Wiec w Tajpej, kara z Pekinu

Tsai Kang-yung, znany też jako Kevin Tsai, należy do najbardziej rozpoznawalnych prezenterów tajwańskiej telewizji. Przez lata prowadził razem z Dee Hsu, szerzej znanej jako Xiao S (Mała S), kultowy talk show „Kangsi Coming" (Kāngxī láile). Od 2014 roku pracował też w Chinach kontynentalnych: prowadził tam popularny program dyskusyjny, występował w reklamach, a jego konto na Weibo, chińskim odpowiedniku Twittera, miało 36 milionów obserwujących. Wielu Chińczyków kojarzyło go z tajwańską telewizją bardziej niż kogokolwiek innego. Uchodził za erudytę z poczuciem humoru, który trzyma się z daleka od polityki.

4 października przyszedł w Tajpej na otwarcie sztabu wyborczego Shen Po-yanga (Puma Shena), kandydata rządzącej Demokratycznej Partii Postępowej na burmistrza stolicy. Usiadł na widowni w czapce i maseczce, kilka razy pomachał nadmuchiwaną pałką z hasłem kampanii. Nie wszedł na scenę, nie przemawiał, oficjalnie nikogo nie poparł. Dziennikarzom powiedział tylko, że przyszedł „zobaczyć, jak to wygląda" i posłuchać różnych opinii. Jego menedżer dodał, że zespół rozważa wywiady z oboma kandydatami, czyli z Shenem i obecnym burmistrzem Chiang Wan-anem z Kuomintangu.

Tyle wystarczyło, żeby w Chinach rozpętała się burza.

Człowiek, obok którego nie wolno siedzieć

Kim jest Shen Po-yang? To założyciel Akademii Kuma, organizacji, która uczy Tajwańczyków obrony cywilnej: udzielania pierwszej pomocy, utrzymywania łączności w razie ataku oraz rozpoznawania dezinformacji. Komunistycznej Partii Chin nie oszczędza. W październiku 2024 roku Biuro do spraw Tajwanu, urząd w Pekinie odpowiedzialny za politykę wobec wyspy, wpisało go na listę „zatwardziałych separatystów". Rok później policja w Chongqingu wszczęła przeciwko niemu postępowanie o „rozbijanie państwa" i poprosiła obywateli o informacje na jego temat. Państwowa telewizja CCTV wyemitowała ośmiominutowy materiał „demaskatorski" i zapowiedziała, że Shen będzie ścigany na całym świecie przez Interpol.

Chiny nie mają na Tajwanie żadnej władzy sądowniczej. Kancelaria prezydenta Tajwanu nazwała te działania po imieniu: to typowa represja transnarodowa. Shen odpowiedział, że film CCTV to stek kłamstw, a Pekin próbuje wpływać na tajwańską politykę wojną prawną i propagandą.

Aresztować go Chińczycy nie mogą. Mogą sprawić, że każdy, kto się do niego zbliży, zapłaci za to wysoką cenę.

Jeden wieczór

Nagranie z wiecu szybko trafiło do chińskiego internetu i po kilku godzinach znalazło się już na szczycie listy najpopularniejszych tematów na Weibo. Tak zwani „mali różowi" (xiǎo fěnhóng), młodzi i agresywni nacjonaliści z chińskich mediów społecznościowych, żądali zakazu występów prezentera oraz bojkotu „separatystów". Pisali, że Tsai „wspiera poszukiwanego przestępcę". Pod jego wpisami na innych chińskich platformach pojawiły się setki komentarzy w rodzaju: „Tajwan na zawsze pozostanie częścią Chin" albo „nazarabiał się, to teraz pokazał, kim jest naprawdę".

Tego samego dnia o 23:24 chiński producent samochodów elektrycznych Leapmotor opublikował oświadczenie. Zaledwie miesiąc wcześniej, 8 września, firma z dumą ogłosiła współpracę z Tsai w ramach promocji swojego flagowego modelu. Teraz zapewniała, że „niezmiennie przestrzega zasady jednych Chin", a prezenter nigdy nie był jej ambasadorem. Usunęła wszystkie materiały z jego udziałem i zastrzegła sobie prawo do podjęcia kroków prawnych przeciwko „odpowiednim stronom", nie wyjaśniając, przeciwko komu i za co. Ta niejasność jest celowa: następny partner tajwańskiego artysty dwa razy się zastanowi.

