Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka jednego dziecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka jednego dziecka. Pokaż wszystkie posty

Mniej pieniędzy dla Chin na zabijanie dzieci

Tuż przed wizytą chińskiego prezydenta Xi Jinpinga w USA amerykański Departament Stanu opublikował raport o przestrzeganiu praw człowieka w Chinach za rok 2016, który stwierdza, że ChRL nadal zmusza kobiety do aborcji i sterylizacji. W tym samym czasie Donald Trump ogłosił, że USA zaprzestają finansowania Funduszu Ludnościowego Narodów Zjednoczonych (UNFPA) ze względu na wspieranie programu „planowania rodziny” w Państwie Środka.

Mimo że w zeszłym roku komunistyczne władze Chin zezwoliły parom na posiadanie dwojga dzieci zamiast jednego, to polityka kontroli urodzeń, jak stwierdza raport Departamentu Stanu USA, „nadal polega na presji społecznej, edukacji, propagandzie, karach ekonomicznych oraz na działaniach takich jak obowiązkowe badania ciążowe i przymusowe aborcje oraz sterylizacje”.

Raport jako przykład podaje przepisy w prowincji Hunan stwierdzające, że „ciąże, które nie są zgodne z warunkami ustanowionymi w prawie, powinny zostać niezwłocznie zakończone. Tym, którzy nie przerwali natychmiast ciąży, lokalne władze powinny zlecić przerwanie w określonym terminie”. Podobne „środki zaradcze” wymieniane są w przepisach w innych prowincjach m.in. w Guizhou, Jiangxi, Qinghai i Yunnan.

Według Departamentu Stanu komunistyczne władze Chin nie zezwalają na małżeństwa osób „z pewnymi niepełnosprawnościami umysłowymi”, np. ze schizofrenią. Władze samorządowe otrzymały wyraźne wytyczne dotyczące postępowania w wypadku ciąż osób niepełnosprawnych. Prawo przewiduje zmuszanie do przerywania ciąży, jeżeli w trakcie badań prenatalnych wykryto u dziecka możliwą niepełnosprawność. Ma to służyć „zwiększeniu odsetka urodzeń dzieci bez niepełnosprawności”.

O prześladowaniu kobiet w Chinach poprzez zmuszanie ich do aborcji i sterylizacji mówił także opublikowany przez brytyjską rozgłośnię BBC pod koniec października ub.r. artykuł pt. „Chiny nadal zakazują dzieci”. Przedstawiono w nim wypowiedź chińskiej rodziny, która ukrywa się przed władzami, bo spodziewa się trzeciego dziecka. – Lokalne władze zmuszają do wykonywania testów ciążowych co trzy miesiące. Gdybyśmy się nie ukrywali, nasze dziecko zostałoby poddane aborcji – przyznał w rozmowie z dziennikarzami ojciec. W połowie 2016 r. cały świat obiegła historia pani Zhong z miasta Meizhou w południowo-wschodniej prowincji Guangdong, którą lokalne władze zmuszały do aborcji w 8. miesiącu ciąży.

Program ograniczania liczby ludności w Chinach był przez lata sponsorowany także przez USA. Administracja Baracka Obamy przekazała od 2009 r. 340 mln dol. Funduszowi Ludnościowemu Narodów Zjednoczonych (UNFPA). Organizacja ta współpracuje w kwestii „kontroli populacji” z komunistycznymi władzami Chin, które prowadziły najpierw politykę jednego dziecka, a teraz dwojga dzieci i cały czas stosują przymusowe aborcje i sterylizacje.

Tuż przed wizytą prezydenta Xi Jinpinga w USA Donald Trump ogłosił, że nie będzie kontynuował kroków swojego poprzednika i zdecydował o zaprzestaniu finansowania UNFPA. Jak stwierdził Departament Stanu, jest to decyzja oparta właśnie na „fakcie, że chińska polityka w zakresie planowania rodziny wciąż wymaga stosowania przymusowej aborcji i przymusowej sterylizacji, a UNFPA współpracuje z chińską agencją rządową odpowiedzialną za te działania”.

Decyzję o wycofaniu wsparcia UNFPA podejmowali w przeszłości inni republikańscy prezydenci, m.in. Ronald Reagan i George W. Bush. Fundusze przywracały administracje Demokratów, np. Billa Clintona i Obamy.

