Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska-Chiny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska-Chiny. Pokaż wszystkie posty

Polska kolej....a może chińska

W ostatnich tygodniach dużo słyszeliśmy o tym, jak to PiS pragnie uchronić jedną ze stacji telewizyjnych przed chińskim przejęciem. Czy rzeczywiście rządzący walczą z chińskim zagrożeniem, skoro spółka należąca do państwowego konsorcjum współpracuje z chińską firmą kontrolowaną przez komunistyczną armię ChRL i zamieszaną w wyzysk Ujgurów?

 

Wśród siedmiu producentów, którzy zgłosili swój akces do konkursu ofert na dostawę 63 wielosystemowych, szybkich lokomotyw dla PKP Intercity, jest konsorcjum państwowe (większość akcji w rękach Agencji Rozwoju Przemysłu) FPS H. Cegielski wspólnie z chińskim CRRC Datong.

CRRC Datong jest częścią CRRC Corp., firmy, która znalazła się na amerykańskiej liście ponad 1100 firm „bezpośrednio wspierających aparat wojskowy, wywiadowczy i bezpieczeństwa ChRL. Administracja Trumpa zakazała inwestowania w te „rzekomo prywatne i cywilne” firmy.

 

Z CRRC przeciw NATO

 

Idąca na duże ustępstwa wobec Pekinu administracja Bidena usunęła CRRC z listy Trumpa, zmieniając kryteria powiązania chińskich firm z Chińską Armią Ludowo-Wyzwoleńczą (ChALW). Za poprzedniej administracji trafiły tam firmy, które „choć pozostają pozornie prywatne i cywilne, bezpośrednio wspierają aparaty wojskowe, wywiadowcze i bezpieczeństwa ChRL”. Lista Bidena dotyczy tylko firm będących bezpośrednio częścią chińskiego kompleksu militarno-przemysłowego.

 

W raporcie[1] z 2019 r. przygotowanym przez organizację badawczą Radarlock i noszącym tytuł “CRRC i pęd Pekinu ku globalnej dominacji w taborach kolejowych” czytamy, że “zarówno poprzez gromadzenie danych, jak i technologię CRRC przyczynia się do rozwoju pekińskiej armii i projektów fuzji wojskowo-cywilnej (MCF); wyraźnie deklarując w swoich dokumentach firmowych rolę w strategii fuzji wojskowo-cywilnej, CRRC założyło fundusz inwestycyjny służący MCF, działa w strefach przemysłowych MCF i dzieli się technologiami, zasobami i danymi z jednostkami wojskowymi i MCF.”

 

Warto tu dodać, że chińska strategia fuzji wojskowo-cywilnej służy m.in. temu, by poprzez chińskie firmy Komunistyczna Partia Chin (KPCh) miała dostęp do specjalistycznej wiedzy i zaawansowanych technologii, tak by wspomóc ChALW w rozwoju i przyjęciu bardziej agresywnej postawy na całym świecie.

 

W opracowanym przez grupę ekspertów, powołanym przez sekretarza generalnego NATO Jensa Stoltenberga, raporcie pt. „NATO 2030. United for a New Era” na temat wzmocnienia politycznej spójności Sojuszu stwierdzono, że Sojusz powinien także opracować długoterminowy plan przeciwdziałania chińskiej strategii fuzji wojskowo-cywilnej.

 

Władze Polski, zgadzając się na współpracę konsorcjum państwowego z firmą będącą ważnym elementem chińskiej strategii fuzji wojskowo-cywilnej, działają na szkodę Sojuszu.

 

Uderzenie w polskie firmy i bezpieczeństwo

 

Pod względem bezpośredniego wsparcia finansowego, CRRC jest jedną z najbardziej subsydiowanych firm w Chinach, co pozwala jej składać w przetargach oferty dużo niższe niż zagraniczni konkurenci. Nie ma to nic wspólnego ze zdrową konkurencją i zasadami wolnego rynku. Współpraca, jak to ma miejsce w przypadku FPS H. Cegielski, oraz dopuszczanie tak działającej chińskiej firmy do przetargów może więc być działaniem na szkodę polskich firm. W wyżej wspomnianym konkursie na dostawę szybkich lokomotyw dla PKP Intercity biorą udział dwie polskie firmy Pesa i Newag.

