przemysłu obronnego spoza własnej struktury. W praktyce oznacza to warsztaty, stocznie, linie produkcyjne i magazyny w Japonii, na Filipinach, w Korei Południowej, w Australii lub na Tajwanie.

Wniosek jest oczywisty, a mimo to rzadko wypowiadany wprost: potęga amerykańska w Azji jest funkcją zdolności przemysłowych sojuszników. Nie ich deklaracji, nie ich sympatii, nie ich głosowań w organizacjach międzynarodowych. Ich fabryk. Stąd nacisk Royala na to, by z partnerami rozmawiać o możliwościach operacyjnych i logistycznych zawczasu, a nie w tygodniu, w którym zacznie się strzelanina.

Tej rozmowie ma służyć amerykańska inicjatywa PIPIR, czyli partnerstwo na rzecz odporności przemysłowej Indo-Pacyfiku, powołane w maju 2024 roku i liczące dziś 16 państw członkowskich z regionu oraz z obszaru euroatlantyckiego. Tajwan nie jest członkiem. Uczestniczy w charakterze doradcy, co samo w sobie mówi wiele o ostrożności Waszyngtonu, ale wnosi to, czego nikt inny nie wnosi w tej skali: moce produkcyjne, kadry o bardzo wysokich kwalifikacjach oraz doskonałość w wytwarzaniu układów scalonych. Royal formułuje przy tym zalecenie, które w polskich warunkach zabrzmiałoby niemal prowokacyjnie. Tajwan ma utrzymać skalę produkcji i prowadzić politykę przyjazną biznesowi, bo to właśnie zwiększa jego wartość dla partnerów, szczególnie w zakresie nowych technologii obronnych.

Zwróćmy uwagę na kierunek tego rozumowania. Nie zaczyna się on od budżetu ani od traktatu, tylko od zdolności wytwórczych. Bezpieczeństwo jest tu pochodną przemysłu, a nie odwrotnie.

Pięć punktów, jedna stawka

Royal przedstawił pięć zaleceń wojskowych dla Tajpej: plan przeciwdziałania połączonej operacji desantowej, utrzymanie drożności morskich i powietrznych linii komunikacyjnych, ochrona infrastruktury krytycznej, zapewnienie ciągłości łączności oraz stabilizacja nastrojów ludności. Do tego dochodzi interoperacyjność z partnerami, którą trzeba technicznie rozstrzygnąć z wyprzedzeniem.

Cztery z tych pięciu punktów dotyczą przetrwania państwa, a nie wygrania bitwy. Łączność, infrastruktura, morale, linie zaopatrzenia. Royal mówi to zresztą wprost: zadaniem Tajwanu w kryzysie jest kupienie czasu, aby inne państwa mogły podjąć suwerenne decyzje dotyczące swojego zaangażowania. To zdanie warto przeczytać dwa razy. Nie ma w nim żadnej obietnicy. Jest w nim natomiast precyzyjny opis mechanizmu, w którym obrona własna stanowi warunek wstępny jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz.

Osobno pojawia się kwestia wojny asymetrycznej. Jeżeli Tajwan nie zmodernizuje się dzięki zdolnościom asymetrycznym, w tym bezzałogowcom, zostanie jedynym państwem, które tego nie zrobiło. Royal nazywa to najważniejszym procesem współczesnej modernizacji wojskowej i ostrzega przed wypadnięciem z rytmu zmian zachodzących w charakterze wojny. Tajwańską specustawę o zakupach krajowych bezzałogowców ocenia jako krok we właściwym kierunku, dodając, że chciałby, aby projekt uzyskał poparcie. Ta ostatnia uwaga nie jest kurtuazją.

Warto bowiem wyjaśnić, o czym mowa. Rząd Tajwanu przyjął projekt ustawy o specjalnym trybie zakupów krajowych bezzałogowców 18 czerwca tego roku. Przewiduje on specjalny budżet o górnym pułapie 210 miliardów dolarów tajwańskich, czyli około 6,5 miliarda dolarów amerykańskich, rozpisany od sierpnia 2026 do końca 2031 roku. Za te pieniądze wojsko ma kupić blisko dwieście dziesięć tysięcy sztuk sprzętu w trzech kategoriach: około 1446 bezzałogowców rozpoznawczych do działań przybrzeżnych, około 208 200 bezzałogowców uderzeniowych tej samej klasy oraz około 1320 małych bezzałogowych łodzi samobójczych. Produkcja ma być w przeważającej części krajowa, oparta na wieloletnich zamówieniach i ulepszaniu konstrukcji w kolejnych partiach, a deklarowanym celem jest zbudowanie łańcucha dostaw wolnego od chińskich komponentów.

Projekt nie powstał zresztą z ambicji, tylko z konieczności. Pierwotny pakiet zbrojeniowy opiewał na 1,25 biliona dolarów tajwańskich, a parlament 8 maja przyjął wersję okrojoną do 780 miliardów. Z pakietu wypadły zakupy komercyjne, zlecenia produkcyjne dla krajowego przemysłu oraz wspólne przedsięwzięcia badawcze ze Stanami Zjednoczonymi, a wraz z nimi właśnie bezzałogowce powietrzne i nawodne. Ustawa o bezzałogowcach ma tę wyrwę załatać.

Dalszy ciąg to instruktaż dotyczący tego, jak wygląda blokowanie ustawy przez większość opozycyjną. Dwudziestego szóstego czerwca Kuomintang i Tajwańska Partia Ludowa wspólnymi głosami odroczyły podjęcie decyzji w sprawie wprowadzenia projektu ustawy o bezzałogowcach pod obrady. Trzeciego lipca projekt trafił jednak do komisji, obok wersji własnych obu partii opozycyjnych: Kuomintang proponuje 240 miliardów rozpisanych na sześć lat zwykłego budżetu i przeniesienie nadzoru z resortu obrony do resortu gospodarki, Tajwańska Partia Ludowa nie podaje żadnej kwoty i również chce powrotu do budżetu rocznego. Dwudziestego siódmego lipca połączone komisje rozpatrywały czternaście wersji projektu przez blisko sześć godzin, po czym skierowały wszystkie sporne artykuły do negocjacji międzypartyjnych. W chwili, gdy Royal udzielał wywiadu, przepisy nie obowiązywały, choć budżet miał wejść w życie 1 sierpnia. Trzecie czytanie jest planowane na koniec sierpnia.

Budżet jako komunikat

Najostrzejszy fragment wywiadu dotyczy pieniędzy. Royal przypomniał, że podczas referatu w Kongresie, przed odejściem ze stanowiska, wielokrotnie odpowiadał na pytania o determinację Tajwanu do samoobrony. Budżet obronny jest najprostszym i najczytelniejszym sygnałem tej determinacji. Opisane wyżej cięcia w parlamencie wywołały w Waszyngtonie rozczarowanie, choć Royal wierzy, że sytuacja się odwróci.

Potem pada zdanie, które jest w istocie warunkiem: zakres dodatkowego wsparcia amerykańskiego odpowiada determinacji samych Tajwańczyków, i to leży w amerykańskim interesie. Nikt tu nikogo nie szantażuje. Opisany zostaje mechanizm, który działa niezależnie od tego, czy komuś się podoba. Państwo, które nie chce płacić za własną obronę, sygnalizuje sojusznikom, że jego przetrwanie obchodzi go mniej niż ich.

Ta uwaga ma w Tajpej konkretny adres polityczny. Pekin nie jest w tym sporze widzem, bo każdy niewydany na obronę dolar to zysk osiągnięty bez jednego wystrzału, a oddziaływanie na tajwańską debatę budżetową od lat należy do stałego repertuaru chińskich działań wobec wyspy.

Nie zakładać, że będzie spokojnie

Pytany o ocenę sytuacji w Cieśninie, Royal odpowiedział bez ogródek. Pokoju i bezpieczeństwa nie wolno uznawać za rzecz oczywistą, a słowa Xi Jinpinga, działania Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej oraz reformy wewnętrzne trzeba traktować poważnie. Trzeba zachować czujność, nie zakładać z góry, że na świecie panuje spokój, i nie dać się zaskoczyć z powodu samozadowolenia.

Co z tego wynika nad Wisłą

Cała ta rozmowa da się przetłumaczyć na polskie realia bez zmiany ani jednego akapitu w strukturze.

Po pierwsze, zaplecze przemysłowe. Sojusznik przybywający na wschodnią flankę będzie potrzebował polskich zakładów remontowych, amunicji z polskich linii produkcyjnych i polskiej logistyki. To, ile ich mamy, jest miarą naszej wartości sojuszniczej dokładnie tak samo jak na Tajwanie.

Warto przy tym zauważyć, kogo w PIPIR nie ma. Wśród szesnastu państw członkowskich są Niemcy, Włochy, Holandia, Norwegia, Szwecja i Litwa, natomiast Polski brak, choć GE Aerospace podpisało w październiku ubiegłego roku z Wojskowymi Zakładami Lotniczymi nr 2, spółką Polskiej Grupy Zbrojeniowej, porozumienie o zbadaniu możliwości remontu w kraju silników F110. Zdolność, której szuka ta koalicja, mamy. Miejsca przy stole nie.

Po drugie, asymetria. Ostrzeżenie przed wypadnięciem z rytmu zmian w charakterze wojny dotyczy nas tak samo. Ukraina przeszła rewolucję bezzałogową w warunkach bojowych, a więc pod przymusem, którego my nie mamy. Tajwan próbuje ją przeprowadzić z wyprzedzeniem i grzęźnie w sporze o tryb budżetowy. Warto zapytać, na którym z tych dwóch torów znajduje się Polska.

Po trzecie, ciągłość państwa. Łączność, infrastruktura krytyczna, nastroje ludności. Dokładnie te trzy obszary są celem działań hybrydowych prowadzonych przeciwko Polsce od lat.

Nowelizacja ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, obowiązująca od 3 kwietnia, pozwala ministrowi cyfryzacji uznać konkretnego producenta za dostawcę wysokiego ryzyka i nakazać wycofanie jego sprzętu. Do maja nie zapadła ani jedna taka decyzja, a prezydent Karol Nawrocki skierował same przepisy o dostawcach wysokiego ryzyka do Trybunału Konstytucyjnego. Tajwańczycy spierają się przynajmniej o to, z jakiego budżetu kupić bezzałogowce, my o to, czy wolno nam wyjąć chiński sprzęt z sieci, którą już zbudowaliśmy.

Royal mówił do Tajwańczyków. Ale mówił o mechanizmie, nie o geografii.