Reggie Littlejohn, założycielka antyaborcyjnej organizacji broniącej praw kobiet Women’s Rights With­out Frontiers (WRWF), uważa, że decyzja Trumpa o wycofaniu wsparcia dla UNFPA podjęta na kilka godzin przed wizytą Xi Jinpinga to „mocny sygnał dla Chin, znak, że USA nie przymkną oczu na to, jak łamane są prawa człowieka w ChRL‑u”. Littlejohn nazwała decyzję Trumpa „ogromnym moralnym zwycięstwem”.
Gazeta Polska Codziennie

Dla nas Tiananmen był ostatnią twierdzą - wywiad z Chai Ling

Byłam w grupie 500 studentów, którzy do końca pozostali na placu Tiananmen. Wielu z nich zginęło, ale ja cudem przeżyłam. Zadawałam sobie pytanie, dlaczego? Ktoś mi wtedy powiedział, że pewnie mam jeszcze jakieś inne zadanie, do wykonania – z Chai Ling rozmawia Hanna Shen.
Była Pani jednym z czołowych organizatorów i przywódców protestów studenckich na placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie w 1989 r. Miała Pani wtedy 23 lata i studiowała psychologię. Co Panią wtedy skłoniło do protestu?
 Chciałam po prostu lepszych, czyli wolnych i sprawiedliwych Chin. Od dziecka uczono nas, że mamy kochać nasz rząd, ale ten nie wykazywał żadnej troski o swoich obywateli. Wierzę, że pragnienie demokracji jest czymś naturalnym, że powinniśmy mieć zagwarantowane nasze podstawowe prawa i niezależność. Niestety, ten pierwotny odruch do bycia wolnym – do niezależnego kierowania własnym losem – został niemal zniszczony w Chińczykach. Pamiętam, jak w czasie protestów niektórzy ze studentów przychodzili do nas, organizatorów, prosząc o jedzenie, zakwaterowanie; potrzebowali gotowych instrukcji, co dalej. Zastanawiałam się: przecież maję ręce, oczy, mózg, to wystarczy, aby zająć się sobą. Wszyscy wspieraliśmy słuszną sprawę. Mieliśmy dobre intencje, ale uczciwie musimy powiedzieć, że wielu z tych, którzy nas poparli, wyrastając w komunistycznych Chinach, zostało pozbawionych poczucia odpowiedzialności; można stwierdzić, że Chińczycy są przyzwyczajeni do życia w społeczeństwie feudalnym, w którym sami nie muszą podejmować decyzji.
Widząc masakrę, jakiej komunistyczne władze dokonały na placu Niebiańskiego Spokoju, i ukrywając się – była Pani przecież jedną z 21 najbardziej poszukiwanych osób w Chinach – co Pani czuła: gniew, beznadzieję?
 W tej walce o wolne Chiny mieliśmy poczucie, że plac jest ostatnią twierdzą; uważaliśmy, że jeśli przegramy, to będzie klęska dla Chin, bo ludzie ponownie obrócą się jeden przeciw drugiemu, nie będzie między nimi komunikacji opartej na prawdzie. Widząc to, co się stało na placu, najpierw ogarnęły mnie złość, smutek i utrata wiary. Jednak w ostatnich godzinach, gdy staliśmy naprzeciw czołgów, te uczucia zniknęły; wtedy nie wiedziałam, skąd to się wzięło, ale poczułam ogromną miłość do mojego kraju i jego ludzi, pojawiła się nadzieja, że kiedyś będziemy mieli lepszą przyszłość. Teraz rozumiem, że takie odczucia pochodzą od Boga – tylko z nim można przezwyciężyć gniew, beznadzieję. Byłam w grupie 500 studentów, którzy do końca pozostali na placu. Wielu z nich zginęło, ale ja cudem przeżyłam. Zadawałam sobie pytanie, dlaczego? Ktoś mi wtedy powiedział, że pewnie mam jeszcze jakieś inne zadanie do wykonania. Gdy zaczęłam się ukrywać, obiecałam mojemu mężowi, że muszę przeżyć dla tych, którzy mnie kochają i których ja kocham. Nagle wszystko stało się jasne. Spędziłam pięć nocy w drewnianym pudle na łodzi płynącej do Hongkongu. Potem wyjechałam do USA. To była moja ucieczka ku wolności.
 Ale dzisiejsze Chiny są inne – powoli stają się światową potęgą. Czy w takim razie to, co stało się na placu Niebiańskiego Spokoju, dziś, po 24 latach, ma jakieś znaczenie?
 Tak, z pewnością ma. Chiny są inne, ale nie będą w stanie pójść naprzód, jeśli nie stawią czoła temu, co stało się w czerwcu 1989 r. Komunistyczne władze chińskie dokonały zbrodni, ale szansa na społeczne pojednanie jest, jeśli tylko okażą skruchę. Dziś w Chinach nadal więzieni są uczestnicy protestów na placu Tiananmen, nie ma żadnej publicznej debaty na temat wydarzeń sprzed 24 lat, a podręczniki szkolne do historii na ten temat milczą.
 Po ucieczce do USA ukończyła Pani najlepsze uczelnie (Harvard i Princeton), stworzyła Pani dobrze prosperującą firmę, ale – i tu powtórzę Pani słowa – to tak naprawdę odnalezienie Boga dało Pani poczucie wolności. Będąc  w Chinach, nie mogła Pani mieć żadnego kontaktu z wiarą. Pani rodzice byli członkami Partii Komunistycznej, Pani sama, jak wielu młodych w ChRL, musiała należeć do komunistycznej młodzieżówki... Kiedy więc nastąpiło spotkanie z Panem Bogiem?
 W Chinach wiara w Boga była zakazana. Już samo słowo „Bóg” było zakazane. Mówiono nam, że to zgnili zachodni kapitaliści używają Boga, aby ogłupić ludzi. Moi rodzice byli lekarzami, ale także członkami Armii Ludowo-Wyzwoleńczej i zostałam przez nich wychowana w wierze, że partia i rząd są ważniejsze niż moje własne życie. Ale gdy trafiłam na studia, poznałam ludzi, którzy myśleli zupełnie inaczej, zaczęłam mieć wątpliwości i kwestionować to, co robił rząd. Jeszcze studiując w Pekinie, słyszałam o rolnikach, którzy potajemnie gromadzą się i modlą do Boga. Ale spotkanie z Nim nastąpiło naprawdę w Ameryce. Kiedy zaangażowałam się w ruch antyaborcyjny, spotkałam wielu chrześcijan i wreszcie 4 grudnia 2009 r. przyjęłam chrzest.