 

Raport Radarlock mówi także o związkach CRRC z inną chińską firmą powiązaną z ChALW, którą “Stany Zjednoczone określiły jako

drapieżne podmioty lub zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego” - Huawei. „CRRC aktywnie współpracuje z Huawei, łącząc

“infrastrukturę kolejową z infrastrukturą informatyczną Huawei”, czytamy w raporcie.

 

O Huawei wiele wiadomo, ale przypomnijmy, co mówił Guo Wengui, chiński miliarder ubiegający się o azyl w USA i współpracujący m.in. z byłym doradcą Donalda Trumpa, Stevem Bannonem w celu ujawniania korupcyjnych działań komunistycznych Chin. Guo stwierdza, że Huawei jest jedną z 10 firm “w stu procentach kontrolowaną przez chińską armię. Według Guo “ludzie na Zachodzie nie mają racji mówiąc, że to są przedsiębiorstwa biznesowe czy firmy tylko wywodzące się z ChALW. Szefowie wszystkich tych firm mają trzy tożsamości: po pierwsze w wojsku, każdy ma swoje własne numery identyfikacyjne w ChALW, po drugie, osoby te są na liście tych wspieranych i chronionych przez chińskie władze finansowe, po trzecie, mają przywileje dyplomatyczne nadane im przez chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych”.

 

W Polsce toczy się w tej chwili proces Wang Weijinga, byłego dyrektora Huawei oskarżonego o szpiegostwo na rzecz Chin. I choć krótko po aresztowaniu chińskie przedsiębiorstwo poinformowało, że go zwalnia i starało się stwarzać wrażenie, że z działalnością Wanga nie ma nic wspólnego, chińscy komentatorzy wolnych mediów, np. Chen Pokong, nie mają wątpliwości, że Wang to profesjonalny szpieg. Może świadczyć o tym jego życiorys – ukończył Uniwersytet Języków Obcych w Pekinie, czyli kuźnię kadr dyplomatycznych, ale i fabrykę szpiegów Państwa Środka. Praca Wanga w Huawei to też nie przypadek, skoro zdaniem ekspertów chińska agencja szpiegowska ma swoją siedzibę w głównym biurze firmy.

 

Ramię w ramię z komunistami

 

Radarlock w swoim raporcie wykazuje także, że CRRC jest ramieniem Komunistycznej Partii Chin.Większość menedżerów jest bezpośrednio powoływana do realizacji celów politycznych. 105 menedżerów w CRRC nosi podwójne czapki jako liderzy korporacyjni i partyjni.

 

Przewodniczący zarządu Liu Hualong, na przykład, jest także sekretarzem partii. Wiceprzewodniczący Xi Guohua jest też zastępcą sekretarza partii. Personel Partii organizuje w firmie typowe imprezy propagandowe – nawołując pracowników, na przykład, aby oglądali obrady Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych (komunistyczny parlament w Chinach). Aparat partyjny jest również odpowiedzialny za nadzorowanie interakcji firmy za granicą”, tłumaczy Radarlock.

 

Korupcja, pracownicy z obozów koncentracyjnych, szpiegowanie

 

W mediach ogólnodostępne są materiały dotyczące skandali, w jakie poza granicami Chin zamieszane są firmy z CRRC Group.

Chińska firma ma problemy w Afryce Południowej w związku z łapówkami dotyczący przetargu o wartości 3,2 miliarda dolarów na dostawę 1064 lokomotyw spalinowych i elektrycznych firmie logistycznej Transnet.

 

W Australii premier stanu Wiktoria, Daniel Andrews, musiał tłumaczyć się z kontraktu na dostawę pociągów dla metra w Wiktorii przyznanego CRRC Changchun Railway Vehicles, jednej z firm należącej do CRRC Group, którą australijski think-tank Australian Strategic Policy Institute (ASPI) umieścił na liście firm bezpośrednio lub pośrednio czerpiących korzyści z przymusowej pracy Ujgurów.

 

Ujgurzy osadzani są obozach, które KPCh nazywa obozami reedukacji, a światowa opinia i media określają jako obozy koncentracyjne w prowincji Xinjiang. Raport ASPI mówi o transferze części Ujgurów z Xinjiangu do fabryk znanych firm np. Apple, Nike, BMW, Gap, Huawei, Samsung, Sony i Volkswagen, ale i CRRC, znajdujących się w innych prowincjach Chin.

