Pod koniec lipca br. dyrektor FBI Christopher Wray ostrzegł, że z perspektywy kontrwywiadu aktywność chińskich szpiegów jest największym zagrożeniem dla USA. Potwierdzają to ujawnione w ostatnich dniach informacje o działaniach chińskiego wywiadu wobec amerykańskiej senator oraz amerykańskiego biznesu.
W ubiegłym tygodniu portal Politico ujawnił, że chiński wywiad zwerbował pracownika w kalifornijskim biurze Dianne Feinstein, senator USA i byłej przewodniczącej komisji ds. wywiadu Senatu Stanów Zjednoczonych. Szpieg przez 20 lat pracował dla amerykańskiej polityk jako jej kierowca, a także brał udział w spotkaniach w chińskim konsulacie w imieniu Feinstein. Senator przyznała na Twitterze, że pięć lat temu została poinformowana przez Federalne Biuro Śledcze (FBI), że chiński wywiad próbował zwerbować jednego z pracowników jej biura. Według „The San Francisco Chronicle” FBI nie było w stanie postawić zarzutów kierowcy, bo przekazane Chinom informacje nie były zbyt ważne, ale w końcu Feinstein zmusiła go do odejścia na emeryturę.
W wypowiedzi dla stacji KPIX 5 z San Francisco były pracownik FBI Jeff Harp stwierdził, że to, iż chiński wywiad próbował zdobywać informacje z biura kalifornijskiej senator, nie jest niczym zadziwiającym. – Proszę pomyśleć o tym, do czego Dianne Feinstein miała dostęp. Po pierwsze, miała dostęp do chińskiej społeczności tutaj, w San Francisco. Po drugie, pani senator wciąż ma bardzo bliskie powiązania z komisjami wywiadowczymi w Waszyngtonie – przypomniał Harp.
W ostatnich latach w USA aresztowano kilkoro pracowników rządowych, działających na rzecz chińskiego wywiadu. W ub.r. głośno było o zatrzymaniu Candace Claiborne, która od 1999 r. pracowała dla amerykańskiego Departamentu Stanu m.in. jako dyplomata w Iraku, Sudanie i Chinach, a jednocześnie dostarczała informacje wywiadowi ChRL. W czerwcu br. FBI aresztowało 58-letniego Rona Rockwella Hansena, byłego pracownika Agencji Wywiadu Obronnego USA pod zarzutem pracy dla chińskiego wywiadu, za co Hansen miał otrzymać od Chińczyków ok. 800 tys. dol.
Były agent FBI Jeff Harp w rozmowie z KPIX 5 stwierdził, że Chiny przede wszystkim uprawiają szpiegostwo gospodarcze. – Koncentrują się na badaniach i rozwoju, technologii oraz tajemnicach handlowych – przyznał.
Kilka dni temu amerykańskie media doniosły właśnie o kolejnym przypadku działania chińskiego wywiadu w gospodarce. W piątek w Nowym Jorku aresztowany został inżynier pracujący dla firmy General Electric (GE). Postawiono mu zarzut kradzieży tajemnic handlowych, dotyczących technologii turbin. Oskarżony, Xiaoqing Zheng, jest obywatelem USA, ale ma także obywatelstwo ChRL. Według informacji podanych przez amerykańskie media Zhang przyznał się do wykradania tajemnic i do tego, że jest pracownikiem firm w Chinach, które zajmują się tymi samymi technologiami, nad którymi on pracuje dla GE i na które rząd Chin gotowy jest zapewnić duże fundusze.
Podczas przeszukania domu Zhenga agenci FBI znaleźli i skonfiskowali przewodnik opisujący środki, które chiński rząd przekaże osobom lub podmiotom za dostarczenie określonych technologii.
Według raportu przygotowanego przez biuro amerykańskiego przedstawiciela ds. handlu (US Trade Representative) i ujawnionego przez administrację Donalda Trumpa Chiny kradną od USA informacje i technologie o wartości od 225 mld do 600 mld dol.
