Pokazywanie postów oznaczonych etykietą protesty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą protesty. Pokaż wszystkie posty

Kolejne protesty w Chinach


W zeszłym roku doszło w Chinach do dużego kryzysu na rynku P2P lending (peer-to-peer lending w Polsce szerzej znane jako pożyczki społecznościowe). Upadło wtedy ok. 380 takich platform. Wiele z owych platform to po prosto piramidy finansowe (Ponzi scheme). W 2018 r. doszło też do wielu protestów oszukanych.
Ale kryzys cały czas trwa i wybuchają nowe protesty.
Pod koniec marca upadła kolejna duża platforma Tuandai.com. 
Skupiała ona ok. 220 tys. pożyczkodawców i pożyczkobiorców, a zainwestowano w „projekt”  ok. 14,5 mld yuanów (2,2 mld USD).
6 kwietnia poszkodowani protestowali pod siedzibą lokalnych władz w mieście Dongguan w południowych Chinach. 


Demonstrujący  przed budynkiem byli usuwani siłą przez policję. Ponad 200 osób aresztowano. W okolicy protestu na cały dzień zamknięto 2 stacje metra.
Na początku kwietnia upadły platformy P2P w miastach Chengdu (prowincja Sichuan) i Hangzhou (prowincja Zhejiang) i władze obawiają się kolejnych protestów. 
Kiedy pojawiły się platformy P2P , komunistyczny rząd w Chinach przedstawiał je jako “innowacyjny model, który pomoże zreformować przemysł finansowy” ChRL – tak, tak ulubione słowo komunistów to innowacja.
Teraz gdy miliony tracą pieniądze komuniści mówią o większej kontroli platform, ale jednocześnie represjonują demonstrujących.

Takich platform i giełd, które są zwykłym oszustwem, a przez lata Chińczycy byli zachęcani także przez władze do inwestowania w nie, są tysiące. Inny przykład:
giełda tzw. pomniejszych metali przemysłowych Fanya Metals Exchange na której inwestorzy stracili przynajmniej 40 mld juanów (25,4 mld zł). Do inwestowania w nią zachęcał tak wychwalany przez niektórych prawicowych polityków i dziennikarzy tzw. chiński ekonomista Song Hongbing. (Pisałam o tym TUTAJ
Poszkodowani na giełdzie przychodzili na publiczne występy Songa i na kilku trochę mu się dostało.


W Polsce p. Song robi za eksperta i był zapraszany do Sejmu, na wywiady i obiadki.

Te protesty w Chinach pokazują jak niestabilne jest to państwo, jego system finansowy i prawo, jak wiele jest tam problemów, które w każdej chwili mogą przekształcić się w duży konflikt. Przebywający niedawno w Polsce prof. Er Pingzhang mówił, że w ChRL wystarczy mała iskra, by doszło do ogromnych wystąpień. (TUTAJ)
Tymczasem Polakom wmawia się, że Chiny to kapitalizm, wolny rynek i wielka szansa (tę bzdurę można było przeczytać w tzw. prawicowym medium Gazecie Polskiej – pisałam o tym TUTAJ) albo, że mamy słuchać rzekomych ekspertów stamtąd, takich jak Song Hongbing.


Protesty Chińczyków wybuchają na całym świecie

Jak relacjonowała „Codzienna”, w ub. tygodniu kilkuset Chińczyków zatrudnionych przez firmę z Państwa Środka przy budowie fabryki papieru na południowym wschodzie Białorusi przeprowadziło strajk, domagając się pensji. Podobne protesty mogą zdarzyć się w każdym kraju, w którym inwestują lub działają chińskie firmy, zwłaszcza te budowlane, zatrudniające w większości robotników z ChRL. Także w samych Chinach wzrasta liczba strajków wywołanych złymi warunkami pracy i nieotrzymywaniem należnych wynagrodzeń.

Za budowę fabryki papieru w białoruskiej miejscowości Dobrusz odpowiedzialna jest chińska firma Xuan Yuan. Przy pracach zatrudniono prawie tysiąc pracowników z Państwa Środka. Chiński kontraktor nie był jednak w stanie dotrzymać terminu prac, a trzy miesiące temu zaprzestał dokonywania wypłat sprowadzonym przez siebie robotnikom. Ci ogłosili strajk, a ponad 250 z nich rozpoczęło 300-km marsz do Mińska, aby tam prosić o pomoc chińskiego ambasadora. Dyplomata przybył jednak wcześniej do oddalonego o 25 km od Dobrusza miasta Homel i tam spotkał maszerujących robotników. Udało się mu namówić strajkujących do powrotu do pracy, choć nie wiadomo na jakich warunkach. Przedstawiciele białoruskiego przedsiębiorstwa papierniczego w Dobruszu oświadczyli, że w pełni rozliczyli się z chińską firmą Xuan Yuan.
Białoruskie media mówią o zwiększającej się liczbie chińskich pracowników w ich państwie. W ciągu kilku najbliższych lat może ona wynieść nawet 650 tys. osób. Strajk, który wybuchł w Dobruszu, przedstawia się też jako dużą rysę na zacieśniającej się współpracy Pekinu z Mińskiem. W maju br. podczas wizyty chińskiego prezydenta Xi Jinpinga w Mińsku podpisano porozumienie w sprawie przyznania Białorusi kredytów wysokości 7 mld dol. (3 mld dol. to kredyt preferencyjny, a 4 mld dol. to komercyjny kredyt dla banków białoruskich na finansowanie projektów biznesowych) i zwiększenia chińskich inwestycji. Prezydent Xi podkreślał też, że Białoruś leży w centrum Europy, jest więc ważna strategicznie dla Nowego Jedwabnego Szlaku – chińskiego projektu, mającego połączyć Europę z Azją serią linii transportowych i energetycznych. Podobnie strona chińska wypowiada się o Polsce i liczy na nowe kontrakty w naszym kraju. Dlatego też warto, aby Polacy dokładnie przyglądali się, jakie problemy mogą stwarzać chińskie inwestycje. Inwestorzy, kontraktorzy z ChRL, często ściągają ze sobą robotników, którym nie oferują należytych warunków, nie wypłacają wynagrodzeń i łamią lokalne prawo pracy.
Strajk chińskich robotników na Białorusi to nie pierwszy wypadek takiej akcji protestacyjnej w państwie, w którym inwestycje prowadzone są przez Chińczyków. Do podobnych protestów dochodzi w Afryce. Na kontynencie tym pracuje już prawie milion obywateli ChRL, a jeszcze 10 lat temu było ich 100 tys. Pierwsze protesty chińskich robotników w Afryce zaczęły się już w 2005 r. Wtedy to 1,5 tys. Chińczyków wtargnęło do swojej ambasady w Port Louis, stolicy Mauritiusa. Powodem demonstracji była śmierć z wycieńczenia 31-letniej Chinki pracującej w fabryce tekstyliów, należącej do firmy z ChRL. Robotnicy narzekali, że musieli pracować tam po 16 godzin dziennie i jeszcze obniżano im stawki. Podobne protesty miały też miejsce w Afryce Południowej, Liberii i Zambii.
Akcje protestacyjne prowadzone za granicą przez chińskich pracowników, którym ich rodzime firmy nie są w stanie zapewnić godnych warunków pracy, idą w parze ze zwiększającą się liczbą strajków w samych Chinach.
Tylko w ciągu pierwszych miesięcy 2015 r. miało wybuchnąć w Państwie Środka ponad 1,4 tys. strajków. Dla porównania w 2011 r. zarejestrowano ich ok. 200 (dane z China Labor Bulletin – organizacji działającej w Hongkongu i zajmującej się obroną praw pracowników w Chinach). Eksperci ostrzegają, że obserwowane właśnie spowolnienie chińskiej gospodarki doprowadzi do jeszcze większej liczby protestów. Najwięcej strajków odnotowuje się w sferze budowlanej, a ich główną przyczyną jest niepłacenie wynagrodzeń przez pracodawców. Do protestów dochodzi także w zakładach i firmach należących do zagranicznych inwestorów. W połowie czerwca br. na południu Chin demonstrowali pracownicy brytyjskiej sieci supermarketów Tesco, domagając się sprawiedliwego traktowania.
W rządzonych przez komunistów Chinach oficjalnie edukacja dotycząca prawa pracy nie jest w fabrykach mile widziana, ale wraz z rozwojem mediów społecznościowych robotnicy sami odkrywają należne im prawa. – To, co w tej chwili widzimy, to kształtowanie się w Chinach ruchu robotniczego w prawdziwym tego słowa znaczeniu – uważa Duan Yi, czołowy prawnik prawa pracy w Państwie Środka. Zhang Zhiru, który prowadzi grupę pomagającą robotnikom walczyć o ich prawa, uważa, że „rozwój społeczny i wzrost świadomości pracowników na temat potrzeby ochrony ich praw przyczyni się do rozwoju społeczeństwa chińskiego”.
Gazeta Polska Codziennie