 

Warunki pracy w tych zakładach tak przedstawia raport ASPI:

„Wiele źródeł sugeruje, że w fabrykach w całych Chinach wielu ujgurskich pracowników przebywa w surowych warunkach i izolacji, w ramach tak zwanego „zarządzania w stylu wojskowym”. Poza godzinami pracy uczęszczają na organizowane przez fabryki zajęcia z języka mandaryńskiego, uczestniczą w „edukacji patriotycznej” i nie wolno im praktykować swojej religii. Na 50 ujgurskich pracowników przydzielany jest jeden opiekun rządowy i są oni monitorowani przez lojalny personel aparatu bezpieczeństwa. Mają niewielką swobodę poruszania się i mieszkają w starannie strzeżonych miejscach zakwaterowania, odizolowani od swoich rodzin i dzieci w Xinjiangu.”

 

W Stanach Zjednoczonych Kongres za rządów Trumpa uchwalił przepisy zakazujące amerykańskim firmom transportowym dokonywania zakupu pojazdów z firmy CRRC. Zaważyły tu oczywiście względy bezpieczeństwa m.in. to, że Chińczycy ukrywają złośliwe oprogramowanie w systemie kamer bezpieczeństwa w produkowanych przez siebie wagonach, co umożliwia inwigilację urzędników np. Pentagonu lub Białego Domu podczas jazdy i wysyłanie zebranych informacji do Pekinu.

 

Radarlock definiuje cel działania CRRC na rynku amerykański jako służący “zdziesiątkowaniu przemysłu produkcji wagonów w Stanach Zjednoczonych i tysięcy zatrudnionych tam Amerykanów.”

Taki sam cel przyświeca obecności CRRC w Polsce – chodzi o zdziesiątkowanie polskiego przemysłu i pozbawienie Polaków miejsc pracy.

 

Nie widzą zagrożeń?

 

Aż trudno uwierzyć, że ani polskiemu wywiadowi, ani Agencji Rozwoju Przemysłu, do której należy FPS H. Cegielski, i na czele której stoi Cezariusz Lesisz, bliski współpracownik Mateusza Morawieckiego, a kiedyś jego zmarłego ojca Kornela, nie przeszkadza, że za CRRC stoi chińska armia i partia komunistyczna, i że prosperuje ona m.in. dzięki pracy trafiających do obozów koncentracyjnych Ujgurów.

 

 

 

 

 

 

 

 



[1] https://www.railwayage.com/wp-content/uploads/2019/11/Raderlock-CRRC-Report-October-2019.pdf


Braun bzdurzy

Najpierw polecę wpis na innym blogu TUTAJ.

A od siebie dodam że:
Braun bzdurzy....Chińska firma nie zbuduje Kanału Śląskiego bo jest na "czarnej liście" Banku Światowego za korupcję i oszustwa. Inwestycje tej firmy w innych krajach to skandale. Według sądu w Bangladeszu owa chińska firma płaciła łapówki synowi premiera, który został skazany na sześć lat więzienia. W Jamajce ta sama firma łamała procedury i prawo czym według tamtejszych władz naraziła budżet Jamajki na straty. 
Tak samo wątpliwa była chińska inwestycja w terminal w Łodzi. Gdy min. Macierewicz wstrzymał przetarg, to pewnie Grzegorz Braun też węszył amerykański spisek. A tymczasem prawda jest b. prosta - chiński inwestor ma problemy z wywiązaniem się z zobowiązań finansowych w innym państwie EU.
Oczywiście nie wszyscy są tak czujni jak MON w przypadku Łodzi. Nie tak dawno wiceszef klubu PiS Marek Suski reklamował w Radomiu inną chińską firmę - kontrolowaną przez partię komunistyczną, powiązaną z aparatem chińskich służb, cenzury i propagandy i której inwestycje w swoim kraju zablokowała Kanada.Firma wymieniana jest w Panama Papers.
Gdyby, nie daj Boże, Grzegorz Braun wygrał jakieś wybory, to Polska przypominałaby by Jamajkę lub Bangladesz. Wiarygodność inwestorów powinna być sprawdzana a oszuści przeganiani.