W lipcu br., występując na forum bezpieczeństwa w Aspen, w stanie Kolorado, dyrektor FBI Christopher Wray ocenił, że z punktu widzenia służb kontrwywiadowczych Chiny stanowią największe i najbardziej różnorodne zagrożenie dla USA. – Skala tych działań, ich powszechność i waga to coś, czego w mojej opinii USA nie mogą lekceważyć – dodał Wray.
Gazeta Polska Codziennie
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty
Chińskie wpływy w Australii
Kilka dni temu w australijskiej
stacji telewizyjnej ABC ukazał się program, w którym grupa naukowców, urzędników
i polityków przestrzega przed tajnymi
dzałaniami jakie na terenie Australii prowadzą Chiny. Działania te, jak określił
jeden z wypowiadających się, “niszczą system polityczny w Australii”.
Prowadzący program zaczął od
tego, że od miesięcy świat żyje tym czy Rosja miała wpływ na wybory
prezydenckie w USA . “Ale to nie jest jedyny taki przypadek. Ameryka nie jest
jedyną demokracją, która była obiektem
takich ataków i Rosja nie jest jedynym krajem oskarżonym o taka działalność
wywrotową” .
Australijski wywiad (ASIO)
ostrzega, że działania szpiegowskie i obca ingerencja ze strony Komunistycznej
Partii Chin Ludowych ma miejsce na niespotykaną skalę w Australii i jest zagrożeniem dla suwerenności i
bezpieczeństwa tego państwa.
Śledztwo przeprowadzone przez
dziennikarzy programu Four Corners (ABC) i Fairfax Media (jedna z największych grup medialnych
w Australii) ujawniło, stopień infiltracji sceny politycznej w Australii
przez rząd Chin i jego pełnomocników.
Głównym obiektem chińskich działań są
uczelnie wyższe, lokalne społeczności i grupy studenckie, media chińskojęzyczne
w Australii, a nawet czołowi politycy w tym kraju. Biznesmeni związani z KPCh
przekazują miliony w formie dotacji dla czołowych australijskich partii
politycznych i w ten sposób kupują sobie wpływy, a nawet forsują politykę, która
nie jest w interesie Australii.
W programie przedstawiono min.
sprawę Chinki, Sheri Yan, której ojciec był oficerem Chińskiej Armii
Ludowo-Wyzwoleńczej, a mąż jest byłym wysokim rangą oficerem australijskiego
wywiadu. Yan, jak wskazuje wiele dowodów, szpiegowała na rzecz władz ChRL.
ABC ujawniła także, że szef ASIO
Duncan Lewis zorganizował spotkanie z przedstawicielami centroprawicowych partii
i głównej partii opozycyjnej, lewicowej ALP ponieważ zaniepokoiły go
wpływy jakie chińscy biznesmeni powiązani z KPCh mają w tych ugrupowaniach. W
programie przedstawiono min. chińskiego biznesmena, dewelopera, dr Chau Chak
Winga. Zapewnił on sobie dostęp do wielu polityków w tym kraju właśnie za
pomocą pieniędzy. Przed przybyciem do Australii i uzyskaniem tam obywatelstwa,
Chau w swoim kraju, Chinach, był członkiem Ludowej Politycznej Konferencji
Konsultatywnej Chin czyli ciała doradczego komunistycznego rządu ChRL.
Prof. Rory Medcalf z National
Security College ANU uważa, że osoby z taką przeszłością nawet jeśli nie
otrzymują jakichkolwiek wskazówek od władz ChRL, to same czują się zobowiązane
, by “zrobić odpowiednie wrażenie na rządzących w Chinach i by zademonstrować,
że są dobrymi członkami partii, że działają w jej interesie”.
Australijski wywiad
zainteresował się dr Chao ze względu na jego bardzo bliskie relacje z Sheri Yan.
Yan w 2015 r. została aresztowana w Nowym Jorku i oskarżona o wręczanie łapówek Johnowi Ashe, byłemu przewodniczącego sesji
Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Pieniądze miały pochodzić od jednej z firm dr Chao.