Nie dają się chińskiemu smokowi

Setki Tajwańczyków okupowały parlament kraju w proteście przeciwko ratyfikacji umowy z Chinami o wolnym handlu. Zdaniem protestujących nowy dokument daje władzom w Pekinie, nieuznającym od dziesięcioleci niepodległości Tajwanu, zbyt wiele możliwości wpływania na tajwańską gospodarkę.
We wtorek po południu podczas posiedzenia tajwańskiego sejmu, podczas którego miała się odbyć ratyfikacja nowej umowy o wolnym handlu z Chinami, wdarła się grupa ok. 300 tajwańskich studentów i rozpoczęła okupację budynku.
Studenci żądają renegocjacji porozumienia i przeprosin ze strony tajwańskiego prezydenta Ma Yingjiu, który zgodził się na podpisanie umowy, a teraz żąda ratyfikacji bez żadnych konsultacji społecznych. W środę rano do gmachu parlamentu miała wejść policja i usunąć protestujących. Jednak przy wejściu do budynku stanęli posłowie i politycy tajwańskiej opozycji, którzy chcą bronić studentów. Przed siedzibą parlamentu gromadzą się cały czas ludzie i dochodzi do przepychanek z policją.
Podpisana 21 czerwca ub.r. w Pekinie umowa, dotycząca sektora usług, pozwala Chinom i Tajwanowi na inwestycje na rynku usług drugiej strony. Oznacza to na przykład, że ChRL będzie mogła otwierać na Tajwanie swoje banki, domy maklerskie, wydawnictwa, hotele, biura podróży czy szpitale. Zaraz po podpisaniu umowy na Tajwanie doszło do demonstracji i zamieszek zorganizowanych przez obywateli, którzy obawiają się, że otwierając się na kolejne chińskie inwestycje, wyspa staje się coraz bardziej zależna od komunistycznego rządu w Pekinie. Niezrozumiałe jest także to, że tajwański prezydent Ma Yingjiu zgodził się na podpisanie porozumienia bez jakichkolwiek konsultacji z przedstawicielami biznesu, których bezpośrednio dotyczy umowa.
Dokument powinien zostać ratyfikowany przez tajwański parlament. Jednak silny sprzeciw społeczny, a także ze strony partii opozycyjnych – Demokratycznej Partii Postępu (DPP) i Unii Solidarności Tajwanu (TSU) – doprowadził do zgody ze strony rządzącej wyspą partii Kuomintang na tzw. publiczne wysłuchania w parlamencie. Podczas nich przedstawiciele sektora usługowego mieliby wyrazić swoje opinie wobec treści zawartego z Chinami porozumienia i zaproponowaliby poprawki. Opozycja chciała nie tylko spojrzeć na umowę z punktu widzenia poziomu otwartości rynku i uczciwej konkurencji, lecz także wziąć pod uwagę aspekt bezpieczeństwa narodowego. Przeprowadzone w tajwańskim sejmie konsultacje miałyby stworzyć ramy do renegocjacji przepisów.
Kilka dni temu strona rządząca złamała jednak obietnicę i ogłosiła, że umowa podpisana z Chinami jest tak naprawdę zarządzeniem wykonawczym, nie wymaga żadnych konsultacji i ma być szybko poddana pod głosowanie.
Gazeta Polska Codziennie

Nie dają się chińskiemu smokowi. Bronią wolności kraju przed reżymem w Pekinie

Relacja z protestu w Tajpej


Od wtorku tysiące Tajwańczyków głównie studentów okupuje parlament kraju w proteście przeciwko ratyfikacji umowy z Chinami o wolnym handlu. Zdaniem protestujących nowy dokument daje władzom w Pekinie, nieuznającym od dziesięcioleci niepodległości Tajwanu, zbyt wiele możliwości wpływania na tajwańską gospodarkę.
Studenci żądają aby prezydent Tajwanu Ma Yingjiu przeprosił za sposób w jaki zawarto umowę 21 czerwca ub.r. - bez jakichkolwiek konsultacji z przedstawicielami biznesu, których bezpośrednio dotyczy umowa – i doprowadził do jej renegocjacji. Podpisana w Pekinie umowa, dotycząca sektora usług, pozwala Chinom i Tajwanowi na inwestycje na rynku usług drugiej strony. Oznacza to na przykład, że ChRL będzie mogła otwierać na Tajwanie swoje banki, domy maklerskie, wydawnictwa, hotele, biura podróży czy szpitale.
Tajwan ogłosił niepodległość w 1949 r. Obecnie jest uznawany przez 21 państw członkowskich ONZ. ChRL jednak nadal uważają go za swoją zbuntowaną prowincję.
W środę rano rząd zamierzał usunąć okupujących teren Sejmu siłę. Doszło do potyczek pomiędzy studentami a policją. W obronie protestujących wystąpili posłowie.
Od wtorku wieczorem przed budynkiem parlamentu dzień i noc gromadzą się protestujący.
Do okupujących tajwański sejm studentów dołączyli także wykładowcy akademiccy, lekarze i prawnicy.
W czwartek atmosfera przed budynkiem była bardzo spokojna, a studenci choć zmęczeni mówili portalowi niezalezna.pl, że są bardzo zdeterminowani i będą walczyć tak długo jak trzeba będzie.
W piątek po południu po braku reakcji ze strony władzy studenci ogłosił, że okupacja będzie kontynuowana i wezwali do rozszerzenia sprzeciwu poprzez organizowane siedzących protestów wokół siedzib rządzącej Tajwanem partii Kuomintang.
Cały czas wzrasta liczba osób manifestujących przed Sejmem wokół którego w piątek po południu pojawiło się także dużo więcej policji. Władze Tajwanu ściągają jednostki policyjne z innych miast do Tajpej.
Zdjęcia