Jak chińskich komunistów nadal drażni Śp. Lech Kaczyński

W komentarzu jaki ukazał się 29 marca na łamach “Global Times” gazety Komunistycznej Partii Chin Ludowych, odnosząc się do wizyty prezydenta Xi Jinpinga w Czechach stwierdzono, że relacje chińsko-czeskie uległy zmianie. W przeszłości Czechy były “czołowym krytykantem” Chin zwłaszcza w kwestii praw człowieka i Tybetu. Teraz jednak Praga skorygowała swoją opinię o Chinach. Jak śpieszy dodać “Global Times” Czechy nie są jedynym krajem, który zmienił swój stosunek do władzy w Pekinie.  Także Polska stała się “bardziej przyjazna” wobec ChRL-u niż to było za “ery Lecha Kaczyńskiego”
Nie po raz pierwszy Pekin wykorzystuje media by przedstawić swój negatywny stosunek do Śp.  Lecha Kaczyńskiego, który rozmawiał z władzą chińską ale, i to komuniści mieli mu za złe, nie dał się zastraszyć i spotykał się z tymi, którzy byli w opozycji do tej władzy (tego drugiego niestety nie potrafią lub nie chcą robić jego następcy).
To niezadowolenie z Lecha Kaczyńskiego Pekin wyraził także przy okazji wizyty Bronisława Komorowskiego w Chinach w 2011 r. Znów wykorzystano do tego media, w których z wizyty byłego prezydenta  zrobiono, jak to określił chiński dysydent Cao Changqing, show propagandowy. Do tej pory dla wielu Chińczyków Polacy byli jednym z najbardziej antykomunistycznych narodów w Europie. Ale właśnie podczas wizyty Komorowskiego Chińczycy otrzymali jasny przekaz: skończyły się problemy z Polakami, bo jak to wyrażały chińskie oficjalne media, polskim przywódcą nie jest już prozachodni Lech Kaczyński, ale liberałowie i Komorowski, którzy są otwarci na Wschód: na Rosję i na Chiny.

NIE dla Instytutu Konfucjusza przy UW


W przyszłym roku przy Uniwersytecie Warszawskim ma zostać powołany Instytut Konfucjusza.
To instutucja propagandowa, finansowana przez rząd Chińskiej Republiki Ludowej, która jest zagrożeniem dla swobody badań naukowych i konstruowania treści dydaktycznych. Instytuty Konfucjusza na całym świecie służą blokowaniu w dyskursie akademickim tematow niewygodnych dla władz ChRL, takich jak prawa człowieka, sytuacja w Tybecie, Tajwan czy Tiananmen.

Więcej na temat zagrożeń, jakie niesie za sobą funkcjonowanie Instytutu Konfucjusza:
http://protectacademicfreedom.org/

Takie instytuty funkcjonują już przy Uniwersytecie Jagiellońskim i przy Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, skutecznie ograniczając wolność słowa wśród studentów i pracowników naukowych.

Wszystkie osoby, które nie zgadzają się na dobrowolne ograniczanie własnej autonomii przez Uniwersytet Warszawski zachęcam do napisania maila do rektora.

Jeśli nie macie czasu na napisanie maila własnymi słowami, możecie wykorzystać treść listu, który wysłałam do sekretariatu rektora. Treść listu poniżej.

Zasypmy rektora mailami, zachęcajmy do tego samego znajomych.
Kto wie, może taka oddolna akcja wpłynie przynajmniej na negocjajce między UW a Instytutem Konfucjusza.

_______________________________________________
rektor@adm.uw.edu.pl


Jego Magnificencja
Prof. Marcin Pałys
Rektor Uniwersytetu Warszawskiego


Szanowny Panie Rektorze,

Jestem bardzo zaniepokojona informacją o planowanym na przyszły rok otwarciu przy Uniwersytecie Warszawskim Instytutu Konfucjusza. Niesie ono w moim odczuciu zagrożenie dla autonomii Uniwersytetu Warszawskiego. Istnieją liczne, doskonale udokumentowane przypadki, w których Instytuty Konfucjusza funkcjonujące przy uczelniach wyższych stanowiły zagrożenie dla swobody wypowiedzi, między innymi poprzez ograniczanie tematów badań naukowych i zawartości materiałów dydaktycznych dotyczących takich tematów jak prawa człowieka w Chinach, sytuacja w Tybecie, tematów związanych z Tajwanem czy Tiananmen.