W programie stacji ABC pokazano
też jak chińskie władze monitorują stowarzyszenia chińskich studentów w w
Australii. Ich członkowie są zobowiązani donosić do ambasady ChRL na swoich
kolegów prowadzących antykomunistyczną
działalność. Występująca w programie jedna z liderek takiego stowarzyszenia przyznaje, że doniosłaby na swoich kolegów dla
bezpieczeństwa innych studentów i dla Chin.
Anthony Chang, który uciekł z Chin do Australii po tym jak został zatrzymany w swoim kraju za rozwieszanie plakatów popierających niepodległość Tajwanu, opowiada jak po jego wystąpieniu na jednym z protestów w Brisbane na rzecz prodemokratycznych środowisk w Hongkongu, w domu jego rodziców w Chinach pojawiła się bezpieka i zażądała, aby Anthony wycofał się z politycznej aktywności w Australii.
Anthony Chang, który uciekł z Chin do Australii po tym jak został zatrzymany w swoim kraju za rozwieszanie plakatów popierających niepodległość Tajwanu, opowiada jak po jego wystąpieniu na jednym z protestów w Brisbane na rzecz prodemokratycznych środowisk w Hongkongu, w domu jego rodziców w Chinach pojawiła się bezpieka i zażądała, aby Anthony wycofał się z politycznej aktywności w Australii.
Australijscy dziennikarze
opisali także innego chińskiego biznesmena, którym interesuje się wywiad ich
kraju . Huang Xiangmo dorobił się milionów na deweloperce w Chinach. Hwang
pojawił się w Australii w 2011 r i wydał miliony na wspieranie np. jednej z
edukacyjnych inicjatyw władz Australii, czym zdobył sobie uznanie i dostęp do
wielu polityków w tym kraju. Stał się szybko jednym ze darczyńców Liberalnej
Partii Australii (LPA).
W Australii Hwang nie ukrywa
swojego poparcia dla polityki KPCh i jest prezesem Australijskiego Komitetu
Promującego Pokojowe Zjednoczenie Chin, organizacji, która jak Pekin uważa, że
Tajwan jest częścią ChRL, a także popiera chińską ekspansję na Morzu
Południowochińskim. Jest to jedna z najbardziej wpływowych organizacji wśród
chińskiej społeczności w Australii.
Jak duże są wpływy Hwanga
wśród australijskich polityków pokazuje wydarzenie tuż przed wyborami w 2016 r.
Hwang obiecał wtedy partii ALP 400 tys
AUD. W czerwcu 2016 r. rzecznik ALP skrytykował działalność Chin na Morzu
Południowochińskim i dodał, że Australia powinna rozważyć swoje zaangażowanie
na tym terenie. Zaraz potem Hwang zadzwonił do ALP i poinformował partię, że
pieniążków nie będzie. Kilka dni później jeden z senatorów ALP w wypowiedzi dla
chińskich mediów stwierdził, że Australia nie powinna mieszać się w kwestie dot.
Morza Południowochińskiego. Ten sam senator obiecał Hwangowi pomoc w załatwieniu
mu australijskiego obywatelstwa. Ta kwestia nie została jeszcze rozpatrzona
ponieważ Chińczyk jest pod lupą australijskiego wywiadu.
Według Petera Jenningsa z
think tanku Australian Strategic Policy
Institute chińscy biznesmeni zagranicą dążą do tego, by zaspakajać polityczne i
strategiczne cele KPCh, przez co zapewniają sobie powodzenie w interesach i
dostęp do wsparcia finansowego na intratnych warunkach.
Program stacji ABC można
obejrzeć TUTAJ
Uczelnie, wywiad, Chiny
W materiale jaki ukazał się 24 lutego, Fox News opisuje jak działająca
na terenie USA uczelnia powiązana z chińską armią prawdopodobnie przekazywała
reżimowi ChRL dane dotyczące amerykańskich żołnierzy.
Chodzi o University of Management and Technology (UMT), który znajduje
się w Rosslyn w stanie Virginia, ok. 7 km od Pentagonu. Uczelnia powstała w
1998 r. i ma także filię w Pekinie. W ciągu ostatnich 5 lat miało ją ukończyć 5
tys. studentów. Uniwersytet szczególnie chlubi się tymi kursantami, którzy
“stacjonują w amerykańskich bazach wojskowych na całym świecie”.