Chińska edycja magazynu „Harper's Bazaar" skasowała promocję wrześniowej okładki ze zdjęciem Tsai. Z jego konta na Weibo zniknęły wszystkie wpisy. Nie wiadomo, czy usunął je sam Tsai. Zdarzało mu się to już wcześniej, na przykład w grudniu 2022 roku, ale tym razem mógł to zrobić pod presją nagonki.

Wkrótce sprawą zajęły się media posłuszne władzy. Nacjonalistyczny portal Guancha przytoczył opinię prochińskiego tajwańskiego komentatora Wang Ping-chunga, według którego Tsai to „typowy człowiek o dwóch twarzach". Warto zwrócić uwagę na to sformułowanie. W partyjnej nowomowie „dwulicowcami" nazywa się funkcjonariuszy, którzy na pokaz deklarują lojalność, a w duchu są wrogami. Tym słowem uzasadniano czystki w partii oraz represje wobec Ujgurów. Dziś przykleja się je tajwańskiemu prezenterowi, który usiadł na widowni podczas wiecu w swoim kraju. Pekiński serwis Beijing Time posunął się jeszcze dalej i nazwał zachowanie Tsai „obrzydliwym".

Nikt w Pekinie nie wydał żadnego zakazu. Nie było decyzji urzędu ani wyroku sądu. A jednak przez jeden wieczór Tsai stracił kontrakt, okładkę i konto z milionami obserwujących, a kilka dni później piętnowały go już media rządowe.

Odpowiedź z Tajpej

Równie ciekawe było to, co działo się w tym czasie na Tajwanie. Shen Po-yang powiedział, że przychodzenie na spotkania kandydatów, żeby poznać ich programy, to na Tajwanie rzecz najzwyklejsza pod słońcem i że atakowanie kogoś za to jest głęboko niesprawiedliwe.

Najmocniej zabrzmiał jednak głos jego rywala. Burmistrz Chiang Wan-an z Kuomintangu, partii tradycyjnie opowiadającej się za rozmowami z Pekinem, wziął Tsai'a w obronę. Przypomniał, że każdy ma prawo brać udział w życiu politycznym i że na tym właśnie polega demokracja, a Chiny wezwał, by szanowały tajwański styl życia i nie karały ludzi za ich poglądy. Zaprosił też prezentera na otwarcie własnego sztabu, obiecując mu miejsce w pierwszym rzędzie. Tsai odpowiedział z charakterystycznym dla siebie wdziękiem, że chętnie przyjdzie „popatrzeć i czegoś się nauczyć", a nawet ubierze się w kolory, jakie wybierze gospodarz.

Dwaj ludzie, którzy walczą ze sobą o władzę w stolicy, zgodzili się więc w jednej sprawie: na Tajwanie każdy może chodzić na wiece, na jakie zechce, a Pekinowi nic do tego.

Nie wszyscy tak to jednak widzą. Przewodnicząca Kuomintangu Cheng Li-wun zastanawiała się w wywiadzie telewizyjnym, czy Tsai naprawdę jest gotów zrezygnować z „tak ogromnych interesów" w Chinach. Nagonki nie potępiła. Przyjęła za to jej logikę: kto zarabia w Chinach, ten powinien wiedzieć, gdzie mu bywać nie wypada. Pekinowi właśnie o to chodzi, żeby Tajwańczycy sami zaczęli tak myśleć.

Czego dowiadujemy się o Pekinie

Granica tego, co Chiny uznają za „poparcie separatyzmu", przesunęła się bardzo daleko. W 2016 roku szesnastoletnia piosenkarka Chou Tzu-yu z zespołu Twice musiała nagrać przeprosiny, ponieważ w koreańskim programie trzymała flagę Republiki Chińskiej. Dziesięć lat temu Pekin karał więc za pokazanie flagi Tajwanu. Dziś karze za samą obecność na wiecu wyborczym kandydata, którego nie lubi, nawet jeśli ktoś przyszedł tylko posłuchać i zapowiada, że porozmawia też z jego rywalem.