Z tego względu będę wdzięczna jeśli odniesie się Pan do następujących pytań dotyczących planowanej współpracy między Uniwersytetem Warszawskim a Instytutem Konfucjusza.

1. Czy usunięty został z umowy podpisanej między Uniwersytetem Warszawskim a Instytutem Konfucjusza art. 5 stanowiący, iż działania Instytutu Konfucjusza muszą być zgodne ze zwyczajami, przepisami prawa i innymi zasadami Chińskiej Republiki Ludowej?

2. Czy umowa o współpracy zawiera jakiekolwiek artykuły umożliwiające stronie chińskiej wpływanie na decyzje dotyczące jakości nauczania oraz swobody dyskusji akademickiej?

3. Jakie kroki zostały podjęte w kierunku zapewnienia wolności słowa gwarantowanej przez polskie prawo, w kontekście podpisania umowy z Instytutem Konfucjusza?

4. Jakie kroki zostałyby podjęte w sytuacji, w której ograniczana będzie wolność studentów oraz pracowników naukowych do zadawania pytań lub wypowiadania się na tematy drażliwe dla władz Chińskiej Republiki Ludowej, np. dotyczące praw człowieka czy sytuacji w Tybecie?

Będę z niecierpliwością czekać na Pańską odpowiedź,


Z wyrazami szacunku

Rząd kręci w sprawie chińskiego banku

Choć minister wicepremier i minister gospodarki stwierdził, że Polska nie będzie składała wniosku o przystąpienie do Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych, to przedstawicielka resortu finansów oświadczyła, że nasz kraj już zgłosił akces do AIIB. Jeśli to prawda, to oznacza, że polski rząd podjął decyzję w tej sprawie bez wewnętrznych konsultacji i odpowiednich analiz.

Decyzja o zaangażowaniu Polski w organizowany przez Chińczyków AIIB jest niezwykle ważna, bo to kontrowersyjny projekt, którego szczegóły nie są jeszcze do końca znane. Na dodatek wiele wskazuje, że jest on wymierzony w Stany Zjednoczone i amerykańskiego dolara, który jest dominującą w świecie walutą w obrotach handlowych i na rynku pieniężnym. W USA pojawiło się wiele krytycznych komentarzy sugerujących, że inicjatywa powołania AIIB to próba stworzenia konkurencji dla zdominowanego przez Amerykanów Banku Światowego. Przystąpienie Polski do AIIB będzie więc oznaczało opowiedzenie się po jednej ze stron. Dlatego decyzja o udziale naszego kraju w chińskim projekcie powinna być podejmowana z rozwagą i uwzględniać nie tylko biznesowy, ale także polityczny aspekt projektu.
Tymczasem ze strony polskiego rządu płyną w tej sprawie sprzeczne komunikaty. Najpierw wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński poinformował 31 marca, że nasz kraj na razie nie będzie składał wniosku o przystąpienie do Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych, bo „mamy inne elementy rozgrywania naszej strategii”. Tego samego dnia, jak doniósł dziennik „Rzeczpospolita”, Izabela Leszczyna, sekretarz stanu w Ministerstwie Finansów, oznajmiła na Twitterze, że wysłano już list, w którym Polska zgłosiła swój akces do AIIB. Informację tę potwierdziła rzecznik resortu Wiesława Dróżdż. A więc zgłoszono akces, choć – jak przyznała to pani wiceminister – Pekin „nie podał reguł i kosztów” związanych z przystąpieniem do tego projektu, a resort musi dopiero ustalić, „czy koszty nie przewyższą ewentualnych zysków”. 
Kraje, które były zainteresowane udziałem w projekcie, decyzje o przystąpieniu do AIIB podejmowały na podstawie analiz opracowanych przez ekspertów i przedstawionych parlamentarzystom danych krajów. Jeśli więc prawdą jest, że polski rząd zgłosił już swój akces do chińskiego projektu, to zrobił to bez odpowiedniego przygotowania. Hipotezę tę potwierdza Ministerstwo Finansów, które w przesłanym do RMF FM oświadczeniu stwierdziło, że planuje się przeprowadzenie wraz z innymi zainteresowanymi resortami stosownej analizy potencjalnych korzyści i kosztów oraz szans i ewentualnych zagrożeń płynących z potencjalnego zgłoszenia przez Polskę ewentualnego akcesu do AIIB. Analizy więc dopiero powstaną, mimo to rząd zdecydował się złożyć wniosek o przystąpienie do AIIB. Na stronie resortu finansów nie można znaleźć oficjalnego stanowiska i wyjaśnienia, dlaczego mimo że wicepremier Piechociński mówił o nieskładaniu wniosku, wniosek ten jednak wysłano.
Gazeta Polska Codziennie