Nie pierwszy taki protest – dlaczego dziennikarz solidaryzuje się ze sprawcą wybuchu

Solidaryzowanie się z człowiekiem, który dopuścił się zatrważającego czynu, wydaje się czymś  zrozumiałym, gdy słyszymy tak liczne historie osób skrzywdzonych, którym brakuje już woli życia - tłumaczyła i opracowała Hanna Shen. 
W ciągu kilku ostatnich lat jako dziennikarz spotkałam wielu ludzi, którym odebrano jakąkolwiek wolę życia. Dziś do tej grupy dołączył jeszcze jeden człowiek – Ji Zhongxing, niepełnosprawny, który 20 lipca zdetonował bombę na lotnisku w Pekinie.
Jesteśmy z Ji rówieśnikami. Oboje urodziliśmy się w 1979 r. Gdy wczoraj czytałam o tym, co go spotkało w życiu, doznałam dziwnego uczucia.
W 2005 r. oboje mieliśmy po 26 lat. Ji Zhongxing mieszkał w Dongguan, w prowincji Kanton. Na swoim motocyklu w nocy oczekiwał na pasażerów. Było to oczywiście nielegalne, ale Ji pracował ciężko. Pragnął się ożenić, mieć dzieci. Ja także byłam wtedy w Kantonie. Miałam chłopaka, a nasz związek był źródłem starć z moimi rodzicami. Ani myślałam z niego zrezygnować, więc przenieśliśmy się z chłopakiem do Pekinu.
W 2005 r. życie Ji legło w gruzach. Został okrutnie pobity przez strażnika agencji ochrony i  stał się inwalidą. Nie mógł już się ożenić i mieć dzieci. Dla Ji tragedią stało się jego własne życie; dla mnie tragedią stało się to, o czym przyszło mi pisać, wykonując moją pracę.
21 lipca około pierwszej nad ranem wyszłam z pekińskiego szpitala Jishuitan i udałam się taksówką do domu. To było kilka godzin po tym, jak Ji zdetonował bombę. Zanim to zrobił, poprosił znajdujących się w okolicy lotniska ludzi, aby się oddalili. Eksplozja zraniła tylko jedną osobę: Ji.
Widziałam, jak leżący na noszach Ji, został przeniesiony do sali operacyjnej. Wyobraziłam sobie, że kiedy będzie ją opuszczał, będzie krzyczał. Ale tak się nie stało. Leżał bardzo spokojnie. Widziałam jego gęste brwi na wychudzonej twarzy.
Lekarze amputowali właśnie jego lewą rękę tuż przy nadgarstku. „Lewą dłoń niemal zupełnie rozsadziło” – powiedział jeden z chirurgów.
Ji opowiedział kiedyś swoją historię na blogu. O tym, jak został pobity, a potem sparaliżowany. O tym, jak dochodził sprawiedliwości w sądach, pisał petycje do władz, ale wszystko jak grochem o ścianę. Wrócił w rodzinne strony, do prowincji Shandong i tu zaopiekował się nim ojciec staruszek.
Po eksplozji na lotnisku zdjęcie Ji jeszcze z 2005 r. krążyło w Internecie. Był na nim niemal nagi, a dolną część jego ciała pokrywały zaropiałe rany. To dziwne uczucie, by po eksplozji solidaryzować się z tym, który jej dokonał. Wiem, że to, co zrobił, jest przerażające. Moja pierwsza reakcja była taka: on nie chciał nikogo zranić; z jego strony to była forma zemsty.
I tak siedząc w taksówce i spoglądając na rozległe nocne niebo w Pekinie, pomyślałam o dwóch innych osobach, z którymi przeprowadzałam wywiady. Im także nie pozostawiono niczego, co dawałoby im wolę życia.
Górnik
Nazywał się Li Aiping. Dobrze go pamiętam. Za każdym razem, gdy o nim myślę, zastanawiam się, czy jeszcze żyje.
W 2009 r. pojechałam do Konsorcjum Stali w Wuhan, aby zbadać problem zatrucia środowiska w centralnej prowincji Hebei. Cały czas szedł za mną mężczyzna powyżej 70. Nie mówił po mandaryńsku, więc prawie nie rozmawialiśmy.
Po tym, jak zebrałam potrzebne materiały, to właśnie on zaprowadził mnie do domu jednego z mieszkańców okolicznej wioski. Pokój, w którym się znaleźliśmy, był niesamowicie zniszczony. Niczego w nim nie było. W kącie na brudnym kocu leżał mężczyzna.
Potem opisałam jego historię na moim blogu. „Widziałam górnika, który został ranny 10 lat temu. Kiedy weszłam do pustego pokoju, nie zdawałam sobie sprawy, że tam ktoś jest. Nagle zobaczyłam mężczyznę z długimi włosami przykrytego kołdrą… poprosił, abym się zbliżyła i kiedy dowiedział się, że jestem dziennikarką, opowiedział mi o swoim życiu, które pragnął, aby się zakończyło. Z bólem próbował unieść się z łóżka, aby pokazać mi swój kręgosłup i nogi, w których stracił już czucie.
Nie mogłam wtedy zamknąć oczu, chociaż chciałam; zmuszałam się, aby w jakiś sposób ogarnąć ten przerażający widok.
Nagle, ów obcy mi człowiek zaczął szlochać. Leżąc, próbował unieść się, aby się skłonić. Podniosłam się, aby go zatrzymać; zdawałam sobie sprawę, że jeśli to zrobi, będzie jeszcze bardziej cierpieć. Jego kręgosłup podtrzymywały dwa metalowe pręty, a on mimo to próbował się skłonić!
Nie wiem, czy aby dodać otuchy jemu, czy może, aby pocieszyć samą siebie, zrobiłam zdjęcie pożółkłego i pomiętego już dokumentu, który otrzymał z sądu. Nie wiedziałam, co, poza wykonaniem tego zdjęcia, mogłam dla niego zrobić.
Li Aiping został sparaliżowany w wyniku wypadku w kopalni. Właściciel kopalni odmówił zapłaty odszkodowania. Li wygrał sprawę sądową, ale sąd nie był w stanie wyegzekwować wykonania wyroku. Li nie wiedząc, co zrobić, by otrzymać należną mu rekompensatę, poprosił żonę, aby doprowadziła go najpierw do sądu, a potem do domu właściciela kopalni. Wierzył, że może godny politowania stan, w jakim się znalazł, przemówi do serca tych, którzy powinni mu pomóc. Ale, jak w wielu takich tragicznych wypadkach w Chinach, próba obrony własnych praw nie powiodła się.
Aby przeżyć, musiał poświęcić swoją godność i zezwolić żonie na małżeństwo z innym mężczyzną, który w zamian miał go utrzymywać. Niestety, ten człowiek wkrótce zginął w wypadku w kopalni.
Kiedy spotkałam Li Aipinga, był już sparaliżowany od 10 lat. A jednak wciąż tliła się w nim iskierka nadziei, bo wierzył, że media mogą mu pomóc. Po tym, jak wróciłam do Pekinu, wysłał mi kilka SMS-ów. Zawsze był nad wyraz uprzejmy.
Za każdym razem, gdy otrzymywałam od niego wiadomość, targały mną dziwne uczucia. Z jednej strony uważałam, że powinnam skontaktować się z lokalnym prawnikiem; może on sprawi, aby wykonano wyrok. Może powinnam skontaktować się z którymś z moich dawnych znajomych, którzy mają dojścia do wpływowych ludzi w lokalnym rządzie, w tamtejszym sądzie.
Ale zaraz po tym przychodziła myśl, że nie powinnam się w tę sprawę angażować: „Minęło już 10 lat. Czy ja naprawdę mogę odwrócić tę sytuację? Poza tym, nadal musiałabym prosić o pomoc innych; musiałabym starać się przekonać ich, aby wykazali zrozumienie dla sprawy Li”.
Z czasem Li Aiping wysyłał mi wiadomości coraz rzadziej. Prawdę mówiąc, odetchnęłam z ulgą. Ale dziś znów wracam myślami do niego. Minęły cztery lata. Czy jego zniszczone, poranione nogi są w lepszym stanie? Czy on jeszcze żyje?