Już kilka lat temu szkole zaczęły przyglądać się FBI, Pentagon, Departament Sprawiedliwości,
Federalna Agencja Imigracyjno-Celna i Kryminalne Biuro Śledcze Marynarki
Wojennej (NCIS).
W 2012 r. FBI weszło do domu rektor uczelni Yanping Chen Frame (64 l.) i
jej męża J. Davidsona Frame, dziekana UMT.
W młodości Yanping Chen była oficerem Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej(ChALW).
Do USA przybyła z córką w 1987 r. i studiowała na Uniwersytecie Jerzego Waszyngtona.
Miała stypendium od władz chińskich. Gdy ubiegała się o obywatelstwo USA na
pytanie czy była członkiem partii komunistycznej albo czy miała jakieś związki z
totalitarnym reżimem, odpowiedziała że nie. Wiadomo także że jej ojciec, Chen
Bin, był generałem ChALW.
W rozmowie z agentami FBI córka
Yanping Chen, która także pracuje na UMT, przyznała że “zleceniodawcy” mieli
dostęp do danych dotyczących studentów uczelni, w tym
także żołnierzy. Rektor Chen była szczególnie zainteresowana bazą lotniczą
Wright-Patterson
w Ohio i innymi bazami w centrum kraju. Chciała stamtąd pozyskiwać
studentów, a tym samym informacje o jednostkach. Pomimo wszystkich tych
doniesień, UMT cały czas otrzymuje dotacje z Departamentu Obrony. W 2014 r. uczelnia i
departament podpisały protokół ustaleń, według którego szkoła będzie je
otrzymywać do 2019 r. Po interwencji Fox News rzecznik Pentagonu, Laura Ochoa,
stwierdziła że w związku z pozyskanymi
informacjami sprawa dotacji zostanie ponownie rozpatrzona. FBI nie
wypowiedziało się w sprawie, a NCIS odmówiła komentarza “ze względu na nadal toczące się śledztwo”.
Fox News ma wrócić do sprawy.
Jest to ciekawy przykład tego jak
władze Chin po przez środowisko akademickie prowadzą działalność wywiadowczą.
Warto o tym pamiętać teraz gdy obecne władze naszego kraju, a zwłaszcza minister Gowin, tak bardzo otwierają się na współpracę z
chińskimi uczelniami, ale zupełnie nie zdają sobie sprawy z istniejących już
zagrożeń. Kilka miesięcy temu zadałam pytanie Ministerstwu Nauki i Szkolnictwa Wyższego czy w związku z rozszerzającą się działalnością
na polskich uczelniach Instytutów Konfucjusza (jednostek kontrolowanych przez komunistyczne władze Chin), ministerstwo jest świadome, że
coraz więcej uczelni na Zachodzie albo alarmuje, że Instytuty Konfucjusza (IK) ograniczają wolność
studentów oraz pracowników naukowych do zadawania pytań lub wypowiadania się na
tematy drażliwe dla władz Chińskiej Republiki Ludowej, np. dotyczące praw
człowieka czy sytuacji w Tybecie, albo po prostu rezygnuje z dalszej współpracy
z IK. Otrzymałam wtedy odpowiedź, że “do ministerstwa nie dotarły
informacje o tego typu sytuacjach”. Niestety totalna ignorancja. A tymczasem wiadomo
że sprawa jest poważna, bo na przykład w czasie Światowych Dni
Młodzieży w
Polsce pielgrzymów z Chin, Tajwanu i Hongkongu inwigilowali chińscy agenci, którzy
na co dzień pracujący
w chińskich instytucjach kulturalnych lub w chińskich firmach w naszym kraju.