Pekin testuje nowy model represji i ma już na to ustawę

6 lipca w Taichungu, w hotelowym holu, został zaatakowany Yaita Akio (矢板明夫), japoński komentator polityczny, wieloletni szef tajpejskiego biura dziennika „Sankei Shimbun”, a obecnie szef ośrodka analitycznego zajmującego się strategią w regionie Indo-Pacyfiku. Yaita właśnie skończył wykład dla fundacji edukacyjnej. Napastnik szedł za nim, zawołał „panie Yaita”, a gdy ten się odwrócił, uderzył go pięścią w twarz i uciekł. 

Trzy i pół godziny później policja zatrzymała sprawcę na lotnisku w Taichungu, dwadzieścia minut przed wejściem na pokład samolotu do Hongkongu. Trzydziestotrzyletni mężczyzna o nazwisku Liao miał już kupiony bilet powrotny. Do jego zidentyfikowania przyczynił się tatuaż na lewym przedramieniu, uchwycony przez kamery. To, co ustalono w ciągu następnych czterdziestu ośmiu godzin, układa się w obraz, który powinien zaniepokoić nie tylko Tajwańczyków. 

Anatomia zlecenia 

Liao urodził się w prowincji Guangdong w ChRL i dopiero później uzyskał status mieszkańca Hongkongu. Według informacji, które hongkońscy znajomi przekazali samemu Yaicie, od nastoletnich lat często trafiał do więzienia. Na Tajwan przyleciał 2 lipca; nie po raz pierwszy w tym roku. Przez cztery dni zmienił trzy hotele i poruszał się wyłącznie samochodami zamawianymi przez aplikację. Miał wspólnika, który opuścił wyspę dzień przed atakiem. 

Po analizie telefonu i korespondencji Liao tajwańska policja uznała, że działał na zlecenie „sił zagranicznych”, i przekazała go prokuraturze z zarzutami nie tylko o uszkodzenie ciała, ale i z ustawy antyinfiltracyjnej. Prokuratura w Taichungu zakwalifikowała sprawę jako zaplanowaną przemoc transgraniczną i uzyskała areszt z zakazem kontaktów. Tajwańskie Rada ds. Chin Kontynentalnych oraz MSZ mówią wprost: to pierwszy przypadek represji transgranicznej od wejścia w życie chińskiej ustawy o promowaniu jedności narodowej. Sam Yaita ujął to trzeźwo: człowiek z takim życiorysem nie ogląda programów publicystycznych. Nie przyleciał, bo oburzyły go czyjeś komentarze dotyczące polityki międzynarodowej. Przyleciał, bo ktoś mu zapłacił.

 „Uderz i uciekaj” 

Dzień po ataku Yaita opublikował oświadczenie, w którym nadał temu zjawisku nazwę: „wynajęte pięści z Hongkongu” (香港快閃打手, Xianggang kuaishan dashou) - dosłownie: hongkońscy bojówkarze działający metodą błyskawicznego wypadu: wpaść, uderzyć, zniknąć. Model jest prosty. Sprawca posiada hongkoński dokument tożsamości, który pozwala mu swobodnie wjechać na Tajwan. Wjeżdża na krótko, namierza cel, atakuje i natychmiast wylatuje. Zleceniodawca nie musi pokazywać twarzy ani ponosić ryzyka. Za stosunkowo niewielkie pieniądze można wywołać w społeczeństwie efekt mrożący: dziś pobity zostaje komentator, jutro może to być polityk, naukowiec albo każdy, kto publicznie wyraża poglądy niezgodne z linią Komunistycznej Partii Chin. Gdy ludzie zaczynają się bać, że jedno zdanie może skończyć się pobiciem, ofiarą nie jest już pojedynczy człowiek, lecz wolność słowa całego kraju. 

Yaita sformułował wobec rządu w Tajpej dwa postulaty. Po pierwsze, takich spraw nie wolno traktować jak zwykłe pobicie; jeśli przemoc ma zastraszyć debatę publiczną, państwo musi ścigać ją z całą surowością, także na drodze cywilnej, tak, by „uderzyć i uciec” przestało być opłacalną transakcją. Po drugie, należy zrewidować mechanizmy kontroli wjazdowej: ogromna większość Hongkongczyków to ludzie kochający wolność i cenni przyjaciele Tajwanu, ale osoby z poważną przeszłością kryminalną powinny podlegać ocenie ryzyka, zanim wykorzystają otwartość wyspy do zlecania przemocy. 

Pekin odpowiada według znanego scenariusza 

Reakcja chińskiego Biura ds. Tajwanu przy Radzie Państwa była do przewidzenia. Jego rzecznik Chen Binhua (陳斌華) oświadczył 8 lipca, że chodzi o „przypadkowy, zwykły incydent porządkowy”, a napastnik działał „z poczucia słusznego oburzenia”. Winną jest oczywiście rządząca na Tajwanie Demokratyczna Partia Postępu, która „politycznie manipuluje” sprawą, by „oczerniać” nową chińską ustawę i „podsycać wrogość”. 

Warto się przy tym zdaniu zatrzymać, bo ono mówi więcej, niż zamierzał powiedzieć autor. Rzecznik chińskiego urzędu, teoretycznie niemający ze sprawą nic wspólnego, zna motywację sprawcy zatrzymanego przez tajwańską policję i siedzącego w areszcie; i publicznie go usprawiedliwia. Zaprzeczenie połączone z moralnym rozgrzeszeniem wykonawcy to sekwencja znana każdemu, kto śledzi operacje wpływu KPCh. Celnie spuentowała to posłanka partii rządzącej na Tajwanie: skoro Pekin tak szybko zna motyw, to sam się zdradza. 

Nie jest to zresztą przypadek odosobniony. W listopadzie 2025 roku pracownia mieszkającego na Tajwanie hongkońskiego działacza Tanga Wai-hunga (湯偉雄), uczestnika protestów z 2019 roku, została oblana czerwoną farbą; sprawca również przyleciał z Hongkongu. Pod koniec maja tego roku najstarszy klub komediowy w Tajpej, Kamedi (卡米地), został obrzucony ładunkami z białej farby zmieszanej z fekaliami; tego wieczoru miał tam wystąpić Huang Yi-hao (黃逸豪), komik znany z głośnego numeru wyśmiewającego Xi Jinpinga. Sprawcami byli tym razem miejscowi, co pokazuje drugi kanał tej samej machiny: obok przyjezdnych wykonawców istnieje rekrutacja na miejscu; tajwańska Rada ds. Chin Kontynentalnych zapowiedziała ściganie „lokalnych kolaborantów”. 

Schemat się powtarza i doskonali , a jego adresatami są niezmiennie ludzie słowa: działacz, satyryk, komentator. 

Ustawa, która ściga cały świat 

Kontekst prawny tej sprawy jest nowy - dosłownie. 12 marca 2026 roku chiński parlament uchwalił ustawę o promowaniu jedności i postępu narodowego (民族团结进步促进法, minzu tuanjie jinbu cujin fa), podpisaną przez Xi Jinpinga i obowiązującą od 1 lipca 2026 roku. Atak na Yaitę nastąpił pięć dni po jej wejściu w życie. 

To nie jest zwykła legislacja. 

Ustawa liczy 65 artykułów i otwiera ją preambuła; zabieg ten w chińskim prawie jest wyjątkowy, bo od ponad trzydziestu lat preambułę miała tam wyłącznie konstytucja. Sięgnięto po nią celowo: preambuła nadaje aktowi rangę uroczystej deklaracji politycznej, a nie zwykłego zbioru przepisów. Jest to też pierwsza od lat dziewięćdziesiątych ustawa, której projekt rozpatrywało Biuro Polityczne KC KPCh. Normalnie partia kontroluje proces legislacyjny piętro niżej - przez swoje struktury w parlamencie i zatwierdzanie planów ustawodawczych; jeśli konkretny projekt trafia na posiedzenie ścisłego, dwudziestokilkuosobowego kierownictwa z Xi Jinpingiem na czele, znaczy to, że kształt nadał mu osobiście szczyt władzy. Oficjalna nota wyjaśniająca mówi wprost: celem jest przekształcenie „ważnych myśli sekretarza generalnego Xi Jinpinga o polityce narodowościowej” w wolę państwa. To partyjny manifest ubrany w formę prawa. Treść to w większości ideologiczna inżynieria tożsamości. Rodzice mają ustawowy obowiązek wychowywać dzieci w „miłości do Komunistycznej Partii Chin” i nie wolno im wpajać nieletnim idei „niesprzyjających jedności narodowej”. Osobne przepisy rozciągają tę logikę na Hongkong, Makau i Tajwan, u mieszkańców, których państwo chińskie zamierza wzmacniać „świadomość przynależności do narodu chińskiego i bycia Chińczykami”, oraz na całą diasporę. Innymi słowy: ustawa definiuje Tajwańczyków, Hongkończyków i chińską emigrację jako część „wspólnoty narodu chińskiego” z mocy prawa ChRL, bez pytania kogokolwiek o zdanie. 

Kluczem jest jednak artykuł 63: „Organizacje i osoby znajdujące się poza granicami ChRL, które podejmują wobec ChRL działania niszczące jedność i postęp narodowy lub wywołujące rozłam narodowy, ponoszą odpowiedzialność zgodnie z prawem”. Nota wyjaśniająca otwarcie przyznaje, że rozdział o odpowiedzialności prawnej „reguluje eksterytorialny zakres stosowania ustawy”. Ustawa nigdzie przy tym nie definiuje, czym jest „niszczenie jedności narodowej”; jak zauważa tajwańska Rada ds. Chin Kontynentalnych, pod takim szerokim pojęciem można podciągnąć wsparcie dla Tajwanu, krytykę polityki w Xinjiangu czy Tybecie, a nawet wypowiedzi zagranicznych polityków. Rada nazywa rzecz po imieniu: to „ustawa o zjednoczeniu” przebrana za ustawę o jedności narodowej, znaczący krok od „sprzeciwu wobec niepodległości Tajwanu” ku „przymusowemu zjednoczeniu”. Konstrukcja artykułu 63 jest zresztą kalką artykułu 38 hongkońskiej ustawy o bezpieczeństwie narodowym z 2020 roku, który również obejmuje czyny popełnione przez kogokolwiek, gdziekolwiek na świecie. Wiemy, jak to się skończyło: Hongkong wystawił listy gończe i wyznaczył nagrody za głowy działaczy mieszkających w Londynie i Waszyngtonie. 