Gdyby to właśnie on był sprawcą wybuchu na lotnisku albo każda inna z osób, z którą przeprowadzałam wywiad, moja odpowiedzialność byłaby jeszcze większa. A gdyby na detonację zdecydowała się... matka?
Matka
Kiedy jej córka miała niewiele ponad pięć lat, została zgwałcona w szkole przez starszego mężczyznę, który groził jej nożem. Bandyta został uwięziony, ale po roku zwolniono go warunkowo.
Matka dziewczynki nie była usatysfakcjonowana. Wniosła sprawę do sądu przeciwko szkole. Przegrała, a szkoła wzięła odwet. Matka miała trójkę dzieci, ale po sprawie sądowej nie było dla nich miejsca w żadnej szkole w okolicy.
Zgwałcona dziewczynka rosła. Jej młodszy brat i siostra też zbliżali się do wieku szkolnego. Każdego dnia patrzyli na rodziców gotowi iść do szkoły. Ale starsza siostra mówiła im: „Nie idźcie do szkoły, aby uczyć się czytać. Tam są źli ludzie. Źli ludzie będą za wami gonić z nożami”.
Spotkałam Matkę w 2009 r. Przeprowadzałam wtedy wywiady w południowej prowincji Hunan. Na spotkanie przyszła z córką. Czułam się okropnie, bo znowu nie wiedziałam, jak mogę pomóc. Bo jeśli nawet przejrzę materiały do apelacji, nawet jeśli zbadam sprawę, nawet jeśli napiszę artykuł przedstawiający całą sprawę, to czy to cokolwiek zmieni?
W ostatnim czasie przeprowadzałam  wywiad  z Tang Hui, inną matką z Hunan, o której sprawie było głośno w mediach ogólnokrajowych. Tang złożyła pozew w imieniu swojej córki, która została zmuszona do prostytucji. Wtedy Tang została zesłana do obozu pracy. Jednak ostatecznie wygrała sprawę i otrzymała odszkodowanie od państwa. Rozmawiając z Tang, myślałam o Matce. Cztery lata temu ona też chciała pojechać do Pekinu i prosiła mnie, abym zabrała ją do Ministerstwa Edukacji, aby tam mogła złożyć swoją petycję. Powiedziałam jej, że codziennie mnóstwo ludzi przybywa do stolicy, by wyrazić swoje niezadowolenie z władz. Jej pismo byłoby tylko jednym z wielu wrzuconych do kosza. Ostatecznie nic to nie zmieni. Jej dziecko było jeszcze małe, a petycja zniszczyłaby przyszłość całej rodziny.
Później napisałam o niej na moim blog, tytułując artykuł „Powszechne cierpienie”. Mój wpis na blogu być może zmniejszył moje poczucie winy, ale w niczym nie pomógł tej biednej rodzinie.
Dopiero jak sama zostałam matką, zrozumiałam, że dziecko jest dla matki całym światem. Kiedy dziecko doświadcza poniżenia i bólu, jego matka odczuwa to jeszcze mocniej.
Powiedziałam Tang Hui, że podziwiam jej rozsądek, bo gdybym to ja była na jej miejscu, to rozważałabym rzucanie bomb. Nie byłabym w stanie wytrwać sześciu lat i trzymając się tylko racjonalnych argumentów, walczyć o moje prawa. Rozpacz i nienawiść mogą wypaczyć każdy umysł. Tang odpowiedziała mi na to, że jako kobieta i matka nie mogła przecież wierzyć, że zabije wszystkich złych ludzi, których nienawidziła. Mogła tylko chodzić od sądu do sądu… tak, to niby oczywiste, że sądy powinny być miejscem, gdzie broni się sprawiedliwości.
Dokąd uciekli wszyscy dziennikarze?
Po wybuchu na lotnisku znany prawnik zadał pytanie na Sino Webo, chińskim odpowiedniku  Twittera, gdzie byli wszyscy dziennikarze, gdy Ji Zhongxing został pobity, a w wyniku tego sparaliżowany. Teraz po eksplozji wokół Ji aż roiło się od dziennikarzy.
Zadawałam to samo pytanie także sobie. Czy gdyby Ji zwrócił się wtedy do mnie, to opowiedziałabym jego historię? Prawda jest taka, że taka historia ma niewielkie szanse, aby trafić na czołówki gazet. Pamiętam takie zdanie z podręcznika: „kiedy pies ugryzie człowieka, to nie jest żadna  wiadomość. News jest wtedy, gdy to człowiek ugryzie psa”. W Chinach też wolimy gonić za sensacją. Doświadczenie Ji było, niestety, tylko historią psa, który ugryzł człowieka.
Tragedie wydarzają się każdego dnia, a dziennikarz może opisać tylko te historie, które puści jego naczelny. Standardy są różne, ale nie wiem, ilu z nas dziennikarzy nosi w sobie poczucie winy.
Media wcale nie są takie duże i silne. Są jak gardło, nad którym wisi ręka cenzury. Często zanim możemy wyrazić naszą opinię, bronić tekstu, zanim cokolwiek powiemy, dowiadujemy się że „temat spada”. Tak to działa. Państwowy mechanizm przepływu informacji jest pełen blokad. Często te najciemniejsze, najstraszliwsze tragedie w ogóle  nie mogą ujrzeć światła dziennego. A nawet jeśli się uda je opublikować, to pewne osoby zawsze znajdą sposób, aby wymknąć się spod kontroli mediów, spod kontroli społecznej. To niewiarygodna hańba. Wiem z własnego doświadczenia dziennikarskiego, że tacy ludzie nigdy nie poświęciliby własnego życia dla „jakiegoś idealistycznego poczucia sprawiedliwości”. Ale przyznaję, że ja też jestem słaba i coraz mniej we mnie siły, aby dalej walczyć o sprawiedliwość.
Ślepy zaułek
Mój wujek ma 70 lat. Mieszka sam. Zburzono jego dom i nie otrzymał za to ani grosza rekompensaty, więc żyje w nędzy, bez dachu nad głową. Gdy byłam na urlopie macierzyńskim, reprezentowałam go w sądzie. Dwa razy przegraliśmy, ale mimo to radziłam mu, by nie wnosił petycji do władz centralnych. Uważam, że to prawo, jakie daje mu państwo, to tylko pusta obietnica, ślepy zaułek.
W trakcie rozpraw zrozumiałam, że kiedy odebrane nam są nasze prawa obywatelskie, to łatwo popaść w stan rozpaczy i szaleństwa. W sądzie,  w pewnym  momencie chciałam ze wszystkich możliwych sił wymierzyć obrońcy policzek. Ale niespodziewanie wrócił rozum i udało mi się opanować emocje. Zamiast w obrońcę walnęłam ręką w stół.
Mieszkańcy wioski, w której mieszka mój wuj, pytali mnie: „Czyż nie jesteś dziennikarką? Dlaczego nie powiesz ludziom, jak naprawdę jest?”. Oto, co im odpowiedziałam: „W ostatnich latach  wiele innych domów zostało zburzonych i wielu ludzi podpaliło się w ramach protestu, a niektórzy zginęli, skacząc z budynków. Myślicie, że ktoś wysłucha historii mojego wujka?”.
Po tym, jak pewien mężczyzna podpalił autobus w Xiamen w czerwcu tego roku, przeprowadziłam wywiad z Wu Boxin, ekspertem do spraw psychologii kryminalnej na pekińskim Uniwersytecie Bezpieczeństwa Publicznego. Powiedział mi, że „ci indywidualni terroryści” to często ludzie, którzy nie mają po co żyć.
„Oni nie są z natury kryminalistami. Wielu z nich to robotnicy i rolnicy. Nasz system polityczny chlubi się, że został zbudowany właśnie dzięki ich sile”. Dlaczego więc ich porzuciliśmy?