Chińczycy wciągają Polskę w wątpliwy projekt

Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB) to teraz gorący temat dyskusji wszędzie na świecie – wszędzie, ale nie w Polsce, gdzie rząd wydaje się nie mieć jednoznacznego stanowiska w sprawie tego projektu. Oficjalnie mówi się, że bank ma stwarzać bodźce dla wzrostu inwestycji na terenie Azji. W rzeczywistości długofalowym celem Chin jest doprowadzenie do końca dominacji Stanów Zjednoczonych w międzynarodowym sektorze bankowym.

Powstający z inicjatywy Chin AIIB ma zostać utworzony do końca roku, a jego siedziba będzie się znajdowała w Pekinie. Ma oficjalnie służyć rozwojowi transportu, energetyki, telekomunikacji i innych dziedzin infrastruktury w Azji. Już pod koniec grudnia zeszłego roku chiński prezydent Xi Jinping mówił, że Azja może rządzić się sama. Komunistyczne media ChRL-u często zaś powtarzają, że przyszedł czas na „wiek Azji”, a nie Ameryki.
Na dzień 12 kwietnia br. na oficjalnej liście państw, które ChRL zaakceptowała jako członków założycieli banku, znalazło się 46 krajów. Większość to kraje regionu azjatyckiego lub Bliskiego Wschodu. Jednak jest również kilka europejskich graczy, m.in. Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Włochy, Dania, Finlandia, Szwajcaria, Luksemburg oraz Malta. Chińskie ministerstwo nie wymienia jeszcze Polski i Rosji, mimo że oba państwa twierdzą, że złożyły wnioski aplikacyjne. Do inicjatywy nie przystąpią USA. Na razie wstrzymują się także np. Japonia, Belgia i Irlandia. Pełna lista uczestników ma być znana 15 kwietnia.
Sam projekt AIIB jest jeszcze w powijakach, a zasady już ulegają zmianom. Naciski Wielkiej Brytanii spowodowały, że Pekin zapowiedział rezygnację z prawa weta w banku. Korea Południowa zapowiedziała, że wysunie żądanie, aby siedziba instytucji nie mieściła się w Pekinie.
Co do składek, to państwa same zgłaszają wkład do kapitału zakładowego banku. Australia zaoferowała udział w wysokości 600 mln dol., a docelowo miałaby przekazać 3 mld dol. Korea Południowa na początek chce wnieść 180 mln dol., a w całości 1,7 mld dol. Tajwan mówi o 200 mln dol.
W wielu państwach, jak choćby w Japonii czy na Tajwanie, media szeroko komentują decyzje podjęte przez rządy w sprawie AIIB, a władze dość jasno prezentują swoje stanowisko. Japonia np. podjęła decyzję o niewysyłaniu na razie wniosku o przystąpienie do AIIB, ponieważ, jak mówi premier Japonii Shinzo Abe, wątpliwości jego rządu budzą m.in. standardy zarządzania bankiem oraz procedury selekcji instytucji kwalifikujących się do uzyskania kredytu z AIIB. Japońskie MSZ przyznało, że Tokio nie otrzymało dotąd od Chińczyków satysfakcjonujących wyjaśnień w sprawie zgłaszanych wątpliwości.
Gorąca dyskusja na temat chińskiej inicjatywy toczy się także na Tajwanie, którego prezydent, mimo rekomendacji ekspertów, aby na razie wstrzymać się z decyzją o przystąpieniu do AIIB, zdecydował złożyć w imieniu swojego kraju wniosek aplikacyjny. Popularny tajwański bloger i komentator polityczny Lu Huaixuan na łamach tamtejszej gazety „Liberty Times” pisze, że istnieje obawa, iż kraje ubiegające się o fundusze będą musiały „popierać chińskie inicjatywy dyplomatyczne, ekonomiczne i militarne – otwierać swoje rynki dla Chin i kupować chiński sprzęt wojskowy”. Bloger zauważa, że kredyty, które będą udzielane przez AIIB na projekty dotyczące rozwoju infrastruktury w tym lub innym kraju, będą w większości źródłem dochodów chińskich firm, powiązanych z aparatem partii komunistycznej. To właśnie Chińczycy bowiem najprawdopodobniej będą zatrudnieni do budowy nowych dróg. Taka więź polityczno-biznesowa w Państwie Środka jest przyczyną ogromnej korupcji i ta przypadłość grozi też rozwijającej się pod chińską kontrolą inicjatywie AIIB.
Nie jest to ostatni budzący wątpliwość fakt. Dane opublikowane w zeszłym roku przez Chińską Radę Promocji Handlu Zagranicznego (CCPIT) wskazują, że z ponad 20 tys. chińskich firm inwestujących za granicą 90 proc. poniosło straty o łącznej wartości 200 mld dol. Polskim firmom mówi się, że nasze uczestnictwo w AIIB przyniesie im kontrakty i większą obecność na chińskim rynku. To samo mówiono, gdy w czasie wizyty prezydenta Bronisława Komorowskiego w 2011 r. w ChRL-u Polska zawierała z Pekinem partnerstwo strategiczne. Jednak należy pamiętać, że to Chiny będą miały decydujący głos w przyznawaniu kontraktów i wykorzystają projekty inwestycyjne podjęte w ramach AIIB do ratowania swoich firm przynoszących straty na lokalnym rynku. Na przykład huty – duże państwowe konglomeraty, które nie mogą być zlikwidowane, bo oznaczałoby to utratę pracy dla setek tysięcy ludzi, a tym samym zamieszki w kraju. Władze chińskie zrobią wszystko, aby zagraniczne projekty w ramach AIIB służyły chińskiemu przemysłowi stalowemu, cementowemu, transportowemu, budowlanemu itd. 
Gazeta Polska Codziennie