Pekin najpierw testuje narzędzie na Hongkongu, potem uniwersalizuje je na cały świat. Na zarzut „jurysdykcji długiego ramienia” chińskie ministerstwo sprawiedliwości odpowiada, że taka krytyka jest „nieobiektywna”, a przepis jedynie podnosi do rangi ustawy „sprawdzone od dawna doświadczenia w zarządzaniu”. Trudno o mimowolnie szczersze zdanie: represje transgraniczne trwają od lat, ustawa je tylko legalizuje. 

Pierwszy tydzień obowiązywania nowego prawa przyniósł ponurą sekwencję. 1 lipca ustawa weszła w życie. 2 lipca tybetański działacz Loga Rangzen dokonał samospalenia przed siedzibą ONZ w Nowym Jorku w proteście przeciwko niej — zmarł tego samego wieczora. 6 lipca w Taichungu pobito Yaitę. Trzy zdarzenia w sześć dni i gotowa odpowiedź na pytanie, czy artykuł 63 jest przepisem martwym, czy doktryną operacyjną. 

Ostrzeżenie z Tajpej 

Dzień po ataku wiceprezydent Tajwanu Hsiao Bi-khim (蕭美琴), otwierając doroczną konferencję poświęconą chińskim sieciom wpływu, wymieniła jednym tchem oba wydarzenia: samospalenie przed ONZ i pobicie w Taichungu, jako te, które „nie pozwoliły jej zasnąć”. Ostrzegła, że nowa ustawa może stać się „kolejnym narzędziem w tym arsenale” chińskich represji transgranicznych: rozszerzeniem logiki tłumienia dysydentów poza granice Chin, wymierzonym w krytyków Pekinu i ich środowiska za granicą. Wskazała przy tym szerszy arsenał: sieci Zjednoczonego Frontu, naciski na diasporę i zagraniczne ośrodki akademickie oraz nieoficjalne posterunki policyjne w miastach na całym świecie. Prezydent Tajwanu Lai Ching-te (賴清德) dodał do tego diagnozę systemową: od ustawy antysecesyjnej z 2005 roku po obecną ustawę o jedności narodowej Pekin spina nacjonalizm, polityczne zjednoczenie i tłumienie odmiennych opinii w jedną całość, a eksportowanym produktem jest strach. 

Zagrożone są nie tylko prawa Tajwańczyków, lecz także obywateli innych państw. Mechanizmy nacisku są w zasadzie cztery. Pierwszy to zastraszanie prawne: samo istnienie eksterytorialnego przepisu bez definicji czynu wywołuje efekt mrożący - tybetański działacz w Warszawie, tajwański naukowiec na konferencji czy dziennikarz piszący o Xinjiangu muszą kalkulować, czy jeszcze kiedyś polecą przez Hongkong lub Bangkok i czy ich rodzina w Chinach nie zapłaci ceny. Drugi to instrumentarium formalne: wnioski o ekstradycję, czerwone noty Interpolu, listy gończe z nagrodami na wzór hongkoński. Trzeci to nacisk na diasporę, której ustawa wprost dotyczy - co daje „prawne” umocowanie pracy Zjednoczonego Frontu i szantażowi rodzinnemu. Czwarty, jak w Taichungu, to represje pozaprawne z prawnym listkiem figowym: pobicie krytyka rękami wynajętego bandyty, które propaganda następnie przedstawia jako „słuszne oburzenie” obrońcy jedności narodowej.

Reakcje międzynarodowe już są. 

Departament Stanu USA zadeklarował stanowczy sprzeciw wobec ustawy i obronę suwerenności przed represjami transgranicznymi. Senatorowie Lindsey Graham i Sheldon Whitehouse zażądali od Pekinu zmiany tej praktyki, ostrzegając, że przyspieszy ona przymusową asymilację Tybetańczyków i Ujgurów oraz że może zostać wykorzystana przeciwko osobom i organizacjom spoza Chin. Niemieckie MSZ wyraziło głębokie zaniepokojenie osłabieniem praw mniejszości i wzmocnieniem represji transgranicznych. 

Dlaczego to sprawa także dla Europy 

Ktoś w Polsce mógłby wzruszyć ramionami: pobicie w Taichungu, daleko od nas. To błąd perspektywy. Istota tej sprawy nie leży w geografii, lecz w metodzie. Pekin od lat zleca brudną robotę światu przestępczemu - od zastraszania diaspory przez nielegalne posterunki policyjne po ataki na demonstrantów w Europie i Ameryce. Wynajęty bandyta z kartoteką daje zleceniodawcy to, co w tym systemie jest najcenniejsze: możliwość wyparcia się wszystkiego. Państwo, które oficjalnie zabiega o „wymianę ludzi i kultur”, nieoficjalnie sprawdza, ile przemocy zniesie otwarte społeczeństwo, zanim zacznie się cenzurować samo. Nowa ustawa dostarcza tej praktyce ideologicznego i quasi-prawnego uzasadnienia. 

Tajwan jest tu poligonem, ale technologia represji, jak każda technologia w rękach KPCh, nie zna granic. Dokument podróżny wolnego niegdyś miasta staje się przepustką do zleconej przemocy; otwartość demokracji zostaje obrócona przeciwko niej samej. Jeśli ten model okaże się skuteczny i tani, nic nie stoi na przeszkodzie, by zastosować go wobec krytyków Pekinu w Warszawie, Berlinie lub Londynie. Tym bardziej, że zaplecze w Europie już istnieje, a artykuł 63 nie zna pojęcia „za daleko”.

 Yaita zakończył swoje oświadczenie deklaracją, że atak go nie zastraszy: będzie dalej pisał, wykładał i występował w obronie „wolności od strachu”. Odpowiedź tajwańskiego państwa była na razie wzorcowa: sprawca zatrzymany przed odlotem, zarzuty z ustawy antyinfiltracyjnej, areszt. Ale prawdziwy sprawdzian dopiero nadejdzie. Bo zleceniodawca, jak zwykle, siedzi bezpiecznie po drugiej stronie cieśniny i patrzy, czy rachunek mu się opłacił.

Singapur zaskoczył Pekin i dał lekcję Tajwanowi

Ostatnio uwagę całego regionu przykuł wywiad, którego Lee Hsien Loong udzielił w Pekinie. Lee Hsien Loong, wieloletni premier Singapuru, syn założyciela państwa Lee Kuan Yewa, od maja 2024 roku minister senior , powiedział do chińskich towarzyszy, że  Singapur współpracuje z Chinami,  "bo mamy wspólne interesy — nie dlatego, że łączy nas wspólne pochodzenie etniczne." Dodał: "Jesteśmy krajem chińskiej większości, ale wielorasowym społeczeństwem. Jesteśmy osobnym państwem z osobną suwerennością od Chin."

Pekin od lat operuje zestawem magicznych zaklęć: „wspólna krew", „jedna rodzina", „potomkowie Żółtego Cesarza". Brzmią jak czuła troska wujka przy świątecznym stole, ale przekaz jest jednoznaczny: skoro jesteśmy jedną rodziną, to głowa rodziny decyduje. A głową rodziny jest Pekin.

Lee Hsien Loong rozłożył te zaklęcia na części. Kultura to kultura. Gospodarka to gospodarka. Interes narodowy to interes narodowy. To, że i my, i wy jemy ciasteczka księżycowe podczas Święta Księżycowego, nie oznacza naszej politycznej lojalności wobec KPCh.

Singapur przez sześćdziesiąt lat mozolnie budował tożsamość obywatelską odporną na chiński magnetyzm. Kraj, w którym 75% mieszkańców to etniczni Chińczycy, celowo wybrał angielski jako język administracji i edukacji; nie z kompleksów, lecz z zimnej kalkulacji. Żaden sąsiad nie miał mieć powodu, żeby nazywać Singapur chińską forpocztą w Azji Południowo-Wschodniej.

Lee Kuan Yew wiedział, że państwo zbudowane na etnicznej chińskości byłoby z góry skazane, albo na polityczne wchłonięcie przez Pekin, albo na permanentną podejrzliwość ze strony malajskiego i indonezyjskiego sąsiedztwa. Singapurska tożsamość od początku była więc projektem inżynieryjnym: Chińczycy, Malajowie, Tamilowie - razem Singapurczycy.

Warto jednak powiedzieć tu wprost: Singapur nie jest demokracją. Rządząca PAP od dekad ogranicza wolność prasy, opozycję traktuje instrumentalnie, a kontrola społeczna bywa tam dusząca. Singapur zbudował swoją tożsamość obywatelską metodami, które w demokratycznym państwie byłyby nie do przyjęcia. To nie jest model do naśladowania.

Pekin gra dokładnie tę samą kartą wobec Tajwanu: kto mówi po chińsku i świętuje te same święta, ten należy do wielkiej chińskiej rodziny i powinien słuchać Pekinu.

Dlatego słowa Lee mają dla Tajwanu szczególny ciężar. Singapur, kraj chińskiej większości, gospodarczo spleciony z Chinami, geograficznie otoczony przez muzułmańskich sąsiadów, powiedział Pekinowi wprost i na jego własnym terytorium: kultura jest w dużym stopniu wspólna, suwerenność jest osobna. Jeśli może to powiedzieć Singapur, tym bardziej może to powiedzieć Tajwan.

Tajwan nie potrzebuje do tego odgórnej inżynierii społecznej ani jednopartyjnej dyscypliny. Ma coś, czego nie mają ani Pekin, ani Singapur: demokrację, która dobrze działa. Wolne wybory, wolną prasę, obywateli, którzy mogą powiedzieć władzom „nie". To właśnie jest ich odpowiedź na chiński magnetyzm; nie dekret, lecz świadomy wybór.

Ameryka buduje arsenał dla Tajwanu

Jedenastego czerwca Komitet Sił Zbrojnych Senatu USA przegłosował 18 głosami przeciw 9 projekt ustawy obronnej na rok fiskalny 2027, tak zwanej NDAA (National Defense Authorization Act, coroczna ustawa określająca budżet i politykę obronną Stanów Zjednoczonych). Wśród jej przepisów znalazł się jeden, który przeszedł niemal bez echa w polskich mediach, a ma znaczenie strategiczne trudne do przecenienia.

Po raz pierwszy w historii Kongres USA formalnie upoważnił Departament Wojny (DoW) do ustanowienia programu War Reserve Stockpile dla Tajwanu.