autorka Luo Jieqi/ artykuł ukazał się w chińskim tygodniku "Caixin".
Nowe Panstwo

Rok 2012 - chińskie przebudzenie


Fala protestów, jaka przetoczyła się w 2012 r. przez CHRL, świadczy, że Chińczycy rozumieją, iż warunkiem naprawy kraju jest sprzeciw wobec państwa kontrolowanego przez powiązane i uzależnione od siebie grupy komunistycznych aparatczyków mających na celu tylko jedno: tworzenie i konsolidację majątku we własnych rękach.
Rok 2012 przyniósł zmianę warty we władzach komunistycznych Chin. Tak jak oczekiwano, na XVIII Zjeździe Komunistycznej Partii Chin Ludowych (KPChL) stanowisko sekretarza generalnego partii objął Xi Jinping. To on w marcu 2013 r. zostanie prezydentem. Jednak to nie zjazd i wybór nowych władz były najważniejszym wydarzeniem w Państwie Środka w zeszłym roku. Rok 2012 to przede wszystkim czas protestów, przebudzenia chińskiego społeczeństwa. Demonstrowano przeciwko skażonej żywności, przymusowym wysiedleniom, niskim zarobkom czy zanieczyszczaniu środowiska.
Nie jest znana oficjalna liczba protestów. Po tym, jak władze chińskie przyznały, że w 2010 r. było ich 180 tys., zaprzestały podawania takich statystyk. Dlatego można jedynie przypuszczać – na podstawie informacji przekazywanych przez chińskich internautów, dziennikarzy i dysydentów – że liczba ta w ostatnim roku się podwoiła.
Ci, którzy nie byli świadkami manifestacji, dowiadywali się o nich z Internetu. Informacje o demonstracjach na bieżąco ukazywały się na Weibo (chiński odpowiednik Twittera) i docierały do setek tysięcy Chińczyków, zanim władza zdołała je usunąć. Internauci przygotowywali też własne formy protestów.
Uczniowie na ulicach
W lipcu 2012 r. po serii demonstracji w mieście Shifang, w prowincji Sichuan, rząd wstrzymał budowę zakładów przeróbki miedzi. W kilkudniowych manifestacjach przeciwko powstaniu fabryki wzięły udział setki tysięcy mieszkańców, którzy obawiali się, iż obecność zakładu może zwiększyć ryzyko zachorowań na raka. Na ulicach Shifang doszło do starć z policją, która użyła gazu łzawiącego i granatów hukowych. Obecni na wiecach twierdzą, że posiłkowała się także bronią palną, ale władze temu zaprzeczają. W trakcie trwających prawie dwa tygodnie protestów policja zachęcała mieszkańców miasta, aby w zamian za „nagrodę” składali donosy na organizatorów „nielegalnych zgromadzeń, marszów i demonstracji”.
Informacje o wydarzeniach w Shifang ukazały się w mediach na całym świecie, mało jednak mówiono o tych, którzy zmobilizowali mieszkańców do zawalczenia o własne prawa: 14-, 15-letnich dzieciach.
A to właśnie od nich zaczęły się protesty. Gdy 29 czerwca ub.r. władze miasta ogłosiły, że zamierzają wybudować fabrykę przeróbki miedzi, uczniowie szkoły średniej w okolicy, w której miały powstać zakłady, wystosowali petycję do lokalnego rządu wzywającą do wstrzymania inwestycji. Młodzież rozwieszała plakaty i rozprowadzała ulotki informujące mieszkańców miasta, jakie zagrożenia dla zdrowia będzie stanowić zakład, a także – jakie kroki obywatele mogą przedsięwziąć, aby budowę wstrzymać.
2 lipca wśród tych, którzy rozpoczęli okupacyjny protest przed siedzibą władz miasta, znaczną część stanowili uczniowie. Wtedy to po raz pierwszy policja użyła siły. Przeprowadzono także akcję propagandową. Należąca do KPChL i rozchodząca się w całych Chinach w nakładzie 1,5 mln egzemplarzy gazeta „Global Times” opublikowała komentarz pt. „Nie podżegajcie młodzieży”. W artykule twierdzono, że młodzi ludzie zostali „wykorzystani przez wrogi element” do walki politycznej i wzywano uczniów do powrotu do nauki. Na komentarz szybko odpowiedzieli zszokowani chińscy internauci, publikując zdjęcia rannych, pobitych i płaczących uczniów po ataku policji 2 lipca. „Tak władza dba o dzieci” – skomentował jeden z internautów. Gdy rozeszła się wiadomość, że kilku uczniów zostało aresztowanych, mieszkańcy Shifang zaczęli się gromadzić pod posterunkiem, gdzie przetrzymywano młodzież. Do wiecujących dołączyli uczniowie z innych szkół z okolic Shifang. Po kilku godzinach aresztowani uczniowie zostali zwolnieni. Nie wszyscy mieli jednak takie „szczęście”. W demonstracji 9 lipca policja pobiła na śmierć 14-letnią uczennicę. Władze do dziś zaprzeczają temu incydentowi, twierdząc, że demonstracje w Shifang nie pochłonęły ofiar śmiertelnych; „było tylko kilka rannych osób”.
Protest w Shifang zakończył się pomyślnie dla mieszkańców; budowę fabryki wstrzymano (przynajmniej na jakiś czas), uczniowie wrócili do nauki, choć ostrzeżono ich, że jeśli dojdzie do ponownych demonstracji, mogą pomarzyć o przyszłych studiach uniwersyteckich.
Tego nie jemy – przekaż dalej
W czasie odbywającego się w listopadzie zjazdu KPChL władze partii, aby ocieplić wizerunek, zorganizowały transmitowaną przez czołowe stacje chińskiej telewizji konferencję prasową prezydenta Hu Jintao z uczniami w roli dziennikarzy. Wszystko wyglądało słodko i kolorowo, do momentu, gdy głos zabrała 11-letnia Sun Luyuan. „Prezydent Hu w czasie swojego przemówienia stwierdził, że jakość towarów spożywczych uległa poprawie. Ale nawet w mojej szkole dochodzi do licznych przypadków zatrucia jedzeniem i napojami. Sama lubię różnego rodzaju przekąski, skąd mam wiedzieć, że są one bezpieczne?” – niemal jednym tchem wyrzuciła z siebie dziewczynka.