Studiujący chińscy szpiedzy
W działalność szpiegowską na rzecz ChRL zaangażowani są studenci tego kraju przebywający na zagranicznych uczelniach. Problem ten w USA jest tak ogromny, że – jak twierdzi Paul Williams z firmy BlackOps Partners Corporation zajmującej się pozyskiwaniem informacji i kontrwywiadem dla czołowych firm amerykańskich – służby wywiadowcze Stanów Zjednoczonych są nim przytłoczone.Williams w wypowiedzi dla „Epoch Times”, chińskiej gazety wydawanej m.in. w USA i na Tajwanie, podkreślił, że studenci-szpiedzy odgrywają zasadniczą rolę w chińskim systemie szpiegowskim. Pomagają wzmocnić wywiad, który „działa według zasady, że jedna osoba może ukraść 10 tys. dokumentów lub można mieć 10 tys. szpiegów, którzy przyczynią się do zdobycia jednego dokumentu”.
Pracujący dla wywiadu ChRL studenci mają dostęp do badań na zagranicznych uczelniach, a po studiach wielu z nich buduje swoją karierę w chińskich korporacjach lub instytutach badawczych, zwłaszcza tych, które otrzymują kontrakty rządowe.
Proces rekrutacji tajnych wywiadowców rozpoczyna się jeszcze w Chinach. Tuż przed wyjazdem studentów na zagraniczne stypendia kontaktują się z nimi chińskie służby bezpieczeństwa z żądaniem lojalności wobec ojczyzny i przekazywania wszelkich informacji, które przyniosą korzyść Chinom. Szpiegostwo jest przedstawianie jako sprawa patriotycznego obowiązku.
Od lat pod lupą FBI jest Stowarzyszenie Studentów i Naukowców Chińskich (CSSA), mające swoje siedziby w dużych centrach akademickich USA. Choć filie CSSA nie są oficjalnie powiązane z Komunistyczną Partią Chin Ludowych, to ich władze wybiera partia, a działalność znajduje się pod ścisłą kontrolą ambasad i konsulatów ChRL.
Były chiński szpieg mieszkający obecnie w USA, Lu Dong, potwierdza, że to właśnie studenci są ważnym elementem systemu wywiadowczego Chin, a ich operacje nadzorowane są przez agencję rządową – biuro ds. Chińczyków mieszkających za granicą.
Sprawa szpiegów chińskich w środowiskach akademickich dotyczy nie tylko USA. Informacje o penetracji grup studentów i naukowców pochodzących z Chin przez wywiad chiński dochodzą także z Australii. Według Yanga Juna, byłego przewodniczącego organizacji Studenci Australii i Chin, działalność Pekinu nie ogranicza się tylko do infiltrowania środowiska akademickiego, ale także do rozbijania organizacji założonych na obczyźnie przez Chińczyków znanych ze swojego antykomunistycznego nastawienia, niesienia pomocy dysydentom czy rodzinom ofiar tragedii na placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 r. Chen Yonglin, były pracownik chińskiego konsulatu w Sydney, któremu Australia udzieliła azylu, przyznał, że inwigilacja Chińczyków mieszkających za granicą czy wypadki szpiegostwa wśród stypendystów z ChRL to problemy nie tylko USA czy Australii.
Gazeta Polska Codziennie
Spóźniona sprawiedliwość to niesprawiedliwość
Czerwoni Khmerzy mówili, iż stworzą niebo na ziemi dla „dobrych żołnierzy”. Ci „źli”, czyli intelektualiści, zakonnicy, kapłani, kobiety (nawet te w ciąży) i dzieci, byli wysyłani do obozów pracy lub na pola śmierci. Co stało się z Pańską rodziną, kiedy Pol Pot objął władzę?
Mieszkaliśmy w mieście, a mój ojciec był właścicielem apteki; automatycznie zostaliśmy zakwalifikowani przez Czerwonych Khmerów jako tzw. nowi ludzie, co oznaczało, że byliśmy podludźmi wobec „starych ludzi”, czyli chłopów. Wysłano nas do prowincji Pursat i moi rodzice musieli pracować na roli. Byliśmy wycieńczeni, wygłodzeni i czuliśmy, że umieramy. Nagle, w listopadzie 1975 r. Czerwoni Khmerzy ogłosili, że Wietnamczycy mieszkający w Kambodży mogą wrócić do Wietnamu. Moja mama jako dziecko nauczyła się wietnamskiego, rozmawiając ze służbą, która głównie pochodziła z Wietnamu. Postanowiła więc, że aby wydostać się z tego polpotowskiego piekła na ziemi, będziemy udawać Wietnamczyków. Przetransportowano nas do obozu, gdzie czekaliśmy na rozmowę z wietnamskimi urzędnikami, podczas której głównie sprawdzano znajomość języka. Liczono się z tym, że będzie wielu takich jak my, „fałszywych Wietnamczyków”, którym za złapanie groziła śmierć. W tym czasie mój ojciec był już ciężko chory na czerwonkę. Nie było żadnych lekarstw, mogliśmy tylko patrzeć, jak w cierpieniu umiera. Po śmierci taty mama owinęła nas (piątkę dzieci) kocami, musieliśmy udawać bardzo chorych i udaliśmy się na rozmowę z wietnamskimi oficjałami. Przeszła pomyślnie i znaleźliśmy się na łodzi płynącej do Wietnamu.