Co to jest War Reserve Stockpile

Wyobraźmy sobie magazyn pełen rakiet, amunicji i sprzętu wojskowego, zamknięty na kłódkę z napisem „własność USA". Klucz jest w Waszyngtonie, ale magazyn stoi w pobliżu Tajwanu. Gdy wybuchnie konflikt, prezydent USA jedną decyzją przekazuje tajwańskiemu wojsku jego zawartość. Bez czekania na dostawy z Ameryki, bez przeprawiania się przez ocean pod ostrzałem.

Właśnie to oznacza War Reserve Stockpile, wojenny magazyn rezerwowy. USA stosują ten mechanizm od dekad: podobne magazyny istnieją dla Izraela i Korei Południowej. Tajwan do tej pory był z tego systemu wykluczony. Kongres właśnie to zmienia.

Dotychczas wobec Tajwanu Kongres wydawał rekomendacje i zlecał raporty. Ustawa z 2025 roku nakazała jedynie przeprowadzenie analizy możliwości utworzenia regionalnego magazynu awaryjnego dla Tajwanu. Teraz jest inaczej: NDAA FY2027 to formalne upoważnienie ustawowe, które zmusza administrację do działania.

Problem geograficzny, którego nie ma Ukraina

Ukraina graniczy lądowo z Polską, Słowacją, Rumunią. Nawet w czasie pełnoskalowej inwazji zachodnie dostawy broni płynęły przez przejścia graniczne.

Tajwan jest wyspą. W razie konfliktu Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza (PLA) z całą pewnością zastosuje blokadę morską i powietrzną. Dlatego kluczowe jest gdzie stanie magazyn; jeśli na Filipinach czy Guamu, transport do Tajwanu w czasie wojny nadal będzie wymagał przebicia się przez chińską blokadę. Jeśli na samym Tajwanie to problem znika, ale rośnie ryzyko polityczne i staje się celem uderzenia już w pierwszych godzinach konfliktu. Stąd milczenie ustawy w tej kwestii nie jest przypadkowe.

Magazyn bojowy zbudowany przed konfliktem oznacza zdolność Tajwanu do obrony przez tygodnie lub miesiące bez zewnętrznego zaopatrzenia. Priorytetem będzie amunicja, którą tajwańskie wojsko może użyć bez dodatkowego szkolenia: rakiety przeciwokrętowe, Stinger (przenośna rakieta przeciwlotnicza wystrzeliwana z ramienia, zdolna zestrzelić śmigłowiec lub drona — znana z Ukrainy i Afganistanu), systemy rakietowe HIMARS.

Tajwan jako element łańcucha, nie samotna wyspa

Ta sama ustawa przemianowuje Taiwan Security Cooperation Initiative, program współpracy obronnej stworzony specjalnie dla Tajwanu, na First Island Chain Security Cooperation Initiative, czyli Inicjatywę Współpracy Bezpieczeństwa Pierwszego Łańcucha Wysp. Zmiana nazwy to nie kosmetyka: program przestaje być dwustronny (USA–Tajwan) i obejmuje teraz cały archipelag, również Filipiny. Przedłużony zostaje do 2032 roku

To formalne wbudowanie Tajwanu w zintegrowaną architekturę obronną, którą wspólnie tworzą Stany Zjednoczone, Japonia, Korea Południowa i Filipiny. Tajwan nie jest już traktowany jako osobny problem; jest elementem zintegrowanej linii obrony. Ustawa nakazuje też DoW przeprowadzenie przeglądu opóźnień w sprzedaży uzbrojenia dla całej tej czwórki oraz ocenę wpływu tych opóźnień na zdolność do utrzymania skutecznej obrony wzdłuż łańcucha. Wersja Izby Reprezentantów przewiduje na ten program kwotę do miliarda dolarów.

„Trump porzuci Tajwan"; skąd się bierze ta narracja i dlaczego jest fałszywa

Od początku drugiej kadencji Trumpa w chińskich mediach państwowych, a za nimi w części zachodnich komentarzy, krąży teza: Trump jest transakcyjny, Tajwan go nie interesuje, wystarczy odpowiednia oferta gospodarcza dla Pekinu i Waszyngton odwróci się od Tajpej.

Fakty są inne. NDAA FY2027 przeszła przez Komitet Sił Zbrojnych Senatu głosami przedstawicieli obu partii. Kongres, nie tylko administracja,  buduje wieloletnią architekturę obronną dla Tajwanu z horyzontem do 2032 roku. Magazyn bojowy, miliard dolarów na uzbrojenie, audyt opóźnień w dostawach, rozszerzenie programu na Filipiny; to nie są gesty. To infrastruktura, której nie da się odwrócić jednym tweetem ani jedną rozmową telefoniczną z Xi Jinpingiem.

Retoryka Trumpa bywa myląca - celowo. Aparat państwowy i Kongres budują tymczasem struktury, które mają działać niezależnie od tego, kto będzie rządzić w Białym Domu.

Narracja o porzuceniu Tajwanu służy jednemu celowi: osłabieniu tajwańskiej woli oporu i zachodniego zaangażowania jeszcze przed ewentualnym konfliktem. To operacja informacyjna, nie analiza.

Gdzie stanie ten magazyn?

Lokalizacja pozostaje nieznana, a to milczenie jest prawdopodobnie celowe. Jeśli Tajwan ma własne zapasy wystarczające na kilka tygodni walki, Waszyngton i sojusznicy zyskują krytyczne okno decyzyjne, zanim linia obrony zostanie przełamana.

Arsenał na pierwszej linii to nie prowokacja. To cena, którą Pekin zapłaci za atak, zanim jeszcze odda pierwszy strzał.

„Człowiek Pekinu". Szefowa Kuomintangu w USA

Szefowa Kuomintangu, Cheng Li-wun, największej partii opozycyjnej w tajwańskim parlamencie, przebywa  z dwutygodniową wizytą w Stanach Zjednoczonych. Ma odwiedzić pięć miast, spotkać się z kongresmenami, przedstawicielami think tanków i biznesu. Już na samym początku jej wizyty padło zdanie, które wywołało burzę.

圖由國民黨提供

W San Francisco Cheng powiedziała, że gdyby nie spotkała się wcześniej z Xi Jinpingiem, byłaby „nic nieznaczącą", wręcz „pomijalną" szefową partii. Cała jej waga polityczna bierze się więc, wedle jej własnych słów, z tego, że odwiedziła Pekin i uścisnęła dłoń przywódcy Komunistycznej Partii Chin. To nie zarzut przeciwników, wyrwany z kontekstu. To autodefinicja.

Oba brzegi należą do narodu chińskiego"

Na bankiecie dla diaspory w Nowym Jorku Cheng oświadczyła wprost: „oba brzegi cieśniny należą do jednego narodu chińskiego i nie będziemy tworzyć trwałego podziału". To już nie zawoalowany „dialog"; to dosłownie pekińska teza o jednych Chinach, wygłoszona przez liderkę tajwańskiej opozycji na amerykańskiej ziemi.

Reszta była rozwinięciem tej samej melodii: powrót do konsensusu z 1992 roku, odrzucenie niepodległości Tajwanu, osobiste powołanie się na Xi Jinpinga jako orędownika „pokoju". I ostrzeżenie, że Tajwan nie może stać się „drugą Ukrainą". Brzmi jak troska, a jest argumentem za kapitulacją: skoro opór grozi zniszczeniem, lepiej się nie opierać.

Wymowne jest też to, czego nie powiedziała. Ani słowa o tym, że to Pekin grozi Tajwanowi siłą. Cała wina za napięcia spada na rządzącą partię i prezydenta Lai Ching-te. Sprawca i ofiara zamieniają się miejscami; znak firmowy każdej dobrze wykonanej propagandy.

Amerykanie nazwali rzecz po imieniu

Najostrzejszą diagnozę tej wizycie wystawiła nie strona tajwańska, lecz amerykańska.

„Wall Street Journal" opatrzył relację z jej podróży nagłówkiem: „Liderka tajwańskiej opozycji przyjeżdża do USA z przekazem prosto z Pekinu". Stacja Fox News poszła dalej i nazwała ją wprost: „człowiekiem Pekinu" na Tajwanie. To nie był margines, lecz główny nurt amerykańskich mediów, czytany przez tych samych polityków, z którymi Cheng miała się spotykać.

A potem padły słowa najcięższego kalibru; nie z gazety, lecz z ust dyplomaty. Raymond Greene, dyrektor Amerykańskiego Instytutu na Tajwanie, czyli de facto ambasador Stanów Zjednoczonych, stwierdził, że w mediach międzynarodowych utrwaliło się wrażenie, iż Kuomintang zaczął przejmować i naśladować stanowiska Komunistycznej Partii Chin w kluczowych kwestiach dyplomacji i bezpieczeństwa, pomijając interesy Ameryki i Japonii. Dodał, dyplomatycznie, że wizyta Cheng „powinna być okazją", by te obawy rozwiać.

Kiedy ambasador państwa sojuszniczego publicznie sygnalizuje, że największa partia opozycyjna dryfuje w stronę linii wrogiego mocarstwa, to nie jest komentarz. To ostrzeżenie.

Cisza, która krzyczy najgłośniej

Najbardziej wymowny w całej tej historii nie jest jednak żaden głos. Jest milczenie.

Wizyta Cheng wypadła dokładnie w 37. rocznicę masakry na placu Tiananmen. Czwartego czerwca 1989 roku chińskie czołgi i karabiny maszynowe rozjechały i rozstrzelały bezbronnych studentów i robotników, którzy domagali się wolności słowa i końca korupcji. Reżim ChRL wymazał to wydarzenie z własnej historii.

I właśnie tego dnia centrala Kuomintangu pod kierownictwem Cheng nie powiedziała ani słowa. Jak zauważył Wang Dan, jeden z przywódców studentów z 1989 roku, to prawdopodobnie pierwszy raz od samego 1989 roku, gdy ani centrala KMT, ani jej przewodniczący nie wydali żadnego oświadczenia upamiętniającego ofiary. Wang ujął to gorzko: „Już nawet nie chce im się udawać".

Co więcej, pod wpisami Cheng na Facebooku komentarze zawierające słowa „Tiananmen" czy „4 czerwca" zaczęły znikać, a piszących je użytkowników blokowano. Tajwańska polityk stosująca u siebie tę samą cenzurę słów-kluczy, którą reżim stosuje w Chinach kontynentalnych - trudno o bardziej dosłowny symbol.