Po głośnych na całym świecie skandalach z wyprodukowanymi w ChRL takim produktami, jak skażone melaminą mleko w proszku, alkohol z plastyfikatorami, środkami zmiękczającymi wykorzystywanymi w przemyśle chemicznym, czy nawet zatruta pasta do zębów, pytanie to zadaje sobie wielu obywateli Chin. Coraz więcej z setek demonstracji, do jakich dochodzi dziennie w Państwie Środka, to właśnie protesty przeciw zatrutej żywności. Aby stworzyć platformę, na której mieszkańcy Chin mogą się wymieniać informacjami o niebezpiecznych produktach, o przypadkach zatruć, ale i o protestach, Wu Heng, student geografii na Uniwersytecie FuDan w Szanghaju, stworzył stronę internetową pt. „Wyrzuć to przez okno”. Wu początkowo zupełnie nie interesował się tematem bezpiecznej żywności. Jak realne zagrożenie dla życia stanowi żywność made in China, uświadomił sobie, gdy odkrył, że restauracja, w której stołował się przez pół roku, dodawała substancje rakotwórcze do mięsa, aby poprawić jego smak.
Nawet oficjalne dane nie ukrywają, że w Chinach w ciągu roku prawie 100 mln Chińczyków choruje z powodu spożycia zatrutej żywności. Dziś Wu wraz z grupą 30 ochotników śledzą informacje dotyczące problemów z produktami spożywczymi w całych Chinach. Instruują mieszkańców, jakie kroki powinni podjąć, gdy odkryją, że coś jest nie tak z produktem, albo mają zastrzeżenia co do praktyk stosowanych przez fabryki lub restauracje. Aby dotrzeć do jak największej liczby osób, drużyna Wu publikuje swoje dane i artykuły także na chińskim Twitterze. Zachęca też internautów, by informacje przekazywali dalej, tak aby jak największa liczba Chińczyków zdała sobie sprawę z powagi problemu. „W tej chwili w ciągu miesiąca naszą stronę odwiedza około 5 mln internautów” – mówi Wu. To właśnie strona „Wyrzuć to przez okno” została wybrana przez czytelników Tencent News (strona należy do grupy Tencent, największej firmy oferującej usługi internetowe w Chinach) za jedną z najlepszych form protestów zorganizowanych przez internautów.
Okupacja
Powodem wystąpień w ChRL są częste przypadki przymusowych i przeprowadzanych przy użyciu przemocy wysiedleń ludzi z domów i gospodarstw. Na przejętych terenach buduje się autostrady, drogi kolejowe albo po prostu sprzedaje się je firmom deweloperskim. Z reguły władze komunistyczne nie prowadzą przed eksmisją żadnych konsultacji z mieszkańcami; obywatele mają też małe szanse na otrzymanie rekompensat. Sądy nie akceptują spraw związanych z przejęciem terenu lub wysiedleniem, bo boją się lokalnych aparatczyków partyjnych, których dochód często zależy od ilości sprzedanej ziemi. Gdy do eksmisji dochodzi w miastach, sprawy są nagłaśniane przez internautów, którzy przyłączają się do protestów przybierających formę okupacji albo nieruchomości, albo wręcz urzędu, który podjął decyzję o eksmisji. Jednak w przypadku wysiedleń na terenach wiejskich rolnikom trudno znaleźć wsparcie.
Pod koniec sierpnia zeszłego roku, gdy rodzina Wangów (70-paroletni rodzice i 36-letni syn) otrzymała dokument informujący, że na terenach jej gospodarstwa we wsi Xinglongtai zostanie wybudowana droga, Wangowie i okoliczni rolnicy zorganizowali okupacyjny protest na terenie nieruchomości, nie dopuszczając do rozpoczęcia prac budowlanych. Po dwóch dniach na miejsce manifestacji przybyła policja. Zabito 36-letniego Wanga, a jego ojca raniono; natychmiast przystąpiono do budowy drogi; następnego dnia władze miasta Panjin przygotowały sprawozdanie z zajść w Xinglongtai. Z raportu wynikało, że w wiosce doszło co prawda do nieszczęśliwego wypadku, ale z winy Wangów, którzy zaatakowali (nieuzbrojeni!) policjantów i nielegalnie sprzeciwiali się budowie drogi.
Raport spotkał się z ostrą krytyką chińskich naukowców, głównie profesorów prawa, m.in. prof. Zhang Qianfana (Uniwersytet w Pekinie) czy prof. Xu Zhangruna (Uniwesytet Tsinhua). W liście do władz w Pekinie domagali się, aby w tym i podobnych przypadkach władze postępowały zgodnie z Konstytucją ChRL. Rozdział 71. ustawy zasadniczej zezwala, aby Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych, najwyższy organ władzy państwowej w ChRL, powoływało specjalne komisje badające zajścia, takie jak w okolicy Panjin. Do tej pory w żadnym podobnym konflikcie dotyczącym wysiedleń i przejęć nieruchomości KPChL nie skorzystała z takiej możliwości, akceptując zachowania lokalnych oficjeli.
Postaw się, by było lepiej
Chińska władza twierdzi, że obywatelom Państwa Środka nie w głowie jest  protestowanie; zajęci są dorabianiem się, poprawianiem warunków życia. Fala protestów, jaka przetoczyła się w 2012 r. przez CHRL, dowodzi jednak, że Chińczycy rozumieją, iż warunkiem naprawy kraju jest sprzeciw wobec państwa kontrolowanego przez powiązane i uzależnione od siebie grupy komunistycznych aparatczyków mających na celu tylko jedno: tworzenie i konsolidację majątku we własnych rękach. Rok 2012 z pewnością pokazał, że Chiny się budzą. Ich zalewu nie musi się jednak obawiać świat, a komunistyczni towarzysze.
Nowe Panstwo