Chińczycy rzucili się na nasze mięso

Chińczycy przejęli grupę Smithfield – największego amerykańskiego producenta wieprzowiny. Ta transakcja może mieć opłakane skutki. Nie tylko dla Amerykanów. Smithfield ma bowiem swoje spółki między innymi w Wielkiej Brytanii i Polsce
Mimo iż Chiny są największym światowym producentem wieprzowiny, nie są w stanie zaspokoić ogromnego popytu wewnętrznego i są zmuszone do importu mięsa. Chiński konsument 10 lat temu spożywał tylko 19 kg wieprzowiny, dziś – 39 kg. Nie dziwią więc chińskie inwestycje, które mają zabezpieczyć dostawy mięsa.
Na początku października tego roku sfinalizowano zakup przez chiński Shuanghui International Holdings notowanej na amerykańskiej giełdzie grupy Smithfield. Transakcje najpierw zatwierdzili akcjonariusze, a następnie zgodę na nią wydał amerykański nadzór. Pierwszą decyzją, jaką ogłosili nowi właściciele, było wycofanie akcji spółki z giełdy, co znaczy, że nie będą musieli składać corocznych szczegółowych raportów o jej sytuacji finansowej.
Własność komunistów
Nowy właściciel Smithfield, firma Shuanghui, to największy producent mięsa w Chinach. Roczna produkcja Shuanghui wynosi 2,7 ml ton, a przychody za ubiegły rok to 6,2 mld USD. Na Zachodzie i w informacjach, jakie firma przekazuje po angielsku, chiński producent mięsa przedstawiany jest jako jedno z niewielu prywatnych przedsiębiorstw w ChRL.  Zupełnie inne informacje co do stanu własności przedstawiane są po chińsku. Dane te mówią, że Shuanghui jest przedsiębiorstwem państwowym, a więc należy do partii komunistycznej. Na czele firmy stoi Wan Long, były żołnierz Armii Ludowo-Wyzwoleńczej i członek Komunistycznej Partii ChRL. Wan Long zasiada także w Ogólnochińskim Zgromadzeniu Przedstawicieli Ludowych (OZPL), czyli chińskim parlamencie. Zgodnie z konstytucją ChRL, OZPL stanowi najwyższy organ władzy państwowej, ale de facto podlega kontroli Stałego Komitetu Biura Politycznego.
Jak ustalił amerykański  dwutygodnik „The New American”,  Wan Long jest także członkiem Centralnego Komitetu ds. Kulturalnego i Etycznego Rozwoju KPChL, którego zadaniem jest „budowanie kultury duchowej w oparciu o socjalizm i  budowa harmonijnego społeczeństwa socjalistycznego”, czyli organu partii zajmującego się propagandą komunistyczną.
Niebezpieczeństwa
Amerykańscy rolnicy obawiają się, że nowe władze Smithfield nie będą honorować zobowiązań, jakie wobec rolników podjął zarząd amerykański.
– Znamy chińską kulturę działania i nie mamy pewności co do ich prawdziwych intencji. Gdybyśmy naprawdę wierzyli, że ta zmiana jest dobra dla całego przemysłu, a dla nas oznacza, że będziemy zarabiać, nie protestowalibyśmy – mówił w wypowiedzi dla portalu  fayobserer.com Tom Butler, właściciel 8 tys. świń i dostawca mięsa dla Smithfield.