I tu detal, który zamyka sprawę. To nie znaczy, że w całym Kuomintangu nie odezwał się nikt. Odezwał się były przewodniczący Eric Chu prywatnym wpisem: wobec historii trzeba mieć pamięć, wobec przyszłości odwagę. Ale aparat partii i jej obecna szefowa milczeli. Weteran spoza dzisiejszego kierownictwa potrafił. Cheng i kierowana przez nią centrala nie potrafiły. A skoro stać na to było poprzednika, a nie stać następczyni, milczenie przestaje być luką w kalendarzu. Staje się deklaracją.

Most. Ale dla kogo?

Cheng broni się eleganckim słowem. Mówi, że Kuomintang ma być „budowniczym mostów" między Tajwanem, Pekinem a Waszyngtonem.

Most to piękna metafora. Tyle że most jest konstrukcją, po której ruch odbywa się w obie strony. Pytanie, które zadaje tajwańska opozycja, jest więc proste: most, ale dla kogo? Czy po to, by chronić Tajwan? Czy raczej po to, by wpływy Pekinu mogły wygodnie przejść na drugą stronę cieśniny?

W tym samym czasie, gdy Cheng mówiła o mostach w Ameryce, w tajwańskim parlamencie szef klubu jej partii zgłaszał poprawkę do ustawy o obywatelstwie, taką, która pozwoliłaby osobom posiadającym obywatelstwo Chińskiej Republiki Ludowej startować w wyborach na Tajwanie bez rezygnacji z chińskiego paszportu. To wpuściłoby do tajwańskiej polityki ludzi z paszportami państwa, które jawnie dąży do przejęcia wyspy.

Cheng Li-wun przyjechała do Stanów Zjednoczonych, by przekonać Amerykę, że Kuomintang jest najbardziej odpowiedzialną siłą zdolną utrzymać pokój w cieśninie. Jak na razie ma za sobą nagłówek o „człowieku Pekinu", ostrzeżenie amerykańskiego ambasadora i ciszę w rocznicę masakry.

Tym razem Pekin dostał, na co zasłużył: odpowiedź ich własnym językiem


Będąc w Chinach, Trump zapowiedział, że polityka Stanów Zjednoczonych wobec Pekinu będzie oparta na zasadzie wzajemności i, jak deklaruje, słowa dotrzymuje. Sprawa wydalonej korespondentki "New York Timesa" stała się okazją, by tę deklarację sprawdzić.

Chiny nakazały Vivian Wang, korespondentce gazety w Chinach od 2020 roku, opuszczenie kraju. Powód sięga grudniowego szczytu DealBook Summit 2025. Zaprezentowano na nim nagrany wywiad z prezydentem Tajwanu Lai Ching-te, przeprowadzony przez Andrew Rossa Sorkina. Sorkin nazwał Tajwan państwem, a Lai ostrzegł przed agresywnym zachowaniem Pekinu w Cieśninie Tajwańskiej i zadeklarował, że Tajwan zrobi wszystko, by się obronić. Wang nie odgrywała w tym wydarzeniu żadnej roli, ani w jego organizacji, ani w programie. W lutym nakazano jej jednak wyjazd.

Trzeba to powiedzieć wprost: nie było absolutnie powodu, by karać. DealBook jest imprezą "New York Timesa", a wolne medium ma prawo zaprosić, kogo zechce, i pozwolić mu mówić, co uzna za stosowne; to nie przywilej, lecz fundament istnienia niezależnej prasy. Pekin uznał jednak słowa wypowiedziane na cudzej konferencji za prowokację i zemścił się na reporterce, która nie miała wpływu na żadną z tych decyzji. Jest to logika gangstera, a nie państwa: skoro nie można dosięgnąć tych, którzy zaprosili Lai i nazwali Tajwan państwem, uderza się w kogoś, kto akurat jest pod ręką. Wang stała się zakładniczką urażonej dumy autorytarnego reżimu.

Tym razem Waszyngton nie przełknął tego w milczeniu. Pod koniec maja administracja Trumpa cofnęła wizę obywatelowi Chin pracującemu w USA dla państwowej agencji Xinhua. Nazwiska dziennikarza nie ujawniono; wiadomo jedynie, że jest to chiński obywatel zatrudniony przez państwową agencję. Bezpośrednia odpowiedź na wyrzucenie amerykańskiego reportera była rzadkością. Cios okazał się przy tym celny: wielu urzędników administracji oraz niezależnych analityków uważa Xinhua nie za redakcję, lecz za propagandowy organ chińskiego rządu. Pekin stracił zatem nie dziennikarza, lecz urzędnika aparatu propagandy.

Ta sprawa obnaża prostą prawdę. Pekin od lat traktuje wizy i akredytacje jako narzędzie usuwania reporterów, których relacje uznaje za politycznie niewygodne. Próba dyktowania wolnym mediom, kogo wolno im zapraszać, nie broni żadnej zasady; to zwykły szantaż. A na szantaż odpowiedź oparta na wzajemności bywa jedynym językiem, który tego rodzaju reżim rozumie.

Ciąg dalszy skandalu wokół fundacji Ma Ying-jeou (cz. II)

Konferencja prasowa, którą 25 maja zorganizowało otoczenie byłego prezydenta Tajwanu Ma Ying-jeou, przekształciła pozornie wewnętrzny spór w fundacji w coś znacznie poważniejszego: w publiczne ujawnienie tego, jak głęboko Komunistyczna Partia Chin sięgnęła do  KMT; do mocno prochińskiej frakcji, której Ma był od lat ojcem chrzestnym.


Konferencja, na której Ma się nie pojawił

W poniedziałek o 10:30 w NTU Alumni Hall w Tajpej wystąpili: dyrektor wykonawcza Fundacji Ma Ying-jeou Tai Hsia-ling (戴遐齡), były sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego King Pu-tsung (金溥聰), prawnik Huang Yi-hua oraz biegły rewident Chou Chih-cheng. Cel: obalić ustalenia trzyosobowej komisji, która dzień wcześniej stwierdziła, że nie ma "konkretnych dowodów", by Hsiao Hsu-tsen i Wang Kuang-tzu naruszyli dyscyplinę finansową fundacji. O kulisach całej sprawy pisałam TUTAJ.

Konferencja okazała się polityczną bombą.

Pierwsza bomba: wizyta u Song Tao

Tai ujawniła, że w zeszłym roku, zaraz po tym, jak Hsiao Hsu-tsen został mianowany wiceprzewodniczącym KMT, wybrał się do Pekinu, by spotkać się z Song Tao (宋濤), szefem chińskiego Biura ds. Tajwanu (TAO), urzędu, który ze strony Pekinu zarządza polityką wobec Tajwanu i nadzoruje kontakty z tajwańskimi partiami.

Nie pojechał sam. Razem z nim do Pekinu wybrała się cała grupa zarządzająca fundacją byłego prezydenta:

- Wang Kuang-tzu – dyrektor finansowa fundacji, druga oskarżona w sprawie defraudacji,

- Hsueh Hsiang-chuan (薛香川) – członek zarządu fundacji i jeden z trzech członków komisji śledczej, która właśnie oczyściła Hsiao i Wang z zarzutów,

-Lee Te-wei (李德維) – również członek tej komisji i jej rzecznik.

Ma Ying-jeou, formalny przewodniczący fundacji noszącej jego imię, nie wiedział o tej wizycie.

Dlaczego to ważne? Po pierwsze: do chińskiego urzędu, który prowadzi politykę wobec Tajwanu, pojechała w komplecie grupa zarządzająca tajwańską organizacją non-profit, łącznie z ludźmi, którzy mieli niezależnie skontrolować jej finanse. Po drugie: pojechali tam bez wiedzy swojego formalnego szefa. W każdym normalnym państwie demokratycznym byłaby to sprawa kontrwywiadu. I po trzecie, najważniejsze: trudno traktować poważnie "śledztwo" prowadzone przez ludzi, którzy razem z oskarżonymi byli na audiencji u chińskiego mocodawcy.

Druga bomba: pieniądze z Xiamen

King Pu-tsung pokazał na konferencji zdjęcie z października 2023 r., znalezione na dysku komputera Wang Kuang-tzu. Widać na nim Hsiao Hsu-tsena obok Han Ying-huana (韓螢煥) – szefa stowarzyszenia tajwańskich biznesmenów w Xiamen i kandydata na przewodniczącego ogólnochińskiej federacji tego środowiska, czyli organizacji nadzorowanej przez to samo TAO, do którego Hsiao pojechał z delegacją. Han trzyma w dłoniach gruby plik banknotów.

Hsiao przez całą sprawę powtarzał: "Nigdy nie miałem do czynienia z darowiznami od biznesmenów, nigdy nie dotknąłem pieniędzy". Zdjęcie temu zaprzecza. Audytorzy fundacji sprawdzili księgi: żadnego wpływu, który odpowiadałby gotówce widocznej na zdjęciu, nigdy nie odnotowano na kontach fundacji. Skoro pieniądze nie weszły do fundacji, trafiły gdzie indziej; do prywatnych kieszeni? Do nieformalnej "kasy frakcyjnej"? Han Ying-huan zapytany przez dziennikarzy, co to były za pieniądze, odpowiedział: "Nie wiem".

A było więcej pieniędzy

W lutym 2026 r., podczas bankietu fundacji w pięciogwiazdkowym hotelu, na który Ma nie został zaproszony i o którym nie wiedział, Wang wręczyła pracownikom fundacji 1,46 mln TWD (ok. 190 tys. zł) w gotówce jako "premie roczne", plus dodatkowe "premie za wyniki" (jeden z pracowników dostał 140 tys.). Łącznie: 1,7–2 mln TWD niezaksięgowanej gotówki. Wang miała mówić, że pieniądze pochodzą "od tajwańskich biznesmenów" i że "od gotówki nie trzeba płacić podatku".

Wcześniej, na przełomie 2025 i 2026 r., Wang dwukrotnie wręczyła jednemu z pracowników fundacji łącznie 1,2 mln TWD w gotówce, z prośbą o "przechowanie". Pracownik, zaniepokojony pochodzeniem pieniędzy, sfotografował banknoty na dowód i po jakimś czasie złożył rezygnację. Wang błyskawicznie zażądała zwrotu pieniędzy.

Audytor fundacji potwierdził: w latach 2018–2024 premie były zawsze wypłacane przelewem i zgłaszane do skarbówki. Dopiero w 2025/2026 r. nagle zaczęły płynąć gotówką, nieodnotowane.

Według nieoficjalnych przecieków darczyńcy "nie chcieli zostawiać danych", więc Wang ewidencjonowała ich bez nazwisk. Tylko, że to nie są darowizny w sensie prawnym. To kanał finansowy o ukrytym pochodzeniu, biegnący z chińskiego kontynentu.