Noworoczne protesty z Pekinem w tle


Nowy rok rozpoczął się pod znakiem protestów w Hongkongu i na Tajwanie. Mimo że wiece odbywały się w dwóch różnych miejscach i miały odmienne hasła, to jednak łatwo znaleźć wspólny mianownik: obawy przed coraz większymi wpływami i kontrolą ze strony komunistycznych Chin.
1 stycznia ulicami Hongkongu przeszedł marsz, którego uczestnicy wyrażali niezadowolenie z rządów szefa administracji regionu Leung Chun-yinga. Będącemu u władzy od lipca zeszłego roku Leungowi zarzuca się, że jest marionetką w rękach Pekinu.
Mieszkańcy Hongkongu mają dość, twierdzą, że w ciągu ostatnich sześciu miesięcy pogorszył się ich standard życia. Ceny nieruchomości rosną w niesamowitym tempie, a masowy napływ Chińczyków powoduje chaos. Nic więc dziwnego, że coraz częściej można także usłyszeć głosy, iż „obce diabły” – jak określają Hongkończycy Brytyjczyków – zarządzały bardziej efektywnie.
Wilkołak nigdy syty
Leung obiecał obywatelom Hongkongu, że powstrzyma nielegalne budownictwo, na co pozwalają sobie VIP-y, często powiązane z komunistycznymi oficjałami w Pekinie. Leung Chun-ying krytykował swego czasu kontrkandydata na stanowisko lidera regionu Henry’ego Tanga właśnie za owe nielegalne budowle. Tymczasem ze zdumieniem odkryto, że Leung po dojściu do władzy sam przyjął podobne praktyki i zaczął bez stosownych zezwoleń rozbudowywać swoje rezydencje. Dla przeciętnego młodego Hongkończyka, który ma coraz większe kłopoty ze znalezieniem pracy i z trudem może sobie pozwolić na niewielkie mieszkanie, jest to niewybaczalne wykroczenie.

Mieszkańcy Hongkongu nie mogą też zapomnieć Leungowi, nazywanemu wilkołakiem ze względu na ambicje i przebiegłość w interesach, że na polecenie Pekinu próbował wprowadzić obowiązkowe tzw. lekcje patriotyzmu. Celem owej edukacji miało być nie uczczenie miłości do ojczyzny, ale gloryfikowanie partii komunistycznej. W Pekinie przygotowano nawet specjalny podręcznik patriotyzmu dla uczniów w Hongkongu. Ogromne protesty i demonstracje w lecie zeszłego roku pod hasłami „Komunistyczne Chiny, ręce precz od naszych dzieci” czy „NIE dla prania mózgów” zmusiły Pekin i Leunga „do odroczenia planu”. W mediach pojawiają się także informacje, że Leung nie tylko cieszy się zaufaniem władz ChRL, lecz także jest członkiem Chińskiej Partii Komunistycznej. Na noworocznym wiecu, poza transparentami ze zdjęciami Leunga z długim nosem à la Pinokio i napisami „Leung, podaj się do dymisji”, pojawiły się żądania powszechnych wyborów. Wybory lidera Hongkongu są głosowaniem tylko z nazwy; administrator regionu nie jest bowiem wybierany przez większość mieszkańców, lecz zostaje wskazany przez ok. 1200 osób związanych z takimi sferami jak biznes, przemysł, związki zawodowe, organizacje pozarządowe czy organizacje religijne. W rzeczywistości najsilniejsi w tej grupie są magnaci biznesowi. Wskazany lider ma chronić ich interesy, ale przede wszystkim musi być zaakceptowany przez Pekin. Taka forma wyborów zupełnie nie odpowiada mieszkańcom Hongkongu; domagają się oni wyborów powszechnych. W komentarzu dot. noworocznego protestu w wychodzącej w Hongkongu gazecie „South China Morning Post” pisano m.in.: „Marsz miał jasny przekaz: bardzo wielu obywateli jest po prostu niezadowolonych z działań władz (…) I tak długo, jak nie będziemy mogli sami wybierać, kto nami rządzi, protesty takie jak ten 1 stycznia będą jedynym sposobem, w jaki owo niezadowolenie możemy wyrazić”. Hongkoński przywódca próbował ratować swój image, organizując także 1 stycznia manifestację popierającą jego rządy. Wzięło w niej udział ok. 8 tys. osób, które za wiecowanie otrzymały po 250 dolarów HK (ok. 100 zł) na głowę. Antychiński i skierowany przeciwko Leungowi protest zgromadził, według organizatorów, 130 tys. ludzi (policja twierdzi, że było ok. 30 tys. manifestujących).
Zaciskanie pętli wokół wolnych mediów
W nocy z 31 grudnia na 1 stycznia studenci na Tajwanie zorganizowali siedzący protest na placu Wolności w Tajpej (gdzie znajduje się m.in. Narodowa Hala Pamięci Czang Kaj-szeka). Do zgromadzonej w centrum miasta młodzieży dołączyli Tajwańczycy studiujący w USA i w Europie, przesyłając krótkie filmiki z wyrazami poparcia. Młodzież krytykowała coraz większe wpływy Pekinu na media na wyspie, a także naciski na tajwańskich dziennikarzy krytykujących komunistyczne władze Chin. Domagano się też regulacji prawnych, które powstrzymałyby chińską inwazję na tajwańskie media. Coraz częściej gazety i stacje telewizyjne na Tajwanie kupowane są bowiem przez prochińskich biznesmanów. I tak w lipcu tego roku zgodzono się, aby głównego operatora telewizji kablowej na wyspie, CNS, kupił tajwański przedsiębiorca Tsai Eng-meng. Tsai prowadzi biznes w Państwie Środka – jego firma Want Want Group to czołowy producent napojów i żywności w ChRL. W 2008 r. Tsai stał się właścicielem drugiej co do poczytności gazety tajwańskiej „China Times”, która od tego czasu publikuje wyłącznie pozytywne artykuły na temat Chin i korzyści, jakie Tajwan może odnieść ze ścisłej współpracy z komunistycznym reżimem. Gazeta przyjmuje także reklamy od chińskich firm.
Tsai wyraził również zainteresowanie zakupem grupy medialnej Next Media, będącej właścicielem dwóch czołowych periodyków tajwańskiego wydania „Apple Daily” i tygodnika „Next Media”. Wielu ekspertów ds. środków przekazu na wyspie twierdzi, że taka transakcja oznaczałaby monopolizację mediów.

Dziennikarka trzaska drzwiami
Niełatwo mają także tajwańscy dziennikarze broniący niezależności i pozwalający sobie na krytykę chińskiej partii komunistycznej i władz w Pekinie. W maju tego roku Cheng Hung-yi został zwolniony ze stanowiska prowadzącego bardzo popularny program publicystyczny, w którym politycy i dziennikarze komentowali najważniejsze wydarzenia na wyspie i na świecie. Szefostwo stacji SET TV nadającej program najpierw nakazało Chengowi stonować krytykę wobec Chin, jako że stacja „ma kontakty biznesowe z ChRL”. W połowie grudnia z prowadzenia programu, który zastąpił audycję Chenga, zrezygnowała jego główna prowadzącą Grace Liao. Na dziennikarce wywierano presję, aby nie zapraszała gości, którzy mogą głosić tezy nieprzychylne Pekinowi. „Spotkamy się innego dnia, w innym miejscu, a na razie walczmy o ten kraj zwany Tajwanem” – pożegnała się na Facebooku z widzami programu Grace Liao.
Protestujących w Nowy Rok tajwańskich studentów poparli politycy opozycyjnych, proniepodległościowych partii: Demokratycznej Partii Postępu (DPP) i Związku Solidarności Tajwanu (TSU). Politycy podkreślali, że na wyspie następuje stopniowa sinizacja prasy i telewizji, a media głównego nurtu powtarzają wszystko za chińskimi tubami komunistycznej propagandy: agencją Xinhua czy gazetą „People’s Daily”.
Do młodych demonstrantów zwrócił się także w komentarzu na Facebooku Wang Dan, chiński dysydent, jeden z przywódców protestów na placu Niebiańskiego Spokoju w Peknie w czerwcu 1989 r. „Trzeba, aby na Tajwanie nagłaśniano fakty i uświadamiano społeczeństwu inwigilację, jaką stosuje ten potwór [chińscy komuniści – red.]. Ta odpowiedzialność spadła dziś na barki młodych studentów (…). Chylę czoło przed wami, ponieważ stoicie dziś na pierwszej linii obrony wolności”. Wang porównał także sytuację na Tajwanie do tej w Hongkongu w 1997 r., kiedy to wiele czołowych mediów zostało zakupionych przez prochińskie korporacje. „To samo teraz dzieje się na Tajwanie” – uważa Wang.