Eksperci zajmujący się technologiami przemysłowymi twierdzą, że teraz Chińczycy będą mieli dostęp do tajemnic amerykańskiej bromatologii (nauki zajmującej się badaniem żywności pod kątem jej wartości odżywczych, składu chemicznego etc.), co nie będzie służyło konkurencyjności innych amerykańskich firm mięsnych.    
Przeciwnicy transakcji wskazują także na inne niebezpieczeństwo. Firma Smithfield posiada ogromne połacie ziemi w bliskim sąsiedztwie amerykańskich obiektów wojskowych. Przejście firmy w chińskie ręce może więc oznaczyć osłabienie bezpieczeństwa narodowego.
Sukcesy Bronisława
Zakup Smithfield przez Chiny to problem nie tylko amerykański. Firma ma swoje spółki m.in. w Wielkiej Brytanii i Polsce. W Polsce Smithfield jest od 1999 r. właścicielem Animexu – największego polskiego producenta mięsa i właściciela takich marek jak Krakus czy Morliny. W Polsce firma zatrudnia 7,6 tys. ludzi, a w ubiegłym roku wielkość sprzedaży osiągnęła równowartość 1,2 mld zł. Animex zapewnia: „Jako lider na rynku skupu żywca czujemy się odpowiedzialni za przyszłość polskiego rolnictwa, a w szczególności polskiej branży mięsnej”. Wydaje się jednak, że polski zarząd nie ma wpływu na przyszłość swojej własnej firmy.
Jeszcze rok temu Animex twierdził, że przygotowuje się do podboju chińskiego rynku. Pod koniec 2011 r. Chińczycy zgodzili się na eksport polskiego mięsa do ChRL (najpierw zgodę dostało tylko siedem firm, teraz jest ich ok. 20). Mówiono, że  jest to wynik udanej wizyty prezydenta Komorowskiego w Chinach. Sami Chińczycy otwarcie mówili jednak, że nie trzeba wizyty głowy państwa, aby poprawić wymianę handlową z Polską. – Polska powinna produkować towary konkurencyjne na rynku chińskim, a z Chin sprowadzać półprodukty, które następnie będzie sprzedawać jako gotowe produkty do pozostałych krajów europejskich – radzi prof. Kong Tianping z Chińskiej Akademii Badań nad Europą Wschodnią. Tymczasem, chcąc pokazać rzekome rezultaty wizyty Komorowskiego w ChRL, polskie władze i media mainstreamowe mówiły o podboju Chin przez polskie mięso. Chińczycy natomiast przygotowywali się krok po kroku do przejęcia nad nim kontroli. Zaczęli od zezwolenia na eksport polskiego mięsa i otwarcie w Polsce filii Bank of China, która będzie wspomagać finansowanie działań chińskich firm i zapewni łatwy przepływ kapitału chińskiego przy inwestycjach w Polsce.
Gazeta Polska

Obrażone uczucia. Jak chińska maszyna wzięła się za polskiego siatkarza

W niedzielę 2 sierpnia hala w Ningbo skandowała „MVP", kiedy Tomasz Fornal odbierał nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów Ligi Naro...