A dlaczego to ważne?

Trzy powody.

Po pierwsze – komu naprawdę miały służyć te pieniądze. Han Ying-huan nie jest zwykłym biznesmenem. Jest szefem organizacji nadzorowanej przez chińskie TAO. Przewodniczący takiej organizacji nie rozdaje politykom z innego państwa milionowych prezentów z sympatii. Pieniądze idą z konkretną kalkulacją po stronie chińskiego nadawcy: zbudować lojalność, zaciągnąć dług, kupić wpływ.

Po drugie – kto ten kanał obsługiwał. Dyrektor wykonawczy fundacji byłego prezydenta Tajwanu (potem wiceprzewodniczący KMT) i jego dyrektor finansowa, dokładnie ci sami ludzie, którzy potem pojechali do Pekinu na spotkanie z TAO. Nie ma tu przypadku. To jest jedna struktura: wizyty u chińskiego nadzorcy, gotówka z chińskiego stowarzyszenia, premie wypłacane na boku.

Po trzecie – co Pekin za to dostawał? To wymaga śledztwa. Nie tylko prokuratorskiego w sprawie sprzeniewierzenia; to King już zapowiedział. Wymaga śledztwa kontrwywiadowczego, prowadzonego przez tajwańskie Biuro Śledcze Ministerstwa Sprawiedliwości (調查局) i Biuro Bezpieczeństwa Narodowego (國安局).

To oznacza, że nie jest to zwykła afera księgowa. To sprawa dot. bezpieczeństwa narodowego Tajwanu.

Co mówi Hsiao

Hsiao Hsu-tsen odrzucił wszystkie zarzuty. Twierdzi, że każdą wizytę w Chinach raportował Ma, że nigdy nie dotykał pieniędzy, a zdjęcie z Han Ying-huanem to "spotkanie towarzyskie". Zapowiedział pozew przeciwko Kingowi Pu-tsungowi za "rozsiewanie nieprawdziwych informacji" i oskarżył go o wykorzystywanie chorego człowieka w wewnętrznej rozgrywce, sugerując, że Ma cierpi na demencję, a King manipuluje nim, by przeprowadzić frakcyjny przewrót. W tle pojawiają się również anonimowe doniesienia , że dyrektor finansowa fundacji, Wang Kuang-tzu, cierpi na ciężką depresję i miała w przeszłości próby samobójcze. Tych informacji nie potwierdziło żadne oficjalne źródło.

Frakcja, której Ma jest ojcem chrzestnym

Prochińska frakcja w KMT, która właśnie próbuje uciszyć Ma, nie powstała wbrew niemu. Powstała wokół niego, z jego osobistego namaszczenia, i przez dwie dekady realizowała jego linię.

  • Hsiao Hsu-tsen był rzecznikiem Ma od czasów jego burmistrzowania Tajpej, towarzyszył mu w obu kampaniach prezydenckich, a w listopadzie 2025 r. awansował na wiceprzewodniczącego KMT.
  • Wang Kuang-tzu była przy Ma podczas jego najważniejszych wizyt w Chinach.
  • Wszyscy uczestnicy wizyty u Song Tao to ludzie, których Ma osobiście wprowadzał na tajwańską scenę.

To była próba wrogiego przejęcia przez pokolenie wyszkolone przez Ma, które uznało, że marka "Ma Ying-jeou" jest cenniejsza niż sam Ma i że warto przejąć kontrolę, zanim staruszek zacznie pytać o pieniądze z Xiamen i wizyty u Song Tao. A metoda jest podręcznikowa; żywcem wyjęta z chińskiego repertuaru wewnątrzpartyjnych rozgrywek. Liu Shaoqi, drugi człowiek w państwie i wskazany następca Mao, został podczas rewolucji kulturalnej oskarżony o "zdradę", odcięty od opieki medycznej i zmarł w 1969 r. w odosobnieniu, sam, w celi, bez nazwiska. A Hu Jintao został w 2022 r. na oczach kamer całego świata wyprowadzony z sali XX zjazdu KPCh pod kuratorską asystą na polecenie Xi Jinpinga.

Schemat za każdym razem prawie taki sam:

  1. przejmujesz aparat (fundację, finanse, ludzi);
  2. ogłaszasz patriarchę za "niezdolnego";
  3. otaczasz go opieką tych, którzy go "kochają", formalnie szanując, faktycznie ubezwłasnowalniając;
  4. ogłaszasz się prawowitym spadkobiercą.

Dla Ma, niezależnie od stanu zdrowia, sytuacja jest tragiczna w sposób, na jaki sobie sam zapracował: został zdradzony przez ludzi, których sam wyhodował, w sposób, którego nauczył ich Pekin. Trudno o gorszą puentę kariery zbudowanej na haśle "dialogu z Pekinem".

A King Pu-tsung? Na konferencji powtarzał: „To sprawa fundacji, nie partii." "Co można zabrać małej fundacji?". Ma rację co do faktów księgowych, ale jego optyka kończy się tam, gdzie zaczyna się prawdziwy problem. Bo to nie była zwykła defraudacja: to było wykorzystanie tajwańskiej organizacji jako kanału ukrytego finansowania politycznego z Chin. I jeśli tajwańscy wyborcy zaczną tak patrzeć na tę sprawę, KMT może mieć duże problemy w wyborach samorządowych w 2026 r. jak i prezydenckich w 2028 r.

Pekin sam przyznaje, że nie jest gotowy. Reforma teorii wojskowej ChALW i jej znaczenie dla Tajwanu

15 maja  w China Brief Jamestown Foundation ukazała się analiza K. Tristana Tanga — tajwańskiego badacza Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, współzałożyciela Taiwan Defense Studies Initiative — poświęcona nowym chińskim „Przepisom dotyczącym pracy nad teorią wojskową" (軍事理論工作條例). Wniosek Tanga jest jednoznaczny: sama treść tych przepisów jest dowodem na to, że Pekin uznaje swoją armię za nieprzygotowaną do dużej operacji wojskowej, w tym do inwazji na Tajwan, w perspektywie najbliższych 1–2 lat.

To ważny sygnał. Bo gdy mowa o chińskim zagrożeniu, na Zachodzie częściej słyszy się prognozy „Xi zaatakuje do 2027 roku" niż chłodną analizę tego, co sama ChALW o sobie pisze.

Co to za przepisy

Regulacje zostały ogłoszone przez Xinhua 22 stycznia 2026 roku, a weszły w życie 1 marca. Pełnego tekstu Pekin nie opublikował, ale jego sens można odtworzyć na podstawie komunikatu Xinhua, wyjaśnień rzecznika Ministerstwa Obrony Narodowej oraz serii artykułów w Dzienniku Armii Ludowo-Wyzwoleńczej (解放軍報) z lutego i marca tego roku.

Chodzi o przebudowę całego systemu, w którym chińska armia opracowuje doktrynę i koncepcje operacyjne. Przepisy wprowadzają „kontrolę pionową" (wzmocnienie hierarchii i nadzoru nad ośrodkami badawczymi) oraz „poziomy podział pracy" (jasne przypisanie odpowiedzialności komitetom partyjnym, departamentom zarządczym, jednostkom badawczym i tak zwanym „kluczowym klientom", czyli odbiorcom teorii w wojsku). Cel: stworzyć system, który będzie produkował teorię wojskową szybciej, bardziej praktycznie i z lepszym sprzężeniem zwrotnym z rzeczywistych ćwiczeń bojowych.

W warstwie merytorycznej regulacje koncentrują się na jednym: budowie spójnej teorii operacji połączonych (joint operations) dla warunków wojny sieciocentrycznej (w chińskiej doktrynie: wojna informatyzowana) i wojny opartej na sztucznej inteligencji (wojna inteligentyzowana), czyli prowadzonej z masowym wykorzystaniem sieci łączności, danych w czasie rzeczywistym oraz autonomicznych systemów.

Dlaczego to świadectwo słabości

Tang zwraca uwagę na rzecz, którą Pekin właściwie mówi otwarcie w swojej prasie wojskowej. Dziennik ALW przyznaje, że dotychczasowy system teorii wojskowej nie potrafi skutecznie odpowiadać na nowe wyzwania w operacjach, rozwoju sił i gotowości bojowej". Wymienia konkretne problemy: bariery między rodzajami sił zbrojnych, słabe powiązanie doświadczenia operacyjnego z pracą badawczą, a także, co zaskakująco szczere, „samodzielne wyznaczanie sobie agend, krótkowzroczność i przesadne raportowanie wyników" (自我設計、急功近利、虛誇浮夸). Innymi słowy: ośrodki badawcze ChALW produkują teorie oderwane od potrzeb pola bitwy, a wojsko nie potrafi ich sensownie wykorzystać.

Co więcej, Xi Jinping wzywa do uporządkowania tego obszaru od 2016 roku. W 2018 r. polecił ChALW „zbudować zaawansowany system teorii operacyjnej zgodny z prawami nowoczesnej wojny". Powtarzał te postulaty na konferencji ds. Teorii wojskowej w październiku 2024 roku. Fakt, że dopiero teraz wprowadza je w formie wiążących regulacji, oznacza, że przez dekadę nie udało mu się tego osiągnąć zwykłymi rozkazami. Musiał ubrać te postulaty w formę wiążących przepisów. To bardzo dużo mówi o stanie wewnętrznej dyscypliny i sprawności chińskiej armii.

Co z tego wynika dla Tajwanu

Wniosek Tanga jest precyzyjny i warto go zacytować w całości:

„Fakt, że proces przebudowy podejścia ChALW do rozwijania teorii wojskowej jest na wczesnym etapie, w połączeniu z podobnym stanem reform systemu szkolenia wojskowego, sugeruje, że ChALW prawdopodobnie nie ma jasnych planów prowadzenia operacji wojskowych, w tym inwazji na Tajwan, przynajmniej w ciągu najbliższych 1–2 lat."

I dalej: nawet jeśli ChALW dokończy opracowywanie nowej teorii i przełoży ją na konkretne koncepcje operacyjne i doktrynę, struktura sił i sposoby użycia uzbrojenia nadal mogą wymagać dostosowania. Do tego dochodzą kilka miesięcy do roku szkolenia, aby jednostki nauczyły się działać według nowych zasad.

To istotne uściślenie. Tang nie mówi, że Chiny nie zaatakują Tajwanu. Mówi, że nie są w tej chwili w stanie zrobić tego skutecznie, i że same o tym wiedzą.