Śledząc Pani wypowiedzi, spotkałam się m.in. z taką, że Chiny przeżywają obecnie podobną tragedię do tej, jaka wydarzyła się na placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 r. – chodzi tu o politykę jednego dziecka. Jakie są jej konsekwencje?
 Skutki są straszne. W ciągu ostatnich 30 lat zabito ponad 400 mln dzieci, na masową skalę zabijane są dziewczynki. W Chinach jedna na sześć dziewczynek została albo poddana aborcji, albo porzucona. Dziennie ponad 500 chińskich kobiet popełnia samobójstwo, a w jednej trzeciej rodzin mamy do czynienia z przemocą. Ponieważ brakuje kobiet, to ponad 37 mln mężczyzn nie może znaleźć żon i rozwija się handel kobietami (spośród takich transakcji zawieranych na świecie 60 proc. dotyczy właśnie Chin). Te wszystkie czynniki doprowadzają do zwolnienia gospodarki, wzrostu liczby samobójstw wśród młodych ludzi, do rozkładu rodziny.
 A Pani prowadzi „krucjatę” przeciwko polityce jednego dziecka w ChRL. Po to założyła Pani organizację All Girls Allowed (Wszystkie Dziewczynki Dozwolone).
 Tak, nasza organizacja ma uświadomić przede wszystkim kobietom i matkom w Chinach, że życie ma wartość, że one zasługują na szacunek. Chcemy także pokazać, jak wielkiej niesprawiedliwości dopuszcza się rząd, realizując politykę jednego dziecka. Na naszej stronie internetowej można znaleźć informacje o programach, jakie realizujemy. Pomagamy ratować dzieci i ich matki, bronimy kobiet, które zmuszane są do aborcji, wspieramy finansowo sieroty, a także pomagamy dziewczętom i kobietom, które zostały sprzedane, odnaleźć ich rodziny. I cały czas modlimy się za Chiny, matki, dzieci i całe rodziny, prosząc o ich uzdrowienie.
 Bob Fu, chiński pastor i działacz na rzecz praw człowieka mieszkający w USA, powiedział, że organizacje, takie jak Fundusz Ludnościowy Narodów Zjednoczonych, wydają dziesiątki milionów, wspierając chiński rząd w polityce jednego dziecka, że USA i Zachód ponoszą tak naprawdę współodpowiedzialność za ludobójstwo, do jakiego na ogromną skalę dochodzi w ChRL. Dziś więc z jednej strony pamiętamy o masakrze, która wydarzyła się 4 czerwca na placu Niebiańskiego Spokoju, ale z drugiej liberalne i politycznie poprawne elity na Zachodzie milczą na temat innej masakry, jaka rozgrywa się w Chinach: kontrola populacji i wymuszane aborcje. Jak Pani to widzi: jesteśmy współodpowiedzialni?
 Niestety, to, że na Zachodzie ruch proaborcyjny jest tak silny, nie pomaga w położeniu kresu polityce jednego dziecka w ChRL. Nie chodzi tu przecież o żaden wybór – w Chinach kobiety są zmuszane do aborcji. Jednak pomimo braku jakichkolwiek kroków ze strony politycznych elit widzimy, że to dzięki wiernym, parafiom może ostatecznie dojść do zakończenia tej polityki w Chinach. Kiedy nagłośniliśmy sprawę wymuszonej aborcji na Feng Jianmei (dokonanej w siódmym miesiącu ciąży), w kościołach gromadzili się ludzie, modlono się, ale tragedia ta została też opisana przez chińskie media. Ostatecznie rząd chiński wydał zakaz aborcji w późnych miesiącach ciąży. Oczywiście niepokoi mnie, że na poziomie lokalnym ten nakaz jest nadal łamany.
 W sferach rządowych dyskutuje się nad zakończeniem polityki jednego dziecka. Więc, jak Pani widzi, jestem optymistką; dzięki działaniu Boga krok po kroku ta polityka zniknie.
 Dziękuję za rozmowę
 To ja Wam dziękuję za to, że chcecie pisać o polityce jednego dziecka, za to, że w ten sposób uczulacie ludzi na masakrę, jaka rozgrywa się w Chinach. Dziękuję, że macie tę odwagę. Bóg błogosławi swój lud: Kościół, wiernych, rządy i organizacje praw człowieka i chce, aby dołączyć do Niego w walce przeciw ogromnemu złu, jakim jest polityka jednego dziecka. Poprzez nasze modlitwy, wsparcie i dzielenie się prawdą może uratować miliony istnień.                                                                        
 