Cały ten mechanizm obywa się bez rozkazów. Partia najpierw robi z kogoś wroga i nadaje mu status przestępcy. Internauci, czy to z własnej woli, czy za czyimś podszeptem, wytykają każdego, kto się do niego zbliży. Firmy zrywają umowy, zanim ktokolwiek o to poprosi, bo wiedzą, że zwłoka może kosztować je dostęp do rynku. Na koniec propaganda dorabia do wszystkiego ideologię. Każdy boi się tego, który stoi za nim w kolejce. Taki system jest tańszy i skuteczniejszy od urzędowej cenzury, a władze mogą przy tym twierdzić, że nie mają z tym nic wspólnego, bo przecież to tylko „uczucia narodu chińskiego".

Chodzi też, rzecz jasna, o wybory. Pod koniec listopada Tajwańczycy wybierają władze samorządowe, a fotel burmistrza Tajpej to jedno z najważniejszych stanowisk w kraju. Każdy tajwański artysta, sportowiec czy przedsiębiorca, który zarabia w Chinach, dostał właśnie wyraźne ostrzeżenie: lepiej nie pokazywać się u kandydata, którego Pekin nie znosi. Nie trzeba fałszować głosów ani wysyłać okrętów. Wystarczy, że znane twarze same znikną z kampanii jednej ze stron. Tak wygląda ingerencja w wybory w obcym państwie, przeprowadzona rękami chińskich koncernów.

Sprawa Tsai pokazuje wreszcie, czemu naprawdę służą listy „separatystów" i śledztwa chińskiej policji przeciwko ludziom, nad którymi Pekin nie ma żadnej władzy. Nikt nie liczy na to, że Shen Po-yang stanie kiedyś przed chińskim sądem. Chodzi o to, żeby wokół niego zrobiło się pusto. Shen może spokojnie prowadzić kampanię, ale każdy, kto ma interesy w Chinach i stanie obok niego, ryzykuje, że straci wszystko.

Dlaczego to dotyczy także nas

Łatwo potraktować tę historię jak ciekawostkę z dalekiego świata azjatyckiego show-biznesu. Tyle że Leapmotor to żadna egzotyka. Dzięki spółce z koncernem Stellantis jego samochody sprzedają się w Europie, również w Polsce. Firma, która w ciągu kilku godzin zerwała współpracę z człowiekiem za to, że przyszedł na wiec wyborczy w demokratycznym kraju, a przy okazji zadeklarowała wierność „zasadzie jednych Chin", chce teraz zdobywać klientów w Warszawie, Krakowie i Gdańsku.

Chińskie przedsiębiorstwa nie są samodzielnymi podmiotami rynkowymi w takim sensie, w jakim rozumiemy to na Zachodzie. Gdy partia wskazuje wroga, firmy wykonują jej wolę szybciej niż jakikolwiek urząd. Dotyczy to również ich zagranicznych partnerów, twarzy reklamowych, sponsorowanych sportowców i dziennikarzy. Każdy, kto zarabia na chińskim rynku albo za chińskie pieniądze, powinien się zastanowić, czy przy następnej takiej „aferze" nie znajdzie się w położeniu Tsai.

Kevin Tsai przyszedł tylko popatrzeć. Pekin chciał, żeby wszyscy, którzy patrzyli na niego, dobrze zapamiętali, czym to się skończyło. Tajwańczycy, przynajmniej tym razem, zapamiętali coś innego: w ich kraju o tym, kto gdzie siada, nie decyduje Komunistyczna Partia Chin.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wiec w Tajpej, kara z Pekinu

Tsai Kang-yung, znany też jako Kevin Tsai, należy do najbardziej rozpoznawalnych prezenterów tajwańskiej telewizji. Przez lata prowadził raz...