Druga strona medalu

Byłoby błędem odczytać tę analizę jako powód do spokoju. Tang jest jednoznaczny w drugim kierunku: jeśli reforma się powiedzie, chińska armia w perspektywie pięciu–dziesięciu lat będzie znacznie groźniejsza, niż jest dziś.

Warto śledzić zwłaszcza koncepcję „wojny przez rozpraszanie" (耗散戰). Idea jest taka: zamiast ścierać się z silniejszym przeciwnikiem siłą ognia, doprowadzić jego armię do paraliżu od wewnątrz, zakłócając łączność, zaśmiecając obraz sytuacji w sztabach, atakując satelity, sieci komputerowe, systemy nawigacji. Wróg ma się rozpaść nie pod ciężarem strat, lecz pod ciężarem własnego chaosu. To koncepcja zaprojektowana specjalnie pod konflikt z technologicznie silniejszym przeciwnikiem, czyli z USA i ich sojusznikami."

Dlaczego to ważne dla polskiego czytelnika

Trzy rzeczy.

Po pierwsze: analiza Tanga jest jednym z nielicznych przypadków, gdy oceny zagrożenia z Cieśniny Tajwańskiej można oprzeć na wewnętrznych chińskich dokumentach, a nie na spekulacjach zachodnich analityków. Pekin po prostu przyznaje na piśmie, gdzie ma luki.

Po drugie: pokazuje, że modernizacja armii to nie tylko nowe okręty, samoloty i rakiety, którymi Pekin chętnie defiluje. To również doktryna, dowodzenie, kultura organizacyjna, czyli rzeczy, które trudno kupić i którym nie można zrobić zdjęcia. ChALW ma z tymi rzeczami poważny kłopot.

Po trzecie: ten sam mechanizm działa wszędzie. Również w Rosji, gdzie wojna na Ukrainie obnażyła analogiczne problemy strukturalne armii, pisanej dotąd jako „druga na świecie". I również w przypadku każdej armii, którą ocenia się głównie po paradach.

Tang nie obiecuje, że Tajwan jest bezpieczny. Mówi tylko, że Tajwan i jego sojusznicy wciąż mają czas, by się przygotować: wzmocnić obronę wyspy, zmodernizować jej armię, zacieśnić sojusze. Ile tego czasu zostało, zależy od tego, jak skutecznie Xi zdoła naprawić to, do czego sam się przyznał.

Burza w rodzinie byłego prezydenta Tajwanu. Ma Ying-jeou kontra własna żona i siostra


Skandal, który właśnie wstrząsnął tajwańską sceną polityczną, ma w sobie wszystko: spór o pieniądze, podejrzenia o demencję, próbę częściowego ubezwłasnowolnienia i publiczną wojnę byłego prezydenta z najbliższą rodziną. A w tle, ironia historii, której sam bohater zdaje się nie dostrzegać.

Kim jest Ma Ying-jeou?

Dla polskiego czytelnika potrzebne jest krótkie wprowadzenie. Ma Ying-jeou (馬英九), urodzony w 1950 roku w Hongkongu w rodzinie uchodźców z Chin kontynentalnych, to jedna z najważniejszych postaci tajwańskiej polityki w ostatnich dwóch dekadach. Prawnik wykształcony na Tajwanie i w USA (magisterium na New York University w 1976 r., doktorat na Harvardzie w 1981 r.), długoletni działacz Kuomintangu (KMT), partii, która w 1949 roku uciekła z kontynentu na Tajwan po przegranej wojnie domowej z komunistami Mao Zedonga. W latach 1998–2006 był burmistrzem Tajpej, a w 2008 roku wygrał wybory prezydenckie, obejmując urząd głowy państwa do 2016 roku.

Jego prezydentura zapisała się przede wszystkim bezprecedensowym zbliżeniem z Pekinem. Podpisał z Chinami umowy gospodarcze (ECFA), otworzył wyspę chińskim turystom, a w listopadzie 2015 roku doprowadził do historycznego spotkania z Xi Jinpingiem w Singapurze, pierwszego szczytu przywódców obu stron Cieśniny Tajwańskiej od 1949 roku. Już po zakończeniu prezydentury wielokrotnie odwiedzał Chiny i otwarcie popierał tzw. "konsensus z 1992 roku" oraz formułę "jednych Chin, różnych interpretacji" (一個中國,各自表述).

To właśnie ta formuła stanie się, jak za chwilę zobaczymy, nieoczekiwaną puentą obecnego skandalu.

Iskra: spór o pieniądze fundacji

Wszystko zaczęło się od konfliktu w Fundacji Ma Ying-jeou. Były prezydent publicznie oskarżył dwoje swoich najbliższych współpracowników, byłego dyrektora wykonawczego Hsiao Hsu-tsena (蕭旭岑) oraz Wang Kuang-tzu (王光慈)o "łamanie dyscypliny finansowej". W tajwańskim kontekście politycznym to dyplomatyczny sposób na powiedzenie: „defraudacja”.

Sprawa nabrała jednak zupełnie innego wymiaru, gdy Hsiao, broniąc się przed zwolnieniem, publicznie stwierdził, że "Ma wiele zapomina". To była pierwsza otwarta sugestia ze strony osoby z najbliższego otoczenia byłego prezydenta, że może on mieć problemy z pamięcią. Od tego momentu plotki o demencji zaczęły żyć własnym życiem i to one stały się prawdziwym katalizatorem rodzinnego dramatu, który nastąpił.

Zwrot akcji: rodzina się buntuje

Tu następuje moment, który nadał całej sprawie zupełnie nowy wymiar. Żona Ma, Chow Mei-ching (周美青), znana z tego, że przez całą prezydenturę męża unikała pierwszoplanowej roli, wraz ze starszą siostrą Ma Ying-jeou, Ma Yi-nan (馬以南), wydała wspólne, niezwykłe oświadczenie publiczne.

Kobiety napisały, że „w celu zapewnienia właściwej organizacji przyszłych potrzeb medycznych i opieki nad Ma Ying-jeou siostra obejmuje rolę osoby odpowiedzialnej za jego sprawy zdrowotne”. Wyraziły też nadzieję, że Ma przejdzie na emeryturę i będzie "spokojnie cieszyć się resztą życia".

W kolejnych dniach wyszło na jaw, że rodzina złożyła w Sądzie Okręgowym w Tajpej wniosek o "zarządzenie wspomagające" (輔助宣告), tajwański odpowiednik częściowego ubezwłasnowolnienia, stosowany wobec osób, których zdolności poznawcze uległy osłabieniu, ale które nie są jeszcze całkowicie pozbawione zdolności do czynności prawnych. W praktyce oznacza to, że rodzina publicznie zasygnalizowała przekonanie, że Ma nie jest już w pełni władz umysłowych.

Kontratak: nagranie, które miało wszystko wyjaśnić

Ma Ying-jeou odpowiedział szybko i z wielkim hukiem. Nagrał wideo w towarzystwie Kinga Pu-tsunga (金溥聰), byłego sekretarza Rady Bezpieczeństwa Narodowego i swojego wieloletniego, bliskiego współpracownika, oraz dwóch prawników. W nagraniu były prezydent:

- zaprzeczył plotkom o demencji, mówiąc, że choć ma 76 lat, codziennie czyta gazety, książki i uprawia sport;

- oznajmił, że oświadczenie żony i siostry wydano bez jego wiedzy i zgody;

- nazwał Hsiao "przestępcą korupcyjnym" i ostrzegł, by "ci skorumpowani ludzie nie próbowali używać demencji jako wymówki";

- własnoręcznie spisał oświadczenie przed kamerą.

I tu zaczynają się problemy. W trakcie nagrania Ma zwrócił się do jednego z prawników słowami: "Pan mecenas Chien?" – tyle że jego rozmówcą był mecenas Huang. Pismo odręczne z oświadczenia internauci zaczęli porównywać z dawnymi listami Ma, na przykład tym wysłanym przed laty do byłego lidera DPP Lin Yi-hsionga, i orzekli, że jest napisane "jakby przez dwie różne osoby".

Psychiatrzy zaproszeni do komentowania nagrania wskazali na "siedem nietypowych zachowań”, sugerujących pogorszenie funkcji poznawczych. Inny ekspert zauważył gorzko: "Wygląd normalny nie oznacza braku demencji".

Kolejne odsłony skandalu

Gdy emocje miały opadać, pojawiły się nowe rewelacje. Anonimowe źródła doniosły, że podczas wizyty w Chinach w czerwcu zeszłego roku, na bankiecie z okazji Forum Cieśniny w prowincji Fujian, Ma miał stracić panowanie nad sobą z powodu kaligrafii na tabliczce z nazwiskiem i fizycznie zaatakować Wang Kuang-tzu, chwytając ją za szyję. Ma stanowczo zaprzeczył.

Pojawiły się też zarzuty, że na nagraniu, na którym Ma "własnoręcznie" pisze oświadczenie, w rzeczywistości King Pu-tsung dyktował mu zdanie za zdaniem, a były prezydent służył jedynie jako marionetka. Fundacja odpowiedziała, że nagranie zostało wykonane "jednym ujęciem" i nikt nie podpowiadał Ma, co ma pisać.

Weterani środowiska KMT zaczęli publicznie apelować do otoczenia byłego prezydenta. Dziennikarka Wang Chien-chiu napisała z bólem: "Te nagrania dowodzą tylko jednego: to nie jest ten Ma Ying-jeou, którego znaliśmy. Proszę, zostawcie go w spokoju". Pisarz Yang Du użył ostrzejszych słów, mówiąc o "złych sługach manipulujących człowiekiem dotkniętym demencją, fałszujących dekrety i rozbijających rodzinę".

Ironia historii: "jeden Ma, różne interpretacje"

I tu dochodzimy do najsmakowitszego elementu całej afery; elementu, który tajwańscy internauci wychwycili w mgnieniu oka.

Przez całą swoją karierę polityczną Ma Ying-jeou bronił formuły "jedne Chiny, różne interpretacje", dyplomatycznej fikcji, według której Tajpej i Pekin zgadzają się, że istnieją "jedne Chiny", a każda strona może je interpretować po swojemu. Krytycy na Tajwanie zawsze wskazywali, że to konstrukcja, która zaciera niezależną podmiotowość Tajwanu.

Teraz, gdy żona i siostra wydają oświadczenia w jego imieniu, a on sam musi przed kamerą zaprzeczać, że są jego głosem, internauci ukuli złośliwy, parafrazujący slogan: "Jeden Ma Ying-jeou, różne interpretacje" (一個英九,各自表述).