To wszystko wymagało niesamowitej odwagi ze strony Pańskiej matki. Jak to się stało, że w końcu znaleźliście się w Stanach?
Mama powiedziała: „Jeśli już mamy zginąć, to lepiej uciekając niż w obozie pracy w Kambodży”. Tak, to niesamowita odwaga. Naprawdę sprawdzano jej znajomość języka dwukrotnie – najpierw zrobili to Czerwoni Khmerzy, a potem Wietnamczycy. Dwukrotnie „zdała test”, ale nie była to tylko jej zasługa. Nawet w obozie Wietnamczycy pomagali jej „doszlifować” język. I tak z pomocą Buddy się udało. Siostra mojej mamy mieszkała w Wietnamie i byliśmy u niej do 1978 r. Stąd udaliśmy się do Francji, a po siedmiu latach byliśmy już w USA.
Jako uczeń już w Stanach napisał Pan list do prezydenta Reagana, dziękując mu za walkę z komunizmem. To też wymagało odwagi. Przecież kręgi akademickie w USA są bardzo lewackie. Pokazał Pan ten list swojej nauczycielce?
Odczułem na własnej skórze, jakich szkód może dokonać komunizm – zniszczył moją rodzinę, odebrał możliwość cieszenia się z życia rodzinnego, spowodował śmierć mojego ojca. Do dziś nie wiem, co się stało z moim najstarszym bratem Sangkum (mieszkał on z siostrą mojej mamy, której mąż był ministrem. Po dojściu do władzy Pol Pota słuch po nich zaginął). Uważałem, że powinienem podziękować Reaganowi, który powiedział, że „komunizm jest złem”. Miał odwagę nazywać rzeczy po imieniu. I oczywiście nie mogłem pokazać tego listu mojej nauczycielce pani Morrisom, bo z pewnością nie spodobałby się jej. Przecież mieszkaliśmy w „Ludowej Republice Berkley!” Ale byłem wtedy dość naiwny i często wdawałem się w spory z innymi uczniami, a moje prawicowe widzenie świata było czymś niekonwencjonalnym. Tak naprawdę nie zostawiano ludziom o poglądach takich jak moje żadnego miejsca w debacie. Obrona wartości republikańskich stała się wręcz niebezpieczna. Ale kiedy po latach wróciłem do Berkley, byłem miło zaskoczony, bo największym klubem na kampusie okazał się Republikański Klub Uniwersytetu Berkley. Co za uciecha! Nigdy nie należy tracić nadziei.
W 1989 r., kiedy upadł system komunistyczny w Polsce, nasz polityczny establishment wmówił nam, że ściganie sądowne komunistycznych aparatczyków to nie akt sprawiedliwości, ale zemsta. W rezultacie w Polsce nie dokonano dekomunizacji. Jak Kambodża radzi sobie z rozliczaniem się ze zbrodni popełnionych przez komunistyczny reżim Czerwonych Khmerów, który pochłonął prawie 2 mln ofiar?
W Kambodży, niestety, także próbuje się przymknąć oczy na te zbrodnie. Trzeba pamiętać, że obecny premier Hun Sen był Czerwonym Khmerem, ale pod koniec lat 70. uciekł do Wietnamu. Obowiązująca narracja jest taka: byli dobrzy Czerwoni Khmerzy (do nich oczywiście zalicza się Hun Sen), którzy występowali przeciwko złym Czerwonym Khmerom. Taką retorykę promowało od samego początku wielu lewicowych naukowców na Zachodzie. Dla mnie jest to pozbawione sensu.