4 czerwca mija 24. rocznica masakry na placu Tiananmen. Wiosną 1989 r. ponad milion chińskich studentów i robotników przez siedem tygodni okupowało plac, domagając się demokratycznych reform. Komunistyczny reżim w Pekinie krwawo rozprawił się z demonstrującymi, wysyłając przeciwko nim czołgi. Liczba ofiar nie jest dokładnie znana; szacuje się, że zginęło wtedy około 4 tys. ludzi. Był to największy protest w komunistycznych Chinach. Chai Ling była jedyną kobietą wśród przywódców demonstracji. Dziś mieszka w Stanach Zjednoczonych i prowadzi z sukcesem działalność biznesową, ale i walczy o zniesienie polityki jednego dziecka w Chinach.
Nowe Panstwo
 

Chiny: polityka jednego dziecka w ChRL


Zabójczy priorytet
Coraz głośniej media i naukowcy w Chinach starają się dać do zrozumienia Pekinowi, jak szkodliwa dla kraju jest polityka jednego dziecka. Jednak brutalne działania pracowników Biura Kontroli Populacji, a także wypowiedzi przedstawicieli rządu, wskazują, że władze chińskie pozostają głuche na jakiekolwiek apele o zniesienie kontroli urodzeń.
Wprowadzona w 1979 r. przez Deng Xiaopinga polityka jednego dziecka miała, według komunistów, zapobiec eksplozji demograficznej i rozprzestrzenianiu się biedy. Dziś na drugie dziecko pozwala się rodzicom na wsi w przypadku, gdy pierwszym okaże się dziewczynka; trójkę dzieci mogą mieć mniejszości narodowe. Wszystkim innym, którzy zdecydują się na „nielegalny” poród drugiego dziecka, grożą ogromne kary (często w wysokości 2-letniej pensji), a kobiety poddawane są przymusowej sterylizacji. Jeśli kobieta mająca już jedno dziecko oczekuje drugiego, dokonuje się przymusowej aborcji nawet w późnych miesiącach ciąży. Pojawił się także nowy problem: selektywna aborcja. Ponieważ za pomocą aparatury ultrasonograficznej można ustalić płeć dziecka, rodzice często decydują się na usunięcie ciąży, gdy płód jest płci żeńskiej. Szacuje się, że rocznie dokonuje się ponad milion takich selektywnych aborcji. Socjologowie biją na alarm, bo w chińskim społeczeństwie zachwiana została równowaga demograficzna. Do 2020 r. 24 mln Chińczyków nie będzie w stanie znaleźć żony. Według socjologów, w niedalekiej przyszłości Państwo Środka będzie musiało stawić czoło przestępczości na tle seksualnym i handlowi żywym towarem.
Eksplozja homoseksualizmu lub wojna
Igor Biełoborodow, dyrektor Instytutu Badań nad Demografią w Moskwie, mówi o innych możliwych, a przemilczanych skutkach polityki kontroli urodzeń, m.in. w Chinach. Rosyjski naukowiec uważa, że dla społeczeństw, w których jest więcej mężczyzn, istnieją pewne charakterystyczne tendencje. „Może to doprowadzić albo do wojny – wiadomo, że kiedy rodzi się więcej chłopców, po pewnym czasie rozpoczynają się działania zbrojne – albo do rozprzestrzeniania się homoseksualizmu” – twierdzi Biełoborodow.
W marcu zeszłego roku znany chiński socjolog-demograf Ho Yafu opublikował w internecie artykuł pt. „Katastrofalny spadek populacji Chińczyków”, w którym zwrócił uwagę na zachwianie proporcji między liczbą ludzi młodych i starszych. Dziś grupa wiekowa do 14. roku życia stanowi ok. 15 proc. społeczeństwa, a ludność w wieku 14–64 lat to prawie 75 proc. Chiny starzeją się szybciej, niż się rozwijają, dlatego w październiku 2012 r., tuż przed zjazdem Komunistycznej Partii Chin Ludowych (KPChL), na którym wyłoniono nowe władze ChRL, Chińska Fundacja Badań nad Rozwojem opublikowała raport, w którym doradzała rządowi rezygnację do 2015 r. z polityki jednego dziecka. Według chińskich naukowców, kontrola urodzeń nie tylko spowodowała gwałtowne starzenie się społeczeństwa i zachwianie równowagi płci noworodków, ale staje się też przeszkodą w rozwoju gospodarczym Chin. Z roku na rok drastycznie spada liczba młodych pracowników z biedniejszych, zachodnich prowincji kraju, którzy mogą podjąć pracę w zakładach na wschodnim wybrzeżu. Wielu zagranicznych inwestorów w ChRL oczekuje, że w ciągu najbliższych lat nastąpi spowolnienie wzrostu gospodarczego w Państwie Środka właśnie z powodów demograficznych.