Radny z Tainanu Chou Chia-wei zażartował: "Ma w końcu zrozumiał, jak trudno walczyć o suwerenność". Wpis zebrał morze polubień. Pisarka Lee Ping-yao dopytywała się: "Czy Ma właśnie zaczyna sobie uświadamiać, jak cenna jest podmiotowość?"

Z perspektywy obserwatora trudno nie poczuć pewnej dwuznaczności wobec tego, co dzieje się wokół Ma Ying-jeou. Z jednej strony, to historia uniwersalna i bardzo ludzka: starzejący się człowiek, jego rodzina, która martwi się o jego stan, otoczenie polityczne, które ma interes w utrzymaniu go w grze. 

Z drugiej strony, jeśli ktokolwiek na tajwańskiej scenie politycznej zasłużył sobie na tę szczególną, gorzką ironię losu, to chyba właśnie Ma. Przez lata bagatelizował realne zagrożenie ze strony Pekinu, traktował suwerenność jako negocjowalną i przyjmował role w chińskich rytuałach politycznych, które dla wielu Tajwańczyków były upokarzające. Teraz, gdy najbliżsi próbują decydować za niego o jego życiu, a on protestuje, że "to nie jest jego głos", przeciwnicy polityczni mają prawo zauważyć: właśnie tak czuje się demokracja, której odmawia się prawa do mówienia własnym głosem.

Niezależnie od tego, czy diagnoza demencji się potwierdzi, czy nie, cała ta sprawa jest też przestrogą dla polityków, którzy zbyt długo trzymają się sceny. KMT od dawna ma problem z wymianą pokoleniową i z odnalezieniem własnej tożsamości. Obraz schorowanego byłego prezydenta walczącego o własną podmiotowość z otoczeniem fundacji i z rodziną to symbol, którego ta partia naprawdę nie potrzebowała.

A dla nas, obserwujących Tajwan z Polski, to przypomnienie, że demokracja na tej wyspie jest żywa, brutalna, czasem okrutna, ale właśnie dlatego prawdziwa.

Tajwan mówi własnym głosem. Booker dla „Taiwan Travelogue" to coś więcej niż nagroda literacka

19 maja 2026 roku, w Tate Modern w Londynie, Yang Shuang-zi (楊双子) i jej tłumaczka Lin King (金翎) odebrały Międzynarodową Nagrodę Bookera za powieść Taiwan Travelogue (臺灣漫遊錄). To pierwsza w historii książka przetłumaczona z chińskiego, która zdobyła to wyróżnienie, i pierwsza nagroda Bookera dla autorki z Tajwanu. Pięćdziesiąt tysięcy funtów po połowie dla pisarki i tłumaczki - ale stawka w tej historii jest znacznie większa niż czek.

Na Tajwanie ten sukces odebrano nie tylko jako wydarzenie literackie. To moment, w którym wyspa, zwykle obecna w światowych nagłówkach w kontekście półprzewodników, napięć w Cieśninie Tajwańskiej i geopolityki, przebiła się globalnie własnym głosem. I to głosem, który opowiada jej historię inaczej niż chciałby Pekin.

O czym właściwie jest ta książka?

Taiwan Travelogue udaje coś, czym nie jest. Powieść stylizowana jest na odnaleziony japoński pamiętnik z podróży z 1938 roku, z fikcyjnymi posłowiami, fikcyjnymi tłumaczami, przypisami od tłumaczy prawdziwych i nieprawdziwych. Yang Shuang-zi buduje matrioszkę narracyjną, w której pytanie „czyj głos słyszymy?" jest tak samo ważne jak sama opowieść.

Akcja toczy się na Tajwanie pod japońskim panowaniem, w latach 30. XX wieku. Aoyama Chizuko, japońska pisarka zaproszona przez kolonialne władze na tournée po wyspie, podróżuje koleją wzdłuż i wszerz „Krainy Południa" w towarzystwie Ō Chizuru (po tajwańsku: Ông Tshian-ho̍h), tajwańskiej tłumaczki, która okazuje się też wybitną kucharką. Każdy rozdział nosi nazwę posiłku, który dzielą razem. Pod warstwą zachwytu nad kuchnią, tajwańskim bah-sò (ryż z wieprzowym farszem) i Bí-Thai-Bk (ryżowe kluseczki-igiełki), japońskim sashimi i sukiyaki, toczy się powolne, niewygodne badanie tego, kto kogo widzi, kto kogo słyszy, i czego empatia nie potrafi przekroczyć.

Jurorzy Bookera podkreślali, że książce udaje się rzecz rzadka: funkcjonować jednocześnie jako romans i jako przenikliwa powieść postkolonialna. To powieść, która zdobyła już wcześniej amerykański National Book Award za przekład w 2024 roku oraz Golden Tripod Award, najwyższe tajwańskie wyróżnienie literackie, po pierwotnej publikacji w 2020 roku.

Dlaczego to coś więcej niż literatura

Tu zaczyna się ta druga, polityczna warstwa, która na Tajwanie wybrzmiewa wyjątkowo mocno.

Oficjalna narracja Pekinu o okresie japońskim na Tajwanie (1895–1945) jest prosta i jednowymiarowa: pięćdziesiąt lat okupacji, cierpienia, wyzysku - wspólne doświadczenie wszystkich Chińczyków, w tym mieszkańców Tajwanu, który Pekin uważa za nieodłączną część Chin. W tym schemacie kolonialne doświadczenie Tajwanu jest częścią szerszej, „chińskiej" historii zmagań z japońskim imperializmem, a nie czymś odrębnym. Tajwańska pamięć ma być pamięcią chińską, z tych samych źródeł, o tych samych emocjach, prowadzącą do tych samych wniosków politycznych.

Yang Shuang-zi nie pisze powieści zaangażowanej politycznie, ale jej powieść jest polityczna już przez sam wybór języka emocjonalnego. W rozmowie z fundacją Bookera autorka zauważyła, że stosunek Tajwańczyków do okresu japońskiego jest zupełnie inny niż w Korei, gdzie pamięć o kolonializmie jest, jej zdaniem, jednolicie negatywna. Tajwan, jak to ujęła Yang, „patrzy na tę historię z dużo bardziej rozdartą mieszanką niechęci i nostalgii". To zdanie jest dla tajwańskiego czytelnika znaczące, bo opisuje doświadczenie, którego oficjalna chińska wersja w ogóle nie dopuszcza: że pamięć o okresie japońskim jest na wyspie skomplikowana, że obok wyzysku zostały także koleje, edukacja, modernizacja, własna kuchnia w nowych formach, własne miasta. I że tę pamięć Tajwańczycy noszą jako swoją, nie jako rozdział historii Chin kontynentalnych.

W komentarzach po przyznaniu nagrody pojawia się jeszcze jeden wątek. Po odebraniu trofeum Yang powiedziała, że ma nadzieję, iż książka kiedyś dotrze do czytelników w Chinach kontynentalnych i pomoże im „zrozumieć, jakiej przyszłości chcą Tajwańczycy - która nie jest tym, co wielu w Chinach sobie wyobraża".

Strategia tłumaczki: widoczność, nie niewidzialność

Lin King, pisarka i tłumaczka mieszkająca między Tajpej a Nowym Jorkiem, wybrała w przekładzie strategię, która sama w sobie jest stwierdzeniem. Tłumacze są zwykle chwaleni za niewidzialność, za to, że tekst „brzmi, jakby był napisany po angielsku". King zrobiła odwrotnie. Zostawiła w tekście trzy różne transliteracje tych samych dźwięków, japońską, mandaryńską i tajwańską, i opatrzyła książkę przypisami, które przypominają czytelnikowi, że ma do czynienia z aktem przekładu, negocjacji między kulturami, nie z gładkim szkłem.

To decyzja, która ma sens dokładnie dlatego, że Taiwan Travelogue opowiada o tłumaczeniu. Chizuru jest tłumaczką Chizuko  i mimo bliskości, jaka między nimi rośnie, jej własne myśli o Tajwanie nigdy do końca nie docierają do Chizuko. King, tłumacząc książkę o tłumaczeniu, nie chciała udawać, że jej własna praca jest przezroczysta. Zauważyła też, że dla literatury tajwańskiej, w przeciwieństwie do, powiedzmy, hongkońskiej, droga do anglojęzycznego wydawcy była dotąd „walką pod górkę". Sukces Bookera może to zmienić.

„Wreszcie przebiliśmy się jak półprzewodniki"

Tajwańskie media nie ukrywały dumy. W komentarzach prasowych przewijała się powtarzająca się myśl: kino tajwańskie zaistniało globalnie dziesiątki lat temu (Hou Hsiao-hsien, Edward Yang, Ang Lee), półprzewodniki TSMC są dziś infrastrukturą krytyczną świata, ale literatura tajwańska pozostawała znana niemal wyłącznie sinologom. Booker dla Taiwan Travelogue to pierwszy moment, w którym tajwańska proza znalazła się na tej samej półce co Han Kang czy Olga Tokarczuk. I to jako reprezentantka konkretnego, lokalnego doświadczenia, a nie jako „literatura chińska" rozumiana jako jedna całość.

Prawa do przekładu Taiwan Travelogue sprzedano już do ponad dwudziestu języków, w tym do angielskiego, japońskiego, koreańskiego, niemieckiego i niderlandzkiego.

Co z tego zostaje

Yang w swoim przemówieniu w Tate Modern powiedziała coś, co warto zapamiętać: że literatura „nie może być oderwana od gleby, w której wyrosła", i że tajwańscy pisarze od stulecia zadają to samo pytanie: jakiej przyszłości chcą ludzie z Tajwanu? Jej powieść nie odpowiada na to pytanie. Robi coś innego: pokazuje, że odpowiedź musi wyjść od samych Tajwańczyków, z ich własnej historii, w tym z tej części historii, której Pekin chciałby nie widzieć.

Z perspektywy europejskiego czytelnika można to potraktować jako kolejną dobrą powieść postkolonialną o jedzeniu i miłości. I tak też zadziała. Ale wśród tajwańskich czytelników książka i nagroda znaczą coś dodatkowego: że ich opowieść o sobie samych, niegładka, dwuznaczna, niepasująca do żadnej z wygodnych narracji, wreszcie ma swoją scenę na arenie światowej. 

Obrażone uczucia. Jak chińska maszyna wzięła się za polskiego siatkarza

W niedzielę 2 sierpnia hala w Ningbo skandowała „MVP", kiedy Tomasz Fornal odbierał nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów Ligi Naro...