Pod koniec lat 90. Hun Sen powiedział obywatelom Kambodży, aby „wykopali dół i pogrzebali przeszłość”. Dziś, gdy pojawiają się żądania sprawiedliwości, grozi się, że spowoduje to powrót do przemocy. A spóźniona sprawiedliwość to niesprawiedliwość! A niesprawiedliwości dziś w Kambodży jest ogrom i tylko niewidomy mógłby jej nie zauważyć. Moja nieżyjąca już, niestety, mama jako buddystka wierzyła w prawo karmy, w to, że w tym lub następnym życiu będziemy musieli zapłacić za nasze winy. I ja też ufam, że każdy dobry czyn przyniesie dobro, a każdy zły będzie ukarany.
Ale mam wrażenie, że łatwiej o sprawiedliwość w Kambodży niż w Polsce. Jednak przywódcy Czerwonych Khmerów są teraz sądzeni (a niektórzy już zostali skazani) przed Trybunałem ONZ ds. osądzenia zbrodni popełnionych przez Czerwonych Khmerów (ECCC). I to mimo ich sędziwego wieku. Oczywiście są próby opóźniania obrad Trybunału ze względu na „zły stan fizyczny oskarżonych”. Takie same argumenty wysuwa się w Polsce, gdy chce się postawić przed sądem komunistycznych przywódców. Jak Pan reaguje na takie wymówki? I jakie znaczenie ma dla narodu Kambodży to, że ci, którzy dokonywali na nim zbrodni, stają przed obliczem Temidy?
Oczywiście wściekłem się, gdy na przykład była minister spraw socjalnych za rządów Pol Pota została zwolniona z aresztu z powodu choroby Alzheimera albo gdy jej mąż Ieng Sary, były minister spraw zagranicznych, umarł kilka miesięcy temu i uniknął sprawiedliwości. Jest zatem nadal uważany za niewinnego, mimo że obciążające go dowody są porażające! I był jednym z tych, którzy nagromadzili przez lata spore środki finansowe.
Ten proces ma znaczenie dla przyszłych pokoleń – tu chodzi o odpowiedzialność. Mówi się, że dzisiejsi więźniowie mogą być w przyszłości premierami. Ale może też być odwrotnie. Wystarczy zapytać o to mieszkańców krajów, w których doszło do Arabskiej Wiosny.
Wspomniani przywódcy Czerwonych Khmerów Pol Pot i Ieng Sary ukończyli szkoły na Zachodzie, m.in. paryską Sorbonę. Kiedy francuski ks. François Ponchaud alarmował Zachód, jakich zbrodni dokonują komuniści w Kambodży, wielu zachodnich intelektualistów, np. Noam Chomsky, zaatakowało misjonarza, występując w obronie Czerwonych Khmerów. Zachód edukował więc przyszłych zbrodniarzy, a potem racjonalizował
ich działania. Czyli zachodnia lewica jest w jakimś stopniu współodpowiedzialna za zbrodnie popełnione w Kambodży. Na rozprawach Trybunału ks. Ponchaud apeluje, aby przed sądem stanęli nie tylko Czerwoni Khmerzy, ale i np. Kissinger…
Nie można zaprzeczyć, że Kambodża została w ogromny sposób zniszczona przez amerykańskie bombardowania. Postawa lewicowych intelektualistów to porażka. Jednak uważam, że to Czerwoni Khmerzy muszą odpowiedzieć za dokonane zbrodnie. Tak samo muszą być pociągnięci do odpowiedzialności ci, którzy dziś przyczyniają się do rozwoju korupcji i do opieszałości wymiaru sprawiedliwości.
Kilka miesięcy temu Kambodża wprowadziła prawo karzące za negowanie zbrodni Czerwonych Khmerów. Prawo to jednak nie zakazuje byłym żołnierzom Czerwonych Khmerów piastowania funkcji państwowych. Jak Pan odbiera tę regulacje?