Gazeta Polska
zdj. Liao Jia-rui

Protesty w Chinach

Przez kilka dni na ulicach miasta Shifang w prowincji Syczuan (płd.-zach. Chiny) trwał protest dziesiątków tysięcy ludzi, sprzeciwiających się budowie zakładu przetwórstwa miedzi, który ich zdaniem zagraża środowisku naturalnemu i zwiększa ryzyko zachorowania na raka.
Demonstranci niosący transparenty z hasłami: "Chrońmy nasze miasto, nie pozwólmy na budowę chemicznej fabryki" oraz "Zjednoczmy się, aby chronić środowisko dla następnych pokoleń", w poniedziałek wdarli się do siedziby miasta. Doszło do ostrych starć z policją, która użyła gazu łzawiącego i granatów hukowych. Oficjalnie mówi się o 13 rannych, jednak wydawana w Hongkongu gazeta "Ming Pao" donosi, że w trakcie starć został zabity uczeń szkoły średniej. Władze zaprzeczają i grożą ukaraniem tych, którzy "rozprowadzają takie plotki". Wezwano także do składania donosów na organizatorów "nielegalnych zgromadzeń, marszów i demonstracji". Władze w końcu zapowiedziały czasowe wstrzymanie budowy fabryki.
W ostatnich miesiącach w Chinach narastają protesty przeciwko korupcji władz, nierównomiernym płacom, a także na tle etnicznym.
Nasz Dziennik



Przeszkody dla studiujących w Polsce

Blisko tysiąc tajwańskich studentów medycyny protestowało w Tajpej domagając się zmian w "Ustawie o zawodzie lekarza".
Obecnie Tajwańczycy studiujący medycynę w Polsce mogą podejmować prace w szpitalach bezpośrednio po powrocie na wyspę. Protestujący domagali się, aby po powrocie na Tajwan absolwenci polskich uczelni najpierw odbywali praktyki, nostryfikowali dyplomy i zdawali egzamin przed specjalnym organem władzy wykonawczej, zwanym Yuanem Egzaminacyjnym.„Ponieważ studenci (po studiach w Polsce) nie odbywają praktyk i nie mają odpowiedniego doświadczenia pracy w tajwańskich szpitalach, zdarza się, że w szpitalach dochodzi do niebezpiecznych sytuacji i często muszą interweniować ich koledzy wykształceni na wyspie” - twierdzi Liu Tzu-hung, jeden z organizatorów demonstracji.Od kilku lat dość duża grupa studentów z Tajwanu kończy studia medyczne w Polsce, głównie na uczelniach w Katowicach, Łodzi i Poznaniu. W miejscowej prasie pojawiło się ostatnio bardzo dużo artykułów, w których kwestionuje się poziom nauczania w naszym kraju. Grupa studentów medycyny na Tajwanie rozpoczęła kampanię dyskredytującą studia w Polsce. Kilka tygodni temu na stronie internetowej nopopo.blogspot.com umieszczono artykuł stwierdzający m.in., że studia w Polsce są dużo łatwiejsze niż te na Tajwanie i że nie stawia się ostrych wymogów tajwańskim studentom wybierającym się na studia do Polski.
Fot. Wang Yi-sung
Niezalezna.pl

Protest 17/05


17 maja w Tajpej odbędzie się manifestacja przeciwko pro-chińskiej polityce tajwańskiego prezydenta Ma Yingjiu.
Niedługo minie rok prezydentury Ma. W tym czasie bezrobocie osiągneło 6% ; tylko w ciągu roku 1 milion Tajwańczyków straciło pracę.
Tymczasem Ma twierdzi, że prowadzona przez niego polityka zbliżenia z Chinami ma uratować tajwańską gospodarkę. Według opozycji Tajwanowi kroczy ku zjednoczeniu z Chinami Ludowymi.
Informacje o tym gdzie gromadzą się protestujacy TUTAJ.
Manifestujący wyruszą z 4 miejsc w Tajpej o 3 po południu i ok. 5-tej dotrą na Plac Ketagalan (na przeciwko Pałacu Prezydenckiego).

PS. Reklamówka manifestacji przedstawia min. tajwańskich oficjeli, których rodziny (dzieci i małżonkowie) już znaleźli intratne pozycje, biznesy w ChRL-u.

Kibicowaliśmy

Kibicowaliśmy dziś tajwańskim studentom, członkom Ruchu Dzikich Truskawek, którzy zorganizowali wiec w Tajpej.
Choć niedzielny wiec studentów był nielegalny, policja nie wyraziła zgody na jego organizację, to przebiegł bez zakłóceń. Do studentów dołączyli profesorowie, a także mieszkańcy Tajpej. Większość protestujących ubrana była na czarno, a na transparentach widniały napisy: „”Prawa człowieka umarły na Tajwanie”, „Sprzeciw wobec przemocy”, Wolność słowa, wolność zgromadzeń”. Przed Pałacem Prezydenckim studenci odśpiewali hymn i ustawili trumnę przykrytą flagą narodową.
Według organizatorów w marszu wzieły udział 4 tysiące osób.
Dzień wcześniej, w sobotę 6 listopada, protestujących na Placu Wolności studentów odwiedził były prezydent Tajwanu, Lee Deng-hui (李登輝) i wyraził poparcie dla ich postulatów.
Paul szczególnie kibicował studentom z Tsinghua University (清華大學), bo to jego alma mater. Spotkaliśmy wielu znajomych min. prof. Shieh Jhy-wei, byłego rzecznika rządu tajwańskiego i Freddiego (muzyka; pisalam o nim TUTAJ), a także znajomych ze Stanów.
Marsz zakończył protest studentów na Placu Wolności, ale studenci będą przypominać o swoich postulatach. Tajwańscy parlamentarzyści obiecali zająć się najważniejszym z żądań studentów kwestią liberalizacji „Ustawy o zgromadzeniach i manifestacjach”
Zdjęcia z protestu TUTAJ.
Mówią o nich "pokolenie truskawek" ale to właśnie ci młodzi ludzie, protestujący przez miesiąc w centrum Tajpej, pokazali determinację i jakie drzemią w nich możliwości ,ale przede wszystkim jak bardzo kochają Tajwan.
Nasz Dziennik Niezalezna.pl

Obrażone uczucia. Jak chińska maszyna wzięła się za polskiego siatkarza

W niedzielę 2 sierpnia hala w Ningbo skandowała „MVP", kiedy Tomasz Fornal odbierał nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów Ligi Naro...