Także społeczeństwo chińskie oczekuje zmian w polityce planowania ludności. W sondażu przeprowadzonym pod koniec 2012 r. na 30 tys. ankietowanych (serwis mikroblogowy Weibo, odpowiednik Twittera) 71 proc. opowiedziało się za prawem do posiadania dwójki dzieci.
Na początku lutego tego roku Wang Xia, pełniąca w nowym chińskim rządzie funkcję przewodniczącej Państwowej Komisji ds. Ludności i Planowania Rodziny, dała jasno do zrozumienia chińskim naukowcom wzywającym do rezygnacji z surowej kontroli urodzeń, że polityka jednego dziecka nie zmieni się. „To jest polityka długoterminowa i jej celem jest utrzymanie niskiej stopy urodzeń w Chinach” – stwierdziła chińska polityk w oświadczeniu wydanym 6 lutego.
To nie był wypadek
Podlegający Komisji urzędnicy lokalnych Biur Kontroli Populacji brutalnie egzekwują postanowienia komunistycznych władz w Pekinie. W czerwcu zeszłego roku w internecie można było zobaczyć szokujące zdjęcia zabitego w wyniku przymusowej aborcji dziecka 23-letniej Feng Jianmei. Młoda kobieta była w siódmym miesiącu ciąży. Podczas nieobecności męża 20 urzędników z Biura Kontroli Populacji wdarło się do jej domu w prowincji Shaanxi. Feng została przemocą zawleczona do szpitala. Tu zmuszono ją do podpisania zgody na aborcję, a następnie usunięto ciążę.
Kilka dni temu społeczeństwem chińskim wstrząsnęła kolejna tragedia. Doszło do niej 4 lutego w wiosce Mayu koło miasta Wenzhou w prowincji Zhejiang (wschodnie Chiny). Dwóch pracowników Biura Kontroli Populacji przybyło do domu rodziców 13-miesięcznego niemowlęcia z żądaniem zapłacenia kary za pogwałcenie zasady polityki jednego dziecka. Według rzecznika biura doszło do kłótni, rodzicom nakazano udać się do samochodu urzędników. W tym czasie dziecko znalazło się pod pojazdem, a kierowca rzekomo tego nie zauważył. Niemowlę zmarło w szpitalu.
Wiadomość o wydarzeniu nie ukazałaby się w chińskich mediach, gdyby nie postawa mieszkańców wioski. Zaraz po informacji, że dziecko zmarło, blisko tysiąc osób otoczyło budynek miejscowych władz w Mayu. Obawiając się zamieszek, władze wezwały specjalne oddziały policji. W wyniku interwencji rannych zostało dziesięć osób. Przez następne dwa dni wieśniacy nadal protestowali przed budynkiem urzędu. Całą historię opisały najpierw lokalne media, a następnie dziennik „KPChL Renmin Ribao”. W tej sytuacji, aby uspokoić nastroje, władze prowincji postanowiły zatrzymać obu pracowników Biura i zobowiązały się wyjaśnić, czy dziecko zmarło w wyniku wypadku, czy, jak sugerują mieszkańcy wioski, było to działanie celowe.
Obowiązująca w komunistycznych Chinach od ponad 30 lat polityka jednego dziecka spowodowała, że na świat nie przyszło 400 mln Chińczyków. Jej kontynuowanie sprawia, że, jak alarmują chińscy eksperci z Chińskiej Fundacji Badań nad Rozwojem, kraj „ponosi olbrzymie polityczne i społeczne koszty”. Jednak mimo że w obronie rodziny stają chińscy naukowcy i większość społeczeństwa, rząd nadal traktuje politykę jednego dziecka jako priorytet.
Gazeta Polska