To jednak wyłącznie gra polityczna wymierzona w opozycję (niektórzy jej liderzy rzeczywiście próbowali umniejszać zbrodnie dokonane przez Czerwonych Khmerów). Nowe prawo przegłosowano tuż przed wyborami w rekordowym tempie, a tymczasem prace nad jakąkolwiek ustawą wymierzoną w korupcję ciągną się latami. Gdyby wprowadzono zakaz sprawowania władzy przez byłych Czerwonych Khmerów, to byłaby dopiero zmiana, doszłoby do prawdziwej wymiany elit politycznych. Ale dzisiejsza Kambodża to dziwne miejsce, w którym, jeśli chcesz być częścią obowiązującego systemu, częścią establishmentu, zapomnij o zdrowym rozsądku; jeśli mówi ci się, że białe to czarna, a czarne to białe, to musisz to powtarzać.
Thomas Jefferson powiedział, że „gdy ludzie boją się rządu, wtedy jest tyrania; gdy rząd boi się ludzi, wtedy jest wolność”. Kambodża zmienia się, osiągnęła niesamowity rozwój gospodarczy – roczny wzrost gospodarki wynosi około 10 proc. rocznie. Z drugiej strony kraj trawi korupcja, patologiczny układ, w którym powiązani z rządzącą partią biznesmeni dostają intratne rządowe kontrakty. Jaka jest naprawdę dzisiejsza Kambodża? Ile tu tyranii, a ile wolności?
Kambodża to, niestety, nadal miejsce, w którym obywatele boją się rządu, ponieważ ten może odebrać im to, co posiadają, zabrać wolność, a w niektórych przypadkach nawet życie. Raport opublikowany przez międzynarodową organizację pozarządową mającą na celu ochronę praw człowieka, Human Rights Watch, zakazany w Kambodży, podaje wiele takich przypadków. Rok temu zastrzelono Chut Wutty, który walczył o ochronę środowiska Kambodży, a zwłaszcza lasów w prowincji Pursat. Tu wycina się ogromne połacie zieleni i buduje głównie chińskie fabryki. Udziały w tych zakładach mają wysoko postawieni urzędnicy z ministerstw spraw socjalnych i obrony. Okoliczna ludność mówiła, że strzały do Wutty oddała żandarmeria. Profesor Harvardu Jim Robinson, współautor książki „Dlaczego narody upadają”, opowiedział mi, co odpowiedział mu jeden z mieszkańców wioski w Kambodży, gdy ten zapytał, jak wygląda rozwój kraju: „Rząd buduje drogę na ziemi, którą ci zabrał”.
Dwucyfrowy rozwój gospodarczy to rzeczywiście imponujące. Obawiam się, jak bardzo zrównoważony jest ten rozwój I czy będzie on trwał więcej niż jedną dekadę. Kambodża jest nadal na początku drogi rozwoju. Brak możliwości dla młodych, wzrastają nierówności majątkowe, a rację ma zawsze władza. Mówienie prawdy staje się coraz trudniejsze. Proszę pamiętać, że przez ostatnie 30 lat Kambodżą rządzi ten sam człowiek – Hun Sen. Ale coś z tym będziemy musieli zrobić, bo parafrazując mędrca Hillela, „jeśli nie my, to kto, jeśli nie teraz, to kiedy?”.
Nowe Panstwo
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Obrażone uczucia. Jak chińska maszyna wzięła się za polskiego siatkarza
W niedzielę 2 sierpnia hala w Ningbo skandowała „MVP", kiedy Tomasz Fornal odbierał nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów Ligi Naro...
-
W niedzielę 2 sierpnia hala w Ningbo skandowała „MVP", kiedy Tomasz Fornal odbierał nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów Ligi Naro...
-
Na Tajwanie głośno zrobiło się o relacji, którą trudno czytać bez wstrząsu. Tajwanka występująca pod pseudonimem „MG" opowiedziała w em...
-
Dziś mija dokładnie rok od chwili, gdy Karol Nawrocki złożył przysięgę przed Zgromadzeniem Narodowym. Kancelaria Prezydenta podsumowuje ten ...