Wykończyć ludzi w imię walki o klimat

Na początku stycznia australijscy naukowcy opublikowali raport dotyczący wprowadzonej w 1979 r. chińskiej polityki jednego dziecka. Według badań naukowców kontrola urodzeń ma tragiczny wpływ na rozwój społeczeństwa i rynku pracy w Chinach.
Polityka jednego dziecka doprowadziła do tego, że młode pokolenia w ChRL są nieufnie i egoistycznie nastawione do świata. Nie chcą podejmować ryzyka i stawić czoła narastającej konkurencji.
Na odpowiedź Pekinu na wnioski przedstawione przez australijskich naukowców nie trzeba było długo czekać. W poniedziałkowym wydaniu „China Daily” ukazał się artykuł pt. „Za wcześnie na ocenę polityki jednego dziecka” krytykujący raport, a napisany przez wykładowcę Chińskiej Akademii Nauk Społecznych prof. Li Xiaopinga. Chiński naukowiec twierdzi, że dane zebrane przez Australijczyków nie są reprezentatywne, jako że badań dokonano na 421 mieszkańcach Pekinu, co nie może odzwierciedlać sytuacji w całym kraju. Prof. Lee uważa także, że negatywne cechy młodego pokolenia Chińczyków to nie wina polityki demograficznej rządu, ale wychowania rodziców i systemu edukacyjnego nastawionego na egzaminy (koszty edukacji w ChRL są ogromne, jako że rodzice wydają fortunę na korepetycje). Publikacja kończy się szokującym stwierdzeniem, że skoro świat musi stawić czoła problemom takim jak kryzys rynku żywności, energii i zanieczyszczenie środowiska, to demografowie powinni raczej koncentrować się na sposobach osiągniecia zerowego przyrostu ludności, a nie oceniać politykę chińskiego rządu.
„China Daily” jest organem KPCh i jej głównym celem jest propaganda strategii komunistycznego rządu ChRL.
GPCodziennie

Trump chciał pokazać Xi prawdę o Tajwanie. Dyktator uciekł

Ostatnim punktem wizyty Xi Jinpinga w Stanach Zjednoczonych była wizyta w Archiwach Narodowych w Waszyngtonie. Z pozoru uprzejmość gospodarz...